27.02.2020

Nowy Napis Co Tydzień #038 / Mowa ptaków. O „Dropiach” Natalii Suszczyńskiej

Dropie przyleciały wczesną jesienią i uwiły nieduże, ale charakterystyczne gniazdo dla siebie i Natalki Suszczyńskiej, prozaiczki niewątpliwie wyróżniającej się na tle młodej literatury polskiej. Tym „gniazdem” jest zjawiskowa powieść o ornitologicznym tytule („dropie” to liczba mnoga od „drop”). Niewydumana, realistyczna na opak (do poczucia przyjemnego bólu), trafiająca w samo sedno na tarczy problemów społecznych wyrzutków. Powieść mogąca przyciągnąć wszystkich, bez podziału na warstwy i grupy czytelników. Przy której cała współczesna proza zaangażowana wydaje się zaledwie marudnym zawodzeniem papierowych, niedojrzałych buntowników. 

Dlatego, korzystając z okazji do wypowiedzi, w imieniu podobnych mi naiwnych idealistów wierzących w moc jednoczenia ludzi poprzez literaturę, chciałbym poprosić, aby ktoś bardziej władny ode mnie i animujący kulturę literacką w Polsce, rozważył zainicjowanie akcji głośnego czytania Dropi w zorganizowanych grupach dla celów terapeutycznych. Być może takiego przedsięwzięcia nie uda się zrealizować z przyczyn finansowych i logistycznych – nie wiem, nie znam się – niemniej jednak istnieje wiele racjonalnych przesłanek za podjęciem próby takiego działania. Przede wszystkim mogłoby ono zespolić w nieformalne organizacje losowych, skrytych w sobie „przegrańców”, mogących potrzebować zakrzywiającego w inną stronę rzeczywistość zwierciadła, jakim zdaje się ta doprawdy fenomenalna książka! Poza tym takie performensy stanowiłyby chyba najwłaściwsze potwierdzenie wartości wytworu narracyjnego Natalki Suszczyńskiej. 

W literackich „dropiach” snuje ona historie zmarniałych, niespełnionych życiowo bohaterek, niebędących „sobie sterem i okrętem”, „kowalem własnego losu”, tylko co najwyżej rozbitkami rzuconymi na głębokie wody dorosłości. Wszystkie przygody outsiderów opowiedziane zostały z taką lekkością, dystansem i empatią, że można by sądzić, iż to nie jest debiut literacki autoironicznej trzydziestolatki, tylko dojrzałe intelektualnie, niepozbawionej krytycznej autorefleksji „dzieło życia”. Doprecyzujmy: Dropie to opis na poły fikcyjnego, przegranego życia, widzianego jakby z lotu ptaka, a więc z dalszej perspektywy czasowej, która pozwala na racjonalną analizę drzemiących w nas niepowodzeń i rozczarowań wynikających z braku poczucia odpowiedzialności za siebie samego i podjęcia ryzyka. Jeśli to brzmi przekonująco dla czytelników, proszę Was o jedno: niech te doznania estetyczne nie kończą się, jak to czasem bywa, melancholijnym poszukiwaniem straconego czasu i podobieństw do siebie w bohaterce, tylko wniknięciem w tkankę tego nietuzinkowego tekstu, chciałoby się powiedzieć słowami autorki, „dziecięcia indygo” najnowszej literatury polskiej!

Żniwa i plewy transformacji

Natalka Suszczyńska w powieści nie diagnozuje chorób polskiej współczesności wprost, nie angażuje się w rozwiązywanie doraźnych problemów prekariuszy i innych, rzekomych słabeuszy na rynku pracy, ani nie uprawia jednoznacznej krytyki politycznej wymierzonej w określony system ekonomiczny. Dla mnie to dobrze. Niech Polską prawicową czy lewicową zajmują się jakże opiniotwórczy i sprawczy socjolodzy, publicyści, politolodzy, pomagający rozliczyć transformację wewnątrzustrojową kraju ze żniw i plew, jakie młodzi ludzie zbierają na polach ojczyźnianej (nie)łaski. Resztę natomiast proszę zostawić takim właśnie twórcom, mającym predyspozycje do kreacji artystycznej przedstawionego świata, innego niż wyłania się z tekstów specjalistów w różnych dziedzinach nauki empirycznej. 

