24.10.2019

Nowy Napis Co Tydzień #020 / Murek, murek, a za murkiem las i pole

1.

– Nie wiem, czy mam cię dobrze rozumieć – lekko się wzdrygnął, trzymał w dłoni czekoladowego zająca. Pocierał go dłońmi. Były coraz bardziej ubrudzone czekoladą, a zająca było coraz mniej. – Nie wiem, nie wiem…

– Ale to jest naprawdę proste – odpowiedziała szybko, wpatrując się w jego dłonie i  w to, co pozostało z zająca. Nie miał już główki, była roztopiona. Reszta kurczyła się w oczach.

– Tak, tak – zaczął się jąkać. Wziął do ust szczątki zająca i zaczął je gryźć. Całe jego usta były w ciemnobrązowej czekoladzie. Czekoladzie z zająca. Usta miał napuchnięte i czekoladowe, ledwo mógł mówić. – Ale mówię ci przecież, że babcia nie może…

– Jak nie mogę?! – krzyknęła babka siedząca do tej pory cicho w rogu pokoju. – Ja nie mogę? To jakiś absurd… To… to… – zapowietrzyła się i zaczęła ostentacyjnie się wachlować. Nie patrzyła w stronę zająca.

– No widzisz, no widzisz – wskazała na babkę, która tak się zapowietrzyła, więc nie mogła w tej chwili oddychać ani nie patrzyła w stronę zająca. Nie mogła także mówić. Kawałki zająca skapywały na stary turecki dywan. – Co zrobiłeś, przeproś babcię… Przeproś babcię!! Ale już, przeproś babcię! – krzyknęła.

– Ale, ale… – nie wiedział, co powiedzieć. Wytarł usta po czekoladzie z zająca – Za co?

– Aaa… za jajco… jak myślisz? W ogóle nie pokazujesz uczuć, a tylko gadasz. I jesz tego swojego zasranego czekoladowego zająca, zostaw go wreszcie. Będziesz gruby i umrzesz, bo wszyscy grubi ludzie umierają! – krzyknęła i odwróciła się do niego plecami. Nie wiedział co zrobić, postawił zająca na zabytkowej, kupionej na Allegro komodzie. Nie chciał być gruby, nie chciał umierać.

– Przepraszam, babciu – przeprosił.

– No, i nie można było tak od razu! – krzyknęła babcia i się odpowietrzyła. – W ogóle co wy z tym miśkiem?

– Jakim miśkiem? – odpowiedzieli razem, zdziwieni.

– No tym, który stoi pomiędzy wami.

Pomiędzy nimi stał gigantyczny, plastikowy misiek. Nikt nie wiedział, skąd się tu wziął. Dlaczego akurat tutaj, od kiedy tu jest i po co. Nikt. Nic. Niczego. Kompletnie nic. Cisza. Babka w rogu, niedźwiedź i oni.

– Myślę, że nie wiem, skąd się tu wziął, dlaczego akurat tutaj, od kiedy tutaj jest i po co, ale musimy go stąd zabrać. Dla naszego dobra – powiedział, wycierając usta z czekoladowego kremu po zającu. – Tylko to takie duże… e… że mi się do auta nie zmieści. – Misiek zdecydowanie do auta by się nie zmieścił. Był za wielki.

– Pięknie, popłakałam się – powiedziała przez łzy babka. – Weźcie go stąd, nie chcę go widzieć na oczy… I tego… tego zająca też. Weźcie ich i wyjdźcie. Mam migrenę, mam bóle. Zostawcie mnie, zostawcie…

– Ale gdzie, ale jak ? – rozłożył bezradnie ręce.

– W du… – nie dokończyła babcia.

– Tak, tak… w du… – powtórzyła, spoglądając spod oka na babkę. – Daj spokój, nie ma sensu dyskutować. Weźmy miśka razem, wywieźmy do lasu albo na pole. Tam – wskazała za okno. – Tam, wskazuję ci za okno. Tam mieszka Morderca Niedźwiedzi, pan Staszek. Leśniczy. Myśliwy. On będzie wiedział, co zrobić… Tylko… – zająknęła się – tylko jest jedno ale: nie zrobi tego za darmo.

– Myślisz, że ten gigantyczny plastikowy misiek… niedźwiedź czy coś tam. Myślisz, że go trzeba zabić? – zapytał zdziwiony, nie chciał zabijać plastikowego misia. Nic mu przecież złego nie zrobił.

– Tak, trzeba zabić – odpowiedziała zdecydowanie, chociaż także nie chciała zabijać miśka.

– Tak, tak – babka zaczęła skakać po tureckim dywanie – zabij drania, zabij skurwysyna. Zabij go, zabij…

2.

– Mówiłem, że się nie zmieści. – Plastikowy Niedźwiedź nie zmieścił się do samochodu. – Trzeba jechać autobusem.

– Tak, tak. Autobusem! – krzyknęła w ich stronę babka, która wychyliła się zza okna, i spoglądała na nich, jak próbowali włożyć miśka do samochodu.

– Myślisz, że to coś da? – zapytała.

