31.10.2019

Nowy Napis Co Tydzień #021 / Podzwonne dla Instytutu

Wcześniej, kiedy powoli schodzono się do sali, Mitrowicz wkroczył do niej dziarsko, po czym gwizdnięciem przywoławszy do siebie kilku pierwszoroczniaków, zaczął przemeblowywać pomieszczenie. Z nieznanego bowiem powodu – choć refektarz był używany tylko w charakterze jadalni lub miejsca zebrań grona pedagogicznego – po każdym posiłku stoły wynoszono, a Nagy, z namaszczeniem typowym dla naukowca zdegradowanego do pozycji woźnego, zamykał pomieszczenie ogromnym pozłacanym kluczem.

Po Instytucie chodziły słuchy, że było to związane z przeprowadzaną przed laty w refektarzu serią kontrowersyjnych eksperymentów nad językiem Y, które miały odcisnąć na nim swoje lingwistyczne piętno. We wszystkich słuchach pojawiała się niezrozumiała dla samych opowiadających fraza o „zaburzeniach dysocjacyjno-lokacyjnych trzeciego stopnia”. Dlaczego w takim wypadku nie zdecydowano się na przeniesienie jadalni w inne miejsce i jaki charakter miały owe zaburzenia, nie było jasne. Istniało duże prawdopodobieństwo, że eksperyment trwa nadal, wkroczył jedynie na drugi etap, wymagający pełnej konfidencjonalności, a podopieczni, nie wiedząc o tym, stali się jego integralną częścią. Nie byłby to zresztą odosobniony przypadek w historii Instytutu.

Pomiędzy ustawieniem stołów a podaniem jedzenia przez służbę musiało się wydarzyć coś, co sprawiło, że cała energia i ożywienie Mitrowicza nagle zniknęły, ustępując miejsca rezygnacji i apatii. Może była to myśl o kwarantannie, która przecież towarzyszyła wszystkim podopiecznym w ciągu dnia pomimo ich wytężonych zajęć i która nagle o zmierzchu stanęła przed Mitrowiczem w całej swojej okazałości, „zrzucając przezroczyste pantofelki ze stóp i kocim ruchem podwijając rękawy białej koszuli”, jak pisał znany prozaik Y-języka w jednym ze swoich słynnych opowiadań.

Nikt nie odważył się trącić Mitrowicza czy też przemówić do niego „najłagodniej w świecie, jak oddech puszczony po jeziorze w stronę ukochanej, co na drugim brzegu stoi” (ibidem). Pozostawiono go sam na sam z jego demonami oraz talerzem ziemniaczanej papki, który z rozmachem postawiła przed nim tłusta Ingrid, służąca z pobliskiej wsi, od niepamiętnych czasów usługująca w refektarzu.

Kiedy grono pedagogiczne wkroczyło do sali, rozmowy ucichły z dźwiękiem podobnym do tego, jaki wydaje rozcinana nożem flaga Enklawy. Jak zwykle na początku pochodu kroczył Wieczny Zastępca, jedyny niezwrócony po aktorsku w stronę sali, przez co większość z podopiecznych znała jedynie jego profil oraz nienaturalnie długi i ostry cień. Tuż za nim dreptali: profesor Triochgubow z łagodnym uśmiechem i szeroko rozłożonymi ramionami, wyrażającymi ni to opiekuńczość, ni to bezradność; korpulentni bliźniacy syjamscy Voight & Kampff, kłaniający się skromnie łysymi głowami na bok, bo na ukłon do przodu nie pozwalała im fizjonomia; madame Pontpou w czarnym wyciągniętym golfie, zasłaniającym srebrną szramę na jej zasuszonej szyi; oraz wielebny Attis, jak zawsze muskularny i czarujący.

Pochód wykładowców – żywcem wydarty z największych kart Y-literatury, której badaniem wielu z nich się przecież zajmowało na tak zwanej niwie zawodowej, zgodnie z zasadą osmozy przejmując niektóre jej cechy – w zupełnej ciszy ustawił się wzdłuż stołu, dygnął lekko przed salą i szurając krzesłami, zasiadł do jedzenia.

Prawie natychmiast wybuchły gwar ożywionych rozmów, na razie wolnych jeszcze od niepokoju, rytmiczne pobrzękiwanie sztućców i inne, niezupełnie zrozumiałe dla podopiecznych dźwięki. Większość z nich była prawdopodobnie wstawianymi tu i ówdzie w rozmowę – jak przystało na ludzi kultury i nauki w naszym wieku – cytatami z wielkiej Y-literatury, powiedzeniami, aforyzmami, a nawet zabawnymi fraszkami. Wśród tych ostatnich szczególnie przodował profesor Triochgubow, którego broda, pełna rubinowego kawioru, trzęsła się gwałtownie przy ich recytowaniu.

