26.10.2023

Nowy Napis Co Tydzień #226 / Pamięć, mit, grzech – o „Chołodzie” Szczepana Twardocha

Twórczość Szczepana Twardocha obfituje w wiele interesujących wątków, ale jeden pozostaje rdzeniem, wokół którego budowane są światy kolejnych bestsellerowych powieści – jest nim podszyty strachem szacunek dla sterującego historią Zeitgeistu. Ów szacunek, a także świadomość kary, jaką Duch Dziejów wymierza krnąbrnym jednostkom, są wyczuwalne w Chołodzie – najnowszym dziele pilchowickiego prozaika.

Karę, jak wiemy, poprzedza grzech, a jego istotę pisarz rozważa w trzech historiach składających się na fabułę powieści. Jej początek może zdumieć czytelników, bowiem bohaterem, a zarazem narratorem pierwszych kilkunastu stron, jest Twardoch we własnej osobie. Pchnięty potrzebą ucieczki od codziennych problemów i obowiązków wyrusza po raz kolejny na Spitsbergen, by w lodowej pustce odnaleźć spokój i harmonię umożliwiającą mu funkcjonowanie. Budzi to nieuchronne skojarzenia z powieścią Exodus jego przyjaciela Łukasza Orbitowskiego. Jarosław Czechowicz pisał na temat głównego bohatera tej powieści, że

[…] jest w dużej mierze egocentrykiem. Wygodniej mu mierzyć się z życiowymi traumami w pojedynkę, bo to wygląda na zacne i potrzebne. Rozsypały się kartki jego notesu marzeń. Tymczasem zło, które go wewnętrznie niszczy, nie podlega żadnej formie oczyszczeniaJ. Czechowicz, Monotonia zła, http://krytycznymokiem.blogspot.com/2017/11/exodus-ukasz-orbitowski.html [dostęp: 07.07.2023].[1].

Ta charakterystyka idealnie oddaje powieściowego Twardocha i rymuje się z nią samokrytyka, jaką wygłosił w jednym z trzech rozdziałów, w których się pojawia:

Czułem się jak najgorszy człowiek świata i sądzę dziś, że słusznie. Nie wierzę w Boga, od dawna nie jest mi po drodze z Kościołem katolickim, wierzę jednak w grzech i to, co zrobiłem, znikając na tak długo, było grzechem, wielkim grzechem, a grzechów nie można odkupić. Nie ma odkupienia, jest za to kara. Nie wiem, w jakiej formie ta kara mnie spotka, ale spotkać mnie musiS. Twardoch, Chołod, Kraków 2022, s. 217–218.[2].

Pisarz przyznaje, że odcinając się na wiele tygodni od świata, rani swoich bliskich, lecz wyrzuty sumienia i strach przed słowem „przepraszam” powstrzymują go przed powrotem, mało tego, skłaniają do dalszej ucieczki. Jest w tym niewielkim, poprzedzającym właściwą opowieść prologu wartościowa refleksja nad absurdem toksycznej, maczystowskiej męskości z jej gruboskórnością i dziecinnym strachem przed okazywaniem zwykłych, ludzkich uczuć. Cenna tym bardziej, że wypowiada ją Twardoch, pisarz, który na takim modelu męskości budował w ostatnich latach swój wizerunek, podtrzymując i rozpowszechniając tę szkodliwą blagę jedynie dla celów marketingowych. Grzech pierwszy – egoizm.

W Pyramiden spotyka Borghild, staruszkę, która zaprasza go w rejs na daleką północ. Na pokładzie jej statku otrzymuje dwa notesy Konrada Widucha, głównego bohatera powieści. W nich, wyczekując śmierci na uwięzionym w lodzie statku, opisał Widuch swoje niezwykłe życie. Z pochodzenia Ślązak, będący w istocie amalgamatem kultury śląskiej, niemieckiej, polskiej i rosyjskiej, zyskał głęboki wgląd w każdą z nich, co pozwoliło mu wyrobić fenomenalny słuch językowy, uprawniający go do wygłaszania radykalnych sądów na temat zastosowania i brzmienia polszczyzny, którą zdecydował się posługiwać, prowadząc swój dziennik. Należy tu docenić wprost niebywały warsztat stylistyczny autora.