– Powinno coś dać – odpowiedział. – Przecież jak nie autobusem, to już nie wiem czym. No nie wiem…

– Może go tu tak zostawić? – zapytała.

– Tak, przed domem babci. I co? – zdziwił się. Wyrzucił z kieszeni zająca na ziemię. Schylił się, otrzepał go. Spojrzał, czy da się zjeść. Nie nadawał się już. Wyrzucił resztki zająca w pole. – Rozłożą się albo lisy je zjedzą.

– Tak, albo lisy! – krzyknęła nagle. – A może lisy zjedzą też plastikowego misia!

– One plastiku nie jedzą – spojrzał w stronę krążącego nieopodal stada lisów.

– Naprawdę? Nie wiem, jestem z miasta. Myślałam, że może jedzą – zdziwiła się i zaczerwieniła. – Ja to taka trochę głupia czasem jestem – zachichotała. – Taka z miasta, no wiesz…

– Nie, nie jedzą, zdawałem biologię na maturze. Rozszerzoną. Lisy nie jedzą plastikowych misiów. Jestem tego pewien. – Podszedł do plastikowego misia i go polizał. – Nie, jego nie da się zjeść. Musimy czekać na autobus.

– Kiedy przyjedzie? – spytała.

– Za godzinę – odpowiedział spokojnie, spoglądając na zegarek.

– Jak to za godzinę! – krzyknęła. – Jak autobus może jeździć RAZ na godzinę, to chyba nieludzkie?

– Tak, to nieludzkie, ale będzie za godzinę albo i później – znów spojrzał na zegarek.

– Jak to później? – spytała.

– Tak, autobusy czasem się spóźniają – odpowiedział, dotykając plastikowego misia nosem. Chciał poczuć niedźwiedzia z bliska.

– W dwudziestym pierwszym wieku nic nie powinno się spóźniać – zasyczała, parsknęła i się odwróciła.

– Chcecie jajka? – krzyknęła siedząca w oknie babka.

– Tak, mamy jeszcze czas. Za godzinę będzie autobus. Chyba że się spóźni – odpowiedziała babce, która w rękach trzymała cztery dorodne jaja. – Mimo że mamy dwudziesty pierwszy wiek, czasem autobusy się spóźniają. To nie jest miasto, ale wieś. A i jeszcze jedno: lisy nie jedzą plastikowych niedźwiedzi.

– Tak wiem, wiem, że lisy nie jedzą plastikowych niedźwiedzi. Autobusy czasem się spóźniają. To wieś, nie miasto! – odkrzyknęła jej babka. – Ile tych jajek chcecie?

– Tyle jajek, aby nam starczyło na to czekanie, bo autobus może się spóźnić, a dopiero za godzinę będzie. A może i później – odrzekł, idąc stronę okna i siedzącej w nim babki.

– To macie cztery jajka – babka podała mu cztery jajka przez okno. – Wystarczą wam cztery jajka? Na to czekanie? Cztery? Mogą być cztery czy więcej? Cztery?

– Tak, wystarczą nam cztery jajka – odrzekli chóralnie. – I może coś dla lisów, one nie jedzą plastikowych niedźwiedzi. Autobusu nadal nie widać. Jeszcze prawie godzina. Postójmy tu tak w ciszy. To wieś, nie miasto. Tu jest cicho. Trzeba korzystać. Postoimy w ciszy, aż przyjedzie autobus. Tak, tak musimy zrobić. Z niedźwiedziem. On dzisiaj umrze.

3.

– Z czymś takim nie wpuszczę – kierowca z kartoflanym, czerwonym nosem spojrzał na plastikowego niedźwiedzia. – Prawo, prawo unijne zabrania. Nie wpuszczę i kropka. Nie, nie, zdecydowanie nie wpuszczę. Musicie jechać bez tego… niedźwiedzia, nie, nie da rady, zarobiony jestem, za dużo ludzi, za wielki, nie da się… Prawo, prawo…

– Jakie prawo? – zbulwersowała się. – Studiuję prawo. Nieprawda. Nie ma takiego prawa – zaczęła oskarżać kierowcę. – Podaj pan paragraf, jak jest pan taki mądry. Nie ma takiego prawa. Nie ma. Dawaj pan paragraf, już, już…

– Tak, ten, tego… – kierowca skulił się, spojrzał w stronę pasażerów. Nikt nie protestował.

– Niech włażą – powiedział jeden chłop bez zęba na przedzie.

– Tak, tak, dajmy im szansę – dodał śniadawy gość z nieświeżym oddechem. – Każdemu teraz trzeba dać szansę. Unia swoje, my swoje. Młodzi są, jeszcze mają nadzieję. Dajmy im szansę.

– Każdemu należy się szansa – powiedział ktoś inny.

– Tak, tak, wpuścić ich, tacy młodzi, tacy piękni. Szansa, szansa…

– Wpuścić i oddać wszystkim za bilety – zaczął ktoś inny.

– Tak niech pan zwróci nam pieniądze – wtórowali mu kolejni.

– Tak, właśnie tak musimy zrobić. Zbuntować się – pasażerowie autobusu, który pojawia się w tych okolicach raz na godzinę, zaczęli krzyczeć: – Złodzieje, złodzieje!

