19.03.2020

Nowy Napis Co Tydzień #041 / Kontrolowany rozpad. O pęknięciu języka i wiersza

O kim?

Mariusz Kalandyk debiutował późno, w 1997 roku, tomem Powrót Atanaryka, za który otrzymał Nagrodę imienia Kazimiery Iłłakowiczówny. Wydany w roku ubiegłym tom Szrama – deuteronimy to jego piąta publikacja poetycka, na którą kazał czekać czytelnikom całą dekadę, skupiając się w tym czasie raczej na działalności krytycznej i recenzenckiej (w 2015 roku ukazała się jego książka Poetycki światopogląd Jarosława Marka Rymkiewicza. Próba antropologii literackiej). Za Timbuktu – fuga (2001) był nominowany do Paszportu „Polityki”. Zaangażowany jest również w działalność edukacyjną (nauczyciel, wykładowca) oraz czasopiśmienniczą – jako członek redakcji „Nowej Okolicy Poetów” i redaktor naczelny „Kwartalnika Edukacyjnego”.

Skrzydełko okładki jego najnowszej książki zawiera autorski komentarz na temat celów, jakie postawił Kalandyk sobie, wierszom i językowi. Zacytujmy fragment:

Mnie chodzi o coś innego. Na pewno nie o „artystowskość”, bardziej o zrozumienie kilku sposobów myślenia o języku poetyckim. Chodzi o formalizm jako sposób rozumienia języka wiersza. Język ów stał się bytem immanentnym, homonimicznym, odklejonym od sfery znaczonego, świadomym krachu wielu swoich możliwości kreacyjnych i mimetycznych.

Abstrahując na razie od założeń, jakie przyświecały autorowi Cmentarza gołębi, chciałabym zwrócić uwagę na język, jakim do czytelnika mówi Kalandyk: raczej specjalistyczny, akademicki, formalny, charakterystyczny dla pism naukowych. Nie poddając go – jeszcze – ocenie, o ile mogę zgodzić się z Janem Borzęckim, że ta poezja jest „erudycyjnym wyzwaniem wymagającym głębokiego skupienia, umiejętności logicznego i abstrakcyjnego myślenia oraz intelektualnego refleksu”, o tyle kiedy pisze: „nie postrzegam deuteronimów jako akademickich”, już nie przyklasnę tak ochoczoDo recenzji autorstwa Jana Borzęckiego będę się w tym tekście odnosiła z wielokrotnie. Jego rozpoznania są bardzo ciekawe i choć niekiedy trudno mi się z nimi zgodzić, przeprowadzona przez niego analiza i interpretacja z całą pewnością uporządkowały moją lekturę tej niełatwej książki. J.A. Borzęcki, Poezja geometrii? https://pisarze.pl/2019/05/28/jan-adam-borzecki-poezja-geometrii/ [dostęp: 04.03.2020][1]Szrama – deuteronimy to dla mnie zbiór wierszy stricte akademickich, ale nie używam tego określenia jako pejoratywnego. W końcu „chodzi o formalizm” – Kalandyk przeprowadza językowy eksperyment, starając się możliwie ściśle stosować przyjęte reguły oraz ograniczenia. Wyprodukowane wiersze są właściwie efektem badania i w tym sensie pozostają raczej w sferze nauki o literaturze niż samej literatury. Czy to dobrze, czy źle – to już zupełnie osobna kwestia.

O czym?

Na to pytanie w kontekście najnowszego tomu Kalandyka już nie tak łatwo odpowiedzieć. Trochę pomaga nam sam poeta, diagnozując – jak cytowałam wyżej – swoje działania w obszarze wiersza, wskazując na ich eksperymentalność oraz intertekstualność. Autor Karczmy Rzym poddaje język próbie, doprowadza go do granicy, nawet nadwyręża. O coś mu chodzi, czegoś oczekuje, spodziewa się możliwie rzetelnych wyników. Właściwie trudno powiedzieć, żeby pomieszczone w tomie utwory obracały się wokół konkretnej tematyki czy pojęć. Chodzi tylko – albo aż – o to, by konwencje (a tym samym wiersze i język) „przeprowadzić przez próbę ognia: myślenie abstrakcyjne”To również fragment autorskiego komentarza Mariusza Kalandyka.[2]. Jest to bardzo szeroko zakrojony obszar badań. Wytyczenie jego granic jest właściwie niemożliwe, a tym samym efekty wnioskowania będą co najmniej niejednoznaczne. Właściwie z góry jesteśmy skazani na porażkę, próba nie może się udać, bo nawet jej założenia (zasady przeprowadzenia) są mocno dyskusyjne.

Z komentarza poety dowiadujemy się, że wiersze pomieszczone w najnowszym tomie mają nas odsyłać do Heteronimów Fernanda Pessoi. Pessoa tworzył fikcyjnych autorów, obdarzał ich pewną autonomicznością – biograficzną i tożsamościową. Na pewno nie da się tego w sposób prosty przełożyć na nowy tom Kalandyka. W dużym uogólnieniu rozumiem to jako swoistą niezależność języka. Nie staje się on ani podmiotem, ani bohaterem, trudno mówić o jego ożywieniu czy antropomorfizacji. Język poetycki jest tu raczej odrębnym bytem zastępującym właściwie autora, chociaż niewyposażonym w żadne ludzkie atrybuty. Możemy mówić o mechaniczności i schematyczności tak pojmowanego autorstwa, o jego formalizacji. W tym kontekście adekwatne wydaje mi się użyte przez poetę pojęcie hipertekstu, które oczywiście pozostaje w obrębie teorii literatury, ale równocześnie nakierowuje nas na pojmowanie tekstu jako pewnej danej, informacji podlegającej organizacji i zawsze pozostającej w jakimś odniesieniu; to odniesienie jest tu kluczowe dla zachowania kompletności oraz spójności przekazu. Takim odniesieniem byłyby wspomniane Heteronimy, ale również – jak mi się wydaje – w ogóle obszar znaczeń.

