19.03.2020

Nowy Napis Co Tydzień #041 / Uczone womity, rozkoszne defekacje

Zamknąwszy tom Wydzieliny pod redakcją Karola Jachymka i Małgorzaty Major, z pewną nieśmiałością chcę podzielić się swoimi wrażeniami po lekturze. Nader mieszanymi – nie widzę powodu, by to ukrywać. A zatem do dzieła.

Niewielka objętościowo monografia pod wieloznacznym i prowokującym z zamierzenia tytułem jest publikacją ważną, przede wszystkim dla autorek i autorów publikacji zbiorowej. Dzięki tejże książce autorki i autorzy doskonale sytuują się w perspektywie współczesnego odkrywania ludzkiego ciała przez szeroko rozumiane dociekania, dyskursy czy narracje antropologiczne. Przynajmniej takie można odnieść przekonanie. Dyskurs skatologiczny, gejowski, feministyczny płynie swobodnie z cichym bulgotem; niekiedy swobodę wywodu zakłócają problemy z kanalizacją zatykaną zużytymi podpaskami. Wyznawczynie i wyznawcy drogi wyznaczonej przed laty, a pogłębionej przez postnowoczesność i posthumanizm, dzielą się z czytelniczkami i czytelnikami swoimi przemyśleniami na temat kondycji świata współczesnego.

Świat tenże jest mapowany w czterech wymiarach, zaś owa czwórca to: „Literatura”, „Film i telewizja”, „Nauka i sztuka”, wreszcie „(Pop)psychologia”. Swoistym zwornikiem owych czterech perspektyw jest Wstęp, w znacznej części składający się z obszernego przytoczenia rozprawy Haydena White’a pod tytułem Ciała i ich fabuły, a następnie z rozwinięcia owego przytoczenia. Dwoje autorów pod wstępem podpisanych powiada:

Publikacja ta ma bowiem na celu przyjrzeć się szeroko definiowanej problematyce (historii) ciała człowieka poprzez pryzmat wytwarzanych przez nie wydzielin/płynów/substancji/itd. Zagadnienie to, mieszczące się zazwyczaj w sferze tabu, traktowane wprost, w sposób bezpośredni i całościowy, nie należało dotąd do najczęściej podejmowanych wątków w polskim piśmiennictwie (choć trzeba przyznać, że sytuacja ta powoli się zmienia). Zasadniczym zadaniem projektu było zatem skonstruowanie wyczerpującej, wielokontekstowej oraz wieloaspektowej wypowiedzi o „ciele potwornym” interpretowanym w kontekście „cieknących z niego płynów. Różnorodność spojrzeń badawczych, jakie wykorzystane zostały w poszczególnych tekstach, w konsekwencji przyczyniła się do stworzenia rozbudowanej narracji na temat zastanawiającej (nie)obecności „problemu” we (współczesnym) życiu społeczno-kulturalnym.„Wydzieliny”, red. K. Jachymek, M. Major, Wydawnictwo Naukowe Katedra, Gdańsk 2019, s. 8.[1]

Dalipan, chciałbym, aby tak było. Szalenie pretensjonalny jest język tego wywodu/dyskursu. W jakich sferach temat „ciała potwornego” uważany jest za tabu, dość trudno mi orzec. Przeczą temu stwierdzeniu opracowania z zakresu anatomopatologii czy medycyny sądowej – od czasów wypowiedzi Winstona Churchilla społeczeństwa europejskie doskonale wiedzą, czym są „krew, pot i łzy”. Natomiast ważne jest to, że we Wstępie działanie interpretacyjne jednoznacznie określone zostało jako misja. A każda misja powinna zakończyć się sukcesem – przynajmniej w perspektywie uczestników samego przedsięwzięcia. Czy tak się stało także i w tym przypadku? Pora sprawdzić.

Uchylmy przeto drzwi od czterech pomieszczeń, w których trzynaście dyskursów, a czternaście autorek i autorów ukazuje nam drugie oblicze/drugi wymiar naszej rzeczywistości…

Czworo drzwi – nie jest tak źle, to nie jest zamek Sinobrodego ani hrabiego Draculi.