W tym przypadku autorce udało się stworzyć dzieło osobne w prozie, angażujące emocjonalnie, a przy tym „niezaangażowane”, niepropagandowe jak gazeta na usługach rządzących, pełne subtelnego uroku. Niewątpliwie też powieść ta jest bardzo pojemna treściowo, znaczeniowo oraz, co nasuwa się samoistnie, błyskotliwa, przejrzysta fabularnie, nie siląca się na niejasne, artystyczne gesty, za to poruszająca wewnętrznie. Może wywołać w nas smutek, a zarazem rozbawić jak groteska najlepszego gatunku – trzeba jednak przyznać, że paleta przeżyć, jakie oferuje, zdaje się bardzo różnorodna i nie można sprowadzać Dropi do generatora tylko takich ambiwalentnych emocji. W moim przekonaniu jest to historia o zagubieniu w dorosłości, o której wszyscy przekonywali, że nastąpi prędzej czy później, ale… nie spodziewano się, iż tyle w tej mitycznej krainie sideł i pułapek. To wydaje się dla mnie najistotniejszą kwestią, jaką analizuje w różnych ujęciach, w swojej powieści, Suszczyńska. 

Wątek samoświadomego życia w świecie dorosłych, pełnego cichych kryzysów egzystencjalnych jeszcze rozwinę. Wszak tego ciężaru odpowiedzialności za swój los, narzuconego od osiemnastego roku życia aż do śmierci, ciężaru który bohaterki autorki próbują unieść i zdjąć przy nadarzającej się okazji, nie należy opisywać mglistą metaforą. Warto ją dopowiedzieć, tak jak i cała książka warta jest czytelniczego dopowiedzenia, na pewno pełniejszego – indywidualnego i samodzielnego – od mojego. Warto wejść z nią w porozumienie, koncyliacyjny dialog, nawet jeśli nie zgadzamy się z obrazem autorskiej rzeczywistości, ponieważ mamy inne, bardziej pozytywne doświadczenia (zawodowe, mieszkaniowe, uczuciowe), „jakoś sobie radzimy / poradziliśmy” i nikt nam nie sygnalizuje, żeby się „ogarnąć”, bo samo nic się nie zmieni… 

Niemniej jednak najpierw jako jeden z nielicznych piszących o Dropiach chciałbym wyrazić sprzeciw wobec klasyfikowania ich jako zbioru opowiadań. To jest bowiem powieść, spójna, podzielona na dwie części, może i dość osobliwa, może i egzotyczna, na pewno nie fantastyczna – a raczej groteskowo realistyczna. Przejaskrawiająca atmosferę i warunki w jakich przyszło żyć współczesnym dwudziesto- i trzydziestolatkom w Polsce, nierozumiejącym, czym jest wolność, niezależność i odpowiedzialność, nieumiejącym wprowadzić do swojego życia zwłaszcza tej ostatniej wartości wraz z jej pozytywnym nacechowaniem. 

Powieść, jak powiedział kiedyś Grzegorz Gazda, jest najbardziej demokratycznym gatunkiem literackim i, jeśli dobrze zrozumiałem jego słowa, chodziło mu o możliwość zabrania głosu w sprawach istotnych dla jednostki oraz zbiorowości na własnych warunkach, a także prawach nieograniczonych przez formę, konwencję fabularną, język, sposób opowiadania. Natalka Suszczyńska stworzyła książkę, moim zdaniem, wpisuje się w ramy najbardziej dogłębnego eksperymentu poznawczego w sztuce literackiej, jakim jest właśnie ta forma narracyjna, dająca największą dowolność wypowiedzi.

Powieść opowiada historię przystępną dla większości, a jeśli jest odpowiednio zniuansowana i uwrażliwiona na różnice, odmienności, to nie marginalizuje przy tym mniejszości. W Dropiach autorka naszkicowała figurę uniwersalnej, bezimiennej bohaterki (everywoman?) w kilku różnych stadiach beznadziei, jaką zgotował jej los. Nie ma powodu, aby streszczać przygody, które ją spotkały, ponieważ każdy znajdzie w jej śmieszno-strasznej, codziennej egzystencji, wśród autorytatywnych, gadających ptaków, niezwykle uzdolnionych petsów, substytutów przyjaciół, youtuberów, pseudoartystów, uchodźców, bezrobotnych, weekendersów, dzisiejszych Józefów K. i kosmitów, coś lub kogoś niezwykłego. Książka jest pełna świetnych, napisanych żywym językiem dialogów i zapadających w pamięć konfesji bohaterki, wywołujących grymas smutku lub śmiech. Na przykład:

Cóż, takie to czasy, że człowiek nigdy nie jest u siebie – pomyślałam. Rzadko przychodzą mi do głowy sentencje, więc kiedy już przychodzą, czuję satysfakcję. Zwłaszcza jeśli uda mi się w nich powiedzieć o samej sobie „człowiek”. Bo człowiek czasem potrafi się pocieszyć tym, co wymyśli. 

