02.01.2020

Nowy Napis Co Tydzień #030 / Szaleniec czy taktyk? Wizerunek alpinisty we współczesnej literaturze górskiej

Inveniam viam aut faciam (Odnajdę drogę albo ją stworzę) – miał w 218 roku p.n.e. powiedzieć Hannibal, stojąc przed potężnym masywem Alp, które broniły mu dostępu do północnej Italii. Lekceważąc kontekst historyczny przypisywanej mu deklaracji oraz militarny cel wyprawy, uczyńmy jego słowa pierwszym manifestem alpinizmu.

W środowisku górskim opinie są podzielone: jedni uważają, iż droga wspinaczkowa jest dziełem natury, to znaczy istnieje niezależnie od woli i pomysłu ludzkiego, a zadaniem alpinisty jest ją po prostu odnaleźć, inni zaś twierdzą, że droga wspinaczkowa jest projekcją ludzkiej inwencji i ambicji na obojętną, przypadkową rzeźbę skalną, skalno-lodową lub lodową. Sentencja Hannibala zdaje się łączyć obie, pozornie wykluczające się koncepcje. W istocie rozmaitość form górskich jest tak ogromna, że niejednokrotnie trudno oprzeć się wrażeniu, iż natura nieprzypadkowo umieściła przed oczyma żądnego wyzwań człowieka formacje zapraszające do pięcia się w górę.

Pokusa idolatrii

Alpinista to człowiek samodzielny. Umie sprawnie posługiwać się specjalistycznym sprzętem, efektywnie przemieszczać po rozmaitych górskich formacjach, kontrolować emocje, przede wszystkim lęk przed ekspozycją i wysokością. Racjonalnie ocenia możliwości powodzenia akcji górskiej, unika oczywistych zagrożeń związanych z wysokością, zmiennymi warunkami pogodowymi, zagrożeniem lawinowym czy ryzykiem upadku z wysokości. Odnajduje w labiryncie górskich formacji linię pozwalającą dostać się do zamierzonego punktu, w którym może, ale nie musi być szczyt danej góry. Jak to lapidarnie ujmuje Reinhold Messner, legenda światowego alpinizmu, pierwszy człowiek, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum (czyli wszedł na wszystkich 14 ośmiotysięczników):

[…] alpinizm zaczyna się tam, gdzie kończy się turystyka. Turysta zdaje się na istniejącą infrastrukturę, a alpinista za wszystko, co robi, sam ponosi odpowiedzialnośćR. Messner, Na szczycie. Kobiety na górze, tłum. M. Kiełkowska, Katowice 2012, s. 169.[1].

W monografii Góry. Stan umysłu brytyjski antropolog Robert McFarlane potoczyście i przekonująco omawia zmiany w postrzeganiu gór przez zbiorową wyobraźnię. Opisuje zmiany: od trwożnej niechęci do widzianego z oddali masywu i przekonania o jego religijnym znaczeniu, poprzez próby nadania górom cech użyteczności czy estetyzowanie krajobrazu po uczynienie z nich przestrzeni sportowej rywalizacjiR. MacFarlane, Góry. Stan umysłu, tłum. J. Konieczny, Poznań 2018. [2]. Ludzie nauczyli się widzieć w górach piękno, grozę, doniosłość i walkę – jak na przykład w starciu żywiołów rwących wód górskiego wodospadu i otaczających go skał.

Człowiek udający się w góry także może ulec transformacji, stać się odkrywcą, wielbicielem potęgi i piękna, wojownikiem czy bohaterem – ponieważ przemierzaniu wertykalnej przestrzeni towarzyszy strach, niebezpieczeństwo i wysiłek, potrzebne są wcześniejsze przygotowania, ale na końcu czeka chwała i uznanie, cenne tak bardzo, że niekiedy warto dla nich poświęcić życie. Krajobraz górski zyskuje na wartości poprzez osobowość człowieka.

Ci, dla których góry są pasją i przestrzenią do samorealizacji, są w równej mierze spadkobiercami opisanego przez MacFarlane’a procesu, co jego współtwórcami i współuczestnikami.

