12.12.2019

Nowy Napis Co Tydzień #027 / Czy pisarzowi niepodległość jest do czegoś potrzebna?

Obejrzyj całą dyskusję o niepodległości

Pierwsze rozmowy o niepodległości prowadziłem jako 12-latek z moim tatą. Akurat wtedy Jerzy Urban w TVP śmieszył, tumanił i przestraszał wizją amerykańskiego imperializmu, czyhającego na polską socjalistyczną demokrację. Ojciec mówił na to, że niech ci Amerykanie w końcu nas zaatakują, to on się natychmiast podda i chętnie pójdzie do niewoli. Kiedy bramy zakładu, w którym pracował, staranowało skotami wojsko Jaruzelskiego, w akcie odbierania – i tak dość kruchej – niepodległości własnemu społeczeństwu, tata chodząc ze mną na spacery, często zagadywał grzejących się przy koksownikach okupantów, żeby ich poczęstować papierosem, pożartować, zdjąć z nich maski wrogów. Wrogów wolnej ojczyzny. Wiedziałem, że ojciec zapisał się do „Solidarności” nie dlatego, że zależało mu na cenie mięsa w sklepach, ale również na pewno nie chodziło mu o taką wolną Polskę, w której na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści.

 

Wracam do początku lat 80., bo to najmniej niepodległy moment w historii Polski, którego zaznałem osobiście, organoleptycznie, w sposób nadający się, by po latach uczynić zeń pożywkę dla wiersza. Trochę wtedy słuchałem Kaczmarskiego, ale więcej Maanamu (kiedy się czasem wzdrygam na obecność Bonapartego w polskim hymnie, myślę o Stoję, czuję się świetnie jako hymnicznej rezerwie). Mury były okej, ale wolałem program „Raj” z Gintrowskim i Łapińskim, gdzie kwestie wolności i niepodległości były religijnie problematyzowane i z jednej strony radykalnie indywidualizowane, a z drugiej rzucane w znacznie szerszy kontekst (Olek, mój syn, słucha Hydropiekłowstąpienia Lao Che i wygląda to na kolejny sezon tamtego serialu).

Ulubioną książką taty był wolnościowy Potop, czytany jako eastern o wyjętym spod prawa bandycie, który wraca, by przywrócić patriotyczny porządek (no i walczy o Polskę na czele oddziału islamskich terrorystów, którzy robią Szwedom takie rzeczy, o jakich dziś mogą tylko pomarzyć). Na drugim miejscu plasował się jednak Colas Breugnon, czyli książka jak najgłębiej patriotyczna i niepodległościowa, ale w najzupełniej niepolitycznym i niepaństwowym sensie (obraz Burgundii i poczucie bycia Burgundczykiem to są sprawy na mapie życia, którą w sercu masz, a nie w paszporcie).

 

Tak czy owak, ojciec wyglądał mi na faceta, który, gdyby urodził się odpowiednio wcześniej, pewnie popierałby powstanie listopadowe. Styczniowego raczej nie. O warszawskim mówił z szacunkiem, jaki przystoi rozmowie na temat czyjegoś samobójstwa, które zawsze jest wątkiem niedocieczonym, więc nie wypada się mądrzyć. Rosłem zatem w przeświadczeniu, iż to jest właśnie największy pożytek z niepodległości: że można ją odrobinę od-idealizować i uproblematycznić, wysuszyć z łez narodowego wzruszenia na sznurkach rozmaitych kontekstów. Już jako dziecko zaznałem względności konceptu niepodległego państwa, ale też czułem – na długo wcześniej niż zacząłem wiedzieć – że żadna armia, ani cesarsko-królewska, ani Czerwona, ani nadlatująca na śmigłowcach z napalmem, nie pokona armii metafor, która jest w stanie zmienić każdą tekturę albo w pancerz bez okien, albo w jedno wielkie okno, niezamykalne. Dlatego 10 lat później odebrałem słynny wiersz Świetlickiego, ten z zamykaniem drzwiczek z tektury i otwieraniem okna, jako ładnie napisany zbiór oczywistości: ktoś powinien je wreszcie wypowiedzieć głośno, więc Świetlicki wypowiedział.

 

Drugie rozmowy o niepodległości prowadziłem na warszawskiej ulicy Nowy Świat w okolicach roku 2010. W Kordegardzie czytał wiersze Ryszard Krynicki, zaproszony przez Narodowe Centrum Kultury, a obok przechodziła demonstracja młodych ludzi, którzy sto lat wcześniej byliby akurat w wieku poboru do wojska pruskiego, austriackiego, rosyjskiego albo francuskiego przed pierwszą wojną światową. Tą wojną, co przyniosła Polsce niepodległość tak absolutnie horrendalnym kosztem, że aż trochę wstyd świętować. Młodzi na Nowym Świecie defilowali z hasłem „Nie będziemy elastyczni!” wymierzonym w globalny korpodespotyzm niszczący ich poczucie niepodległości prywatnej, osobistej, ale też coraz śmielej ingerujący w niepodległość całych społeczeństw. Tyle że ten sam korpodespotyzm oferuje nieznające granic wczasy all inclusive, portale społecznościowe i platformy z serialami – wszystko to, na co przedstawiciele demonstrującego pokolenia reflektują chętnie, więc hasło o nieelastyczności wydawało się nie całkiem szczere. Przypomniał mi się wtedy mój ojciec, z jego westchnieniem o oddaniu się do amerykańskiej niewoli. I przytomna refleksja Herberta:

Kto wie gdyby nas lepiej i piękniej kuszono

słano kobiety różowe płaskie jak opłatek

lub fantastyczne twory z obrazów Hieronima Boscha

[…]

 

Na trzecie rozmowy o niepodległości przyszła pora teraz. Okrąglutkie stulecieTekst powstał w 2018 roku.[1] w sam raz pasuje, by całą ideę albo upupić w świętowaniu, albo oddać posiadaczom tatuaży z kotwicą Polski Walczącej na łydce. Pisarze potrzebują niepodległości, bo niepodległość potrzebuje pisarzy: żeby ktoś na nią spojrzał z sześciu stron na raz, wyzwolił z manipulanckich dyskursów, otrzepał z durnego patosu, szablą odebrał ckliwym łajdakom.

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Maciej Woźniak, Czy pisarzowi niepodległość jest do czegoś potrzebna?, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 27

Przypisy

    Powiązane artykuły