02.01.2020

Nowy Napis Co Tydzień #030 / Chwilowa moda czy trwały fenomen? Literatura górska w Polsce

W Polsce prawdopodobnie pierwszym przykładem użycia motywów górskich w literaturze są siedemnastowieczne wiersze Jakuba Kaźmierza Haura, który w nieporadnym stylu zachwycał się tatrzańskimi skarbami. W stosunku do tego, co działo się na świecie, byliśmy kilkaset lat opóźnieni, ponieważ już w 1335 roku Petrarka pisał do swojego przyjaciela o zdobywaniu Mont Ventoux.Potem motywy górskie pojawiały się też wśród takich gigantów literatury jak: Jean Jacques Rousseau, Percy B. Shelley, George Byron, Victor Hugo, Alexandre Dumas, Mark Twain i Johann Wolfgang Goethe.Polskimi klasykami, u których pojawiały się podobne tematy, byli Juliusz Słowacki, Zygmunt Krasiński i Jan Kasprowicz.

Czym jednak dokładnie jest „literatura górska”? Zamiast wyważać otwarte drzwi, zdecydowanie lepiej będzie oddać głos fachowcowi, Jackowi Kolbuszewskiemu, krytykowi literackiemu zajmującemu się problematyką górską:

Potocznie pod pojęciem literatury górskiej rozumie się różne narracje środowiskowe o charakterze otwartym, związane z tematyką górską i nastawione na odbiór publiczny. Nie lubię i nie stosuję tego nazwania, […] to worek, do którego wrzuca się wszystko: literaturę piękną i różne gatunki literatury stosowanej, tworząc ad hoc swoiste systemy klasyfikacyjne, które nazwałbym krytycznie folklorem literaturoznawczym.

Zajmując się literaturą, historią literatury, systematyzuję rzecz przy użyciu kilku podstawowych kategorii: tematu, motywu, gatunku literackiego – ich funkcji i sposobu w jaki wchodzą w obieg, to znaczy tego, do kogo dane utwory są adresowane, jak, przez kogo i dlaczego są czytane, a także w jaki sposób oddziałują społecznie. Wolę zatem mówić o tematyce górskiej w literaturzeE. Grzęda, J. Kolbuszewski, „Górski plecak z literaturą”, „GÓRY” 2019, nr 4, s. 82.[1].

W katalogach dużych wydawnictw nie ma działu „literatura górska” – książki o takiej tematyce znajdziemy na półkach z biografiami lub literaturą faktu. Czyżby zatem przyszło nam mówić o czymś, co nie istnieje?Nie do końca – Wydawnictwo Agora stworzyło dział „biografie górskie”. Mniejsze, wyspecjalizowane w tej tematyce wydawnictwa otwarcie piszą o „literaturze górskiej”, polskiej bądź światowej. Nic dziwnego, w końcu na tym właśnie opierają istotę swego istnienia.

Wydaje się więc, że określenie „literatura górska” jest pojęciem nieco umownym i właśnie na poruszanie się w kręgu tej umowności jesteśmy skazani.

Czy rzeczywiście mamy do czynienia z fenomenem, czyli rzecz o skali

Na ostatnim lądeckim Festiwalu Górskim im. Andrzeja Zawady do konkursu „Książka Górska Roku 2019” zostało nominowanych 37 książek. To dużo, a przecież skądinąd wiadomo, że nie wszystkie tytuły, które ukazały się w tym roku zostały do niego zgłoszone przez wydawców.

Czytelnik jest bombardowany nowościami poruszającymi szeroko pojętą tematykę górską – może wręcz poczuć się tym oszołomiony. Co roku ukazuje się kilkadziesiąt tytułów. Z pewnością można więc mówić o fenomenie, jeśli chodzi o skalę zjawiska. Dla porównania – literatura marynistyczna w Polsce, kraju mającym dostęp do morza, nie jest aż tak wyraźnie obecna w katalogach i na półkach księgarń.