Góry były dla nas naturalną areną, gdzie igrając na krawędzi życia i śmierci, znaleźliśmy wolność, której szukaliśmy na oślep, wolność potrzebną jak chleb.

 – stwierdza Maurice Herzog, pierwszy człowiek na szczycie ośmiotysięcznikaM. Herzog, Annapurna, tłum. R. Unrug, Warszawa 2018, s. 298. Herzog wraz z Luisem Lachenalem zdobyli wierzchołek główny (8 091m) 3 czerwca 1950 roku. Choć góra ta należy do tak zwanych niskich ośmiotysięczników, wyprawa francuska miała przed sobą szalenie trudne zadanie ze względu na niemal zupełną nieznajomość terenu oraz rozległość długiego na 55 kilometrów masywu, na który – obok wierzchołka głównego – składa się kilkanaście innych szczytów. Alpiniści w wyniku poważnych odmrożeń stracili palce stóp (Lachenal) oraz rąk (Herzog).[3].

Kochamy góry, ponieważ nasi przodkowie nauczyli się je kochać i kochamy tych, którzy miłość górom okazują na najbardziej spektakularne, ryzykowne sposoby. Alpiniści uosabiają to, co bohaterskie i pierwotne: bezpośredni kontakt z naturą, odwagę, wysokie standardy etyczne, sprawność fizyczną, świadomą rezygnację z wygód i bezpieczeństwa. Nie sądźmy jednak, że MacFarlane ulega opisywanej przez siebie idolatrii: brytyjski antropolog wprost przyznaje:

[…] nie istnieje obiektywna potrzeba narażania się na ryzyko na zboczach góry albo na ścianach klifów. Wspinaczka nie jest niczyim przeznaczeniem, nad żadnym człowiekiem nie wsi przymus jej uprawianiaR. MacFarlane, Góry…, s. 132.[4].

Dlaczego więc tak wielu i tak ochoczo podejmuje się tych wyzwań?

Żyjemy w czasach transgresji. Nasze podstawowe potrzeby zostały zaspokojone. Przyszedł czas na bezproduktywne aktywności, nastawione w tej samej mierze na egotyczną samorealizację, co na zaznaczenie swego miejsca w społeczności. Społeczności, która niszowe kaprysy podnosi do rangi sztuki i nadaje im ogólnoludzkie, bohaterskie znaczenie. Na górskiej arenie wybitnych jednostek robi się tłoczno, co nie przeszkadza kolejnym pretendentom do sławy dążyć na szczyty po wielokroć już zdobyte. Niekiedy dochodzi się w tym pragnieniu prymatu do śmieszności, czego kuriozalnym przykładem jest choćby wspinaczka na Elbrus (5 642 m) z kilkudziesięciokilogramową sztangą na ramionach.

Znacznie częściej wspinacze doskonalą swe umiejętności w jednej z wąskich, wyspecjalizowanych dyscyplin alpinistycznych, osiągając w niej nieprawdopodobne wręcz mistrzostwo.

Alpinizm jest sportem ludzi wyznaczających własne zasady; mogą je zmieniać w trakcie wspinaczki i samodzielnie decydować o tym, czy ich przestrzegać

– stwierdza niepokojąco włoski antropolog Augusto GolinA. Golin, Prawo gór, tłum. G. Khun, Katowice 2014, s. 13. [5]. Idąc tym tropem, postanowiłam skupić się wyłącznie na autorskich wypowiedziach literackich, rezygnując z biografii i monografii. Co alpiniści mówią o sobie samych?