– Cisza! – zawołał kierowca. – Mili pasażerowie autobusu, który pojawia się w tych okolicach raz na godzinę, albo płacicie, albo wyp…

– Sam sp…dalaj – powiedział jeden pijany jegomość i wytoczył się na drogę. Beknął, obsrał się i poszedł w las. Mieszkańcy miasta wreszcie wsiedli, postawili plastikowego niedźwiedzia i usiedli obok.

– A w ogóle państwo są po ślubie? – zapytała jedna z podróżnych.

– Mamy kilka jajek, możemy się podzielić – odpowiedziała, zmieniając temat. – Dlatego do lasu. My do lasu, musimy do lasu. Mamy cztery jajka na drogę.

– Ciągnie niedźwiedzia do lasu – dodał.

– Już, już, na piechotę trzy minuty by było – rzekł kierowca. – A obwodnicą będzie te dwadzieścia minut.

– A może jednak szybciej? Zdarza się, że jednak jest i szybciej.

– Może ktoś chce jajka? – wciąż chciała je oddać, nie miały stempli, były podejrzane. – Ktoś, ktokolwiek?

– Za darmo? – spytał ktoś.

– Tak, tak – odpowiedziała.

– Dziewczynko, w życiu nie ma nic za darmo – stara baba wzięła jedno z jajek i rozbiła sobie na głowie. Wszyscy, poza przybyszami z dużego miasta, śmiali się. Oni czuli się zmieszani, prawie wściekli. Czekali na moment, kiedy stąd wyjdą i skończą sprawę z niedźwiedziem. Nie interesowali się tubylcami, woleli wrócić już do miasta.

– To właśnie tam mieszka leśniczy – kierowca wskazał im dom leśniczego. – On zrobi to, co należy – zatrzymał autobus. – Tam, tam, musicie tam iść.

Wyszli z niedźwiedziem i poszli w stronę miejsca, gdzie mieszkał leśniczy. Wreszcie wyszli. I poszli.

4.

– Co to za wieś, taka wieś, tyle wsi wokoło?

– Goń się. Jak będziemy mu pyskować, obrazi się i może ucieknie – powiedziała.

– Niedźwiedzie nie rozumieją po polsku – odpowiedział leśniczy.

– Raczej nie rozumieją.

– Raczej nie – przytaknęła.

– Tak, tak. Co tutaj mamy? – zapytał leśniczy i splunął na ściółkę.

– Tato? – zapytał chłopak leśniczego, który też był myśliwym.

– Nie jestem twoim ojcem – odpowiedział mu myśliwy. – Widocznie jestem do niego podobny, ale to nie ja.

– Tak, rozumiem, jest pan tak bardzo podobny do mojego ojca – odpowiedział mu syn. – Ale, ale to by było niemożliwe.

– Niedźwiedź, nie wiemy, co z nim zrobić… – powiedziała.

– A w ogóle rozumiecie, o co chodzi z tym niedźwiedziem, rozumiecie jego sens? Ten sens plastikowego miśka. Jego ideę, jego esencję, to „coś” nienamacalnego? – zapytał leśniczy.

– Nie.

– Dobrze – opowiedział im.

– Gdzie iść? – zapytał.

– Widzi pan ten murek? – odpowiedział leśniczy.

– Tak, widzę ten murek – odpowiedział leśniczemu.

– To murek, murek, a za murkiem las, potem droga i przystanek autobusowy – wskazał im drogę.

– Aha, jak rozumiem, dwa murki, las i droga? – zapytała.

– Tak, dwa murki, las, droga i przystanek autobusowy – odpowiedział. – Pamiętajcie o autobusach.

– Autobusy czasami się spóźniają – chcieli zakończyć rozmowę. – I jeżdżą raz na godzinę albo i rzadziej.

– Tak, to wieś, nie miasto – podkreślił na odchodne.

– Jesteśmy piękni, młodzi, wykształceni, z dużych miast – dopowiedziała. – Tak musiało być, tak. Po prostu tak. Prawda? Nie robimy przecież nic złego. To żadna tragedia, nic, nic złego, prawda?

– Prawda – opowiedział myśliwy.

– A co z niedźwiedziem? – zapytali. – Co z misiem, co z niedźwiedziem? – powtórzyli.

– Zrozumiecie, kiedyś zrozumiecie –uśmiechnął się, zabrał niedźwiedzia za dom. Wziął strzelbę. – Idźcie, idźcie, bo autobus się śpieszy i wam ucieknie, a kolejny…

– Kolejny za godzinę albo i później – odpowiedział.

– Tato?

– Co? – zaniepokoił się myśliwy.

– Nie, nic, nie chcesz jajek?

– Nie, nie chcę. Idźcie już, mówię.

– Do widzenia.

– Tak, tak – zamamrotał pod nosem, strzelając do plastikowego niedźwiedzia.

Czekoladowy zając gnił gdzieś na polanie obok najedzonych tego dnia lisów. Na poboczu stał samochód. W oknie spała babka.

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Bałczewski, Murek, murek, a za murkiem las i pole, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 20

Przypisy

    Powiązane artykuły