W branży księgarskiej miara sukcesu jest oczywista – jest nią liczba sprzedanych egzemplarzy. Wydawnictwa, zwłaszcza te duże, mają swoją nieodgadnioną strategię marketingową, z której wynika to, że niechętnie, a jeśli już, to dość wybiórczo chwalą się nakładami. Udało mi się jednak potwierdzić informację o sprzedaniu 85 000 egzemplarzy książki Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz Anny Kamińskiej (Wydawnictwo Literackie 2017).Wołanie w górach Michała Jagiełły miało z kolei do tej pory rekordowe dziewięć wydań. Wydawca tej ostatniej książki (ISKRY) nie dysponuje pełnymi danymi, ale od 2002 roku nakład osiągnął 28 790 egzemplarzy. Przebojowe Dotknięcie pustki (Stapis 1992) sprzedano do tej pory w 40 000 egzemplarzy. Podobny wynik osiągnęła dwutomowa biografia Krzysztofa Wielickiego (Góry Books 2014).

To jednak propozycje Wydawnictwa Agora, na przykład biografia Adama Bieleckiego Spod zamarzniętych powiek, wydają się osiągać największe nakłady, zbliżające się do 100 000 egzemplarzy.

Podobnie jest z tłumaczeniami. John Porter, autor świetnej książki Przeżyć dzień jak tygrys (Annapurna 2016), wyznał, że sprzedaż tej pozycji w Polsce jest lepsza niż u niego w Wielkiej Brytanii. Podobnie jest z dziełami kanadyjskiej biografistki Bernadette McDonald.

Jednak nie wszyscy jednoznacznie potwierdzają to, że mamy do czynienia z boomem. Dla równowagi warto przytoczyć wypowiedź Stanisława Pisarka, właściciela wydawnictwa Stapis, które wydało już prawie sto tytułów w serii „Literatura Górska Na Świecie”. Poproszony specjalnie przeze mnie o skomentowanie popularności tematyki górskiej Pisarek napisał: 

Według mnie fenomen powodzenia kilku(nastu) tytułów wynika z polskiej szarzyzny, na tle której zmagania polskich, himalajskich HEROSÓW, dało się łatwo rozdmuchać przez media. Podejrzewam, że co najmniej 60 procent nabywców tych książek nigdy ich nie przeczyta. Po prostu zrobiła się chwilowa moda, która mniejszych wydawców, z mniej reklamowanymi tytułami, jednak nie dotyczy. Te same tytuły, które wydaję w Polsce mają większe nakłady w Czechach niż u nas. Więc? Boom może i jest, ale wyjątkowo wybiórczy. 

Fenomen literatury to nie tylko same książki, ale również towarzysząca im otoczka.Na dużych festiwalach prelekcje z udziałem naszych himalaistów zawsze odbywają się przy pełnych salach. Wiem, o czym mówię, ponieważ zdarzyło mi się na taką nie dostać.Wspominany wcześniej Adam Bielecki nie dość, że jest w stanie być bohaterem samodzielnego, płatnego wydarzenia, to często okazuje się, że bilety na spotkanie z nim wyprzedają się tak szybko, że trzeba zorganizować dodatkowe. Rodzi się pokusa, żeby przy okazji takich spotkań nie tyle sprzedawać biografie prelegentów, co wręcz je na te wydarzenia „produkować”. Co bardziej rozpoznawalni himalaiści są już „zarezerwowani” przez wydawnictwa na dwa lata do przodu i tak zajęci, że trudno ich namówić nawet na wywiad.

To prawda, że niektórzy z nich na scenie radzą sobie na tyle świetne, że czytelnik po wyjściu z prelekcji nabędzie książkę przekonany o tym, że elokwencja i poczucie humoru autora może rokować dobrą lekturę. Na dużych imprezach górskich spotkania i warsztaty związane z literaturą stanowią alternatywę dla innych wydarzeń, takich jak pokazy atrakcyjnych filmów, a mimo to sale nie świecą pustkami. Obecnie wręcz nie wypada nie mieć tego typu spotkań w programie festiwalu. Publiczność wypełnia sale, pisarz spotyka się z czytelnikami i promuje to, co stworzył, a organizator na tym zarabia. I wszyscy są zadowoleni. 