Górskie tragedie – dwa spojrzenia

Hannibal, który pragnął przedrzeć się przez górską zaporę w najszybszy i wymagający najmniejszych koniecznych starań sposób, zdziwiłby się niepomiernie, widząc współczesnych alpinistów. Ci bowiem wyspecjalizowali się w wynajdowaniu górskich zagrożeń. Natura trudności nie skąpi: lawiny, zimno, niskie ciśnienie parcjalne tlenu, ekspozycja, wysokość. Ale ludziom opętanym górami wciąż jest mało. Skoro więc zdobyto już dany szczyt, szuka się trudniejszej drogi wejścia, by było bardziej „honornie”. Jeśli ktoś pokonał drogę wspinaczkową po wielu próbach, należy pokonać ją w pierwszej. Jeśli ośmiotysięcznik zdobyto latem, próbuje się wejść na niego zimą.

Idea, która pod koniec lat siedemdziesiątych wykiełkowała w umyśle średniego wspinacza, a doskonałego lidera Andrzeja Zawady, zaprowadziła Polaków zimą na dziesięć spośród czternastu ośmiotysięczników. Legenda lodowych wojowników istnieje i można ją opowiedzieć tylko po polsku. Czerpał z tego pełnymi garściami Piotr Trybalski w swojej monografii Wszystko za K2P. Trybalski, Wszystko za K2. Ostatni atak lodowych wojowników, Kraków 2018.[6]. Autor – sprawny marketingowiec i skuteczny środowiskowy satelita – mylił się jednak, pisząc o wyprawie 2017/2018 jako o ostatniej. Szansa na dopełnienie słów legendy pojawi się już za rok, gdy polska ekspedycja po raz kolejny wyruszy pod K2. Bohaterowie historii podboju najwyższych gór nie zawsze jednak stoją na piedestale.

Na skutek splotu dramatycznych wydarzeń stało się jasne, że społeczeństwo nie składa się z samych akolitów alpinizmu. W swej osławionej zajadłej filipice Gladiatorzy i harcerze kulturoznawca Jacek Hołówka nie szczędził wspinaczom pejoratywnych określeń:

[…] to mało wrażliwi, strasznie niedojrzali ryzykanci; prowadzą puste życie, dlatego tak łatwo przychodzi im ryzykoJ. Hołówka, J. Hugo -Bader, Gladiatorzy i harcerze, https://wyborcza.pl/magazyn/1,124059,16475026,Gladiatorzy_i_harcerze.html [dostęp: 16.12.2019][7].

Indagowany przez powodowanego osobistą urazą Jacka Hugo-Badera antropolog zdradzał charakter swych uprzedzeń, mówiąc wprost:

[…] państwo absolutnie nie powinno dawać pieniędzy na takie ekstrawagancje. Ja tego nie znoszę, bo to jest współczesne gladiatorstwo, manifestacja surowego barbarzyństwaTamże.[8].

Zaś na koniec wywodu konstatował w nieuprawniony ani historycznie, ani logicznie sposób:

[…] kiedyś w środowisku wspinaczkowym dominowali harcerze, czujący odpowiedzialność za partnerów, budujący wspólnotę, wierzący w braterstwo liny, teraz jednak najsilniejsi są egoistyczni awanturnicy ze straszliwą skłonnością do ryzyka i głowami zaprzątniętymi myślami o biznesie, o obecności w mediach, którzy zarabiają i na których się zarabiaTamże.[9].

Jawną niechęć profesora wzbudziła przede wszystkim medialna wrzawa wokół śmierci Macieja Berbeki i Tomka Kowalskiego, pierwszych (obok Adama Bieleckiego i Artura Małka) zimowych zdobywców Broad Peak (8 051 m). Zdobywszy szczyt 6 marca 2013 roku, Berbeka i Kowalski pozostali na zawsze w lodowym uścisku góry. Ich tragiczna śmierć odbiła się szerokim echem nie tylko w środowisku górskim, ale także w mediach ogólnopolskich. Himalaistom zarzucano marnowanie publicznych pieniędzy, skłonności samobójcze, brak rudymentarnego poczucia odpowiedzialności za siebie i bliskich. Publicysta Jacek Hugo-Bader, który wziął wówczas udział w wyprawie poszukiwawczej po ciała zaginionych, opisał przebieg ekspedycji w kontrowersyjnej, w wielu miejscach wręcz nieszczerej książce. Akcentował w niej poczucie własnego wyalienowania (ponoć poszło o ciastka…) i niezrozumienia dla surowego świata gór, zaś o polskim środowisku górskim wycedził cierpko:

[…] wszyscy kochają się jak niewykastrowane, głodne psy, zamknięte na mrozie w ciasnej klatce w schronisku na Paluchu pod WarszawąJ. Hugo-Bader, Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak, Kraków 2014, s. 127. [10].

