12.03.2020

Nowy Napis Co Tydzień #040 / Godziny ich życia. O korespondencji Giedroycia z Herlingiem-Grudzińskim

Nieodmiennie w życiu i aktywności Jerzego Giedroycia, Redaktora, zaskakuje mnie fakt, że zapisał on tysiące stron listów, kierowanych do ludzi rozsianych po całym świecie. Jego korespondencja wydaje się być dziełem „niewykonalnym” – podobnie jak na przykład dzieła Akwinaty. Czytelnik, zorientowawszy się w wielkości dzieła, zadaje sobie pytanie, czy wystarczyłoby całego jego życia, aby zapisać tyle stron. A ile godzin przeznaczyć trzeba by było na lekturę? Nie tylko odpowiedzi korespondentów, ale także książek i gazet, nie wspominając o tekstach redagowanej z dyktatorską pasją „Kultury” i pozycjach wydawanych przez podparyskie wydawnictwo kierowane przez Giedroycia.

Nawał pracy, jaką musiał wykonywać, przedstawił Redaktor w liście do Herlinga z lipca 1970 roku:

Po powrocie zastałem kilka Pana listów. Odpisuję telegraficznie, gdyż nie tylko zastałem hałdy listów, rękopisów i pism, ale mam od kilku dni paraliżujące migreny, tak że nawet niezawodny veramon nie pomaga, a to nie ułatwia ani pracy, ani wpływa na humor.G. Herling-Grudziński, „Dzieła zebrane. Korespondencja Gustaw Herling-Grudziński – Jerzy Giedroyć vol. 2. 1967–1975”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019, tom 12, s. 27.[1]

Zaś w roku 1974 pisał:

Wyobrażam sobie, że Pan mnie przeklina za tak długotrwałe milczenie. Ale to nie tylko zła forma (tu Pan nie jest odosobniony), ale już zupełna panika z nawałem roboty i… nawałem gości. Co prawda Zygmunt dzielnie i z lubością się zagaduje, ale jest trochę ludzi rzeczywiście interesujących, czy którzy chcą się ze mną spotkać, i to zjada potwornie czas.G. Herling-Grudziński, „Dzieła zebrane…”, dz. cyt., tom 13, s. 696.[2]Tamże, s. 696.[3]

Korespondencja ta jest tak obszerna, że Wydawnictwo Literackie zaplanowało na jej wydanie aż trzy tomy. Jak do tej pory ukazały się dwa – to tysiące stron zawierających opinie o książkach, ludziach, wydarzeniach historycznych czy korespondentów o sobie nawzajem.

 

Wcale nie entente cordiale

Opisana wymiana myśli zaczęła się (jak cała znajomość) raczej kiepsko. Kiedy we Włoszech powstawał Instytut Literacki, w gronie jego twórców był także Gustaw Herling-Grudziński. Jednakże drogi Giedroycia i Herlinga się rozeszły. Pierwszy udał się do Paryża, a drugi do Anglii, z czasem nastąpiło zupełne zerwanie znajomości.

Przyczyny rozstania były rozliczne, ale decydowały dwa: pieniądze (a raczej ich brak) oraz trudność w redagowaniu pisma na odległość. Herling-Grudziński widział jeszcze jeden – Giedroyć był redaktorem apodyktycznym i często nie liczył się ze zdaniem współpracowników. W roku 1947 Redaktor pisał do pisarza: „Nie widzę możliwości finansowych zrobienia z Pana przedstawiciela czy korespondenta londyńskiego «Kultury»”G. Herling-Grudziński, „Dzieła zebrane. Korespondencja Gustaw Herling-Grudziński – Jerzy Giedroyć vol. 1. 1944–1966”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019, tom 12, s. 27.[4]. Pod koniec 1947 roku w liście żądającym, aby go wykreślić z listy redaktorów, Herling pisał z kolei do Giedroycia: „trudno mi będzie ludziom, którzy przywykli do naszego duetu, wyjaśnić, że nie biorę już żadnej współodpowiedzialności za to, co się w «Kulturze» ukazuje”Tamże, s. 42.[5]. Korespondencja została zerwana na długie lata.

