15.02.2024

Nowy Napis Co Tydzień #241 / Gawęda szlachecka i co jeszcze? Formy genologiczne w twórczości Michała K. Pawlikowskiego

Życie i twórczość

Michał Kryspin Pawlikowski (1893–1972) należy do najstarszego pokolenia emigrantów, którzy pełnoletniość osiągali jeszcze przed Wielką Wojną lub na jej początku, natomiast okres dwudziestolecia międzywojennego był dla nich czasem rozmaitej aktywności publicznej: politycznej, literackiej czy publicystycznej. Przynależność pokoleniowa i stanowa pisarza do generacji ziemiańskiej, potrafiącej żywą pamięcią świadczyć o czasach z końca XIX wieku i pierwszych dziesięcioleci wieku XX, tak istotna dla twórczości wspomnieniowo-gawędowej, którą uprawiał, łączy się ponadto w przypadku Pawlikowskiego ze specyficzną przynależnością geograficzną i polityczną. Ramę terytorialno-historyczną jego przedemigracyjnego życia, z czasów przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości, ramę określającą w znacznym stopniu również tematykę późniejszej twórczości literackiej stanowią dawne Kresy Północno-Wschodnie w ostatnim ćwierćwieczu istnienia Imperium Rosyjskiego.

Dla potrzeb niniejszego artykułu należałoby zaznaczyć, że mianem „Kresy” posługiwać się będziemy w znaczeniu, jakie nadawano temu pojęciu w wieku XIX, a więc będą to ziemie przedrozbiorowe Rzeczypospolitej, na wschód od Królestwa PolskiegoPor. ustalenia dotyczące zasięgu terytorialnego pracy Mirosława Ustrzyckiego, Ziemianie polscy na Kresach 1864–1914. Świat wartości i postaw, Kraków 2006, s. 7–9.[1], które stały się częścią Rosji po II rozbiorze Polski w roku 1793. W skład tak rozumianych Kresów Północno-Wschodnich wchodzą gubernie: wileńska, kowieńska, grodzieńska, mińska, mohylewska i witebska. Sam pisarz zwykł określać je mianem guberni litewsko-białoruskich, wchodzących w skład cesarstwa, wyraźnie odrębnych etnicznie i kulturowo od Królestwa Polskiego i ziem rdzennie rosyjskich. Jest to terytorium odpowiadające częściowo historycznej Litwie, w czasach Pawlikowskiego (według nomenklatury podziału administracyjnego Imperium Rosyjskiego) był to Kraj Północno-Zachodni (Северно-Заpадный Край), współcześnie zaś – częściowo także Białoruś. W południowo-wschodniej części powiatu ihumeńskiego, w gminie Jakszyce, nad Berezyną niedaleko Bobrujska, około stu dwudziestu kilometrów na południowy wschód od stolicy guberni Mińska Litewskiego znajdował się folwark i wieś Pućków – rodzinne gniazdo Pawlikowskich. Odpowiednikiem Pućkowa jest powieściowy Baćków, gdzie na świat przyszedł bohater cyklu powieściowego, alter ego pisarza Tadeusz Ipohorski-Irteński.

Dzieciństwo i wiek młodzieńczy (aż do przerwanych w 1917 roku studiów prawniczych w Petersburgu, a więc dwadzieścia cztery lata życia) przeżył zatem Pawlikowski jako poddany cara rosyjskiego, obywatel guberni mińskiej, polski ziemianin, syn rodziny szlachecko-inteligenckiej. Przynależy więc pisarz do licznego grona tej części narodu polskiego, osiadłego po folwarkach i dworkach, dla którego naturalną przestrzenią życiową był obszar nadberezyński guberni mińskiej, liczącej na przełomie XIX i XX wieku około trzech milionów ludności, w tym około trzystu tysięcy polskiej szlachty, rozsianej po dworach, dworkach i folwarkach.

Lata 1893–1914, czyli czas od urodzin pisarza do wybuchu I wojny światowej, stanowią zakres chronologiczny pierwszej wspomnieniowej, autobiograficznej i gawędowej powieści Pawlikowskiego, zatytułowanej Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego (Londyn 1959)Fragmenty tej powieści cytuję za M.K. Pawlikowski, Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego, oprac. i posł. M. Urbanowski, Łomianki 2010. Wydanie to oznaczam skrótem DT.[2]. Kolejna – Wojna i sezon (Paryż 1965)Fragmenty tej powieści cytuję za M.K. Pawlikowski, Wojna i sezon. Powieść; Pamiętnik emigracyjny Tadeusza Irteńskiego (fragmenty), oprac. i posł. M. Urbanowski, Łomianki 2011. Wydanie to oznaczam skrótem WS.[3] obejmuje swym zasięgiem lata 1914–1939. Dopełnieniem dylogii szlacheckiej jest ostatnia książka wydana za życia pisarza zatytułowana Brudne niebo (Londyn 1971), będąca wyborem publicystycznych, wspomnieniowych i krytycznoliterackich tekstów drukowanych w emigracyjnej prasie, tematycznie i chronologicznie obejmujących lata II wojny światowej i okres powojenny. Pawlikowski rozpoczął także pracę nad kolejnym dziełem, które w zamierzeniu miało być trzecią częścią cyklu powieściowego o Tadeuszu Irteńskim, jednak pracy tej nie ukończył ze względu na pogarszający się stan zdrowia i – jak sam przyznawał żartobliwie – ogólne rozleniwienie. W „Wiadomościach” ukazały się cztery jej fragmentyByły to: Dubno, „Wiadomości” 1964, nr 43 (969); Jadwiga płaci alimenta, „Wiadomości” 1965, nr 14 (983); Sundbyberg, „Wiadomości” 1968, nr 38 (1173); Stockholm, „Wiadomości” 1972, nr 34 (1377).[4], całości zaś nadał pisarz roboczy tytuł Pamiętnik emigracyjny Tadeusza Irteńskiego.

Podstawowym faktem biograficznym, który ufundował pisarskie credo Pawlikowskiego, ale również stał się decydującym doświadczeniem formacyjnym, jest sekwencja zdarzeń historycznych, których znaczenia nie sposób przecenić w najnowszych dziejach Europy Wschodniej i całego kontynentu. Wypadki te w sposób istotny wpłynęły na losy życiowe pisarza. Były to: wybuch i przebieg I wojny światowej, pucz bolszewicki, wojna polsko-bolszewicka, odrodzenie niepodległej Polski, II wojna światowa, ekspansja komunizmu, emigracja. Żeby zrozumieć ducha pisarstwa mińskiego szlachcica, rejestr wyznawanych wartości, pogląd na życie, zapatrywania polityczne i społeczne, należy nieustannie odwoływać się do – dzisiaj już właściwie zapadłej w polityczny, historyczny i kulturowy niebyt – idei Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Moment przełomowy, bo oznaczający niejako wejście z rodzinnego gniazda w nowy, „wielki świat” Mińska, znanego do tej pory ze sporadycznych odwiedzin u ojca i zimowych pobytów, to podjęcie przez chłopca nauki w męskim gimnazjum rządowym, które z powodu choroby rozpoczęło się z ponad rocznym opóźnieniem. Pawlikowski egzamin wstępny do rządowego gimnazjum zdaje z kiepskim wynikiem, ale dzięki protekcji ojca otrzymuje warunkową promocję od razu do klasy drugiej. Rozpoczyna się gimnazjalny etap życia pisarza, który pobierał nauki w Mińsku przez siedem kolejnych lat (1906–1913).

Pawlikowski nie repetował żadnej klasy i do serii egzaminów maturalnych przystąpił na początku maja 1913 roku. Za namową ojca decyduje się na podjęcie studiów prawniczych. Ówczesna młodzież z domów szlacheckich najczęściej kontynuowała naukę na którymś z popularnych i cenionych uniwersytetów rosyjskich, na przykład w Dorpacie, Rydze, Moskwie czy Kijowie. Pawlikowski zdecydował się na Petersburg, gdzie studiował w latach 1913– 1917Jak sam wspomina, zakochał się w stolicy Imperium od pierwszego wejrzenia. M.K. Pawlikowski, Petersburg, „Wiadomości” 1956, nr 51 (559), s. 2.[5]. Studiów, trwających cztery lata, nie ukończył jednak z powodu przewrotu bolszewickiego. Świąteczną przerwę zimową 1916–1917 pisarz spędza jeszcze w rodzinnym Pućkowie. Na początku lutego jedzie do Petersburga, aby podjąć ostatni semestr studiów. W niecały miesiąc później, po wydarzeniach lutowych i abdykacji cara Mikołaja II (15 marca 1917), Pawlikowski wraca do Mińska, gdzie przebywa cała rodzina. Zawierucha wojenna, zwłaszcza ruchy wojsk na froncie wschodnim, ostatnie lata petersburskiej edukacji, przewrót bolszewicki, oglądane z perspektywy młodego Pawlikowskiego, są tematem pierwszych dwunastu rozdziałów Wojny i sezonu. W tym czasie rodzina Pawlikowskich przebywa w Mińsku. Niemcy zajmują Mińsk od lutego do grudnia 1918 roku. Pawlikowski od czerwca do listopada tego roku po raz ostatni w swoim życiu spędza lato w rodzinnym majątku Pućków.