Rodzajem odpowiedzi na tę – tendencyjnie przeprowadzoną – krytykę idei himalaizmu stała się książka Broad Peak. Niebo i piekło autorstwa duetu Dobroch – Wilczyński. Bartek Dobroch jest przewodnikiem górskim, literatem, reporterem; Przemysław Wilczyński – wspinaczem, synem Ludwika, alpinisty i himalaisty. Podczas pisania swojej wersji autorzy kierowali się szacunkiem do bohaterów i powodującej nimi pasji, jak ognia unikając arbitralnych ocen i prostych konstatacji oraz godząc się z tym, że śmierć w górach może zdarzyć się nawet najlepszym.

Nie po raz pierwszy zaprezentowano czytelnikom dwa skrajne punkty widzenia. Jedna z najsłynniejszych książek górskich, Wszystko za Everest Jona KrakaueraJ. Krakauer, Wszystko za Everest, tłum. K. Palmowska, Wołowiec 2015. [11], poświęcona jest tragedii, w jaką zmieniła się komercyjna wyprawa na najwyższą górę świata z maja 1996 roku. Na skutek załamania pogody na zboczach Everestu zginęło wówczas 12 osób, w tym dwaj właściciele agencji odpowiedzialnych za organizację akcji górskiej. Krakauer za rozmiar tragedii obwiniał w dużej mierze wybitnego kazachskiego himalaistę Anatolija Bukriejewa, pełniącego na wyprawie funkcję przewodnika. Talent Krakauera w manipulowaniu faktami obrócił się jednak przeciwko niemu – Bukriejew sięgnął po broń, którą sam był rażony i napisał przekonującą apologię pod tytułem WspinaczkaA. Bukriejew, G. Weston DeWalt, Wspinaczka, tłum. P. Pawlaczek, Wrocław 2015.[12].

To jawne literackie starcie argumentów i punktów widzenia było o tyle niezwykłe, że alpiniści zwykle unikają ujawniania kłopotliwych szczegółów wydarzeń. Krakauer nie był jednak alpinistą, tylko dziennikarzem, dokładnie tak samo jak Hugo-Bader. W samym środowisku górskim również zasadniczo trzymano stronę Bukriejewa:

[…] wykorzystując tragedię ludzi, Krakauer napisał dość szaloną, sensacyjną historię, która nie ma wiele wspólnego z literaturą faktu, z reportażem, nadawałaby się raczej na scenariusz hollywoodzki. Krakakuer bardzo dużo oceniał, czego jako dość słaby alpinista nie powinien robićWypowiedź Ralfa Dujmovitsa [w:] D. von Nayhauss, Rozmowy na szczycie. Ekstremaliści w górach, tłum. M. Kiekowska, Katowice 2010, s. 65. [13].

Także głośny wysokobudżetowy film EverestEverest, reż. Baltasar Kormakur, 2015. [14] we właściwy superprodukcjom sposób ukazuje Krakauera jako oportunistycznego tchórza.

