23.01.2020

Nowy Napis Co Tydzień #033 / „Adblock” wyłączony

1.

O debiutanckiej książce Pfeifera tak pisał na łamach Małego Formatu Krzysztof Sztafa: 

W poszukiwaniu odpowiedniego rejestru […] Kasper Pfeifer w swoim tomie Adblock […] nadbudowuje się na bardzo określonej i silnie skonwencjonalizowanej formie wypowiedzi poetyckiejK. Sztafa, „Wszyscy, czyli zgubieni”, „Mały Format” nr 5/2019; http://malyformat.com/2019/05/7758/[1].

To nadbudowanie, sięgnięcie po konwencje eposu, poezji dworskiej, poezji trubadurów, wreszcie do tradycji barokowej, jest wielowymiarowe: naocznie objawia się choćby w leksyce („wszystkie te pocieszne, archaiczne kantyleny, kordiały, żaboty, tonsury i seraje”, jak wymienia Sztafa), ale przede wszystkim organizuje jeden wątek języka, który – razem ze znaczeniami i wartościami, do jakich ten język odsyła – poeta zderza z drugim, „nierycerskim”; to zwarcie, jego niejasny wynik i wynikania są bodaj głównym i niezmiernie wyrazistym konceptem, który stoi za Adblockiem. Jednak nie jest to jedynie próba ustawienia głosu zawieszona w próżni: otóż ten odnaleziony przez poetę głos staje się potencjalną bronią i ma przeciwnika, przeciw któremu występuje – znów w rycerskim, czy raczej donkiszotowskim geście, geście patetycznym i komicznym, w kruszeniu kopii: przeciwnik istnieje, choć nie jest łatwo definiowalny; można go spróbować nazwać różnie: na przykład płaskością życia w późnej nowoczesności czy, jak chce Tomasz Bąk, „nagimi ścianami gmachów późnego kapitalizmu”. Czyli wiatraki albo, jak kto woli, olbrzymy. Jedyna różnica: Don Kichot nie wiedział, że jest lub bywa śmieszny, bohater wierszy Pfeifera to wie, choć nie do końca się z tym godzi. „Więc rozwlekłem serce wiedząc że biedni / na wysypiskach spamu nie przeżyjecie” – to mógłby powiedzieć bohater Cervantesa, gdyby tylko wiedział, co to jest spam.

W tym kontekście prezentowany tu zestaw nowych wierszy Pfeifera jest rzeczywiście nowym zestawem. „Zestawem”, bo te pięć wierszy można z pożytkiem – o czym później – czytać jako odsyłające do siebie wzajemnie i tworzące pewną kompozycję, nawet jeśli to kompozycja efemeryczna, stworzona na potrzeby niniejszej publikacji; ale, co ważniejsze, rzeczywiście „nowym”, bo w pewnych aspektach różniącym się znacząco od tego, co mogliśmy przeczytać w debiutanckiej książce poety. Tym razem bohater nowych wierszy Pfeifera występuje „z wyłączonym adblockiem” i bez zbroi, nawet jeśli i tak była to zbroja krucha i przezroczysta jak szkło. Znikają mizerkordie i kordiały, znika cały językowy rejestr i układ odniesień, z których Pfeifer zmajstrował swoją kopię w Adblocku, tym razem bohater wierszy staje do walki, można rzec, bardziej bezpośrednio.

 

2.

 Adblock [jest] tomem bardzo «chłopięcym» […] Chłopięcość polega tutaj na łotrzykowskim, konfrontacyjnym podejściu do rzeczywistości – tylko tyle i aż tyle” – to jeszcze raz Sztafa. I pod tym względem nowe wiersze Pfeifera okazują się inne od prezentowanych w książce. Konfrontacyjność jest obecna wprawdzie tak samo mocno, ale trudno ją już skojarzyć z jakkolwiek rozumianą „chłopięcością”; sporo tu melancholii, może nawet odrobina goryczy czy rezygnacji; mamy Lament i smutę, a więc, żałobę, a z drugiej strony: myśl o przyszłości w perspektywie końca: „dlatego myślę ile jeszcze”, „to ostatni raz kiedy”. Mamy samopodważające się pytania retoryczne i pytania bez odpowiedzi o przyszłość, sens działań i ich skutki: „cóż wynika”, „co stanie się”, „czy przyjdzie odwaga”, w których pobrzmiewa – jakiekolwiek frazy byłyby doczepione do tych słów – melancholia właśnie.