Wznowił ją Herling-Grudziński, wysyłając do redakcji „Kultury” opowiadanie Książę Niezłomny. Czy Giedroyć czekał na odnowienie znajomości i korespondencji, czy tak urzekła uroda tekstu, nie wiadomo; faktem jest, że opublikował tekst bardzo skwapliwie, a listy pomiędzy Paryżem a Neapolem (bo tam Herling przeniósł się z Anglii) zaczęły ponownie krążyć.

Nie było wówczas poczty elektronicznej, a rozmowy telefoniczne były zbyt drogie – zresztą relacje pomiędzy tymi ludźmi pióra nigdy nie były zbyt zażyłe, dlatego trudno byłoby wyobrazić sobie ich długie pogaduszki. Byli skazani na korespondencję, na sztukę epistolografii, która wymuszała na nich swoisty dystans do tego, co chcieli sobie przekazać.

Stosunek Giedroycia do Herlinga nigdy nie był nacechowany tak wielką serdecznością jak do Juliusza Mieroszewskiego czy Andrzeja Bobkowskiego, a i z drugiej strony samotnik z Neapolu, choć „Szanownego Pana Jerzego” zgodnie z tytulaturą szanował, to do serca nie przytulał. Od samego początku ich korespondencji widać napięcia i wzajemne żale, chociaż nie zawsze wyrażane expressis verbis. Czy wynikało to z faktu, że kiedyś dla Herlinga nie znalazła się stała praca w Giedroyciowym zespole? A może po prostu, choć nawzajem szanowali swoje talenty i pracę, to jednak niezbyt się lubili?

Herling nie lubił w gruncie rzeczy większości środowiska emigracyjnego. W jego listach znajdujemy nieustanne uszczypliwości, pretensje i krytykę. Polski Londyn to piekiełko, w którym widać nasze najgorsze cechy. Złośliwości typu „Polski Londyn jest jednym wielkim domem wariatów”G. Herling-Grudziński, „Dzieła zebrane…”, dz. cyt., tom 13, s. 7.[6] są w korespondencji codziennością. O niechęci świadczą także okrutne słowa pisarza o wymieraniu polskiego Londynu: „mało mnie to wzrusza”Tamże, s. 72.[7]. Niechęć do środowiska emigracji w Anglii podziela Giedroyć („Londyn jest jak zwykle beznadziejny”).

W korespondencji widzimy jak na dłoni podział wpływów w politycznym i kulturalnym świecie Polaków na obczyźnie. Obok Londynu – gdzie mieścił się rząd emigracyjny, coraz mniej szanowany i poważany – ważnymi puntami odniesienia były (pośród innych) Maisons-Laffitte i Neapol. Zarówno Giedroyć, jak i Grudziński zdawali sobie z tego sprawę. Nie powinno dziwić, że ich korespondencja była czymś w rodzaju dyplomatycznych kontaktów pomiędzy sojusznikami – nie była to jednak bynajmniej entente cordiale.

 

Zapis i tworzenie historii

Listy Herlinga i Giedroycia to historia nie tylko życia obu korespondentów, lecz także światowej i emigracyjnej polityki oraz polskiej kultury. To im pisarz i redaktor poświęcili cenne godziny swojego życia. Warto zwrócić uwagę, że w żadnym momencie nie żałowali czasu na korespondencję. A przecież nie korespondowali jedynie ze sobą – dorobek epistolograficzny obydwóch jest imponujący.

Warto zwrócić uwagę, że wymieniane między Francją a Włochami „noty dyplomatyczne” dotyczą szeregu postaci w taki czy inny sposób prominentnych w polskiej i światowej kulturze i polityce. Czytelnik, który chciałby na podstawie tego tomu, albo nawet całej korespondencji Herlinga z Giedroyciem, poznać ów świat, który – wraz z upadkiem sowieckiego imperium – bezpowrotnie przeminął, musiałby założyć sobie liczący setki nazwisk indeks, zawierający informacje o postaciach występujących w listach. Byłoby to konieczne, ponieważ Dodatek krytyczny – czyli zbiór przypisów, starannie przygotowany przez wydawnictwo, podaje jedynie najbardziej suche informacje. A warto wzbogacić swoją wiedzę o bohaterach korespondencji.