Rzecz to autoironiczna i chyba nie tak anty-autobiograficzna, jakby sugerowała to bohaterka – ale na takie weryfikacje badawcze jeszcze przyjdzie czas i może za tym tropem interpretacyjnym pójdą bardziej odważni krytycy?

Walka z systemem czy samymi sobą?

Choć Dropie najbardziej efektownie byłoby odczytywać jako głos pokolenia szukającego swojego miejsca w życiu, opowieść o aporii rzeczywistości i wpływie zewnętrznych czynników na karierę zawodową bohaterki, która nie rozwija się w jakimkolwiek pozytywnym kierunku (wszak liczy się tylko sztuka codziennego przetrwania, a wymarzona praca [?] to wyrażenie sprzeczne logicznie, pytanie bez sensownej odpowiedzi, bo „taki mamy klimat”), to wydaje mi się, że nie tak należy rozumieć intencje autorki. Jest to raczej zapis „mowy ptaków” – ludzi o zwichniętych skrzydłach, nie mogących odlecieć samodzielnie i nadać swojemu życiu wymiaru głębokiego, indywidualnego. Jeżeli w tej historii można znaleźć ostrze krytyki, to jest ona skierowana do wewnątrz, do recepcji psychicznej osób nieprzygotowanych na zderzenia z tragikomicznym losem. To nie świat dorosłych jest źle skonstruowany, bo „polityka, ekonomia, niewiedza, nikt nie nauczył nas” i nie poinstruował, jak składać te klocki, aby utworzyć dla siebie bezpieczną przystań egzystencjalną. To tylko bohaterki Dropi, wydaje się, wpadają same w koleiny wewnętrznych lęków i społecznych fobii, dystymii, a może i nawet depresji, poddają się i nie walczą z opresyjnym systemem i mitami spotęgowanymi jeszcze bardziej w swojej głowie. Przeciwniczkami największymi są bowiem same dla siebie, nie próbując ścinać codziennie „sztucznych sekwoi”, rosnących na ich drodze marazmu i uniemożliwiających spełnienie poprzez odnalezienie celu, czy motywacji do samorealizacji. 

Zdaję sobie sprawę, że łatwo jest tak napisać, niczym w psychologicznym poradniku, iż niewiara w swoją wartość nie zaprowadziła jeszcze nikogo do zmiany jakości swojego życia. Tylko że bohaterki Suszczyńskiej na różne sposoby uciekają od odpowiedzialności i właśnie przez to nie mają poczucia wolności, czy możliwości rozbicia „systemu” od wewnątrz. Przede wszystkim – tego psychicznego systemu, który najbardziej je ogranicza. 

W ich przygodach, okraszonych czarnym, ironicznym humorem, pojawiają się jednak iskierki nadziei na poradzenie sobie z kompleksami, trudnościami i traumami, większymi od przeszkód, jakie stwarza zewnętrzna rzeczywistość. Trudno nazwać te momenty mistycznymi objawieniami, epifanią, ale z pewnością w każdym doświadczeniu można znaleźć humorystyczny akcent, który pozwoli pogodzić się z otoczeniem czy otworzyć na terapię nie tak znowu martwej duszy. 

Osobiście polecam, więc skorzystać z niezwykle skutecznej, wielofunkcyjnej poradni dla przeżywających kryzys dorosłości, jaką rozwija na kartach Dropi Natalka Suszczyńska. A tych, którzy mają ten okres za sobą, zachęcam do zapoznania się z problemem, opowiedzianym w najbardziej atrakcyjny z możliwych sposobów, niby żartobliwie, ale i trochę na poważnie, zabawnie i refleksyjnie. Czasem bowiem warto przebudzić się ze zbyt długiego dziecięcego snu na jawie za pomocą literatury, szczególnie tak zjawiskowej i egzotycznej jak mowa ptaków autorki. 

 

Dropie

 

N. Suszczyńska, Dropie, Korporacja ha!art, Kraków 2019.

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Tymoteusz Milas, Mowa ptaków. O „Dropiach” Natalii Suszczyńskiej, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 38

Przypisy

    Powiązane artykuły