Dla interpretacji całego tomu Kalandyka z całą pewnością najistotniejszy pozostaje tytuł. Zacznijmy od jego drugiego członu, deuteronimów. Na początek oddajmy głos Janowi Borzęckiemu:

Deuteronimy to wiersze podwójne, które powinny być czytane w parach, bo dopiero po lekturze dwóch, czytanych po sobie wierszy odsłania się intencja poety, […] zrozumiałe stają się znaczeniowe napięcia, wewnętrzne dialogi oraz nierzadkie sprzeczności. Aby więc w pełni odczytać różnicę w postrzeganiu świata zewnętrznego oraz własnego, dokonać bilansu zysków i strat, trzeba znaleźć odpowiedni kod porządkujący zewnętrzny chaos […].

Idąc tym tropem, Borzęcki w swojej recenzji ukazuje niektóre pary tekstów i sprawdza, jaka jest suma wierszy składowych, na ile dodanie dwóch składników wpłynęło na wynik końcowy. O ile nie sposób kłócić się z kwestią podwójności tekstów, o tyle skłonna byłabym do poszukiwania sensów w zupełnie innym miejscu, niż sugeruje to autor Świętości z obrazka. Kluczowa w tym przypadku wydaje się interpretacja pierwszego słowa tytułu – „szrama”. Dla Borzęckiego to „źle zrośnięty ślad po cierpieniu, blizna wiążąca się z przykrymi wspomnieniami”. Oczywiście to definicja jak najbardziej właściwa, ale w kontekście tego tomu kierowałabym się raczej w stronę rozumienia szramy jako pęknięcia, szczeliny, rozszczepu. Co to zmienia w lekturze wierszy? Całkiem sporo – znaczenie okazuje się wówczas nie sumą dwóch elementów, ale raczej ich różnicą. Sytuuje się ono dokładnie na styku składowych. Zadaniem czytelnika nie jest złożenie wierszy w całość, ale raczej ich porównanie, zderzenie, działanie w obszarze napięcia znaczeń. Taką funkcję pełni również linia prosta zdobiąca okładkę i biegnąca przez całą książkę – to jasny podział, wyraźna granica, której należy się trzymać. Nie mamy więc, jak twierdzi Borzęcki, „poszukać […] wspólnego mianownika”. Naszym zadaniem jest raczej tropienie wszelkich rozbieżności, rozdźwięków, zgrzytówMożna powiedzieć, że różnica między tymi podejściami jest kosmetyczna; można powiedzieć, że zasadnicza. Pozostawiam tę kwestię czytelnikowi.[3].

Dla kogo? Dlaczego?

Kto może być odbiorcą najnowszej książki Mariusza Kalandyka? Nie wiem. Widzę ją w przestrzeni uniwersytetu, w dyskusji wokół teorii literatury, jako przykład eksperymentu literackiego wytyczającego kolejne granice poezji. Nie dostrzegam natomiast jej możliwości w lekturze indywidualnej, nawet dla czytelników poezji współczesnej – a umówmy się, że nie jest to zbyt liczna grupa. Ale może się mylę, Jan Borzęcki pewnie by się ze mną nie zgodził. Ja na pewno nie jestem wymarzonym odbiorcą tej publikacji.

O ile doceniam koncept, o tyle nie umiem myśleć o tych wierszach z entuzjazmem równym Borzęckiemu. W trakcie lektury doświadczyłam różnych uczuć – od ciekawości i zaintrygowania, po irytację i frustrację. Szrama – deuteronimy to dla mnie głównie eksperyment. W tej kategorii dobrze, że zaistniał, trudno mi jednak przypisać temu doświadczeniu walory literackie. Nie jest to kwestia poetyckiej jakości, bo Kalandyk potrafi pisać, to są dobre wiersze. Mam wrażenie pewnej jałowości działań podjętych przez poetę. Nie wiem, co mogłoby wyrosnąć na gruncie tak pojmowanej poezji.

Z całą pewnością Szrama – deuteronimy wytrąca czytelnika z równowagi, wybija go z lekturowej rutyny. Jest przemyślana nie tylko koncepcyjnie, ale również graficznie. Prosta towarzyszy nam nie tylko w przestrzeni tekstu, lecz również w przestrzeni książki jako przedmiotu. Możemy mówić o klarowności, przejrzystości tej publikacji w aspekcie konkretnego bytu, przedmiotu, materii. Prostota estetyki dała tu z pewnością świetne rezultaty. Ta książka jest wyzwaniem, któremu trudno sprostać. Ponieważ widzę w niej raczej opublikowanie wyniku badania niż zbiór wierszy, kluczowe byłoby tu wyciągnięcie z tego badania wniosków. I choć w samych wierszach czytelnik nie znajdzie dla siebie zbyt wiele miejsca, do wykorzystania pozostaje ogromna przestrzeń interpretacyjna, jeszcze niezagospodarowana. Ostatecznych wyników jestem bardzo ciekawa – a w tym przypadku powstaną one również w miejscu pęknięcia, w relacji nadawca-odbiorca.

Mariusz Kalandyk, Szrama – deuteronimy, WBPiCAK, 2019.

Okładka książki "Szrama"

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Anna Mochalska, Kontrolowany rozpad. O pęknięciu języka i wiersza, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 41

Przypisy

    Powiązane artykuły