Przykładem niech będzie hinduski badacz dziejów Polski Peter Raina. W pierwszym liście drugiego tomu korespondencji Giedroyć opisuje, jak zamierza „wprowadzić go na salony”. Podczas lektury tych słów zastanawiałem się czy ktoś ze współczesnych czytelników jeszcze pamięta tego uczonego i publicystę, przecież wciąż żyjącego i aktywnego. Jeżeli nie, to powinien zapoznać się z arcyciekawym życiem autora Ostatniej bitwy prałata. Być może wtedy zrozumie, dlaczego krzywo patrzyły na niego zarówno władze PRL, jak i establishment III RP.

W korespondencji padają także epitety, złośliwości: Braun jest „straszny”, Miłosz – „leniwy”, a Woroszylskim „nie warto się przejmować”, i tym podobne… Ale nawet w takich złośliwościach przejawia się geniusz literacki Herlinga-Grudzińskiego: „Józio Cz. jest długim soplem galarety, który najpierw trzęsie się i łzawi w nadmiarze, a potem szybko zapomina”G. Herling-Grudziński, „Dzieła zebrane…”, dz. cyt., tom 12, s. 21.[8]. W jednym zdaniu mamy tu nie tylko opis fizyczny dwumetrowego malarza i pisarza, ale także przytyki do jego duchowego rozmemłania oraz fatalnej kultury pracy. Co do tej ostatniej, obaj korespondenci mieli jedną i jednoznacznie negatywną pinię.

Czytając listy, poznajemy historię wydania w języku polskim wielu pozycji, które ukształtowały świat. Giedroyć zastanawia się, czy do Doktora Żywago dodać zapis posiedzenia związku literatów sowieckich, którzy Pasternaka wyrzucają ze swego grona (na szczęście dodał). Pisze też o druku ArchipelaguGUŁag – ukrywając skrzętnie w listach prawdziwe nazwisko tłumacza. Dowiadujemy się o wydaniach książek Bobkowskiego, Gombrowicza i innych.

Wydane przez Wydawnictwo Literackie tomy są też kapitalnym źródłem informacji o gustach i zapatrywaniach korespondentów. Są to przeważnie jedno- lub co najwyżej kilkuzdaniowe urywki, sporo można z nich jednak wyczytać. W 1972 roku Giedroyć pisze: „ O Hemarze nie pisałem Panu. Może to brzydko z mojej strony, ale tego wieszcza londyńskiego nie znosiłem.”Tamże, s. 529.[9] Nie bardzo wiadomo, czy Giedroyć uważał Hemara za antypatyczną postać, czy też nie przepadał za jego piosenkami i całą twórczością. Z innych listów można wysnuć wniosek, że oba przypuszczenia są słuszne.

Obaj panowie z widoczną niechęcią odnoszą się do wiersza Kazimiery Iłłakowiczówny Opowieść o moskiewskim męczeństwie. Redakcja paryskiej „Kultury” zdecydowała się przyznać poetce nagrodę (jak wynika z korespondencji, była to pomoc dla znajdującej się w złej sytuacji materialnej pisarki), ale ballady nie wydała. Obydwaj (i Giedroyć, i Grudziński) wyraźnie dystansowali się do tego stylu pisarstwa, w ich opinii zbyt ludowego, zbyt sentymentalnego. Zaś, z kolei obaj, z ogromną estymą piszą o jednej z ciekawszych, wydanych w PRL książek dotyczących okupacji, czyli Wyroku na Franciszka Kłosa Stanisława Rembeka.

Z całą pewnością ktoś powinien przeprowadzić badania nad opiniami estetycznymi wyrażanymi w tej korespondencji. Warto powtórzyć opinię Jakuba Osińskiego na temat naszej wiedzy o emigracyjnej epistolografii:

Zdumiewające jest […], że choć badacze nie mają wątpliwości co do tego, że to właśnie korespondencja i piśmiennictwo wspomnieniowe były najpowszechniejszymi gatunkami uprawianymi na obczyźnie, to jednak refleksja nad nimi od lat znajduje się w punkcie wyjściaJ. Osiński, „Emigracyjna epistolografia (1945–1989). Rekonesans”, „Zagadnienia Rodzajów Literackich” 2018, nr LXI, z. 3, s. 41. [10].

