24.10.2019

Nowy Napis Co Tydzień #020 / Wdech-wydech – trochę o moim pisaniu

Obejrzyj całe wystąpienie i debatę o twórczości

Na czym polega moje pisanie?

Na początku myślałem, że na oswajaniu rzeczywistości. Próbach zrozumienia tego, co mnie otaczało i bezpośrednio dotykało. Najpierw śmierć bliskich i narodziny najbliższych. Stąd w moim pisaniu opisy agonii i narodzin. Ćwiczenia literackie na otwartej ranie. Zapis przeznaczenia, jakim jest początek i koniec każdego z nas, pozwolił mi kontemplować dar i przekleństwo naszego życia. Od zachwytu i strachu zaczęło się moje pisanie.

Bo życie to wdech i wydech. Radość i smutek. Brak bólu zaczynamy doceniać dopiero, gdy zaczyna boleć. Wystarczy rwący ząb, by każda chwila stała się udręką. Wystarczy podnieść temperaturę ciała o dwa stopnie Celsjusza, by urojenia stały się rzeczywistością i nastąpił kłopot z rozdzieleniem jawy od snu.

Podobnie w moim pisaniu. Stany deliryczne, w które często popadają bohaterowie moich książek to nie tylko udręka, lecz poszukiwanie tego większego znaczenia, istotnego podmiotu, który wykracza poza przedmiot. To próba przekroczenia postrzeganego świata, świata zjawisk i zmysłów, by zerknąć w ten drugi, duchowy, gdzie wszystko ma swój głębszy sens. Gdzie drzewo nie jest tylko drzewem, lecz oddychającym organizmem, w którym krążą życiodajne soki, jak we mnie krąży krew.

Wdech-wydech.

Trochę jak w tej anegdocie o Romanie Wilhelmim, gdy studentka pisząca o nim magisterkę  poprosiła o zerknięcie w scenopis. Podobno aktor na marginesie swojej roli wypisywał tylko dwie literki – „O” i „P”. Co znaczyło: „odpuścić”, „przypierdolić”... Takie jest życie. Raz odpuszcza, innym razem przypierdala. Takie jest moje pisanie. Odpuszczenie plecie się z uderzeniem. Dowcip z poważną refleksją. Wiersz rozpisany na akapit z wulgarnym dialogiem dość prymitywnych rozmówców.

Wydech-wdech.

Pamiętam jak na początku poprzez pisanie próbowałem też sobie „uprzyjemnić” ciężką robotę fizyczną. Przy kopaniu dołów pod kable telefoniczne, czyszczeniu z ropy naftowej silosów na filipińskich tankowcach. Myślałem wtedy, skoro już robię w tym syfie, to przynajmniej o nim napiszę. Z brudu i wysiłku stworzę literaturę. Tak jak o pracy pisał Bohumil Hrabal.

Zacząłem rozglądać się. Uważniej obserwować. I próbowałem dostrzeżone opisać, ale tak by nie zanudzać zbędną rozwlekłością – należy szanować czas czytelnika. Dlatego wzorem stało się starojapońskie haiku. Mistrzostwo lapidarności. Trzywersowa forma poetycka, skoncentrowana głównie na kontemplacji przyrody, docenianiu chwili obecnej, dziejącej się „tu i teraz”, na odczytywaniu stanu emocjonalnego, wywołanego przez  tę obserwację. Jeśli nie wiesz jak zacząć opowieść, zacznij od haiku, powtarzam uczestnikom warsztatów literackich, które od lat prowadzę, bo to i przyjemne, i inspirujące. No i pieniądze z tego są.

Ale moja największa inspiracja to ulica. Przyroda i ulica. Ludzie na ulicy. Ludzie, którzy chodzą po mieście. Rozmawiają, śmieją się, kłócą ze sobą. Robią zakupy, biegną do pracy, są na spacerze. Ich rozmowy, gesty, reakcje. Ich twarze, grymasy. Ich oczy i usta. Usta, które mówią pourywane historie. Historię swojego życia, zawsze najważniejszego, bo swojego.

Śmiech dzieci i ich krzyki. Uśmiech i płacz dziewczyny. Agresja i nerwowość młodziaka. Spojrzenie kobiety, uścisk ręki mężczyzny. Żal za utraconą urodą staruszki, żal za utraconą siłą starca. To moje inspiracje.