Piszę ja po polsku. Po tem wszystkiem nigdy ja pisania cyrylicą nie polubił, a po polsku, chociaż wiem przecie, że niepoprawnie, to jakoś i tak ja polubił właśnie […] ten polski to całkiem podobny do tej naszej godki, chociaż bardziej taki nadęty, trochę jakby taki śmieszny hrabia jakiś mówił, i mnie się zdaje, że przez to nadęcie bardziej do pisania zdatny, chociaż mówić po polsku strasznie głupio i mnie zawsze mówić po polsku było wstyd, bo jak czełowiek po polsku mówi, z tymi wszystkimi panami i paniami, ą i ę, to brzmi od razu, jakby się nadął niczym jakiś polski szlachcic i jakby paluszek przy piciu herbaty odchylał niczym skrzydełko ptaszyny delikatnej, no groteskowo czełowiek brzmi, jak po polsku mówi, jak pajac zawsze, a po naszemu to jak trzeba, normalnie, bez nadymania się, jak swój czełowiek, normalnie. I po rosyjsku też normalnie, bez nadęcia, bez panów i pań, i ą, i ę, jak chłop albo baba, normalni, a nie jakieś tam państwo chuj ich tam wie coTamże, s. 33.[3].

Prowadząc swoje zapiski, bohater wielokrotnie deklaruje, że robi to dla „nieistniejącej czytelniczki”, co wydaje się ukłonem Twardocha w stronę Rymkiewiczowego Wieszania, gdzie zastosowano podobny zabieg (wszak autorowi lżej na duszy, gdy pomyśli, że jakaś kobieta, do tego atrakcyjna, zechce pochylić się nad jego książką…). Ponadto jest przekonany, że nikt nigdy jego świadectwa nie pozna, dlatego wybór języka polskiego, jako tego, w którym zostanie spisane, jest wyborem czysto estetycznym, uprawianą w ekstremalnych warunkach sztuką dla sztuki. Pomimo to Widuchowi zdarza się wplatać w swój dziennik rozmaite wyrażenia z innych znanych mu języków – co istotne, nie w formie ornamentu, lecz dla zachowania precyzji znaczeń, rzadziej z racji niedoskonałej znajomości polszczyzny – choćby wtedy, gdy Widuchowi brakuje słowa „myśliwy”:

Na razie jednak miał ja co jeść, z dwóch kłód przygotował ja nocne ognisko, nodię, czego nauczył mnie na wyrębie pewien stary Sybirak, ochotnik z okolic Irkucka, którego wsadzili, jak twierdził, za to, że miał zawsze głupi wyraz twarzy.

Ochotnik? Tak się po polsku chyba nie pisze. Ochotnik to po polsku der Freiwilliger, prawda? Nie pamiętam, jak się po polsku mówi na kogoś, kto poluje. Po niemiecku der Jӓger. Polownik? Polowacz? Niech tam już będzie ochotnik więcTamże, s. 167.[4].

Jako że pamięć ciągnie go w rozmaite strony, a wspomnienia wywołują coraz to nowe dygresje, historię Widucha czytelnicy poznają w sposób nielinearny, co z kolei może budzić skojarzenia z prozą Wiesława Myśliwskiego, notabene uznawanego przez Twardocha, co przyznał w Hejt Parku, za największego żyjącego pisarza polskiego. Taka jest jednak natura naszej pamięci, co bohater Chołodu dostrzega i skrzętnie odnotowuje:

Dlaczego ciągle wpadam ja w te dygresje?

Dygresje! Proszę, jakich słów prosty towarzysz Konrad Wilgelmowicz używają!