Czasem dźwięki Y-języka przypominały te znane z innych językowych rzeczywistości, a nawet całe ich serie. Wśród nich podopieczni mogli rozpoznać między innymi: 1) zgrzyt płonącego pociągu wjeżdżającego na stację, który wprawił w drżenie kryształy napełnione czerwonym winem (Pontpou); 2) słowicze trele, raz po raz rozlegające się w różnych miejscach stołu, przy okazji rzucające na nie punktowe światło (Voight & Kampff); 3) ciszę zapadłą po narodzinach dziecka, będącą przeciwieństwem pierwszego płaczu i zwykle zwiastującą jego śmierć (wielebny Attis).

Dla postronnego obserwatora – a tacy zdarzali się przynajmniej raz do roku, kiedy to z Enklawy przylatywał helikopterem rewizor Frandlein, aby przeprowadzić standardową inspekcję Instytutu – w tej jakże jaskrawej i karnawałowej scenie nie byłoby zapewne nic dziwnego, gdyby nie maleńki szczegół, maleńka rysa na krysztale ogólnej świątecznej atmosfery, towarzyszącej niemal wszystkim wieczerzom w Instytucie, przynajmniej po pedagogicznej stronie refektarza.

Tego wieczoru bowiem szacowne ciało pedagogiczne złamało obowiązującą od wieków zasadę i zasiadło tyłem do sali, odsłaniając długi, poskręcany w wielu miejscach kręgosłup z czarnymi paciorkami kręgów, które delikatnie opalizowały w półmroku. Przed sobą miało łagodnie ciemniejące okna, a za plecami milczące rzędy podopiecznych – najeżone w mroku jak ostrza pik w czasie oblężenia zamku. I znów, tak jak w przypadku z latarnią, który od rana zdążył obrosnąć legendami, wystarczyłby jeden ruch, wystarczyłoby powolnym, dobrze wyuczonym gestem odłożyć sztućce, wstać z miejsca i spojrzeć na sklepienie, aby ostrza samoczynnie zanurzyły się w galaretowate mięso i wypuściły z niego sok. Nic takiego jednak się nie wydarzyło, a dogodny moment minął bezpowrotnie, pozostawiając podopiecznych z ustami pełnymi nieprzeżutego jedzenia.

Wykorzystując pauzę pomiędzy dochodzącymi zza stołu wykładowców dźwiękami, Triochgubow beknął głośno, rozpruwając napiętą chwilę na połowy, które niczym strzępy czarnej flagi porwał stepowy wiatr, stopniowo wzmagający się za oknem.

Gdyby któryś z wykładowców zechciał w tym momencie przerwać gorączkową rozmowę i obrócić się w stronę sali, wycierając tłuste usta serwetką, zobaczyłby kościste profile rysujące się w ciemności, rozświetlanej światłem cienkich świec. Ujrzałby rytmicznie podnoszone do ust dłonie, jak gdyby podopieczni raz po raz składali sobie sami na nich pocałunek. Z całą pewnością musiałby też zauważyć spojrzenie Mitrowicza, lśniące tym szczególnym, wilgotnym blaskiem, jaki może zagościć jedynie na twarzy zmarłego, któremu w przydrożnym barze ktoś opowiada o życiu płodowym.

Nietknięte jedzenie leżało przed nim i konsekwentnie niejedzone traciło swoją istotę, podobnie zresztą jak sam Mitrowicz. Z natury bezkrwisty i wychudzony, z każdą sekundą intensywnego wpatrywania się w pustkę zdawał się coraz bardziej zapadać do swojego wnętrza, przekraczając kolejne plateau autonicości. Powoli stawało się jasne, co nim tak wstrząsnęło. Wykładowcy rzadko kiedy obnażali przed podopiecznymi swoje słabe strony. Ich gest był wyraźnym sygnałem i mógł świadczyć tylko o jednym: sytuacja była poważna i należało się liczyć z jej możliwymi konsekwencjami.

– Jakbyśmy coś innego robili w życiu – stwierdził nagle Mitrowicz.