Zgadzam się z opinią, iż osoby spoza środowiska, nie znające realiów, nie powinny podejmować się oceny postępowania wspinaczy. Przekonanie to jest rozpowszechnione i podnoszone jako koronny argument za każdym razem, gdy w górach przytrafia się tragedia. Krytyka płynie z mediów pozaśrodowiskowych, częstokroć odpowiedzialnych za budowanie nastroju niezdrowej sensacji i rozpowszechnianie nieprawdy. Nie inaczej było w przypadku dramatycznej akcji ratunkowej na Nanga Parbat po Tomka Mackiewicza i Elizabeth Revol. Wojtek Kurtyka, jeden z najlepszych alpinistów wszechczasów, choć moralnie opowiadał się po stronie Tomka – nonkonformistycznego abnegata, a w opinii niektórych nawet antybohatera – swą surową ocenę skupił na wszechobecnych i żądnych sensacji mediach:

himalaizm sportowy z dramaturgią umierania i współczesnymi możliwościami bezpośredniej relacji dla mediów pasuje jak ulał do filmu Igrzyska śmierci. Tyle że w filmie ludzie polowali na siebie, a tu góra poluje na człowieka. Ten sam spektakl, za którym stoi coś nieczystego. To epatowanie śmiercią, granie własnym życiem na usługach medialnego show jest niegodneW. Kurtyka [w:] D. Szczepański, Czapkins. Historia Tomka Mackiewicza, Warszawa 2019, s. 214. [15].

„Zwyciężyć znaczy przeżyć”

Hannibal, wódz pragnący pisać historię (a przecież tę piszą zwycięzcy), zrozumiałby powyższe słowa alpinisty Aleksandra LwowaA. Lwow, Zwyciężyć znaczy przeżyć, Warszawa 1994. [16] jako dyrektywę militarną. Nie bez powodu – himalaizm może być jak wojna. Bogate w wyposażenie i liczbę uczestników wyprawy Johna Hunta, Chrisa Bonningtona czy Andrzeja Zawady prowadzone były w oparciu o zasady sztuki wojennej, zastosowanej do tkanki masywu górskiego. Góry są kapryśne i nie zawsze „grają” fair, bo co rusz zmieniają strategię: po łagodnej grani piętrzą niespodziewanie trudności za pomocą skalnej zapory; czarują idealnymi warunkami pogodowymi, by wtem spuścić śmiercionośną nawałnicę lub gęstą jak mleko mgłę; obezwładniają zimnem, barykadują się w sposób niewidzialny, ale jakże dotkliwy, obniżoną zawartością tlenu w powietrzu; z milczącą wyższością przystają na chwilowe zawieszenie broni, by zachęcić alpinistów do trawersowania zbocza, aby chwilę później pogrążyć ich w śmiertelnym uścisku lawiny.

Alpiniści z upodobaniem odwołują się do określeń związanych z działaniami wojennymi: „walczyłem”, „zwyciężyliśmy”, „góra nie dała się tym razem pokonać”, „przypuściliśmy atak szczytowy”, „poddanie się nie wchodzi w grę”, „zdecydowaliśmy się na odwrót”; przyjmują także z narcystycznym zadowoleniem określanie ich samych mianem wojowników. Współcześni rycerze stają w szranki z górą wyposażeni wprawdzie w nowoczesny sprzęt, ale przede wszystkim w tradycyjne przymioty: siłę, technikę, determinację i śmiały zamysł. Szykują się do podboju gór jak do walki z pięknym, potężnym i śmiertelnie groźnym przeciwnikiem.

Najdoskonalszym przykładem przeniesienia strategii wojskowych na grunt gór będzie jednak nie sieć wyobrażeń i zapożyczeń językowych, lecz… wyprawy wojskowe. Wcale nie należą do rzadkości, a dotyczą masywów górskich stanowiących istotny cel strategiczny, gospodarczy, leżących na obszarze konfliktu terytorialnego bądź po prostu uosabiających niezaspokojone ambicje despotycznych władców. Osobliwym przykładem tego typu akcji militarnej jest zdeponowanie – przypadkiem lub celowo, nie wiadomo – ładunku atomowego w Sanktuarium Nanda Devi, w skalnym kotle w indyjskich Himalajach Garhwalu. Tajemniczy ładunek pozostaje tam do dziś, a dostęp do doliny jest surowo wzbroniony.

Alpinista znacznie różni się jednak od gnanego kańczugiem rozkazu żołnierza, przede wszystkim poprzez świadomość ryzyka i samodzielność podejmowanych decyzji.