I dostrzegam wmieszany w nas świat zwierząt. Szczekających psów, przemykających kotów, szczurów w piwnicach, ptaków nad głowami – mew, gołębi. I nas wmieszanych w świat zwierząt. Orły nad lasami, sarny na polach, abstrakcyjną ilość owadów, które w końcu wszystkich nas zjedzą.

Wdech-wydech.

Oczywiście to niezbyt odkrywcze, ale uważam, że literatura zaczęła się od opowieści przy ognisku, od powtarzanych przez pokolenia historii rodzinnych, z gawędy, plotek…  A ciekawa literatura to przede wszystkim anegdoty zasłyszane i przeżyte. Dlatego słucham opowieści innych. Bardzo sobie cenię sobie bajarzy, którzy potrafią lepiej opowiadać niż wielu pisać, nie mówiąc już o słuchaniu. To bajarze są dla mnie głównym źródłem tematów, a nie informacje dziennikarskie. Szybko jednak zrozumiałem jak ciężko opowieść bajarzy przelać na papier. Ich gawęda to żywioł emocji, akcentów i dźwięków, podczas gdy pismo jest zaledwie bezdźwięczną kalką. Jak ożywić mowę gwędziarzy z głowach czytelników?

Może pisać prostym językiem? Tak jak opowiada się historie przy piwie? Bez popisywania się, stosowania trudnych, niezrozumiałych wyrazów, których znaczenie trzeba sprawdzać w słowniku? No to piszę prostym językiem, najwyżej nacechowując go zwrotami charakterystycznymi dla mojego bohatera, a to że czasami rozpędzam się w tej swojej prozie w poezję, to już inna para kaloszy. Zresztą poezja wcale nie musi być niezrozumiała, prawda?

To jednak nie wszystko. Bo poza tym co opowiada bajarz, z którego historii – dajmy na to – korzystam, sam muszę wiedzieć, co chcę powiedzieć. Przecież fabuła i anegdota to podstęp sztuki, służący przede wszystkim do złowienia czytelnika, zainteresowania go intrygą. To atrakcyjna przykrywka, by poprzez scenki rodzajowe demaskujące i ośmieszające ludzkie przywary, opowiedzieć historie dotyczące każdego z nas, czyli stare jak świat, niektórzy powiedzieliby – uniwersalne.

Dlatego piszę o strachu przed bólem agonii i podziękowaniu za cud narodzin. Piszę o brutalnej konsekwencji upływającego czasu i ekstazie, jaką daje miłość. Piszę o bezpodstawnej nienawiści i pragnieniu zemsty. O nałogach alkoholowych i narkotycznych, nie tylko jako ucieczce, ale poszukiwaniu czegoś metafizycznego. A wszystko to rozpięte na czterech żywiołach, które nas zlepiły i którym głęboko się kłaniam. Stąd moje żonglowanie zapachem ziemi i niepowtarzalnym smakiem wody, oślepiającą gorączką ognia i dotykiem powietrza, które potrafi uderzyć. Tak, cztery żywioły to podstawa, na których buduję swoje opowieści. Każda z moich książek prócz ludzkich bohaterów, ma też bohatera w postaci żywiołu. A to wyjątkowo upalne lato, czyli słońce, czyli ogień. A to tartak wśród rozległych pól, czyli ziemia. A to nadmorskie miasto Kostyń, czyli woda… Podobnie używam snów jako bram do doświadczeń podświadomych i zmysłów jako klucza do światów świadomych. Nigdy nie zapominam, że smakujemy, dotykamy, słyszymy, widzimy i wąchamy. Moi papierowi bohaterowie nie zapominają.