Pawlikowski ucieka z Mińska przed ponowną okupacją sowiecką. Armia Czerwona wkracza do miasta 10 grudnia 1918 roku. Pisarz jest już w Wilnie, jednak dłuższy pobyt tam jest niemożliwy. W styczniu 1919 bolszewicy zajmują miasto. Pawlikowski pociągiem przez Białystok przedostaje się do Warszawy, gdzie przebywa najprawdopodobniej do września. Pomyślny przebieg kampanii 1919 roku sprawia, że Polacy odzyskują Wilno (kwiecień) oraz Mińsk (sierpień). Pawlikowski decyduje się na powrót do rodzinnego miasta, w którym przebywa aż do lipca 1920, pracując jako urzędnik w Zarządzie Cywilnym Ziem Wschodnich.

Wojsko polskie w połowie października 1920 roku ponownie zajęło Mińsk, granice frontu wyznaczała Berezyna. Niestety, rodzinny Pućków znajdował się po sowieckiej stronie frontu, a po traktacie ryskim znalazł się ostatecznie wraz z Mińskiem w Rosji Sowieckiej. Pawlikowski wraca zatem do Warszawy, jesienią 1923 roku składa przed specjalną komisją dla eksternów wymagane egzaminy i uzyskuje dyplom magistra prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Z Warszawy przenosi się w sierpniu 1924 roku do Wilna, gdzie obejmuje stanowisko kierownika oddziału w Delegaturze Rządu ustanowionej dla Ziemi Wileńskiej. Po nadaniu tej jednostce administracyjnej statusu województwa Pawlikowski jest do jesieni 1938 roku pracownikiem Urzędu Wojewódzkiego Wileńskiego – „naczelnikiem wydziału w piątym stopniu służbowym”Tak w liście do Mieczysława Grydzewskiego: M.K. Pawlikowski, Listy do redaktorów „Wiadomości”, oprac. P. Rambowicz, Toruń 2014 s. 326.[6]. W okresie czternastoletniego pobytu w Wilnie rozwija działalność publicystyczną. Współpracuje ze „Słowem” Stanisława Mackiewicza (1924–1939), zamieszczając tam artykuły i felietony. W 1929 roku ukazuje się pierwsza książka autorstwa przyszłego pisarza – „małe dziełko”, jak sam je nazwał − z dziedziny prawodawstwa łowieckiegoM.K. Pawlikowski, Prawo łowieckie. Komentarz dla województw wschodnich, z dołączeniem rozporządzeń wykonawczych i kalendarza myśliwskiego, Wilno 1929.[7].

W listopadzie 1938 roku Pawlikowski przenosi się do Torunia, gdzie obejmuje stanowisko kierownika oddziału Urzędu Wojewódzkiego przy wojewodzie Władysławie Raczkiewiczu, którego znał jeszcze z czasów przed I wojną światową, gdy przyszły prezydent Polski na uchodźstwie pracował jako adwokat w Mińsku. Z Raczkiewiczem współpracował też, gdy był on wojewodą wileńskim w latach 1926–1930. W Toruniu Pawlikowskiego zastaje wybuch wojny. 3 września rozpoczyna się ewakuacja pracowników urzędu wojewódzkiego. Pisarz rozpoczyna trwającą prawie trzy tygodnie ucieczkę na wschód. Po męczącej podróży, wśród wielu uchodźców, w typowych dla ewakuacji wojennej warunkach dociera Pawlikowski do Kowla na Wołyniu, miasta przewidzianego w instrukcji dla uciekinierów jako miejsce dłuższego pobytu. Nadzieja na odpoczynek okazała się złudna. Ewakuuje się do Krzemieńca, gdzie zastaje go wiadomość o wkroczeniu na teren Polski wojsk sowieckich. Stamtąd dociera do Dubna, miasta powiatowego w województwie wołyńskim. Miasto jest już opanowane przez Armię Czerwoną. W nietypowych warunkach, na otwartej węglarce kolejowej, w nocy z 1 na 2 października, opuszcza Dubno. Do okupowanej przez Niemców Warszawy jednak nie dociera, decyduje się bowiem na powrót do Wilna, które jest już pod okupacją sowiecką. Pawlikowski próbuje przedostać się do Francji, gdzie w Angers stacjonuje jego „szef” Władysław Raczkiewicz, od 30 września 1939 roku prezydent Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie. Kłopoty z otrzymaniem wizy zmuszają go jednak do korekty planów. Zamiast wizy tranzytowej przez Szwecję do Francji otrzymuje Pawlikowski w końcu marca 1940 roku wizę wjazdową do Szwecji. Po uzyskaniu wszystkich niezbędnych zezwoleń pisarz przylatuje do Sztokholmu samolotem z Rygi 5 kwietnia 1940 roku. Opuszcza tym samym na zawsze ziemie swej szeroko rozumianej ojczyzny − Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Do Szwecji, jak wspominał później, „przyjechałem na trzy dni, a siedziałem trzy lata”Tenże, Przyjechaem na trzy dni, [w:] tegoż, Brudnie niebo, Londyn 1971, s. 54.[8]. Od lipca 1943 pisarz działa i mieszka w Londynie, obejmuje funkcję kierownika działu w Ministerstwie Odbudowy Administracji Publicznej, którą sprawuje do 1945 roku. W tym okresie wydaje dwie książki: Z zagadnień kontroli sądowej administracji (Londyn 1944) oraz Sumienie Polski. Rzecz o Wilnie i kraju wileńskim (Londyn 1946). W londyńskim okresie swego życia poznaje także Liselotte Avelis, którą poślubia. W 1949 roku Pawlikowscy przenoszą się do Stanów Zjednoczonych. Pisarz, dzięki pomocy profesora Wacława Lednickiego, ówczesnego dziekana wydziału slawistyki na kalifornijskim uniwersytecie w Berkeley, zostaje zatrudniony na stanowisku lektora języka polskiego i rosyjskiego. Po jedenastu latach pracy, 1 lutego 1962 roku przechodzi na emeryturę, otrzymuje też tytuł honorowego wykładowcy.

Emigracyjna część życia pisarza to także okres czynnej działalności publicystycznej. Całość jego dorobku, rozproszonego w rozmaitych czasopismach, liczy nieco ponad sześćset pozycji. Pawlikowski współpracował z wydawanym przez Stanisława Mackiewicza w latach 1946–1950 tygodnikiem „Lwów i Wilno”. W „Wiadomościach”, oprócz kolejnych odcinków Dzieciństwa… oraz Wojny…., ogłaszał także inne artykuły, noty, listy do redakcji. Prowadził ponadto rubrykę Okno na Rosję, w której zamieszczał najczęściej bieżące informacje na temat rosyjskich wydawnictw emigracyjnych. W latach 1961–1968 współpracował z „Dziennikiem Polskim i Dziennikiem Żołnierza”, gdzie prowadził rubrykę W oczach Ameryki. Pisywał także do paryskiej „Kultury”. Sporadycznie głos zabierał również w rosyjskich periodykach emigracyjnych, polskiej prasie wychodzącej w Ameryce oraz w czasopismach obcojęzycznych.

W ostatnich latach przed śmiercią jeździł Pawlikowski wraz z żoną na Hawaje. Pisarz zmarł na atak serca 30 maja 1972 roku, wśród tłumu różnojęzycznych plażowiczów, i na wyspie Maui, zgodnie z testamentem nakazującym pochówek w miejscu rozstania się z życiem, został pochowany. Tysiące kilometrów od rodzinnego Pućkowa.

Formy gatunkowe w pisarstwie Pawlikowskiego

Problemy dotyczące klasyfikacji genologicznej twórczości Pawlikowskiego dostrzegali już pierwsi recenzenci i czytelnicy. Charakterystyczne pod tym względem są słowa Juliusza Sakowskiego, który zgłaszając do nagrody „Wiadomości” Wojnę i sezon, powiadał:

Słyszałem tu dziś zdanie, że Wojna i sezon nie jest powieścią, lecz chaotycznym pomieszaniem różnych rodzajów literackich i że w tej nieokiełznanej dowolności tkwi podstawowy jej błąd. […] Wojna i sezon jest pomieszaniem czy też aliażem różnych rodzajów literackich i wątków treściowych, jest zarazem reportażem, kroniką, opowieścią, gawędą, ale jest w niej zakrój epicki, nawet zadatek na powieściową epopejęOd Herberta do Herberta. Nagroda „Wiadomości” 1958–1990 [stenogramy z obrad jury], red. S. Kossowska, Londyn 1993, s. 128. Jest to uzasadnienie kandydatury książki Pawlikowskiego zgłoszonej do nagrody za rok 1965.[9].

