27.11.2019

Nowy Napis Co Tydzień #025 / Płaszcz

Zobacz całe wystąpienie

Dlaczego piszę wiersze i dlaczego tak, a nie inaczej?

Nie można sobie zaprojektować ani „zadać” wiersza. Natomiast gdy się już pojawi – trzeba go osądzić. Wiersz nie powinien być rebusem ani jedynie technicznym ćwiczeniem. Powinien stawać wobec moich wcześniejszych wierszy. Czy ujawnia, odkrywa obszar, temat, którego wcześniej nie podjąłem? Czy nie powiela jedynie wcześniej wyuczonych chwytów, nie świeci odbitym światłem poprzednich utworów, nie jest jedynie ich kopią, powieleniem? Czy jest konieczny dla mojego świata poetyckiego, czy wręcz przeciwnie – zbędny, nic nowego nie wnosi? Czy nie jest nadęty? Czy nie dźwięczy fałszywą nutką patosu? Czy nie jest jedynie ironicznym głosem „człowieka z podziemia”? Czy da się zastąpić – przez esej, felieton, jakikolwiek gatunek, czy musi być akurat wierszem, czy może umrzeć jako wiersz, bez żalu i pretensji?

To bardzo ważne rozstrzygnięcia – którym musi być poddany każdy tekst.

 

Kolejnym testem, jaki musi przejść każdy mój „kawałek”, jest adresat. Każdy wiersz ma adresata – a wyobrażam sobie, że nawet dwóch: pierwszy to czytelnik niewtajemniczony, „zwyczajny”, drugi to czytelnik wtajemniczony, „erudyta”.

Pierwszy czyta wiersz głównie przez pryzmat ujętych w tekście doświadczeń, a także podjętego w nim tematu. To posiadający pewną wrażliwość literacką i językową everyman. Drugi jest oczytany, kompetentny, potrafi wytropić w moim tekście nawiązania intertekstualne oraz rozpoznać zasoby tradycji, z których korzystam.

Nie wiem, kim jest dziś dla mnie everyman. Kiedyś myślałem o nim jako o kimś ze swojego pokolenia. O kimś, kto dojrzewał w tym samym, co ja świecie, który nie znalazł jeszcze literatury, która nadałaby jego światu wyraz. Skąd u tak młodego człowieka takie poczucie nostalgii, skąd tak wczesne intensywne powroty do dzieciństwa? – słyszałem. Po latach jestem w stanie wytłumaczyć. Byłem wyobcowany od zawsze, a wejście w dorosły świat, gdy moi rówieśnicy rozpoczynali wspinaczkę po szczeblach karier albo zmuszeni byli wyjeżdżać do pracy w Irlandii, jeszcze bardziej to wyobcowanie powiększało. Bo zajmowałem się wówczas rzeczami niepraktycznymi, intensywnym czytaniem, pracą magisterską, a później doktorską. Świat dzieciństwa, a później studencko-poststudenckiej młodości był jedynym światem, przez który mogłem poczuć z rówieśnikami więź. Dziś jest już ona bezpowrotnie stracona. Zostało mi wprawdzie kilka nieoczywistych przyjaźni, które mogą być tematem na osobne powieści, ale pokoleniowy everyman przestał dla mnie istnieć.

 

„Erudyta” – krytyk/kolega po piórze/literaturoznawca – ma wiele wcieleń. Ale kłopot z nim nie mniejszy niż z everymanem. W młodości zwykłem sądzić, że to po prostu ktoś o wyrobionej kulturze literackiej. Tylko z czasem okazało się, że kultura literacka nie niweluje osobowościowych deficytów, które każdy z nas posiada. Deficytem są chociażby zachowania zbiorowe i zawodowe żargony – metodologie badań literackich – które wiele rozświetlają, wiodą nieraz w głąb literatur i prądów, ale nie zbliżają do pojedynczego wiersza. Da się przecież (z powodzeniem) za ich pomocą interpretować teksty przeciętne, językowo głuche. Ale nie da się powiedzieć, dlaczego wiersz A jest wybitny, przenika naszą wyobraźnię na wskroś, wpada nam w ucho, natomiast wiersz B jest tylko zbiorem myśli podzielonych na wersy. Język fachowy literaturoznawcy jest często bowiem językiem głuchoty, braku wdzięku i polotu. Nie wierzę, że obcując częściej z nim, niż z językiem wybitnych utworów można zachować nieskażony słuch. Język ten sprawia również, że szuka się w czytanych tekstach od razu gotowych konstrukcji, przyporządkowań. Dlatego literaturoznawca rozpoznaje wybitność nowych zjawisk często jako ostatni.

Krytyk, będący hybrydą akademika i uczestnika życia literackiego, wydaje się być bardziej praktyczny, ale zbyt uwikłany w krzątaninę wokół setek tomików przechodzących przez jego ręce, żeby stawiać przemyślane diagnozy. Nie ma też miejsca na publikowanie tekstów krytycznoliterackich – odebrała mu je z jednej strony akademia, wyłączając w zasadzie ze swojego zakresu zainteresowań tego typu dorobek i zmuszając do mozolnego punktowania, z drugiej zaś media – ograniczając liczbę znaków i odbierając wolność swobodnego pisania o tym, co uważa za pisarsko dobre i ważne oraz narzucając nań środowiskowe bądź wydawnicze ograniczenia.