Niektórzy alpiniści wolą mówić o kalkulacji ryzyka – pisze, nie bez pewnej chłodnej uszczypliwości, Jean Amman. – To sformułowanie stanowi pewne nadużycie, jest pułapką, którą matematyka podsuwa rozsądkowi. Niezliczone przypadki dowodzą z głębi swoich grobów, że ryzyka nie da się skalkulować, że wyprawy w góry zakładają pewien błąd rachunkowy, a obiektywna ocena ryzyka ma charakter czysto subiektywnyJ. Amman, E. Lorethan, Ryczące ośmiotysięczniki, tłum. M. Zawadzka-Strączek, Warszawa 2019, s. 127.[17].

Pośród zastępów ciężkozbrojnych przemykają szaleni marzyciele, owładnięci uroczą donkiszoterią romantycy, którzy marzą o szlachetnym pojedynku z górą w oparciu o ideały etyki rycerskiej czy japońskiego kodeksu samurajskiego Bushido. Kochamy nonkonformistów, nietzscheańskich nadludzi, dumnych wyznawców surowego boga ambicji.

Moje serce zaskowytało z tęsknoty za wzlotem w górskiej przestrzeni – przyznaje jeden z najlepszych alpinistów wszechczasów, Wojtek Kurtyka – zafascynowany wsłuchiwałem się w ten wewnętrzny głód. […] Nie miał [on] nic wspólnego z głodem ciała. Czułem go gdzieś głębiej. Była w nim tęsknota za całkowitą wolnością, pragnienie wyzwolenia z ludzkich ograniczeń, chęć zadrwienia z lęku przed śmiercią. To one popychały mnie ku krawędziW. Kurtyka, Chiński maharadża, Kraków 2013, s. 24. [18].

Reinhold Messner, Jerzy Kukuczka czy Edmund Hillary byli gwiazdami wielkich wypraw, zaplanowanych i prowadzonych pod wybrańca. Tymczasem Wojtek Kurtyka, Alex McIntyre, Jeff Lowe czy Ueli Steck nastawiali się na efektywne, szybkie i samowystarczalne działania niewielkiego (dwu, trzyosobowego) zespołu, samodzielność, doprowadzoną niekiedy do skrajności, na cel piękny, śmiały i ambitny, niekoniecznie spektakularny medialnie. Stąd też podczas pisania o swoich przejściach i przeżyciach przyjęli styl natchniony, medytacyjny, poetyzujący, wręcz uduchowiony. Przykładem niech będzie cytat z prominentnego alpinisty Lionela Terraya:

[…] patrząc na wysokie góry, odgadłem natychmiast, że ofiarowują one radość, której można zakosztować, marzenie, które można pieścić i sławę, którą można zdobyćL. Terray, Niepotrzebne zwycięstwa. Od Alp do Annapurny, tłum. D. Knysz-Rudzka, Kraków 1975, s. 14.[19].

I choć czytelnika może razić egotyzm autorów, chwalących własną awangardowość i idealizm dążeń, to jednak ta właśnie forma pisania o górach jest moją ulubioną. Wizjonerzy górscy windują sekwencje przechwytów do rangi medytacji, a sposób wytyczania i pokonania drogi górskiej – do poziomu najwyższej sztuki. W porównaniu do prezentującego ten typ osobowości Wojtka Kurtyki bezkompromisowe dążenie Jurka Kukuczki na szczyt można by przyrównać do pracy kafara pneumatycznego. Mimo przyjęcia tak skrajnie różnych postaw, wspomniani dwaj polscy wspinacze kilkukrotnie związali się liną, między innymi podczas wypraw na Gasherbrumy I (8 080 m) i II (8 035 m).