A) Gawęda

Modalna rama genologiczna, w której mieszczą się wszystkie najważniejsze cechy dziewiętnastowiecznej gawędy szlacheckiej, tworzy inwariantny wzorzec, w skład którego wchodzą:

  • szlachecko-towarzyska geneza gatunku, który wyrasta z kultury oralnej i odwołuje się do tradycji ustnie powtarzanych opowieści ze świata szlacheckiego; opowieści te – jak wiadomo – skodyfikuje w formie pisemnej romantyzm;
  • anegdotyczny charakter przekazu odpowiadający za nietypową kompozycję gatunku, w którym obok informacji z życia publicznego na równym prawach funkcjonowały wydarzenia niezwykłe i niesamowite, plotki, dowcipy, sytuacje prywatne i kuriozalne;
  • istotna wykładnia dydaktyczna, w której element pouczenia szlacheckiej młodzieży często wysuwał się na plan pierwszy, będąc ważną składową obywatelskiej edukacji i ogłady towarzyskiej;
  • wreszcie: dzieje narodu ujmowane zawsze przez pryzmat historii rodowych, pełnych przygód, mniej lub bardziej prawych czynów ponadprzeciętnych reprezentantów stanu szlacheckiego.

Twórczość prozatorska Pawlikowskiego, będąca świadomą kontynuacją tak pojmowanej gawędy, tylko częściowo wpisuje się w ową genologiczną wykładnię. Reinterpretacja wzorca gatunkowego dokonuje się pod piórem mińskiego szlachcica poprzez świadomą rezygnację z tych składowych gawędowej wizji świata, które pod wpływem przemian cywilizacyjnych i historycznych okazały się anachronicznym sztafażem, niezdatnym do literackiego spożytkowania w jakikolwiek sposób: nachalny dydaktyzm, wspominanie poczciwych przodków, patriotyczna intencja czy model narratora stojący wyraźnie poniżej poziomu umysłowego autora (reprezentant gminu szlacheckiego).

Właściwa gawędzie dwupiętrowość głosu narratora obejmuje zarówno poziom fabularny, jak i poziom komunikacji z odbiorcą. W prozie Pawlikowskiego dominuje aktywność narratora w zakresie kształtowania fabuły – kronikarz odnotowuje liczne fakty, posuwa akcję do przodu, opowiada o rozmaitych wydarzeniach z życia głównego bohatera, snuje rozliczne dygresje i różnotematyczne refleksje. W przeważającej większości mamy tu do czynienia z opowiadaniem informacyjnymPor. M. Głowiński, A. Okopień-Sławińska, J. Sławiński, Zarys teorii literatury, Warszawa 1975, s. 337.[10], w którym nad chronologią panuje intencja rzeczowego i jednocześnie anegdotycznego wyjaśnienia wprowadzanych do opowieści sytuacji i postaci. Na tę sprawę zwróciła uwagę Maria Zadencka, interpretując selektywną pracę narratora jako dążenie do literackiego utrwalenia obrazu kresowego ziemiaństwa i jego ideałów rycersko-szlacheckich w momencie, gdy owa formacja stanowo-kulturowa rozpada się pod naporem wydarzeń historycznych. Mitologizacja i absurd zdaniem badaczki:

[…] skupiają i wyostrzają cechy całej wielkiej galerii mniej czy bardziej sympatycznych typów zaludniających powieść. […] Co więcej, są one wartościowane pozytywnie. Ideał rycerski, który zmienił się w szaleństwo błędnego rycerza, występuje tu w nieco zdegenerowanej, ale rozpoznawalnej postaci „bycia jedynym w swoim rodzaju” […]M. Zadencka, W poszukiwaniu utraconej ojczyzny. Obraz Litwy i Białorusi w twórczości wybranych polskich pisarzy emigracyjnych: Florian Czarnyszewicz, Michał Kryspin Pawlikowski, Maria Czapska, Czesław Miłosz, Józef Mackiewicz, Upssala 1995, s. 88–89.[11].

Materiał tematyczny gawęd Pawlikowskiego stanowią bowiem wydarzenia spoza oficjalnej historiografii, nieznane powszechnie, właśnie „jedyne w swoim rodzaju”. Pierwszoplanowym zadaniem gawędziarza jest zatem zaintrygowanie słuchacza historią faktograficznie atrakcyjną w swej wyjątkowości i osobliwości. Dlatego podejmuje swą aktywność nie w celu opowiedzenia tego, co powszechnie wiadome i opracowane w piśmiennictwie fachowym, ale po to, aby – ukazując lokalny koloryt swego żywota, w jakimś sensie typowy dla czasów, o których opowiada – przykuwać uwagę odbiorcy za pomocą relacji o zdarzeniach kuriozalnych, zadziwiających, niespodzianychPor. K. Bartoszyński, O amorfizmie gawędy, [w:] Prace o literaturze i teatrze ofiarowane Zygmuntowi Szweykowskiemu, Wrocław–Warszawa–Kraków 1966, s. 104.[12]. Charakterystyczna dla gawędowej twórczości Pawlikowskiego wydaje się w tym zakresie pewna dwubiegunowość relacji narratora. Z jednej strony opowiada o tym, co stanowiło o typowości i istocie stylu życia wspólnoty szlacheckiej od końca XIX wieku do przełomowego roku 1917, a to czyni z jego dzieła dokumentarne kompendium obyczajowości i kultury ziemiańskiej. Z drugiej zaś – cały czas stara się ilustrować swymi gawędami zjawiska i zachowania osobliwe, których egzotyka i ekscentryczność – wraz z upływającym czasem – potęgują się jeszcze w świadomości współczesnego odbiorcy tej prozy. Ten typ oglądu i wartościowania rzeczywistości panuje niepodzielnie w całej szlacheckiej dylogii Pawlikowskiego. Dzięki temu odbiorca, rozumiejąc anegdotyczny styl objaśniania rozmaitych prawideł minionego świata, gotów jest obdarzyć oceny formułowane przez opowiadacza większą dozą zaufania. Rozpoznaje w nich bowiem szczerość intencji i bezstronność narratora zdradzającego co prawda swe zaprawione sentymentem estetyczne gusta, ale unikającego postawy względem szlacheckiej przeszłości naiwnie bałwochwalczej. Nie sposób bowiem odmówić narratorowi pewnej życiowej trafności i trzeźwości w przyczynowym tłumaczeniu rozmaitych zjawisk, zwłaszcza że mamy w istocie do czynienia z narracją autorską, gdzie pod maską kronikarza poddanego rygorom „prawdy historycznej” skrywa się realna osoba pisarza. Dlatego autor nie deprecjonuje narratorskiej wizji świata, pozwalając wypowiadać mu sądy i oceny nie zawsze zgodne na przykład z naukową wiedzą o epoce czy danym wydarzeniu. Zachowuje, choć w sposób nienachalny, stonowany, ów rozdźwięk między naiwnością i ograniczeniem w widzeniu świata, jakie reprezentuje szlachecki gawędowy narrator, a autorską wiedzą o świecie. Korzystając z ust narratora, próbuje niekiedy sankcjonować i uprawomocniać opowiadaną wizję historii, zaś przed kompromitacją czy oskarżeniem o infantylizm i naiwność chroni go maska narratora gawędowego, który jest znawcą świata ziemiańskiego i dysponuje raczej wąskim („sam przeżyłem, sam widziałem, mnie tak to opowiadano, tak to usłyszałem”) horyzontem i skalą ocen. Jest to jednocześnie narrator wzbogacony o – powiedzmy – życiowe doświadczenie pisarza, jego erudycję, inteligencję, zainteresowanie sprawami współczesnego świataPodobnie interpretowała Maria Zadencka: „Gawęda u Pawlikowskiego nie jest żartobliwym pastiszem rzeczy staroświeckich, ale świadomie wybraną przez niego formą dla opisu współczesnej mu szlachty kresowej. Korzysta raczej z tych zalet, jakie niesie jej pierwotna forma – a więc głośnego, swobodnego mówienia o przymiotach i wadach, ciekawostkach i skandalach, o lepszych i gorszych kawałach, przygodach”; taż, dz. cyt., s. 74.[13]. Gawędowy rys mentalności narratora ujawnia się właśnie w refleksyjno-eksplikatywnych partiach dzieła, gdzie kronikarz-znawca świata objaśnia ówczesne realia. Jest przy tym tak, że proces tłumaczenia przeszłości, porządkowania zjawisk odbywa się jak gdyby w sposób jawny, wprost przed odbiorcą dzieła, często urastając do rozmiarów obszernej, gawędowej z ducha dygresji. Narrator nie ukrywa przed nim swej intelektualnej pracy, zwłaszcza gdy na podstawie znanych sobie reguł i zaobserwowanych prawideł włącza we własny obraz świata jakiś nie do końca rozpoznany fenomen zachowań międzyludzkich.