Biografia ponad wszystko

Szukamy prezentu dla wujka, który lubi bywać w Tatrach? Wybór biografii Kukuczki, Rutkiewicz lub Wielickiego będzie najmniej ryzykowny. Taka strategia kupujących sprawia, że właśnie ten gatunek książek „górskich” sprzedaje się najlepiej.

Biografie wspinaczkowe wydawano od dawna, ale dopiero od kilku lat mamy prawdziwy wysyp książek tego gatunku. Wydać takową musi bowiem nie tylko każdy zdobywca wszystkich ośmiotysięczników – Korony Ziemi, ale również ten, kto wdrapał się choćby na jeden z łatwiej dostępnych ośmiotysięczników, pod warunkiem, że ma – lub wydaje mu się, że ma – coś do powiedzenia.

Najbardziej rozpoznawani wspinacze doczekali się kilku książek biograficznych: Kukuczka – siedmiu, Rutkiewicz – ośmiu i… ciągle ich przybywa! Fakt, że nie ma ich wśród nas od trzydziestu lat, nie jest dla autorów i wydawców przeszkodą. Poświęcone im, a nie zawsze wnoszące coś nowego, książki ciągle powstają. Wielkie nazwiska przyciągają i zapewniają sprzedaż.

Warto wspomnieć także o autobiografiach, chociaż zazwyczaj jako ich współautor występuje ktoś zawodowo związany z pisaniem. Przykładem mogą tutaj być książki opowiadające o wspinaczkowym życiu Jerrego Moffata, Erharda Loretana czy Adama Bieleckiego. Jednymi z najciekawszych pozycji tego rodzaju są wychodzące poza schematy, barwne, miejscami kontrowersyjne, choć odmienne autobiografie: Całuj, albo zabij Marka Twighta (Stapis 2008), Zapisany w kręgach Marka Raganowicza (Góry Books 2017) oraz Psychovertical. Przestrzeń obłędu Andy Kikpatrick (Stapis 2016).Trudnym do pobicia rekordzistą autopromocji i budowania wizerunku jest Reinhold Messner – napisał on około 50 książek, w których pisze głównie o samym sobie.Polsce o sobie, w wysoce wycyzelowany i dopieszczony w każdym detalu sposób, pisuje natomiast, mający swoich wielbicieli, Wojtek Kurtyka. Jego Chiński Maharadża (Góry Books 2011) jest dostępny jedynie na rynku wtórnym, w cenie znacznie wyższej od nominalnej.

Często spotykaną formą biografii jest wywiad-rzeka. Dlaczego wielu decyduje się na wybór właśnie tej formy, wyjaśnia Ilona Łęcka: „Wywiad-rzeka jest formą oportunistyczną. Sięga się po nią często z niedostatku talentu literackiego lub po to, by nadać subiektywnym osądom pozór faktówI. Łęcka, Recenzja książki „Ryszard Pawłowski – 40 lat w górach. Wywiad–rzeka”, https://wspinanie.pl/2013/06/recenzja-ksiazki-ryszard-pawlowski-40-lat-w-gorach-wywiad-rzeka/ [dostęp: 25.11.2019][2]”. Jeśli współrozmówcą jest ktoś związany ze środowiskiem wspinaczkowym, możemy przynajmniej liczyć na to, że nie będzie w niej błędów merytorycznych. Przykładem może być Ryszard Pawłowski: 40 lat w górach. Wywiad rzeka (Góry Books 2013), gdzie bohatera przepytał Piotr Drożdż.