Przerażony swoją śmiałością spojrzał najpierw na jeden, a potem na drugi koniec stołu, po czym sięgnął rękami do talerza, wepchnął sobie do ust garść ziemniaczanej papki i zaczął ją szybko przeżuwać. Jego dłonie błądziły w tym czasie po stole, by pozbyć się przylepionych resztek. Wreszcie, wycierając się rozpaczliwymi ruchami o obrus, raz wierzchem, a raz spodem, skrył je wstydliwie pod białym materiałem.

Jego zachowanie przeszło prawie niezauważone, podobnie jak słowa we wspólnym języku, których nie miał prawa wypowiadać w czasie wieczerzy – ani on, ani żaden z podopiecznych. Był to ten zwyczajowy moment, gdy stoły ogarniała szczególnie silna apatia, wprost proporcjonalna do ożywienia narastającego za stołem wykładowców. Zakazane słowa Mitrowicza rozpłynęły się jednak w dźwiękach Y-języka rozcinających raz po raz powietrze lub płynących przez nie powoli i majestatycznie niczym dym podczas palenia opium.

Widząc, że jego słowa nie wywołały żadnej reakcji, Mitrowicz poczuł równocześnie ulgę i ukłucie zawodu, które na powrót wypuściło z niego całe powietrze, w zamian przesączając do płuc lepką i gnuśną rezygnację. Z ustami pełnymi nieprzeżutej papki i słodkim ciężarem w piersi, zaczął się dusić, wybałuszając przy tym oczy. Krew szumiała mu w głowie, a dźwięki sali zdawały się to do niego przybliżać, to od niego oddalać. Nagle ciemność nad głową Mitrowicza zgęstniała i wysunął się z niej ogromny rozbujany biust Ingrid wsparty na rusztowaniu z białej wiejskiej koszuli o czerwonych wzorach.

– Panicz życzy repetę? – zapytała cicho, tak by tylko on jeden usłyszał. Mówiła w charakterystyczny dla zewnętrza sposób, akcentując z namaszczeniem nosówki, co przy jej typowo wiejskiej wymowie dawało komiczny efekt. Nie czekając na odpowiedź walczącego o powietrze Mitrowicza, nabrała pełną łyżkę papki ze stojącego na pociągowym wózku kotła i strząsnęła ją z rozmachem na jego talerz.

Mitrowicz, z trudem przełykając ziemniaczaną breję, osunął się wyczerpany na oparcie krzesła i przez długą chwilę pożądliwie wciągał powietrze przesycone dźwiękami Y-języka. Powoli odzyskując rezon, znów rozejrzał się wokół siebie, po czym kątem ust wychrypiał do stojącej za nim Ingrid:

– Nie wiedziałem, że fizyczni mówią. Nikt nas tego nie uczył.

– Mówią, a jakże, jeśli tylko jest o czym. Co by mieli nie mówić?

– A teraz jest o czym? – zapytał, obracając się lekko w jej stronę.

– Cichojcież, paniczu, a to jeszcze usłychają – wyszeptała ze strachem Ingrid i spojrzała w stronę stołu wykładowców, sponad którego wzleciało kilka motyli.

Mitrowicz patrzył na nią coraz bardziej zdumiony, zapominając o grożącej mu jeszcze przed chwilą śmierci.

– Znaczy się, że wy…? – zaczął, ale tylko po to, by nie trafić w kolejny stopień swojej wypowiedzi.

Od strony stołu rozległa się salwa śmiechu i posypały elektryczne iskry. Po piwnych oczach kobiety, nagle rozświetlonych w półmroku, dostrzegł jednak, że zrozumiała.

– My. I nie tylko my. Jest nas wielu. „Nie boję się pana ani jegomości, wezmę siekiereczkę, porąbię wasze elektrokości” – zaintonowała cicho, po czym odwróciła się płynnym tanecznym ruchem i pchając przed sobą poskrzypujący wózek, ruszyła w głąb refektarza.

Mitrowicz poderwał się z miejsca i ponad głową sąsiada chwycił ją za tłusty łokieć.

– To już? Zaczęło się? – wyszeptał gorączkowo w jej plecy, czując, jak głos ostatecznie wychodzi z karceru na powierzchnię.