Pawlikowski, który wypowiada się o „pokoleniu Tadzia i własnym” (DT 165), z rzadka bezpośrednio zwraca się do odbiorcy. Inaczej niż w gawędzie romantycznej, dzieła jego nie są przesycone bezpośrednimi zwrotami do słuchaczy. Właśnie „narrator zbiorowy”, jeśli wolno tak powiedzieć, przejmuje tu funkcję bezpośredniego kontaktu, jak gdyby przybliża do siebie czytelników i nadawcę, który staje się objaśniaczem na przykład prawideł funkcjonowania ludzkiej psychiki w zakresie zgłębiania pamięci. Wypowiedzi charakterystyczne dla podmiotu zbiorowego podtrzymują wspólnotę komunikacyjną. Czynią z narratora znawcę ludzkiego ducha, wzmacniają apodyktyczność przekazu, podnoszą jego autorytet epistemiczny w obrębie rzeczywistości gawędowej, o której potrafi opowiadać ze stanowiska bardzo solidnego znawcy tematu. W ten sposób wytwarza się typowa dla gatunku wysoka ranga poznawcza narratora, wzrasta jego dominacja nad pozostałymi elementami świata przedstawionego, wygłaszane przezeń sądy roszczą sobie bowiem prawo powszechnej obowiązywalności zarówno w dziele gawędowym, jak i w rzeczywistości pozaliterackiej.

Gawęda rodzi się z poczucia wyjątkowości czasu, w którym żyje pisarz, ma być potwierdzeniem pewnej ciągłości cywilizacyjnych urządzeń starego świata, tu sprowadzonych do genealogii głównego bohatera. Owo potwierdzenie trwania dawnego porządku umożliwia uruchomienie gawędowego trybu narracji, jest jednym z koniecznych warunków pomyślnego artystycznie wprowadzenia do prozy polskiej czynników gawędowych, ale nie na zasadzie stylizacji lub czystej kreacji autora. Ma raczej charakter epitafijny w znaczeniu, jakie przydaje się nieraz obrazowi świata Pana Tadeusza. Swą obszerną gawędę, kronikę-bajkę spisuje więc autor w momencie przejściowym, gdzieś na uchwyconej intuicyjnie granicy między odchodzącym w niebyt, także mocą nieodwołalnych praw biologii, światem dworków szlacheckich i szlachetnych genealogii a światem nowoczesnej cywilizacji, dla której charakterystyczne są anonimowość (przeciwstawiana trosce o genealogię rodu), masowość (wypierająca elitaryzm kultury dawnej) czy na przykład upolitycznienie większości sfer życia. W epickiej prozie współczesnej rozpoczynanie dzieła od genealogii, jeśli rzecz miałaby dotyczyć czasów najnowszych, a nie być realizacją wzorca powieści historycznej, śmiało uznać można za anachronizm. W przypadku relacji gawędowych nabiera waloru wysiłku historiozoficznego. „Globalizacja” sytuacji narracyjnej, odejście od jej kominkowej wersji dokonuje się w przeświadczeniu szlachcica-emigranta, wygnańca i tułacza, że swój kronikarski, gawędowy zamiar podejmuje być może w warunkach noszących znamiona pewnego tragizmu. Pozbawiony tradycyjnie rozumianej w gawędzie romantycznej publiczności, sam wydziedziczony, zmuszany przez „złośliwe larwy” do wielokrotnych zmian miejsca zamieszkania i podejmowania rozmaitych prac, odnawia w sobie wiarę w żywotną siłę szlachetczyzny być może po raz ostatni w dziejach, na pewno w warunkach swoistej „katastrofy dziejowej”.

Jak owocnie skorzystać z tradycji gatunku i w połowie XX wieku napisać gawędę szlachecką, mniej więcej po stu latach od czasów, kiedy ta forma literacka przeżywała swój rozkwit? Kto może być autorem i narratorem gawędy, nie zaś wystylizowanym głosem przemawiającym do czytelnika mocą czystej kreacji artystycznej czy też raczej pastiszowego konceptu? Jan Błoński, zastanawiając się nad związkami Gombrowicza z etosem szlacheckim, zapytywał:

Czy polski pisarz, artysta, intelektualista może się dziś jeszcze powoływać na szlachecką tradycję? Chyba tylko pod warunkiem, że weźmie ją w ironiczny lub sentymentalny cudzysłów. Szlachcic jawi się nam rycerzem: wolno go uhonorować, jak Hubala, ale dodając przezornie, że czas rycerzy minął. Jawi się także – statystą: lecz taki, który, jak Mackiewicz, może już tylko wspominać, gawędzić, ględzić... Czy nie podziwiamy dzielności lwa? I czy nie oglądamy żubrów w Białowieży? Herbowe to jednak zwierzęta, nie pociągowe. Szlachecki heros, zabijaka, sobiepan, oryginał, trefniś nawet stał się doskonale egzotyczny. Jego wartości mogą jeszcze krążyć w obiegu kulturalnym. Zostają jednak z reguły nacechowane piętnem nieaktualnościJ. Błoński, Gombrowicz a ethos szlachecki, [w:] tegoż, Forma, śmiech i rzeczy ostateczne. Studia o Gombrowiczu, Kraków 2003, s. 229.[14].

Warto odnieść te słowa do dzieł Pawlikowskiego. Okazuje się, że można czerpać ze skarbnicy Polski szlacheckiej, ale aby nie zostać posądzonym o anachronizm, sentymentalizm czy ironiczny cudzysłów, trzeba to chyba robić właśnie w duchu autora Dzieciństwa… – bez cienia stanowego snobizmu, lecz ze świadomością uprawnionej dumy, z poczuciem humoru, ale bez niszczącej ironii, szczerze – w duchu wierności pamięci i z intencją zaświadczania o dawnych, bajkowych czasach, jednak bez dydaktycznych predylekcji. I co najważniejsze – trzeba być po prostu szlachcicem i życiem swoim zaświadczyć o dawnych czasach. Tylko wtedy uzyska szlachetczyzna powab egzotycznej – miał rację Błoński – ale niepodszytej resentymentem ożywczej refleksji o czasach i ludziach „sprzed potopu”. Miał też bez wątpienia rację Błoński, gdy wskazywał na bezsporny fakt, że elementy szlacheckie nie odgrywają już dynamicznej roli w zapładnianiu kultury narodowej. Już nikt nie sięgnie po rekwizytornię szlachecką inaczej niż za pomocą stylizacji. Narrator dylogii szlacheckiej stylizować niczego wcale nie musiał – z całą pewnością może być nazwany ostatnim gawędziarzem Wielkiego Księstwa Litewskiego.

B) Żywioł epicki i poetycki

Miński szlachcic wyczulony na piękno, jak sam powiadał, zanikającego już w czasach młodości „krajobrazu litewsko-białoruskiego”, wplatał w swą opowieść liryczne opisy natury. Jednak na wstępie należy zaznaczyć, że wspomnieniowych utworów, podporządkowanych dominacji czynników fabularnych i przedstawieniowych, zgodnie z regułami gatunkowymi rządzącymi gawędą, nie można chyba rozpatrywać w kategoriach „poematu opisowego” kresowej przyrody. Niemniej w szlacheckiej dylogii natrafiamy na pisane kunsztowną literacką polszczyzną wysmakowane opisy przyrody. Są to segmenty tekstu wyraźnie odrębne na tle całości gawędowego przekazu, kreślone są bowiem malarskim piórem kronikarza wyczulonego na świetlne i barwne efekty puszczańsko-jeziornych przestrzeni. W partiach opisowych wyraźnie widać stylistyczny wysiłek pisarza, który na moment (nie są to bowiem fragmenty dłuższe niż kilka zdań) zawiesza ekstrawertywną relację o ludziach i zdarzeniach na rzecz bardzo plastycznych, subtelnych pejzażowych deskrypcji, przydających całości wyraz upoetyzowanej literackości. Sam język poddany zostaje wówczas wyrazistemu procesowi estetyzacji zgodnie z manierą impresjonistyczną i w duchu liryzacji przekazu. Najczęściej takie fragmenty stanowią tło podejmowanych przez bohatera rozmaitych akcji, towarzyszą dynamicznym elementom jego biografii: przejażdżka bryczką, podróż parostatkiem, wieczorna przechadzka po parku, liczne wyprawy myśliwskie. Są wśród nich także opisy wynikające z refleksyjnego i dygresyjnego usposobienia gawędziarza, niezwiązane bezpośrednio z podejmowanymi przez bohatera czynnościami: opisy białych nocy petersburskich, opisy klimatologiczne, deskrypcje wchodzące w skład charakterystyki poszczególnych postaci.