Od czasu do czasu co odważniejsi redaktorzy podejmują ryzyko, decydując się na wydanie książek nietypowych. Za taką może być uznana na przykład biografia Elisabeth Hawley Strażniczka gór, niewspinającej się kronikarki himalaizmu, autorstwa Bernadetty McDonald (Agora 2018). Nietypową, bo podwójną biografią jest omawiana tutaj książka Trzy bieguny (Znak 2019), w której zestawienie odmiennych postaw życiowych dało synergiczny efekt.

Także wybrane środowiska wspinaczkowe doczekały się swych zbiorowych biografii. Słowackie zostało opisane w książce Zaginieni z Everestu Milana Vranka (Stapis 2018), amerykańskie w Niewiarygodnej wspinaczce Marka Synnota (Wydawnictwo Dolnośląskie 2019), a Szerpów w Pochowani w niebie. Niezwykła historia Szerpów i tragicznego dnia na K2 Petera Zukermana i Amandy Padoan (Marginesy 2019).

Na pytanie, dlaczego czytelnicy gustują w biografiach, tak odpowiada prof. Zbigniew Kadłubek:  

Greckie słowo „bios” oznacza konkret pojedynczego, najmniejszego świata. […] Biografia jest świadectwem danym najmierniejszej mniejszości. Ten rodzaj książek jest najczęściej wypożyczany w bibliotekach. […] Ludzie czytają biografie, bo być może zastępują one nasze pustawe życie, w którym niewiele jest miejsca na duże wydarzeniaM. Odziomek, „Dlaczego Polacy kochają biografie”, „Gazeta Wyborcza”, 21.10.2019.[3].

Można się z tak pesymistyczną diagnozą zgodzić lub nie, ale wypada dla równowagi dodać, że biografie miewały dla mnie i dla innych wspinających się, rolę inspirującą. Zachęcały do przemyślenia, przewartościowania tego, co robiło się do tej pory i podejmowania wyzwań. Do inspiracji klasyką literatury górskiej przyznają się w wywiadach nawet ci, których nie podejrzewalibyśmy o to, postrzegając ich jako stuprocentowych sportowców.

Tragedie, poradniki, satyra. Inne nurty literatury górskiej

Drugim po biografiach wiodącym rodzajem literatury górskiej, jest nurt „wypadkowo-ratunkowy”. Tragedie sprzedają się najlepiej – i to wcale nie jest zarzut. Nieudana wyprawa zakończona wypadkiem ma więcej potencjału dramaturgicznego niż ta zakończona zrealizowaniem celu – w przypadku fiaska są ofiary oraz ludzie potencjalnie winni. Jest okazja, żeby poczuć się prokuratorem i sędzią. W Polsce rekordzistką i swego rodzaju fenomenem w tej dziedzinie jest książka Wołanie w górach. Wypadki i akcje ratunkowe w Tatrach Michała Jagiełły (Iskry), ukazująca się od 1979 roku i mająca aż dziewięć wydań! Fenomenem jest to, że z wydania na wydanie książka rozrasta się, uzupełniana o opisy najnowszych wypadków.

Niestety w literaturze górskiej dominował dotąd nurt wyprawowy, w dość siermiężny, rutynowy oraz zupełnie nieciekawy dla niewspinających się sposób opisujący detale przygotowań do wyjazdu i zdobywania szczytów. Mniej liczne były książki atrakcyjne literacko, które mogłyby zainteresować „zwykłego” odbiorcę. Istnieją jednak propozycje, które śmiało można nazwać literaturą sensu stricto, bez przymiotnika „górska”. Przykładem mogą być Komin Pokutników Jana Długosza (Iskry 1964) czy W stronę Pysznej Stanisława Zielińskiego (Zysk i S-ka 1961). Od lat na polskim rynku mamy też przekłady klasyków gatunku, takich jak chociażby Gwiazdy i burze Gastona Rebuffata (Sport i Turystyka 1962), Moje góry Waltera Bonnatiego (Iskry 1967, Niepotrzebne zwycięstwa Lionela Terray'a (Sport i Turystyka 1975).