Ingrid przez chwilę próbowała wyrwać łokieć z uścisku, ale bezskutecznie. Wózek rozbujał się przy tym na boki, wyrzucając z siebie ziemniaczaną breję, po którą podopieczni natychmiast rzucili się na podłogę. Ingrid spojrzała na Mitrowicza ze strachem i nie odwracając się, wycedziła przez pożółkłe zęby:

– Wy, podopieczni, nigdy nie uczycie się na błędach. Byłam tu wtedy, gdy przyjmowano pierwszych z was, jeszcze na zasadach konwencji moskiewskiej. Ja, młoda i skąpana w stepowym słońcu amazonka, widziałam wielką Szóstkę Grońskiego maszerującą po podwórzu: lewa, prawa, lewa, prawa, UNIONISTĘ BIJ! Podawałam na stół piołun i maki, namaszczałam skronie Wiecznego Zastępcy, kiedy jeszcze był tylko Zastępcą, popołudniami piłam koniak z madame Triochgubową, a w dzień jej śmierci wstrzykiwałam nam obojgu morfinę. A jeśli tego byłoby mało, mój układ kostny posłużył jako wzór dla pierwszego Y-Reaktora w starym skrzydle Instytutu. Byłam tu przez ten cały czas, a nawet przez kilka czasów, i mogę zaświadczyć jedno – na tyle, na ile pozwala mi moja prosta wiejska dusza – twarze podopiecznych nigdy się nie zmieniają, nigdy.

Na czas swojej tyrady zupełnie zapomniała o wiejskiej wymowie, jak gdyby w rzeczywistości wcale jej nie znała. Jej pierś falowała, na policzki wystąpiły rumieńce rodem z ludowych piosenek. Mitrowicz nie zwalniał uścisku, a wręcz zamykał go jeszcze mocniej na jej białym mięsie, zastanawiając się, do kogo kierowała te enigmatyczne słowa. Do niego, outsidera przebywającego na pełnych drutu kolczastego peryferiach społeczności? A może do tych wymiętych postaci ślizgających się po posadzce w poszukiwaniu jedzenia, których czarne wzdymające się uniformy przypominały przedwcześnie otwarte spadochrony? Wreszcie wyszeptał drżącym głosem:

– Co to ma znaczyć, In? Jakie znowu twarze?

– Znaczy, co znaczy. I nic więcej.

– Więc nie zabierzecie nas ze sobą?

– A na co komu w stepie wasz język? Widział kto takie cuda, żeby językiem ogień rozpalać albo zamiast cycka dziecku dawać? To było kiedyś, zanim odebraliście nam naszą mowę.

– Zbiorę dla was najlepszych. Wymówimy i ogień, i mleko, i bombę atomową…

– To tylko tutaj działa, dalej już nie. Dawno temu przestało. Nic nam nie pomożecie w stepie. Zresztą pętla na was…

– Pętla?

– A tak, w pętli żeście utkwili. Mówiłam przecie – warknęła z irytacją, po czym zapierając się z całych sił o wózek, szarpnęła łokciem i wyrwała go z uścisku osłupiałego Mitrowicza.

Ten stał jeszcze przez chwilę w miejscu i patrzył, jak jej ogromna biała postać znika w drzwiach sali. Za jego plecami wykładowcy zaintonowali pieśń, której wysokie dźwięki brzmiały jak zamarzająca w przyspieszonym tempie woda, i rzeczywiście – ich kieliszki, puchary i kufle pokryły się kłębkami niebieskawego szronu, połyskującego trupio w świetle świec.

Podopieczni zaczęli pełznąć po podłodze w stronę stołu, upychając szybko w ustach zebraną papkę, a Mitrowicz wyminął ich i wrócił na swoje miejsce. Zasiadł ciężko na krześle, gotowy na powrót zapaść w apatyczny stan z początku wieczerzy. Dostrajał się powoli do niego, zanurzając ręce pod biały obrus i mrucząc pod nosem odpowiednie formuły z Y-języka, kiedy nagle uświadomił sobie, że od dłuższej chwili zaciska coś kurczowo w garści. Podłużny przedmiot, chłodny i przypominający w dotyku metal, ciążył mu w dłoni. Ostrożnie wyciągnął go spod stołu, po czym zbliżył do światła najbliższej świecy. Miał przed sobą kość, a raczej fragment kości ze zwisającymi z niej strzępami mięsa. Przez moment obracał w rękach biały cylinder, przyglądając mu się uważnie. Jedna jego strona była gładka i równa, podczas gdy drugą pokrywały rozmieszczone w równych odstępach podłużne zagłębienia. Wyglądały na świeżo wycięte i kiedy Mitrowicz zbliżył do ich brzegów palec, na biały obrus spadło kilka kropel rubinowej krwi.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Bartosz Popadiak, Podzwonne dla Instytutu, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 21

Przypisy

    Powiązane artykuły