Przyrodnicze opisy Pawlikowskiego kreślone są z wyraźną intencją do odtworzenia istotnych, skondensowanych jakości sensualnych, które stają się dostępne człowiekowi w procesie obcowania z naturą. Nie są to drobiazgowe wyliczenia cech danego zjawiska przyrodniczego – jak gdyby „od początku do końca”. Widzieć należy w nich raczej próbę utrwalenia w języku momentalnych rozbłysków kształtów, kolorów, zapachów, odcieni. Język opisowy zmaga się tu z trudnością zachowania jednostkowych wrażeń zmysłowych. W syntetycznej, unaoczniającej doznania deskrypcji, zorientowanej zarówno na dotarcie do elementów składowych tworzących dany przedmiot postrzegania zmysłowego, jak i rodzące się pod wpływem jego doświadczenia rozmaite skojarzenia podmiotu, kronikarz stara się odtworzyć także świat własnych przeżyć, emocji i myśli – jak gdyby całościową atmosferę danej okoliczności. Opisy zalążkowe płynnie łączą się z powiadomieniami charakterystycznymi dla opowiadania, oba rodzaje zdań sąsiadują ze sobą, łączą się bezprogowo i miękko. Dla przykładu:

Piękne jest jezioro Poło w gorący, lecz wietrzny dzień, gdy po niebie pędzą „codzienne” chmurki litewskie, gdy na ciemnym, wpadającym w siną stal szafirze wody wełnią się białe baranki fal i gdy wały tych fal rozbijają się o piasek lub o sterczące z wody granity narzutowe z nieustannym rytmicznym szumem. Piękne i groźne jest na chwilę przed mającą się rozpętać burzą, gdy czarne od nawisłej nad nim czarnej chmury rozwidni się nagle wielką jasnością błyskawicy, gdy ozłocą się na sekundę oślepiającą pozłotą obwódki chmur, a zygzak piorunowy odbije się w czarnej toni, że nie wiadomo, czy piorun uderzył w jezioro czy też jezioro strzeliło w niebo fioletowozłotym pociskiem. Piękne i słodkie jest w cichy wieczór letni, gdy słońce zachodzi na morelowo za odległe wzgórza przeciwległego brzegu, gdy najlżejsza zmarszczka nie mąci olbrzymiego lustra, jakby zaciągniętego oleistą warstwą pozłacanego srebra (WS 58).

Warto zwrócić także uwagę na specyficznie przez pisarza rozumianą „poetyckość” jego dzieł. Pawlikowski przywołuje ową kategorię, gdy chce uzmysłowić czytelnikowi, jak piękny i bogaty w sformułowania nietypowe, metaforyczne, egzotyczne jest język myśliwski, zwłaszcza gdy przemawia nim białoruski chłop-kłusownik, wytrawny tropiciel zwierzyny i znawca zwierzęcych obyczajów. W artykule poświęconym Włodzimierzowi Korsakowi tak charakteryzował język Roku myśliwego, a poniższe uwagi potraktować można także jako swoiste dyrektywy stylistyczne, które sam stosował:

Znałem ludzi niemających dla łowiectwa większego zrozumienia. I właśnie ci ludzie czytali Rok myśliwego jak najciekawszy romans. A przecie nie ma w nim blagi lub fikcji. Tak zwana poezja jest w nim dozowana niepostrzeżenie – z umiarem prawdziwego artysty. Są rozdziały wręcz prozaiczne, na przykład recepta na domowe smarowidło do butów lub spis ekwipunku myśliwskiego. Ale są również opisy polowań na wszelkiego zwierza – od niedźwiedzia do przepiórki – ułożone wedle miesięcy. Opisy fachowe, zwięzłe i bardzo proste. Właśnie ta prostota, ten styl pozbawiony maniery i – jeżeli można się tak o stylu wyrazić – gestykulacji, stanowi największy urok książki KorsakaM.K. Pawlikowski, Włodzimierz Korsak, „Wiadomości” 1958, nr 45 (658), s. 3.[15].

Zauważmy, w jaki sposób pojmuje Pawlikowski terminy właściwe poetyce opisowej. „Literackość”, „powieściowość” kojarzy mu się z „blagą lub fikcją”. Praca wyobraźni i zmyślenie właściwe w jego przekonaniu epice, kreujące wykoncypowany przez autora świat przedstawiony, nieodmiennie łączy pisarz właśnie z kategorią fikcji literackiej, której przeciwstawiał kronikarski weryzm dzieł własnych. Z kolei to, co określa mianem „rozdziałów prozaicznych” zakwalifikować chyba można jako przejaw sylwiczności – stylistycznej, kompozycyjnej i tematycznej niejednorodności danego utworu. „Tak zwana poezja” zaś to właśnie dozowane dyskretnie, z umiarem, zgodnie z zasadą teleologicznego doboru i kompozycyjnej harmonii opisy przyrody i relacje z wrażeń myśliwskich.

C) Eseistyczna publicystyka

Bywa i tak, że stylistycznie fragmenty książek Pawlikowskiego przywodzą na myśl dyskursywną publicystykę, incydentalnie zapuszczającą się w sferę rozważań właściwych eseistyce. Z tą może różnicą, że kronikarz nie jest komentatorem bieżących wydarzeń na emigracyjnej scenie politycznej, nie angażuje się w spory programowe czy personalne. Aktywność swą skupia na rozpatrywaniu rozmaitych spraw, naznaczonych już jednak piętnem przeszłości. Zabiera głos w sprawach publicznej wagi, wykracza poza rodzinno-towarzyskie relacje, załóżmy – chce coś powiedzieć także o społecznych, politycznych, kulturowych aspektach owego fragmentu historii, w którym uczestniczył i który znał.

Narracja przybiera wówczas formę pierwszoosobową, ekstrawertywny kronikarz śmiało korzysta z prawa do wygłaszania własnych przekonań, jego głos staje się argumentem w dyskusji na dany temat. I jest to najczęściej głos polemiczny, wyraźnie pobrzmiewa w nim stylistyczna dążność do budowania wywodu opartego na regułach logicznej argumentacji, która w jakimś aspekcie sprzeciwiałaby się opinii zastanej, rozpowszechnionej, a zdaniem kronikarza – błędnej lub co najmniej wątpliwejWspomaga się nieraz źródłami pisanymi – gdy w odsyłaczach u dołu strony zawiadamia czytelnika o artykule czy książce na dany temat, które niedawno przeczytał: DT 55, 102; WS 12, 75, 149, 251.[16]. Pisarz nie rości sobie prawa do posiadania prawdy absolutnej i niepodważalnej. Raczej – z perspektywy własnego życia i doświadczenia przybiera postawę, którą można opisowo przedstawić za pomocą hasła: „Różnie się o tym mówi i pisze, a oto co ja mam do powiedzenia”. Jest owa gawędowa publicystyka zawsze podporządkowana indywidualnej racji autora, który nie lubi uogólnień i opracowaniom historycznym, rozmaitym głosom komentatorów i polifonii ocen ferowanych przez współczesnych „znawców” przeciwstawia własne doświadczenie i swe osobiste świadectwo. Zwłaszcza Wojna i sezon obfituje we wtręty publicystyczne, pisane pod dyktando gawędowej refleksji, zdradzające autorskie stanowisko w danej sprawie. Typowy dla tego rodzaju wywodów, w których, rzec by można, wyspecjalizował się gawędowy narrator, jest początkowy fragment rozdziału VII Historia gmatwa się (WS 65–66), będący polemiką z historiograficznymi tłumaczeniami przyczyn wybuchu obu rewolucji. Po przytoczeniu kilku argumentów Pawlikowski tak powiada, wyraźnie kontrując właściwy historiografii model kazualnego wyjaśnienia dziejów. I robi to, rzecz jasna, w stylu publicystycznym, z dodatkiem nieodłącznego humoru zaprawionego ironią:

Przytoczyłem kilka „przyczyn” nie tyle przykładowo, ile na chybił trafił. Pierwszy z brzegu historyk lub po prostu ktoś, kto tamte czasy pamięta lub nad nimi rozmyślał, może dorzucić kilka – kilkadziesiąt – setkę – tysiąc dalszych przyczyn. Aż dojdziemy do tołstojowskiej „przyczyny wszystkich przyczyn”. I wojna i rewolucja wybuchły dlatego, że – wybuchły. A już na pewno nikt ich nie „organizował”. Doszukiwanie się przez historyków jakichś „przyczyn” lub „winnych” jest rozrywką umysłową tyleż wartą, co rozwiązywanie krzyżówek. Byłaby to rozrywka równie niewinna, gdyby nie prowadziła do zmącenia umysłów nielubiących myśleć lub niezdolnych do samodzielnego myślenia.