Wart odnotowania jest również nurt humorystyczny i satyryczny. Uśmiech, a wręcz szyderstwo, to najlepszy z możliwych sposobów na odreagowanie patosu wielkich wypraw narodowych. Miejsce przy stole (Znak 1983) Andrzeja Wilczkowskiego w żartobliwy sposób portretuje polskie środowisko wspinaczkowe, a to, że po pierwszym wydaniu pojawiło się zapotrzebowanie na trzy kolejne, świadczy o tym, że pisanie o wspinaczce „nie całkiem serio”, to trafny pomysł.

Polska jest wreszcie potęgą, jeśli chodzi o literaturę specjalistyczną – przewodniki, poradniki, encyklopedie i tak dalej. Liczba oraz jakość tego typu pozycji wydawanych u nas, jest światowym ewenementem. Przykładem może być niemająca światowego odpowiednika siedmiotomowa Wielka Encyklopedia Gór i Alpinizmu autorstwa Jana i Małgorzaty Kiełkowskich (Stapis 2003).

A czego brakuje na naszym rynku? Albumów, bo wciąż są za drogie dla polskiego czytelnika. W zamożniejszych krajach to one są najczęściej kupowane jako prezenty. Na szczęście albumy to nie literatura – więc nie mamy się o co martwić. 

Skąd wziął się boom na literaturę górską?

Nie ma jednej, prostej odpowiedzi na powyższe pytanie. Prawdopodobnym wyjaśnieniem jest splot kilku różnych czynników.

Najważniejszą rolę odgrywają sukcesy polskich wspinaczy oraz tragedie w czasie wypraw narodowych. Bez „Złotej Ery Polskiego Himalaizmu” i pierwszych wejść zimowych na ośmiotysięczniki zwyczajnie nie byłoby o czym pisać. Dwa nowsze projekty: „Polski Himalaizm Zimowy” i „K2 dla Polaków” miały gigantyczny oddźwięk medialny i z pewnością napędzały zainteresowanie książkami na ten temat.

Popularność książkom o tematyce górskiej zapewniają też festiwale górskie, spośród których szczególną rolę należy przypisać pionierskiemu Explorers Festiwal w Łodzi. W tej chwili, oprócz dwóch wielkich festiwali (Krakowski Festiwal Górski i Festiwal Górski im. Andrzeja Zawady w Lądku-Zdroju), niemal każde miasto ma swoją, lokalną imprezę.

Ważną rolę odgrywa również Górski Magazyn Sportowy „GÓRY”, kierowany przez redaktora Piotra Drożdża. Pismo poświęca literaturze sporo miejsca. Znajdziemy w nim recenzje i wywiady z autorami; trafia się literatura nie potrzebująca przymiotnika „górska”. „GÓRY” mają również do zaproponowania czytelnikom własne książki.

Z kolei związki literatury i filmów o tematyce górskiej mają charakter miłości odwzajemnionej. Jeden z lepszych filmów wspinaczkowych, czytelny dla szerokiej publiczności Czekając na Joe (2003), skłonił część widzów do sięgnięcia po wydany sporo wcześniej (1992) papierowy pierwowzór – Dotknięcie Pustki. To właśnie kinomani, a nie czytelnicy pierwszego wydania, są odpowiedzialni za 40 000 sprzedanych egzemplarzy. Jak widać kolejność, w jakiej pojawiają się książka i film, nie zawsze mają znaczenie.

Oscar dla dokumentalnego filmu Free Solo (2018), opowiadającego o pierwszym przejściu bez asekuracji ściany El Capitan w Yosemite przez niesamowitego Alexa Honnolda, także spotkał się z szybką odpowiedzią rynku wydawniczego – wydano dwie propozycje związane z tą tematyką.

Znany jest również przypadek, gdzie z pierwotnego projektu zamiast filmu powstała książka. Po spotkaniu reżysera Dariusza Załuskiego, wydawcy Romana Gołędowskiego i himalaistki Anny Czerwińskiej okazało się, że bardziej niż na bohaterkę filmu nadaje się ona na autorkę cyklu książek. Bywa i tak.