Niepotrzebne zwycięstwa? Wspinaczka a poczucie humoru

Ten sam Wojtek Kurtyka jest autorem określenia himalaizmu jako sztuki cierpienia. Szczegóły owego masochizmu wstrząsająco maluje świetny wspinacz Mark Twight:

[…] trenowałem. Karałem się. Myślałem, że cierpienie uczynione chlebem powszednim przygotuje mnie do trudnej wspinaczki na dużej wysokości. Spałem na podłodze. Nosiłem lód gołymi rękami. Waliłem nimi o beton tylko po to, by sprawdzić, czy to zniosę. Biegałem po schodach do momentu, aż zaczynałem wymiotować, a potem biegałem dalej. Zrujnowałem swoje związki, żeby przyzwyczaić się do uczucia przegranej i poświęcenia. Ćwiczyłem na siłowni o pustym żołądku, żeby przekonać się, jak długo wytrzymam bez jedzenia i picia. Brałem za wzór i naśladowałem bohaterów, którzy żyli i umarli przede mną. Używałem tylko mocnych słów i ignorowałem słabości. Tłumiłem lęki. Byłem zacietrzewiony i mówiłem wprost, co myślę. Stałem się człowiekiem albo szczerze kochanym, albo szczerze nienawidzonym. Byłem gotowy na wszystkoM. Twight, Całuj albo zabij, tłum. H. Boniszewska, Katowice 2008, s. 29. [20].

Hannibal, jako wódz i wizjoner, zrozumiałby sens poświęcenia w imię idei. Nikt przed nim nie pokusił się o tak śmiałe przedsięwzięcie, jakim było przebycie Alp. Być pionierem i przez to bohaterem – to marzenie do dziś targa wybitnymi jednostkami:

[…] nie było i nie ma nic bardziej inspirującego dla alpinisty niż ziemia nieznana, wspinaczka w terenie nietkniętym ludzką stopą. Jakby wieczne skały czekały tysiące lat właśnie na nasA. Huber, Góry we mnie, tłum. M. Kiełkowska, Katowice 2012, s. 33. [21].

Czy działają zespołowo, czy indywidualnie, wspinacze wciąż chcą być postrzegani jako sławni bohaterowie, powiernicy tajemnic wydartych górom podczas intymnego z nimi kontaktu. To nadal postaci chcące budzić szacunek i uznanie, dokonując wielkich, niepotrzebnych zwycięstw – jak to pięknie sformułował Lionel Terray.

Jakiż bowiem ludzkość może mieć pożytek z wytyczenia przez Jeffa Lowe’a piekielnie trudnej i niebezpiecznej „Metanoi” na północnej ścianie Eigeru (3 970 m)? Cóż komu z tego, iż Wojtek Kurtyka przeszedł w 1993 roku bez żadnego zabezpieczenia „Chińskiego maharadżę”, drogę ikoniczną dla krakowskiego środowiska wspinaczkowego? Z chwilą, gdy uświadamiamy sobie nasze głębokie zaangażowanie w – racjonalnie rzecz ujmując – mało istotne wydarzenia, najlepszą reakcją będzie ironiczny uśmiech.

Piszącym alpinistom lub wspinającym się pisarzom nieobcy jest humorystyczny dystans i żartobliwe podejście do własnych sukcesów i porażek. Szczególnie wówczas, gdy udaje się im jakoś „wykaraskać” z ryzykownych sytuacji.

Z czego można się w górach śmiać? Z samego siebie, jak to czynią Marek Raganowicz, Krzysztof Wielicki, Marek Ratajczak, Andy Kirkpatrick i Hubert Jarzębowski, z hagiograficzno-heroicznej stylizacji w opowieściach górskich, z zadęcia i nadmiernej powagi, z samych siebie, z fatalnych pomyłek i szczęśliwych zbiegów okoliczności, z tego, że alpiniści są tylko ludźmi i ulegają ludzkim słabościom, tęsknotom, wątpliwościom, last but not least:tego, że wykonują oni kawał rzetelnej, choć nikomu w gruncie rzeczy niepotrzebnej roboty.