Nazajutrz po wybuchu rewolucji „lutowej” mówiono w Petersburgu, że baby stojące o świcie w kolejce po chleb zirytowały się i wywróciły wychodzący z remizy wagon tramwajowy. Dodać trzeba, że baby nie były głodne – głód rozpoczął się dopiero w osiem miesięcy później – były po prostu zmęczone i zirytowane. Wszyscy w Rosji byli wtedy zmęczeni i zirytowani. I dodać trzeba, że kraj i stolica miały olbrzymie zapasy mąki i innej żywności, ale władze nie umiały zorganizować zaopatrzenia. Historycy mają do rozwiązania dylemat: czy rewolucja wybuchła dlatego, że baby zirytowały się i wywróciły tramwaj, czy też baby zirytowały się i wywróciły tramwaj, dlatego że wybuchła rewolucja? (WS 67)

W gawędowej dylogii natrafiamy jeszcze kilkakrotnie na dłuższe fragmenty w całości poświęcone owej publicystycznej z ducha refleksji polemicznej: kiedy mowa o strukturze etnicznej przedwojennego Mińska Litewskiego (DT 49–54), o prądach awangardowych w sztuce współczesnej (DT 484–485), o sytuacji społeczno-politycznej w międzywojennym Wilnie (WS 275–280) czy o prądach politycznych na ziemiach Wielkiego Księstwa na początku XX wieku (DT 398–400).

Dzięki owym polemicznym wtrętom, utrzymanym w stylistyce wypowiedzi publicystycznej, pokrywającej się ze stanowiskiem autora, gawędową dylogię cechuje kompozycyjna dążność do przekształcania fabularyzowanego przekazu w obszerne pole rozmaitych refleksji wyraźnie spowalniających akcję. Narrator autorski wyraźnie lubi pogawędzić sobie od czasu do czasu: a to o stadnym instynkcie u ludzi (DT 260); a to o miłości (DT 444); a to o przyjemnościach, jakimi różni ludzie umilają sobie życie (WS 255– 256). Stylistyka owych refleksyjnych wspomnień najbardziej chyba w całej dylogii wpasowuje się w schemat sentymentalnego odnoszenia się do realiów minionej epoki, zawsze waloryzowanej dodatnio w zestawieniu z czasami „po potopie”, choć pamiętać przy tym należy, że Pawlikowski nie występuje, by tak rzec, w kontuszu płytkiej i obskuranckiej nostalgii za wszystkim co minęło.

D) Pamiętnik i kronika

Postulat wierności własnej pamięci oraz dyrektywę niewysługiwania się świadectwami innymi niż osobiste przeżycia i obserwacje łączył pisarz z odrzuceniem pokusy konfrontowania ich z pracami zawodowych historyków. Pawlikowski, rzecz jasna, czytywał prace historyczne, rzadziej – socjologiczne, do ulubionych jego lektur należała także szeroko pojęta emigracyjna literatura wspomnieniowa (polska i rosyjska), a jednak zawsze dawał w swych relacjach pierwszeństwo naocznemu doświadczeniu, na pierwszym miejscu stawiał przeżycia własne, nie godząc się z metodą przeinaczania autorskich obserwacji pod dyktando rozpoznań rozpowszechnianych przez rozmaite opracowania historiograficzne. Właśnie w tej sprawie interweniował w liście do redakcji „Kultury”, gdzie, jeśli można tak powiedzieć, wygłosił pisarskie credo dotyczące „metody pisania pamiętników”. Wystąpienie pisarza – niezwykle ważne świadectwo odsłaniające tajniki jego warsztatu twórczego – było polemiką ze stanowiskiem przeciwnym, bo nakładającym na autorów wspomnień obowiązek posiłkowania się wiedzą wyniesioną z fachowych opracowań. Oto jak autor Dzieciństwa… wykłada swój punkt widzenia:

Nie jestem historykiem. […] Będąc natomiast sam wspominkarzem, jestem namiętnym czytelnikiem wszelkich wspomnień. Czy utrwalone natychmiast po opisywanych wypadkach, czy też po roku, po kilkunastu, a nawet po kilkudziesięciu latach są one dla mnie zawsze „żywe, świeże i silne”, o ile są oparte na własnych przeżyciach i na własnej, choćby bardzo zawodnej pamięci autora, nie zaś korygowane post factum przez czytanie „narosłej literatury”. Opisuję na przykład własne przeżycia w czasie rewolucji rosyjskiej 1917 roku. Opisy moje mogą być dla historyka zawodowego całkowicie bez wartości, może się jednak zdarzyć, że wyłowi z nich parę faktów lub fakcików dotąd nieznanych, zestawi z innymi świadectwami i wyciągnie z tego te lub inne wnioski. Wtedy „wspominki” moje nabiorą wartości materiału historycznego. Jeżeli natomiast zacznę zafiksowane w pamięci wypadki poprawiać i uzupełniać zgodnie z tym, co w ciągu czterdziestu sześciu lat znalazłem w kilkudziesięciu przeczytanych tomach historycznych i pamiętnikarskich, wspomnienia moje stracą świeżość surowego materiału i staną się jeszcze jednym szkolnym wypracowaniem na temat nie tego, co się widziało i przeżyło, lecz tego, co się przeczytało. Taki jest mój skromny pogląd na wartość literatury pamiętnikarskiej. […]

Jeżeli więc w roku, powiedzmy 1917 przeżyłem jakieś zdarzenie, nie mam prawa według zawodowego historyka p. Malinowskiego pisać o tym na podstawie własnej pamięci, lecz najpierw przeczytać, co o tym zdarzeniu napisali panowie A, B, C, D i tak dalej usque ad finem i dopiero po przeczytaniu odpowiednio „uzupełnić” i „poprawić” moje wspomnienia. Innymi słowy, będą to nie moje własne wspomnienia, ale wspomnienia niejako „bezosobowe”, spreparowane według metody historycznej p. MalinowskiegoM.K. Pawlikowski, [List do redakcji], „Kultura” 1962, nr 10 (180), s. 155.[17].

Wyznanie powyższe ma fundamentalne znaczenie dla oglądu prozatorskiej autobiograficznej twórczości Pawlikowskiego. Pamięć jawi się tutaj jako nadrzędna gwarancja wiarygodności i autonomii intelektualnej człowieka piszącego wspomnienia. Pisarz z całą mocą aprobuje osobisty i subiektywny charakter pamiętnikarstwa, dowartościowując, wbrew obowiązującej metodzie tworzenia opracowań historycznych, to wszystko, co pozostaje autorskim, samo-swoim piętnem przeżyciowym, co zdradza indywidualny punkt widzenia, co zabarwione jest emocjami, skażone zawodną pamięcią. Autor gawędowych wspomnień nawet wówczas, gdy wypuszcza się w rejony refleksji ogólniejszej, gdy decyduje się na wygłaszanie twierdzeń generalizujących swe przeżycia – zawsze ich podglebiem czyni własne życiowe doświadczenie: „tak to widziałem i tak to przeżyłem”. Dylogia Pawlikowskiego jest pamiętnikiem w źródłowym znaczeniu tego słowa – chce być zbiorem informacji „o tym, co zapamiętane”. Szczerość relacji wraz z silnym piętnem osobistych przeżyć – oto postulowana przez pisarza metoda pisania wspomnień. I – jak podkreśla – tylko w takim przypadku jednostkowe, aspektowe, silnie nasycone podmiotowością, mają one szansę stać się cennym i wartościowym materiałem dla historyka.