Miał ja pisać o tem, jak ja znalazł łódeczkę Dużego i Małego, a opowiadam o tem, jak ja z domu uciekł, albo o polowaniu na miszkę, no, ale czyż życie właśnie nie takie, czyż nie taki los czełowieka, bo taka natura naszej pamięci, dygresyjna, a w pamięci i byciu się ten los nasz ziszcza i dokonuje?Tamże, s. 59.[5]

Pierwszy notes zawiera wartko płynącą, przygodową historyjkę o rewolucji pożerającej własne dzieci – bohater w wieku czternastu lat ucieka z rodzinnego domu w Pilchowicach. Kilka lat później zaciąga się do niemieckiego Kriegsmarine, a jeszcze później trafia do rewolucyjnej Rosji, gdzie zostaje oficerem politycznym przy Armii Konnej, aby walczyć przeciwko bijącej się wówczas o niepodległość Polsce. Tam poznaje Sofie, swoją przyszłą żonę. Jej imię, po grecku oznaczające „mądrość”, jest znaczące – Widuch wielokrotnie przyznaje, że to jej zawdzięcza swoją edukację, a przez siedemnaście wspólnych lat:

Czytaliśmy […] książki, razem, a ona cierpliwie objaśniała i porządkowała mój światTamże, s. 265.[6].

Wpływ Sofie zaowocował też zmianą w podejściu Widucha do kobiet w ogóle:

[…] jedyną kobietą, jaką ja w życiu rozumiał, była Sofie. Nie dlatego, żeby inne stanowiły dla mnie nieprzeniknioną zagadkę, nie. Wcześniej żyliśmy w osobnych światach, kobiety i ja, czy to w Pilchowitz, czy potem, kiedy ja się wyniósł robić na Luizie i zamieszkał na Zaborzu i tak dalej, a Sofie jako pierwsza była dla mnie nie tylko kobietą, ale i przyjacielemTamże, s. 195[7].

Kobiety w świadomości bohatera zyskały wymiar podmiotowy, nie wypełniały już osobnego świata, który mężczyzna winien był sobie podporządkować, ustanawiając wokół siebie uświęcony tradycją patriarchalny ład – za sprawą Sofie odkrył nowy wymiar relacji z nimi, taki, w którym kobieta może być nie tylko równorzędnym partnerem, ale i postacią dominującą, przewodnikiem mężczyzny w dynamicznie zmieniającym się świecie.

Po skończonej wojnie oboje próbowali ułożyć sobie życie, korzystając ze względnej swobody NEP, lecz niestety, tryby historii są nieubłagane: represje Wielkiej Czystki dosięgają Widuchów, a Konrad po brutalnych przesłuchaniach trafia do łagru. Horror tego obozu pracy opisuje w sposób, który – gdyby nie był jedynie fikcją literacką – mógłby być stawiany w jednym rzędzie ze świadectwami Herlinga-Grudzińskiego, Szałamowa i Sołżenicyna jako przykład tego, do jakich okrucieństw jest w stanie posunąć się człowiek w miejscu, gdzie nie istnieją żadne zasady moralne, ale też jak wielkiej siły ducha potrzeba, aby zdołać tam przetrwać. Grzech drugi – przemoc.

Moment wydostania się Widucha z „miejsca, którego nie chce nawet nazwać”, inicjuje kolejną, być może najbardziej interesującą opowieść, jaką Twardoch zawarł w tej książce, a to dlatego, że stanowi próbę zbudowania mitu o pierwszych ludziach, a przy okazji triumfalny powrót autora Wiecznego Grunwaldu do wysokoartystycznej fantastyki. Towarzyszyć Widuchowi w wędrówce przez Syberię nie będzie jednak Ewa, lecz raczej Lilith, której uosobieniem jest – to zabawna trawestacjaImię Lilith oznacza „lubieżność”, z kolei Ljubow to „miłość”.[8] – Ljubow, wulgarna, pokryta tatuażami, wyuzdana i porywcza błatna, a zarazem druga obok Sofie ważna postać kobieca, będąca równocześnie całkowitym jej przeciwieństwem. Wspólnie trafiają do Chołodu, miejsca u progu czasu, pierwotnej wioski zamieszkałej przez nieznany lud posługujący się językiem „pokrewnym prabałtosłowiańskiemu” (w którego odtworzeniu na potrzeby powieści pomógł Twardochowi profesor Marek Majer z Uniwersytetu Łódzkiego). Chołodcy nie znają cywilizacji, nic nie wiedzą o jej zdobyczach ani o trwającej tysiące kilometrów dalej wojennej zawierusze.