Jednak i ta melancholia, jakkolwiek obecna, kontrowana jest mocno na zupełnie innym poziomie: witalności Pfeiferowego języka. Jego zaczepne apostrofy („człowieku”, „typie”), jego przerzutnie („trudno powiedzieć czy target stanie się błaganiem / o pracę bowiem tradycja zmusza do myślenia / w kategoriach […]” i tak dalej), jego leksykalna rozpiętość, rytmiczna dobitność frazy tworzą efekt, w którym wiersz przywołując melancholię jednocześnie wyraża ją w sposób energiczny. Nie jest to jednak zgrzyt, który łatwo da się nazwać ironicznym, na pewno nie jest czymś podważającym, unieważniającym; następuje tu jakiegoś rodzaju wzajemne wzmocnienie, efekt paradoksalnej „agresywnej medytacji”.

Przedmiot tej medytacji, czy raczej przeciwnik, o którym była mowa, tym razem też jest dobitniej wyrażony: zestaw zaczyna się wierszem krążącym wokół słowa „pieniądze”, a inny mówi o podaniach o pracę i kończy słowem „płace”. Rezygnacja z „adblockowego” arsenału walki z przeciwnikiem zmienia jednak w tych wierszach także warunki walki: melancholia nie jest tutaj przypadkowa; polityczny gest, zaangażowanie, tym razem wygląda wybrzmiewa bardziej jak zaangażowanie rozeźlonego melancholika, a nie donkiszoterię.

Melancholika – bo przewija się w wierszach Pfeifera refleksja o „świecie, który wyszedł z formy”, świecie, w którym oficjalnie deklarowane wartości, publiczna próba ich reprodukcji i podtrzymywania rozjeżdża się z doświadczeniem bohatera:

tradycja zmusza do myślenia

w kategoriach wartości a tematy grząskie

wymykają się wulgarnej rozkminie

cóż wynika z polizania godności. 

I w innym miejscu: „ile jeszcze / uleje się wartości mających tyle znaczenia / co besztanie jednorękiego boksera”. Nie znajduje się tu więc porządku, w który wystarczy się wpisać, aby swoją konfrontacyjną postawę włączyć w szersze, ponadjednostkowe ramy.

Zaangażowanie melancholika, więc czemu nie, powiedzmy, hamletyzowanie? Dychotomia, rozdarcie między działaniem a spoczynkiem rysuje się na przestrzeni kilku tych wierszy bardzo wyraźnie. Przy czym oba te stany: działanie i bierność, bywają najróżniej wartościowane. Bierność może być celem („by po mowie przejść do bezczynności”), może być dowartościowana jako coś, co – jakkolwiek wieloznacznego, a nawet zagrażającego („nie orka cię tworzy lecz milczenie po niej”) – jest jednak ważniejsze, bardziej znaczące od działania. 

Jednak w innych miejscach to właśnie działanie, jakkolwiek rozjątrzające, uwierające, niewygodne, wydaje się w pewnym sensie mniejszym złem: „wątłe zdrowie bywa krzykiem / podmiotu lecz nie będzie piękniejsze / od komfortu”. „Piękno komfortu” brzmi tu ironicznie jak „mała stabilizacja”, coś, na co nie należy się zgadzać – komfort i spokój nie są wcale ostatecznie stanem pożądanym, nawet jeśli wydaje się, że „powinien” być: „człowieku skąd wiesz że gdybym miał psa / nazwałbym go spokój”. Jeśli nie spokój jednak, to jak?

            

            3.

Pierwszy wiersz zestawu nosi tytuł kasba. Kasba to nic innego jak rodzaj fortecy. Co jest fortecą bohatera tego wiersza? Jaka jest strategia w prowadzonej przez niego walce?  Nieobecne są tu, jak już zostało wspomniane, sięganie po silne konwencje, wykorzystywane w (Sztafa po raz ostatni) „krytycznym odzyskiwaniu aparatów ujarzmienia”. Zestaw gestów, postaw i propozycji, jakie da się wyczytać z wierszy Pfeifera, jest tym razem trudniejszy do zauważenia i stwarza większą możliwość pomyłki w odczytaniu. Wróćmy do kasby: jest to także miejsce akcji powieści Ernsta Jüngera Eumeswil: podobnie jak w wierszu Pfeifera, kasbę można zidentyfikować jako miejsce ośrodków władzy oraz jednocześnie „miejsce pracy” bohatera; bohater Jüngera jako egzystencjalną strategię pozwalającej mu zachować wolność przyjmuje rolę wymyślonej przez siebie figurę anarchy, jednostki wprawdzie biorącej udział w życiu, nie wycofanej z niego, ale bez wewnętrznego zaangażowania, wiodąc jednocześnie ukryty żywot , mierząc otaczający go świat według zupełnie innych miar, niż ludzie wokół, afirmując przede wszystkim swoją jednostkowość. Coś na pozór podobnego wyraża bohater z wiersza Pfeifera: „moje pieniądze nie są takie same jak twoje / a ich tempo nie jest tempem tych czasów”; wiersz przejmuje pieniądz jako coś będącego narzędziem władzy i środkiem porozumienia, ale postuluje istnienie prywatnej waluty, czegoś, co nie jest kompatybilne z tym, co nazywa się pieniądzem ogólnie. Czym są „moje pieniądze”, prywatna waluta? „moje pieniądze / są jak opowieść i przechodzą w smutę”; „te pieniądze nigdy nie będą takie jak twoje a ich tempo nie będzie mową stałości / oto słabe mrowie którym rządzi przypowieść”.