E) Powieść autobiograficzna

Silnie obecne w obu jego dziełach ekstrawertywne wypowiedzi narratora o zacięciu publicystycznym i polemicznym, których odpowiednikiem są artykuły publikowane wcześniej na łamach prasy emigracyjnej, traktować należy jako jednoznaczne sygnały strategii autobiograficznejPawlikowski reprezentuje w swej twórczości ekstrawertywną odmianę prozy autobiograficznej, „gdzie przez pryzmat Ja oglądamy świat”. Jest to postawa, „którą znajdujemy w literaturze pamiętnikarsko-wspomnieniowej, jest to postawa świadka, w której dominuje opisowość, zbliżająca wypowiedź tak pisaną do reportażu, »literatury faktu«”. Zob. M. Czermińska, Autobiografia i powieść, czyli pisarz i jego postacie, Gdańsk 1987, s. 18.[18]. Obfita liczba sytuacji, w których na plan pierwszy wysuwa się narrator utożsamiany z autorem, nie pozostawia wątpliwości, że równanie „autor = narrator” jest tu spełnione i dowiedzione. Dla ówczesnego odbiorcy jasne było, że mimo manifestacyjnie podkreślanej w podtytułach obu książek ich przynależności gatunkowej („powieść”), a co za tym idzie fikcyjnego statusu głównej postaci, ma do czynienia z zapisem autobiograficznym, w którym pod nazwiskiem głównego bohatera cyklu – Tadeusza Ipohorskiego-Irteńskiego, skrywa się sam autor – Michał Kryspin Pawlikowski. Argumentów na rzecz dominującej roli strategii autobiograficznej dostarcza tutaj immanentna struktura dziełaProza ta spełnia większość z wyróżnionych przez Irenę Skwarek sygnałów postawy autobiograficznej zakodowanych w dziele. Zob. taż, Dlaczego autobiografizm? Powieści autobiograficzne dwudziestolecia międzywojennego, Katowice 1985, s. 30. Listę tę przywołuje i poddaje modyfikacji J. Smulski, Autobiografizm jako postawa i jako strategia artystyczna, „Pamiętnik Literacki”, 1988, z. 4, s. 88.[19]. Głos wspomagający należy także do komentarzy pozaliterackich, w naszym przypadku nie jest bowiem tak, że „prywatne” objaśnienia pisarza stałyby w sprzeczności z ostateczną instancją rozstrzygającą, jaką jest zaprezentowane czytelniczemu ogółowi dzieło. Ponadto, najogólniej rzecz ujmując, o autobiografizmie można mówić jedynie wówczas, gdy możliwe jest zestawienie utworu z wiedzą o autorze czerpaną z innych źródeł. Brak owej paraleli uniemożliwia jakiekolwiek rozpoznania autobiograficzne. Z jednej więc strony pisarz, zakładając autobiograficzny odbiór swej twórczości, winien udostępniać czytelnikowi cząstkowe choćby sygnały analogii między życiem własnym a losami wykreowanej postaci. Z drugiej zaś – gest taki zachęca do konfrontatywnego stylu odbioru dziełaPor. J. Jarzębski, Powieść jako autokreacja, Kraków–Wrocław 1984, s. 423–424.[20], wedle opinii badaczy dzieląc czytelników na „stosunkowo nielicznych wtajemniczonych”, czerpiących wiedzę o życiu pisarza z bezpośredniego doświadczenia (na przykład kontaktu z autorem), oraz tych, którzy „opierają się wyłącznie na informacjach krążących w społecznym obiegu”A. Madyda, Zygmunt Haupt. Życie i twórczość literacka, Toruń 1998, s. 94 i n. Zob. także: M. Czermińska, Autobiografia i powieść…, s. 15.[21], ale także zestawiają historyczne i społeczne realia, których ośrodkiem są losy autora-bohatera, z innymi dostępnymi przekazami źródłowymi.

Na szósty punkt ankiety do słownika współczesnych pisarzy polskich: Przebieg życia w porządku chronologicznym z wyszczególnieniem działalności społeczno-politycznej, Pawlikowski odpowiedział:

O mojej „karierze” administracyjnej patrz dwie moje powieści autobiograficzne Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego i Wojna i sezon, gdzie występuję pod nazwiskiem Irteńskiego. Działalności politycznej zupełnie nie uprawiałem. Społecznie pracowałem w zakresie bardzo ograniczonym [podkr. P.R.]Cyt. za J. Mackiewicz, Droga Pani, „Wiadomości” 1967, nr 10 (1092), s. 1.[22].

Zauważyć warto, że Pawlikowski postąpił w sposób raczej nietypowy, ale potwierdzający autobiograficzny klucz swych dzieł. Zamiast zreferować w punktach przebieg swej aktywności zawodowej, po prostu odesłał twórców słownika wprost do materii napisanych przez siebie książek, traktując je jako w pełni wiarygodne i rzetelne źródło wiedzy o własnym życiu, mogące służyć za podstawę opracowania hasła osobowego w publikacji naukowej. Ankietową wypowiedź pisarza traktować należy jako mocny argument na rzecz przyjętej strategii autobiograficznejWłaśnie wypowiedź w ankiecie wymienia Smulski jako jeden z przejawów stosowania strategii autobiograficznej. Zob. tenże, dz. cyt., s. 86, 87, 90.[23].

Trzeba koniecznie podkreślić, że Pawlikowski dość swobodnie posługuje się terminami z dziedziny genologii, zamiennie (częściowo najpewniej bez świadomości definicyjnych konsekwencji, raczej dla pewnej wygody retorycznej) stosując określenia: „bajka”, „powieść”, „pamiętnik”, „kronika”W polemicznej wypowiedzi listownej, występując z pozycji komentatora własnej twórczości, korygował Pawlikowski informacje biograficzne dotyczące Stanisława Rożnieckiego, jednej z postaci wprowadzonych do Dzieciństwa..., kończąc wywód słowami: „Jego polskie dzieje opisuję w rozdziale Osmołówka w mojej powieści autobiograficznej Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego”. Tenże, [List do redakcji], „Kultura” 1967, nr 6 (236), s. 160 (podkr. P.R.).[24]. Określeń tych używa na przemian narrator obu książek zwłaszcza tam, gdzie, zdradzając swą obecność przed czytelnikiem, decyduje się na metafabularny lub metanarracyjny komentarz. Powiedzmy wprost: mamy tu do czynienia z potrójnym równaniem tożsamościowym. Zarówno realnie istniejący autor, jak i główny bohater jego książek oraz narrator, który opowiada czytelnikowi całą historię, to ta sama osoba – Michał Kryspin Pawlikowski. Zachowana jest więc najważniejsza według Philippe’a Lejeune’a identyczność, definiująca typ pisarstwa autobiograficznego: „dla autobiografii zaś niezbędna jest tożsamość autora, narratora i głównego bohateraPh. Lejeune, Pakt autobiograficzny, tłum. A.W. Labuda, „Teksty” 1975, nr 5 (23), s. 32.[25]. Nie zaburza owego porządku fakt, że imię i nazwisko bohatera są inne niż sygnatura autora, a także trzecioosobowa narracja, nieodsyłająca wprost, za pomocą form gramatycznych, do realnej osoby pisarza – „Relacja tożsamości nie musi być komunikowana przy pomocy gramatycznych form pierwszej osoby, a może pośrednio wynikać z podwójnego równania: autor = narrator oraz autor = bohaterTamże, s. 33.[26]. Przypadek gawędowej prozy Pawlikowskiego jest o tyle bardziej skomplikowany, że w kilku miejscach podtrzymuje ona w odbiorcy przekonanie o nietożsamości bohatera cyklu z autorem dzieła. Z drugiej strony liczba biograficznych detali wplecionych w fabułę utworu jest tak duża, sygnały strategii autobiograficznej tak wyraziste, że podważenie dominującej roli autobiografizmu wiązałoby się chyba z eksplikacją, iż oto pisarz wykreował fikcyjną postać, której losy życiowe są po prostu identyczne z przebiegiem jego własnego życia.