Twardoch poświęcił wiele miejsca na etnograficzne opisy zwyczajów mieszkańców Chołodu – czytelnicy poznają ich religię, sposób, w jaki dobierają się w pary, kuchnię, ubiór, a przede wszystkim mentalność, jakże inną od tej, jaką prezentowali Widuch i Ljubow. Szczegółów nagromadzono tak wiele, że gdyby autor obrał znaną już z historii literatury strategię „odnalezionego rękopisu”, który zdecydował się opublikować, opatrzywszy go własnym komentarzem, niewątpliwie znalazłoby się wielu ludzi przekonanych o jego autentyczności – tak doskonałą mistyfikacją jest Chołod.

Sielanka kończy się, gdy do wioski przylatują samolotem dwaj piloci Armii Czerwonej. Przerażeni perspektywą odkrycia ich łagrowej przeszłości i przybycia większej liczby krasnoarmiejców, co poskutkowałoby również zagładą wioski, bohaterowie decydują się na morderstwo. W zwyczaju Chołodców leżało pokojowe przyjmowanie obcych, traktowanie ich jak najlepiej i udzielanie wszelkiej pomocy, dlatego zabicie ich traktowano jako najwyższe możliwe wykroczenie. Skutkiem tego Widuch, Ljubow i ci Chołodcy, którzy przyprowadzili ich do wioski, zostali wygnani.

Fundamentem prozy Twardocha jest przekonanie, że świat opiera się na przemocy, dlatego założywszy, że bohaterowie po ucieczce z łagru przenieśli się w czasie i przestrzeni do pierwszej osady ludzkiej, staje się oczywiste, że w autorskiej wizji mitu o wygnaniu z raju, to właśnie tak potworny akt przemocy, jak morderstwo musiał spełnić rolę grzechu pierworodnego. Idąc tym tropem, staje się jasny związek łączący powieściowego Twardocha z Konradem Widuchem (rzekomo również pochodzącym z Pilchowic): obu mężczyzn łączą te same błędy i lęki, a cierpienie wynikające z egoizmu i przemocy stało się piętnem przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Ostateczną winą, grzechem fundamentalnym, wydaje się więc być natura ludzka, sama w sobie zatruta i skłonna do zła. Podróż w czasie i przestrzeni do początków świata, skutkująca tak wielką katastrofą moralną, przywodzi nieuchronnie na myśl Sen śmiesznego człowieka Dostojewskiego, tyle tylko, że bohater tego opowiadania, zyskawszy świadomość winy, jaka na nim ciąży, stał się apostołem miłości bliźniego, wzywającym ludzkość do opamiętania. Widuch zaś nie zdobywa się na żaden akt altruizmu, wie, że konsekwencje jego czynów są nieodwracalne.

Jest w tej powieści wiele niedopowiedzeń i smaczków, a przyjemność z ich odkrywania należy pozostawić czytelnikowi. Dzieło Twardocha jest listem miłosnym do niczym nieskrępowanej, misternie konstruowanej fikcji, a zarazem – z racji swojej formy – radosnym szyderstwem z polskiej szkoły reportażu, ponieważ:

[…] polega ona na zmyślaniu, ja jednak jestem tylko powieściopisarzem i prawda bywa dla mnie ważniejsza od dobrej historiiS. Twardoch, Chołod…, s. 449–450.[9].

Warto dać mu się zbałamucić i samemu odkryć, gdzie leży prawda.

 

Szczepan Twardoch, Chołod, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2023

Okładka przedstawiająca na ciemnym tle jakby trupią rękę: widać ścięgna oraz sieć przerysowanych żył

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Piotr Wojtaszek, Pamięć, mit, grzech – o „Chołodzie” Szczepana Twardocha, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2023, nr 226

Przypisy

    Powiązane artykuły

    Loading...