Kolega po piórze jest najczęściej czytelnikiem najgorszym – często bowiem jego uniwersytetem były konkursy poetyckie, bulgoczące bagienko życia literackiego, chwytania trendów, kopiowania, próbowania wpisania się w nie, bieganina za wpływowym wydawcą czy jurorem. To najczęściej – pomijając nieliczne osobowości odbiegające od tego wzorca – po prostu konkurent. Czekający na nasze potknięcia, uważający, że kradniemy mu energię życiową.

 

Nad nimi wszystkimi wisi jeszcze widmo polskich światopoglądów i zaszufladkowań. Choroba partyjniactwa, który toczy zarówno tych, którzy uważają szefa dużej partii za męża stanu, jak i tych, którzy w jego politycznym przeciwniku widzą zbawcę ojczyzny. Chęć użycia postaci i wierszy w tym mobilizującym społeczne emocje konflikcie jest przemożna, bo pozwala skraść trochę uwagi, umieścić na mapie naszych i onych. Ale prowadzi artystycznie donikąd. Z latami traciłem więc wiarę w to, że kultura literacka wystarczy do bezinteresownej lektury.

Dwaj wspomniani adresaci, everyman i erudyta, są konieczni, aby zostały rozpoznane różne piętra wiersza. A pomimo to piszę coraz bardziej dla nikogo. Wiersze bowiem ocenia nie tylko tych dwóch, lecz ktoś trzeci. Kim jest ten trzeci, który przychodzi do mnie, w niespodziewanych sytuacjach? Którego nie mogę zaprogramować, przewidzieć, który jest konieczny dla spełnienia się wiersza w lekturze, którzy wniesie swoim odczytaniem coś, czego się nie spodziewałem? Czy jest emocją, głębszym uwikłaniem w temat, postawieniem akcentu w innym miejscu, wydobyciem z tekstu nieznanego? Nie wiem. Ale jego reakcja nie może być obojętna – obojętność jest piekłem wiersza. Więc musi przynieść albo ciepło, albo zimno.

Charles Bukowski pisał:

Jeżeli samo nie wyrywa się z ciebie
na przekor wszystkiemu,
nie rób tego
póki nie wyłania się nieproszone z twojego serca, umysłu, ust
i bebechów, nie rób tego. […]
kiedy naprawdę przyjdzie pora
i jeśli zostałeś wybrany,
zrobi się
samo i odtąd już będzie się robiło
póki nie skonasz ty albo ono w
tobie.

innej drogi nie ma.

I ma rację. Nie ma.

*

Wiersz rodzi się z doświadczenia albo frazy, które przyplątały się „nie wiadomo skąd”. „Nie wiadomo skąd” jest poezja i „nie wiadomo dokąd” trafia – i nie wiadomo po co. Jest zbytkiem piękna, czasem tego niepięknego, jest naddatkiem – ale nigdy nie powinna być jedynie estetyzacją przeżyć. Przeżycia nie są estetyczne. Gdy stają się upozowane, tracą swój autentyzm. Przeżycia nie tworzą jeszcze poety – każdemu ktoś umiera, każdy doświadcza upływu czasu, różnych stanów emocjonalnych, na szczęście nie każdy choruje na raka, ale każdy – rzecz jasna – umrze.

 

W stwierdzeniu Stachury, że każdy jest poetą, tkwi niebezpieczeństwo. Bo w świecie składającym się z samych „poetów” nie da się żyć. Taki świat zadręcza nas cudzymi neurozami, cudzą histerią i depresją. Taki świat nie ma centrum, jest polifonią egocentryzmu. Każdy stara się nadać swym banalnym losom, swoim niepohamowanym narcystycznym i neurotycznym ambicjom walor artystyczny. Ilu ludzi, chcąc uwznioślić swoje przeżycia, postawić je przed światem, kradnie. Kradną cudze słowa, frazy, gesty, by wejść w role swoich idoli. Kradną cudze płaszcze. Na przykład ktoś jako pierwszy zaczął chodzić po Polsce w nowym Ashberrym. W ślad za nim inni, młodsi także zaczynają kupować egzemplarze Ashberrego. Nieco niedbały, na przewiewnej podpince Ashberry staje się hitem sezonu, nawet ostatnie piśmienne tumany zakładają te płaszcze, nie wiedząc, jak je nosić i do jakich butów. W innym sezonie inna marka dobrze sprzedaje się na festiwalach, konkursach i uniwersytetach. I tak już od wielu lat. Jedno jest pewne – nie każdy z nas ma opatrzony swoim nazwiskiem płaszcz. Płaszczy jest mniej niż właścicieli. Zakładać i zrzucać płaszcze Konrada można było kiedyś. Dzisiaj wszystko zaczyna się i kończy w jednej chwili: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?”.

Można oczywiście nadal publikować wiersze. Ale czy warto?

(czerwiec 2018)

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Artur Nowaczewski, Płaszcz, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 25

Przypisy

    Powiązane artykuły