Duży może więcej (czasem nawet nieco za dużo)

Wielcy wydawcy – tacy jak Agora, Wydawnictwo Literackie czy Znak – z pewnym opóźnieniem zauważyli boom książki górskiej i z impetem ruszyli do nadrabiania zaległości.

Wydaje się, że do tego czasu na rynku panowała stagnacja. Małych wydawnictw nie było stać na kupno praw do bestsellerów, a przez to niektóre tytuły dotarły do nas ze sporym opóźnieniem w stosunku do pierwszego wydania na Zachodzie. Na przykład Ryczące ośmiotysięczniki, będące biografią himalaisty Erharda Loretana ukazały się w Polsce 23 lata po pierwszym francuskojęzycznym wydaniu.

Oczywiście wśród książek, które pojawiały się zanim na rynku książki górskiej zjawili się wielcy gracze, także trafiały się potencjalne bestsellery. Wydano sporo prawdziwych perełek, które bywały doceniane przez znawców, ale bez maszynerii promocyjnej skazane były na niszowość. Niestety, zdarzało się, że wybór tłumacza niemającego pojęcia o wspinaczce znacząco pogarszał jakość tłumaczenia lub wręcz ośmieszał oryginał. Bywało, że polszczyzna, z jaką musieli zmierzyć się czytelnicy, była odległa od słownikowej. Zapytany o temat braków w redakcji, wydawca Roman Gołędowski tłumaczył je niewystarczającą ilością „rasowych” redaktorów na rynku oraz brakiem finansów na ich zatrudnienie:

Mali wydawcy nie dysponują odpowiednimi funduszami, by godziwie zapłacić na rozsądną redakcję i korektę książek, których sprzedaż niejednokrotnie nie przekracza kilkuset egzemplarzy, czyli tak naprawdę nie daje to nawet pełnego zwrotu poniesionych kosztów„Annapurna w słońcu i deszczu. Wywiad Andrzeja Mirka z wydawcą Romanem Gołędowskim”, „GÓRY” 2018, nr 4.[4]

Nie można mieć żalu o to, że potentat może na etapie produkcji książki zatrudnić sześcioosobowy zespół korektorsko-redaktorski, podczas gdy w małym wydawnictwie zajmuje się tym jedna osoba, dla której najczęściej jest to zajęcie dodatkowe. By oddać sprawiedliwość, muszę jednak napisać, że i tym dużym zdarza się zlekceważyć korektę merytoryczną. Czytelnik mający pojęcie o wspinaniu cierpi, czytając o „trasach” wspinaczkowych (zamiast o drogach), dowiadując się, że można zjeżdżać i schodzić w dół (tak jakby można było do góry) lub rwie włosy z głowy, czytając przetłumaczone nieudolnie oryginalne nazwy dróg, szczytów lub pasm górskich. Wielcy wydawcy celują w tak zwanego przeciętnego czytelnika, a mniejsi – w takich samych jak oni pasjonatów.

Trudno jest także mieć do wielkich oficyn pretensje o całostronicowe zapowiedzi książek w prasie – reklamy będące całkowicie poza zasięgiem finansowym mniejszych wydawców, dla których spotkanie autora z czytelnikami jest szczytem możliwości promocyjnych. Mniejsi przegrywają również bitwy o prawa do książek, które rokują jako bestsellery. Przytoczę tu jeden przykład – przy staraniach o wydanie pierwszej książki Bernadette MacDonald początkowe oferty zostały przebite pięciokrotnie.

Dla małego wydawcy upadek księgarni czy hurtownika oznacza prawdziwy cios, ponieważ jest na ostatnim miejscu spłat u syndyka masy upadłościowej; dla dużego gracza jest to natomiast element gry rynkowej. System rozliczania płatności za książki ewidentnie nie sprzyja tym, którzy w proces wydawniczy angażują własne pieniądze.