Narrator przedstawia siebie we Wstępie jako „kronikarza” spisującego „bajkę życia” swego „serdecznego przyjaciela” (DT 10). Dodatkowo w ostatnim zdaniu introdukcji, podkreślając stanowe pochodzenie głównego bohatera, stwierdza: „W okresie więc, gdy Polska szlachecka może się już kończy, ale jeszcze się nie skończyła, przyjemnie jest mi jako kronikarzowi stwierdzić, że Tadeusz Ipohorski-Irteński herbu Wręby nie należy do tych, »którzy swego dziada pokazać nie potrafią«” (podkr. P.R.). Także inicjały „M.K.P.” zamykające Wstęp, odsyłają do realnej osoby pisarza. Narrator obu książek ujawnia przed czytelnikiem swą obecność, gdy przechodzi do relacji pierwszoosobowej i dzieli się z odbiorcą rozmaitymi przemyśleniami, dygresjami, dopowiedzeniami; także wtedy, gdy formułuje uwagi metanarracyjne czy opatruje fabułę komentarzami autorskimi. Nie ma wtedy wątpliwości, że – zdejmując na moment maskę gawędziarza-sprawozdawcy – przemawia do nas bezpośredni głos autora. Właśnie wówczas narrator i rzeczywista osoba autora w największym stopniu zbliżają się do siebie, niwelując dystans wynikający z powieściowego, fikcyjnego charakteru obu dzieł. Pawlikowski za pomocą rozmaitych sygnałów podtrzymujących zasadność równania „autor = narrator” daje do zrozumienia, że gawędowa kronika jest w istocie zapisem memuarystycznym i autobiograficznym. „Format duchowy narratora”Konstrukcję tę przytaczam za: J. Smulski, dz. cyt., s. 88. Autor artykułu zapożycza ją od Stanisława Eilego (Światopogląd powieści, Wrocław 1973, s. 26 i n.).[27], na który składają się jego cechy osobowościowe, dyspozycje intelektualne, przynależność środowiskowa, pełnione role społeczno-zawodowe, wpisuje się w przebieg biografii Pawlikowskiego. Narrator książek, tak samo jak ich autor, jest zapalonym myśliwym, posiada wykształcenie prawnicze, zdradza swe lekturowe upodobania i gusta estetyczne, nie ukrywa przed czytelnikiem swych przekonań politycznych czy społecznych, dzieli się wiedzą historyczną, eksponuje swój światopogląd, zdradza przebieg urzędniczej kariery zawodowej. Wykładnikiem strategii autobiograficznej jest w tym przypadku możliwość zestawiania wartościujących komentarzy narratora ze stanowiskiem autora wyrażanym w trybie pozaliterackim. Znamienny to dla Pawlikowskiego tryb budowania większych całości narracyjnych: obie jego gawędowe książki składają się w znacznej mierze z wątków, tematów, fragmentów już wcześniej podejmowanych w postaci artykułów publikowanych na łamach prasy emigracyjnej. Autorska sygnatura, a także pierwszoosobowa forma gramatyczna czasowników w wypowiedziach prasowych jednoznacznie wskazują realną osobę – Michała Kryspina Pawlikowskiego. W powieściach głos autora (owo „ja” z publikowanych wcześniej wypowiedzi prasowych) utożsamiać należy właśnie z głosem narratora – „autora niniejszej kroniki”. Część z wydarzeń, jeśli wolno tak powiedzieć, przejmuje bohater – „Tadzio”, zwłaszcza w zakresie życiowej aktywności: to bohater powieści, podobnie jak wcześniej autor, „był”, „zwiedzał”, „czytał”, „słyszał”, „spotkał” i tym podobne. Z kolei sądy wygłaszane przez pisarza w trybie publicystycznym i osobistym (listy do redakcji, sprostowania, noty, artykuły, korespondencja prywatna) znajdują swe odzwierciedlenie w postaci wartościujących komentarzy narratora, które defabularyzują gawędę o życiu Tadeusza Irteńskiego.

Narrator książek Pawlikowskiego, przedstawiający siebie samego za pomocą formuły „autor niniejszej kroniki” (na przykład WS 93, 126), przemawia głosem samego pisarza. Wykorzystuje zarówno narrację trzecioosobową, jak i – wyraźnie wyodrębnione – fragmenty, gdzie mamy do czynienia z retardacyjnym komentowaniem rzeczywistości pozaliterackiej. Stylistyka owych komentarzy przypomina wypowiedź publicystyczną, obficie korzystającą z pierwszoosobowych form gramatycznych oraz z prawa do ferowania wartościujących sądów na rozmaite tematy, sprowokowanych niejako aktualnym momentem powieściowej fabuły.

Podsumowanie

W dotychczasowych rozważaniach wspominaliśmy kilkakrotnie o tym, że dylogia Pawlikowskiego nie realizuje w pełni wzorca gawędowego, jeśli za paradygmatyczny punkt odniesienia, jak to zazwyczaj czynili teoretycy gatunku, uznać Pamiątki Soplicy. Gawęda pozostaje jednak, moim zdaniem, najistotniejszym i najpełniej zrealizowanym modelem gatunkowym, nie jest wszakże jedyną formą literacką, do której zbliża się dzieło mińskiego szlachcica. W grę wchodzą tu bowiem jeszcze: pamiętnik i autobiografizowana powieść-kronika.

Memuarystyczny charakter analizowanych utworów ujawnia się, mimo stosunkowo nielicznej obecności form pierwszoosobowych, znacznym dystansem czasowym dzielącym narratora od opowiadanych zdarzeńBywa, że wyrażonym konkretną liczbą lat: „po pięćdziesięciu latach” (DT 177); „po czterdziestu kilku latach” (DT 327).[28] oraz kluczową rolą, jaką odgrywa jego pamięć. Tekstowymi wykładnikami są tutaj powiadomienia typu: „Tadzio (na zawsze/długo/do dzisiejszego dnia i tym podobne) zapamiętał” (na przykład DT 59, 76, 86, 87, 150, 162, 199); „Tadzio po latach wspominał” (DT 473). Ponadto wspomnieniowa relacja gawędziarza zdominowana jest przez wydarzenia, których był on uczestnikiem, naocznym świadkiem bądź znał je ze słyszenia. Z tego punktu widzenia może być traktowana jako dokument epoki w swej prymarnej dążności utrwalający miniony fragment dziejów, uwzględniający życiowe losy określonej warstwy społecznej prezentowane na tle obyczajowym, politycznym, historycznym. Do form pamiętnikarskich zbliża także dylogię ekstrawertywna postawa narratora, z zasady unikającego intymistyki, realizując autobiograficzną postawę świadka w rozumieniu, o jakim pisała Małgorzata Czermińska – dominantą faktograficzną jest nie wewnętrzny świat autora, lecz rzeczywistość zewnętrznaZob. M. Czermińska, Autobiograficzny trójkąt. Świadectwo, wyznanie, wyzwanie, Kraków 2000, s. 19–53.[29].

Warto pamiętać, że sam Pawlikowski najczęściej nazywa swe dzieła kronikami, autorskiego zaś narratora – kronikarzem. Sam fakt tego rodzaju „autodefinicji” nie może być oczywiście dowodem rozstrzygającym, pozostaje jednak wielokrotnie i konsekwentnie artykułowanym świadectwem pojmowania własnej twórczości. Czym jest powieść-kronika? Odpowiedź na to pytanie uzyskujemy, wczytując się w obszerny artykuł hasłowy autorstwa Ivo PospišilaI. Pospišil, Powieść-kronika, tłum. K. Kardyni-Pelikánová, „Zagadnienia Rodzajów Literackich” 1991, z. 1 (65), s. 121–125. Wszystkie poniższe cytaty pochodzą stamtąd.[30]. W świetle dotychczasowych ustaleń można powiedzieć, że dzieło Pawlikowskiego realizuje następujące cechy właściwe owej pogranicznej formie prozatorskiej: Najbardziej zbliża się do „ukronikowionej powieści”, w której zapisy annalistyczne występują jedynie w zarysie i nie wpływają decydująco na jej tożsamość gatunkowąDecyduje o tym wierność cezurom historycznym i datowanie zapisków. Zob. DT 130, 137, 139. Jeden z rozdziałów Wojny… zatytułowany jest wprost 1919 (WS 108).[31].

Zajmuje miejsce na pograniczu historii i literatury – „kronikarz chce być zarazem historykiem i artystą”. Wykorzystuje „poetykę konkretu”, łączy wątki historyczne o znaczeniu powszechnym z silnym ujęciem lokalnym – „łańcuchy szczegółów artystycznych, opisy poszczególnych czynności, wymyślnych potraw i tym podobne”.

Skłania się ku relacji faktograficznej, którą wprzęga w fabularyzowany układ zdarzeń z elementami dialogowymi. Narrator ujawnia się jako kronikarz – rejestrator faktów dążący do obiektywizmu. Cechuje ją, łącząca się z poetyką konkretu, „fachowość”, „rzeczowość” – kronikarz jest autorytatywnym znawcą świata, który relacjonuje.

Wszystkie trzy wzorce gatunkowe: gawęda szlachecka, pamiętnik, autobiografizowana powieść-kronika znajdują swe odzwierciedlenie w dziełach Pawlikowskiego. Wydaje się, że wśród nich gawęda pozostaje prymarnym punktem odniesienia. Dwie pozostałe zaś pełnią funkcję wspomagającą i uzupełniającą. Nietrudno bowiem zauważyć, że część cech typowych dla powieści-kroniki charakterystyczna jest także dla relacji gawędowej, która pozostaje czynnikiem dominującym, w sposób najbardziej adekwatny opisującym tożsamość gatunkową dylogii. Decydują o tym, jak się wydaje, kompozycja dylogii, zwłaszcza jej rys amorficzny (sferyczne nakładanie się perspektyw czasowych i asocjatywny mechanizm przyrastania tekstu) oraz zastosowanie koncepcji słowa przedstawionego, w zasadzie niespotykanej nigdzie poza gawędą, a także nadrzędna wobec reszty elementów świata przedstawionego pozycja narratora i – last but not least – tematyka szlachecka, spełniająca, jak wolno sądzić, gatunkowy wymóg dawności.

 

Szkic pochodzi z 19 numeru kwartalnika Nowy Napis dostępnego do kupienia na stronie e-sklepu.
Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Piotr Rambowicz, Gawęda szlachecka i co jeszcze? Formy genologiczne w twórczości Michała K. Pawlikowskiego, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2024, nr 241

Przypisy

    Powiązane artykuły

    Loading...