*

Oto skrzypią wrota pierwsze z napisem sporządzonym spermą i fekaliami: literatura. Mam nadzieję, że pamiętający o twórczości przedstawicieli beat generation, a także czytelnicy Rafała Wojaczka nie wezmą mi za złe bezpośredniego określenia zastępczego atramentu; można pisać krwią, można pisać mlekiem, można pisać sokiem z cytryny – dlaczegóż nie skorzystać z innych materiałów?

Maciej Duda podejmuje analizę funkcjonowania spermy we współczesnej prozie polskiej, dochodzi do zaskakująco odkrywczego wniosku, że czym innym jest ta substancja dla autorek i czytelniczek, a czym innym dla autorów i czytelników. Pozwolę sobie zostawić bez odpowiedzi pytanie, do jakiego stopnia w przypadku tej substancji możliwa jest transgresja, pominę tutaj rewelacje o „kobiecym wytrysku” pojawiające się w wypowiedziach rozmaitych specjalistów od osiągnięcia orgazmu na drodze autoerotyzmu. „Przepocone poplamione prześcieradła”, zmęczeni kochankowie klejący się do siebie na skutek nadmiaru wydzielin fizjologicznych to wyobrażenia obce sielance pasterskiej, ale przecież funkcjonujące w świecie fantazji markiza de Sade’a. O tym zdaje się zapominać Maciej Duda analizujący Mury Hebronu Andrzeja Stasiuka, przemilczający, do jakiej rzeczywistości odwołuje się ta powieść. W więzieniu, o którym pisze Stasiuk, więźniowie istotnie mogą cierpieć na nadmiar spermy. Dodatkowo, przywołanie prozy Manueli Gretkowskiej czy Izabeli Filipiak jest rozwiązaniem tyleż trafnym, co oczywistym. Nie wiadomo dlaczego, w szkicu zabrakło miejsca dla zbioru Kuczoka pod tytułem Obscenariusz, nie znalazła się tam także twórczość Blanki Lipińskiej, gdzie bohaterowie trochę się pocą i coś z nich tryska, a to wydaje się jedynym kryterium badawczym autora.

Jednym z niewielu tekstów wykraczających poza rodzime podwórko (aż chciałoby się powiedzieć: gumno) w tym tomie jest szkic Bogusławy Bronowickiej pod tytułem Spocone miasto i czysty don Rigoberto – obraz natury i kultury w prozie Maria Vargasa Llosy. Niestety, autor Pantaleona i wizytantek wymknął się w tym przypadku interpretatorce, przemilczane zostały Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki, podobnie jak inne znakomite powieści peruwiańskiego pisarza. Szkoda, podobnie jak żałować wypada, że nie znalazło swojego właściwego kontekstu Święto Kozła, pełne okrucieństwa i szaleństwa. Obsesja czystości don Rigoberta z nieznanych powodów nie spotkała się z zainteresowaniem autorki.

Ewa Kuliś boryka się z poezją współczesną w tekście „Świętość plam” i „kropla brudu, bez której nie bylibyśmy sobą”. Wydzieliny i (nie)czystości w poezji Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. W tymże trudzie za wszelką cenę stara się uniknąć jakiegokolwiek kontekstu poezji polskiej. Opozycje „czystości” i „brudu”, „brzydoty” i „piękna” pojawiały się przecież między innymi w poezji Stanisława Grochowiaka, zaowocowały przed laty w Odzie do turpistów Juliana Przybosia, przekształcając dysputę estetyczną w spór ideologiczny. Chyba wyraźnie w borykaniu się Ewy Kuliś z poezją autora Przewodnika dla bezdomnych niezależnie od miejsca zamieszkania dostrzec można ograniczenia przyjętej w całości tomu perspektywy interpretacyjnej. Nadmierna ufność pokładana w utożsamieniu „współczesności” z „dniem dzisiejszym”, prowadząca w konsekwencji do wyeliminowania perspektywy historycznej, sprawia, że zostajemy oślepieni wybuchem kolejnej supernowej, zapominając, że nie jest ani pierwsza, ani supernowa. Niekiedy poddajemy się też bezwolnie popularnemu słownictwu, terminom zapożyczonym z różnych wypowiedzi, zapominając, że ta terminologia niekoniecznie nazywa zjawiska z naszej rzeczywistości, dzięki czemu generujemy wypowiedzi, dyskursy, narracje pozornie mieszczące się w powszechnym ich zbiorze.