Pfeifer nie sugeruje tutaj bynajmniej ucieczki w prywatność, eskapizm, wewnętrznej emigracji. Przede wszystkim dlatego, że – i to jest kluczowy punkt, który różni go od Jüngerowskiego anarchy – dokonuje niejako autodemaskacji, jego postawa jest, jako się rzekło, konfrontacyjna: mówi o swojej prywatnej walucie demonstracyjnie i zwracając się bezpośrednio do jakiegoś „ty”.

Inna rzecz ważna i charakterystyczna: bohater Pfeifera nie broni swojej indywidualności afirmując prywatność, ale rozpoczyna od ataku na rzecz najbardziej powszechną, na wartość i symbol wartości, pieniądz, aby uczynić go swoim i wyrwać go z powszechnego obiegu: „moje pieniądze” stają się nie „takie jak twoje”, a więc zostają przez jednostkę wyłączone z obiegu nie tylko w sensie posiadania, ale i sensu.

Ta prywatna waluta jest czymś słabym, niestałym, labilnym: „ich tempo nie będzie mową stałości”, „oto słabe mrowie”, a w innym wierszu: „labilność skuwam / z patosem by powiedzieć tak jestem”. Wszystkie te cechy są tyleż skazą i wadą, co jednocześnie znakiem wyróżniającym, są jednocześnie powodem do wstydu i przechwałki, ułomnością i powodem do chluby, wzmacniającą podmiotowość mówiącego.

Właśnie: mówiącego. Walutą jest też bowiem samo mówienie, własny głos, jakkolwiek niestały i słaby, staje się bronią: „moje pieniądze są jak opowieść”; „oto słabe mrowie którym rządzi przypowieść”; „co się stanie kiedy pytania zastąpią opowieść” – bohater Pfeifera jest, dopóki mówi, i dopóki mówi, walczy. Wiąże się to z gorączkowością tych fraz, z piętrzącymi się przerzutniami, które nie pozwalają postawić w głowie kropki; z brakiem interpunkcji wykorzystanej do lekturowej dezorientacji, czasem utrudniającej połapanie się w składni, a jednocześnie zniechęcającą do zatrzymywania się w lekturze, przymuszając do przeskoczenia do kolejnego wersu, który znów może zaskoczyć albo przerzutnią, albo przeciwnie, nieoczekiwanym początkiem nowego zdania. Dlatego kiedy pojawiają się frazy: „to ostatni raz kiedy wołam”, „ostatni raz kiedy myślę”, „by po mowie przejść / do bezczynności”, nie bardzo chce się w to zakończenie wierzyć.

I sprawa ostatnia. Mamy wyzywającą słabość, ostentacyjne mówienie, ale pojawia się także i miłość, w dwóch różnych wierszach: „ile twarzy skruszeje by zamiast w kurażu / kochać się w sobie”. Oraz: „czy przyjdzie odwaga aby wołać bój się mój typie nadchodzącej miłości”. Miłość jako rzecz niebezpieczna, jako rzecz, od której się ucieka, której należy się bać, która wymaga odwagi. Miłość jako siła rewolucyjna? Jako broń, która zburzy spokój? Ale bohater wierzy Pfeifera, jak już wiemy, niekoniecznie ceni spokój. No więc miłość jako odpowiedź? Niebezpieczny banał.

Słabość, miłość, opowieść, oto są, zdaje się, pieniądze i rękawica bokserska tych wierszy, które nie są jak pieniądze i rękawica bokserska rynku tego świata.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Adam Leszkiewicz, „Adblock” wyłączony, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 33

Przypisy

    Powiązane artykuły