Środowisko taternickie, tworzone przez przedstawicieli elity kulturalnej przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, bardzo prędko wyniosło humor górski do rangi sztuki i w tym szlachetnym miejscu pozostaje on po dziś dzień. Nie wykluczało to jednak włączenia etosu rycerskiego w środowisko górskie i wiary w słowo. Takie aksjomaty jak miłość do gór, rzetelność wewnętrznego sprawozdania oraz wartość życia ludzkiego cieszą się w środowisku niezmiennym szacunkiem.

Obecnie świat gór domaga się rzetelnej relacji z poczynań alpinisty poprzez prelekcje i artykuły, podczas gdy jeszcze do niedawna wystarczał przekaz ustny, rozmowy przy schroniskowym stole, tak pięknie opisane i subtelnie podniesione do rangi symbolu w książce Andrzeja Wilczkowskiego Miejsce przy stoleZob. na przykład A. Wilczkowski, Miejsce przy stole, Ząbkowice Śląskie 2014. [22]. W schronisku przy Morskim Oku w Tatrach nadal znajduje się ta sama, solidna ława, przy której siadali wracający ze wspinaczki taternicy. Ich opowieść o tym, co udało się „załoić”, była ostateczną weryfikacją przejścia. Nie trzeba było zapisów GPS, zdjęcia ze szczytu, poręczenia świadków. Słowo wspinacza było równe słowu honoru. W dobie sponsoringu, szukania łatwego poklasku i konieczności składania formalnych rozliczeń z dotacji słowo to już niestety za mało.

Światowa literatura górska też ma swoją satyryczną perełkę w postaci owianej tajemnicą książki Rum DoodleW.E. Bowman, Rum Doodle, tłum. G. Tałaczała, Warszawa 2017. [23], która tytułem nawiązuje do legendarnej knajpy w Katmandu i takim też mianem honoruje fikcyjny, wypiętrzony na ponad 12 tysięcy metrów szczyt. Powieść w twórczy i arcyzabawny sposób trawestuje patos, jakim cechowały się literackie relacje z potężnych wypraw oblężniczych z ekspedycją Maurice’a Herzoga z 1950 roku na Annapurnę (8 091 m) na czele.

Nie posądzajmy gnającego słonie w Alpy Hannibala o poczucie humoru. Jego celem był podbój Italii, a słonie, podobnie jak inne elementy strategii i wyposażenia militarnego, miały się do tego przyczynić. Tymczasem alpinizm jest działalnością na pograniczu eksploracji i wyczynu sportowego, która z założenia nie ma innych przyczyn ani celów, jak realizacja ambicji podejmujących ją osób. Dlaczego więc pozwalam sobie na zuchwałą historyczną nadinterpretację? Dlaczego to Hannibal towarzyszył mi przez całą wypowiedź, nie tylko ją porządkując, ale nawet będąc jej pierwszym i autentycznym zarzewiem? Czy z powodu kierującej kartagińskim generałem arogancji, tak typowej dla prominentnych przedstawicieli świata wspinaczkowego? Uczyniłam to przede wszystkim dlatego, że alpinizm, podobnie jak podbój terytorialny, jest elementem kulturowym. To ciąg aktów kreacji – od 11 grudnia 2019 roku przez UNESCO oficjalnie uznany za element niematerialnego dziedzictwa ludzkościhttps://ich.unesco.org/en/RL/alpinism-01471[24].

A alpinista? Im bardziej poznaję go przez książki, rozmowy i spotkania, zwłaszcza te nieformalne, tym trudniej tę figurę zdefiniować. Posłużę się Norwidowską retoryką: nie jest on bowiem, a „bywa”: bohaterem, wojownikiem, bajronicznym romantykiem, wrażliwym ideowcem, monomaniakalnym egoistą, zagubionym dzieciakiem, ideałem męskości, zatraceńcem, wizjonerem, oportunistą… Ponieważ nie ma jednej prawdy o człowieku, jest za to wiele prawd wielu narracji i na tym zasadza się całe piękno zwielokrotnionego, zamglonego obrazu alpinistów.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Ilona Łęcka, Szaleniec czy taktyk? Wizerunek alpinisty we współczesnej literaturze górskiej, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 30

Przypisy