Innym dowodem przewagi dużych nad małymi – a jednocześnie świadectwem naszych czasów – jest przeprowadzanie transmisji ze spotkań autorskich. Podobne wydarzenia, organizowane przez potentatów, odbywają się w specjalnie wynajętych, reprezentacyjnych salach, prowadzą je profesjonaliści. Mają one swoją wyreżyserowaną dramaturgię i dynamikę, a wszystko po to, by zachęcić niezdecydowanego czytelnika.

Na liście najlepszych książek o górskich wyprawach sporządzonej przez Empik znajdziemy niemal wyłącznie te wydane przez potentatów rynku. Oczywiście, listę najlepszych może sporządzić sobie każdy, ale gdy robi to sieć wielkich księgarni, to napędza sprzedaż rekinom rynku, pomijając płotki.

Dość krytycznie opisaną wyżej sytuację podsumowuje Roman Gołędowski:

Teraz już nie jakość tytułu decyduje o jej popularności i nakładach, ale właśnie zakres i skala działań promocyjno-reklamowych. Najlepszym tego przykładem była książka Denisa Urubki, która opublikowana przed dwoma laty na polskim rynku przez niewielkiego wydawcę spokojnie funkcjonowała w obiegu, nawet nie zahaczając o listy bestsellerów. Kiedy tytuł przejęła Agora to pozycja ta szybko powędrowała na szczyty list, a jej sprzedaż wzrosła wielokrotnieTamże.[5].

Podzielam szczery żal za tym, że perełki wydane przez pasjonatów sprzedają się w nikłych nakładach. Pojedynek Dawida z Goliatem toczy się na naszych oczach. Mam nadzieję, że jego efektem nie będzie upadek małych wydawnictw, bo kiedy boom minie, potentaci wycofają się z wydawania książek górskich, a miłośnicy tego typu literatury zostaną z niczym.

Czy jest możliwa konkluzja – i dlaczego nie?

Literaturze górskiej raz na jakiś czas zdarza się bywać literaturą. Nie da się ukryć, że połączenie umiejętności pisarskich i wspinaczkowych jest czymś wyjątkowym. Możliwe, że kompleks literackości działa na ludzi gór paraliżująco. Sami kiedyś przeczytali coś, co ich zachwyciło, i też bardzo by chcieli tak pisać. Najczęściej jednak chcieć nie znaczy móc. Sporą część z tego, co ukazuje się na rynku stanowią techniczne relacje z ekspedycji. Nawet jeśli współautorem książki jest literat, to przeniesienie wyprawowych wspomnień na wyższy poziom, najczęściej nie tyle się nie udaje, co jest wręcz niemożliwe. Szczegółowe relacje z zakładania obozów, z mozolnego zdobywania szczytu zwyczajnie nie mają odpowiedniego potencjału.

Swego rodzaju paradoksem jest to, że najlepsze „książki górskie” powstają wtedy, gdy odpowiednio zestawi się lodowe i skalne wyczyny z detalami z życia pozawspinaczkowego. Dystans, ironia, wiwisekcyjna szczerość to kolejne składowe, rokujące ciekawą lekturą, choć nie dające gwarancji.

Z kolei pisarze spoza środowiska wspinaczkowego protestują przeciwko nazywaniu tego, co robią „literaturą górską”. Na przykład Anna Kamińska, reportażystka, autorka bestsellerowej książki Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci mówi: „To, co robię to na szczęście nie literatura górska, ale w ogóle literatura faktu, góry trafiły mi się zupełnie przypadkiemhttps://nowynapis.eu/tygodnik/nr-30/artykul/leszek-cichy-trzy-bieguny-marek-kaminski-julia-hamera[6]”. Czy jednak takie rozróżnienia mają większe znaczenie dla tak zwanego przeciętnego czytelnika? Listy bestsellerów pokazują, że nie.

 

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Andrzej Mirek, Chwilowa moda czy trwały fenomen? Literatura górska w Polsce, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 30

Przypisy

    Powiązane artykuły