Osiński wskazuje, że w tomach korespondencji takiej jak ta między Herlingiem a Giedroyciem stykamy się z czymś specyficznym, o wiele bardziej istotnym niż zwykła wymiana listów. Nadaje temu zjawisku nazwę „epistolografii emigracyjnej” i przeciwstawia ją przeciętnej korespondencji emigrantów.

Różnice pomiędzy emigracyjną epistolografią a korespondencją emigrantów, czyli: ich język, mechanizmy autocenzury (w obawie przed cenzurą państwową) czy w końcu – najważniejsze – różne doświadczenia i sytuacja życiowa, składające się na przynależność do emigracyjnej wspólnoty, sprawiają, że były to dwa różne typy piśmiennictwa polskiego na obczyźnieTamże, s. 43.[11].

„Epistolografia emigracyjna” pełniła specyficzną rolę. W opinii Leszka Szarugi stawała się swoistą„instytucją życia literackiego”, w której przestrzeni wymieniano opinie, informacje, ale też i zwyczajne plotki”L. Szaruga, „Opowieść epistolarna. (Wprowadzenie do problematyki emigracyjnej twórczości epistolarnej)” [w:] tegoż, „Powinności literatury i inne szkice krytyczne”, Kraków 2008, s. 124.[12].

Potwierdza to zresztą esej pióra Andrzeja Kowalczyka, zawarty w nocie krytycznej pierwszego z omawianych tomów. Kowalczyk opisuje tam epistolografię środowiska paryskiej „Kultury”, nadając temu zjawisku miano „Rzeczpospolitej epistolarnej”, a także widząc w tej sieci znajomości, powiązań, przyjaźni i kłótni prawdziwą społeczność, którą pozornie łączyły jedynie pisane na maszynach listy, koperty i znaczki pocztowe. W rzeczywistości „Rzeczpospolita epistolarna”byłaprawdziwą Najjaśniejszą Rzeczpospolitą. Korespondentów łączyła Polska.

Korespondencja na linii Gustaw Herling-Grudziński – Jerzy Giedroyć, czyli pomiędzy dwiema osobami-instytucjami, była czymś więcej niż tylko wymianą poglądów pomiędzy dwoma nieco zgorzkniałymi panami w średnim wieku. Mamy w niej do czynienia z zapisem kreowania polityki wydawniczej i kulturalnej Polski emigracyjnej, a od lat siedemdziesiątych także polityki krajowej. Godziny życia obu gigantów (nie wahajmy się użyć górnolotnego słownictwa) poświęcone pisaniu listów były prawdziwym kreowaniem rzeczywistości. Co ciekawe – jeżeli dobrze się w owe listy wczytać – widać, że u obu autorów świadomość tego faktu z czasem była coraz wyraźniejsza. Ale chyba nie ciążyła ona im zbytnio – byli to ludzie, którzy znali swoją wartość.

Warto podkreślić, że wgląd w ową rzeczywistość zawdzięczamy decyzji krakowskiego Wydawnictwa Literackiego oraz żmudnej pracy redaktorów (warto zwrócić uwagę na ogrom pracy, wymagający aż dziewięcioosobowego zespołu). Warto też podczas lektury zdawać sobie sprawę , że listy w życiu korespondentów nie były dodatkiem czy ciekawostką – mamy tu do czynienia właściwie z samym sednem pracy twórczej jednego z najwybitniejszych pisarzy i intelektualistów dwudziestowiecznej Europy.

Czekamy na trzeci tom korespondencji. Zjadliwość pierwszych trzydziestu lat zapisków pozwala przypuszczać, że niejeden czytelnik zadrży, zapoznając się z ich opiniami o zmarłych lub wciąż żyjących koryfeuszach literatury i polityki polskiej.

okładka  

 

G. Herling-Grudziński, Dzieła zebrane tom 12. Korespondencja Gustaw Herling-Grudziński – Jerzy Giedroyć vol. 1. 1944–1966, pod red. W. Boleckiego, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.

G. Herling-Grudziński, Dzieła zebrane tom 13. Korespondencja Gustaw Herling-Grudziński – Jerzy Giedroyć vol. 2. 1967–1975, pod red. W. Boleckiego, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.

 

 


 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Juliusz Gałkowski, Godziny ich życia. O korespondencji Giedroycia z Herlingiem-Grudzińskim, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 40

Przypisy

    Powiązane artykuły