Bo piszę też ze zdjęć, do których dorabiam opowieści zasłyszane od innych i umiejscowione w kalendarzu ludzkiej historii. Z kolei pisanie mojej „Kroniki umarłych” zaczęło się od obejrzenia filmu nagranego w przedwojennym, niemieckim Słupsku. Do redakcji TVP, w której lata temu przez lata pracowałem, dwóch pijaczków przyniosło kilka szpul przedwojennego filmu, znalezionego na strychu  starej kamienicy. Po wywołaniu taśmy magnetycznej Agfa powstał dwudziestominutowy, ruchomy pamiętnik lat 1933–1936. Posklejane na chybił scenki rodzinne, nagrywane przez gospodarza mieszkania, w którym przez sześć lat miałem próby rockowego zespołu. Dziś w tym mieszkaniu jest MDK. Radość trzech synów i ich rodziców nagrywana przez trzy lata nadziei na lepszy świat: prezenty pod choinkę, gra w tenisa, jazda konna, przekomarzanie się ze śliczną kuzynką, pokazywanie pociemniałych na tle jasnego okna profili, że takie aryjskie; pikniki nad morzem, wydmy, bieganie po tych wydmach trójki braci, którzy zginą na wojnie, bo podobnie jaki ich rodzice uwierzyli w diabelskie obietnice psychopaty z idiotycznym wąsikiem. Byli zabawkami w demonicznych objęciach ideologii, która jak każda ideologia, pragnąc dobra, czyniła zło. W końcu mordowała bez wyjątku – dobrych i złych.

Wdech-wydech. Wdech-wydech… Wdech…

Ogólnie jednak raczej piszę to, co czuję i na czym się znam. Nie znam się na rozterkach ludzi bogatych, dlatego o nich nie piszę, a jeśli już, to o rozterkach duchowych, bo te ma każdy z nas, bez względu na pochodzenie i miejsce w hierarchii społecznej. Ale raczej nie osadzam akcji moich opowiadań i powieści w świecie ludzi bogatych, bo ich za bardzo nie znam. Raczej znam się na biedzie, bezrobociu, odrzuceniu, to i o tym piszę. Daleko mi do profesora, to nie piszę. Bliżej do robotnika, to piszę. Znam alkohol, narkotyki, to piszę. Gdybym nie znał, nie wymyślałbym – i tak dalej, i tak dalej.

Wydech-wdech.

A co czytam? Bo przecież bez czytania nie ma pisania. Szeroko pojętą teologię jako inspirację do opisywania stanów wykraczających poza ciało. Filozofię jako pobudzenie intelektualne. Ale najczęściej poezję, z której można zaczerpnąć sposób zapisu i schemat zdania, no i lapidarność, będącą katem dla nadmiernego rozgadania. Historie ma się swoje albo opowiedziane przez innych. Czasu nie starcza na ich spisywanie i wplecenie w całość. Dlatego w prozie innych autorów raczej szukam sposobów ich opisania niż wątków fabularnych. Wreszcie czytanie innych to inspiracja do zdyscyplinowanej roboty, jaką jest próba codziennego pisania.

A codzienne pisanie przy literaturze inicjacyjnej to ideał. Bo i coś przeżyć trzeba, by zacząć pisać. A samo przeżywanie wymaga czasu, bo przecież trzeba to przemyśleć i znaleźć język na te przemyślenia.

Tylko co ja rozumiem przez literaturę inicjacyjną? A taką, w której poprzez działania swoich bohaterów, pisarz wyjaśnia własne wątpliwości, rozwiązuje swoje problemy, poprzez innych przygląda się kolejnym etapom swojego życia i podczas procesu pisania ponownie kontempluje to, co minęło, doceniając to, co jest, jednocześnie próbując nie przejmować się za bardzo tym, co będzie.

Moje książki są raczej krótkie. Nie piszę powieści powyżej pięciuset stron. Nie starcza koncentracji i motywacji do trwania tak długo przy tych samych bohaterach. Bo nie piszę za szybko, choć cały czas. Ale pisząc książkę, żyję przecież nią nieprzerwanie, w każdej godzinie mojego oddychania i spania. Wszystkie sytuacje, jakie mnie wtedy spotykają, postrzegam pod kontem przydatności do pisania. Czasami to uciążliwe, a czasami pogłębiające wartość każdego doznania, każdej przeżytej minuty.

Swoje pisanie nazywam pisaniem na krótkim oddechu. Czyli krótkie rozdziały, którymi tasuję jak kartami w talii. Ważne, by utrzymać rytm. Wdech-wydech. Odpuścić-przypie… Jak życie.

Wiem też jedno. Jak większość z tych, co piszą, jestem nałogowcem pisania. Dzień bez pisania jest jakiś niedopełniony, niespełniony, nienazwany. Dlatego codziennie próbuję nazywać. Wciąż od nowa i na nowo, językiem moich przodków, moich ukochanych i czasami tych, którzy nienawidzą.

Obejrzyj całe wystąpienie:

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Daniel Odija, Wdech-wydech – trochę o moim pisaniu, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 20

Przypisy

    Powiązane artykuły