Dominik Dziedzic jest autorem szkicu pod przewrotnym (w zamierzeniu przynajmniej) tytułem Przygody analne literaturoznawcy z tekstem. O użyteczności zwrotu analnego w badaniach literackich na przykładzie lektury „W ptaszarni” Grzegorza Musiała. Jako czytelnik tego szkicu powiedzieć mogę jedno: „cała para idzie w gwizdek” – i niechaj będzie mi wybaczone odejście od może karkołomnej, może błyskotliwej hipotezy interpretacyjnej autora wywodu. Barokowy koncept zestawienia analizy literackiej z dociekaniami analnymi prowadzi bowiem w konsekwencji do następujących konstatacji:. „W powieści Musiała ciało mężczyzny ulega defallacyzacji – męskość drastycznie traci na twardości”Tamże, s. 94.[2].

Litości, jak długo bohater literacki powinien pozostawać w stanie erekcji, by jego ciało nie uległo defallacyzacji? Sądzę, że na to pytanie mogłyby odpowiedzieć tylko nerwowe damy z dworu carskiego, którym dane było obcować z Rasputinem, lubo też z jego wyobrażeniem. Ale zostawmy tę kwestię w zawieszeniu. W zakończeniu swej analizy powiada autor:

Podsumowując, powieść definiuje relacje władzy pomiędzy płciami jako antagonistyczne, gdzie kobiecości, a zwłaszcza postaci matki, przypisana zostaje pozycja dominująca. Matriarchat odpowiada za odfallicznienie męskości. Defallacyzacji na poziomie symbolicznym (mężczyźni jako płeć zdominowana) towarzyszy deprecjacja znaczeń anatomicznego fallusa i przeorientowanie wyobraźni erotycznej bohatera na inne elementy anatomiczne, w tym sfery analne. Rzeczywisty penis, w odróżnieniu od fantazmatycznej falliczności Mitycznego Mężczyzny, staje się obiektem pozbawionym władzy. Przejęcie władzy przez matki oraz kastrujące konsekwencje takiego stanu rzeczy oceniane są przez bohatera jednoznacznie negatywnie. Bohater szuka wyjścia z sytuacji w śmiertelnym zespoleniu z kochankiem oraz w fantazmatach będących próbą wypracowania alternatywnych wzorców męskości. Analność w powieści stanowi symptom matrofobicznej logiki tekstu budowanego na resentymencie za utraconą męskością falliczną. Czytana z perspektywy zwrotu analnego powieść Musiała nie wykracza przy tym poza tradycyjne wyobrażenie analności opisane w literaturze przedmiotu feminizujące oraz patologizujące podmiot męskiTamże, s. 112–113.[3].

Cytat obszerny, ale trudno, tak musiało być. Bohater powieści autora Czeskiej biżuteriial fine został poddany analizie, która wykazała, że nie odbiega on od wzorców opisanych w „literaturze przedmiotu”. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Na pewno język wywodu, cokolwiek groteskowy, nie odbiega od języka interpretacji ze szkoły neopsychoanalitycznej.

*

Lecz oto skrzypią wrota wtóre, z napisem neonowym, niczym w tandetnej wizji Las Vegas: film i telewizja.

Za nimi czekają szkic Aleksandry Drzał-Sierockiej zatytułowany Wrota do otchłani ciemnej materii, czyli o filmowej muszli (a nie muszelce), Ślina. W oparciu o „Pink Flamingos”Johna Watersa Piotra Sołodkiego, Wojciecha Klimczyka Money in the Bronze Age of Porn. Sperma, heteropornomainstream i “przekleństwo obfitości” oraz Małgorzaty Major Z pewną taką nieśmiałością… O krwi menstruacyjnej w (neo)serialach dla dziewczyn i kobiet.

Rzecz pierwsza poświęcona jest nie temu, jak wyraźnie autorka sygnalizuje w tytule, a co zwykło się określać w angielszczyźnie mianem „pussy”, by na „cipkę” spolszczyć, lecz muszli klozetowej i temu, co spływa z szumem wody. Nie wiem zupełnie, dlaczego w kręgu analizy autorki nie znalazła się ekranizacja powieści Stephena Kinga Łowca snów (reżyserii Lawrence Kasdan, film z 2003 roku), pokazujący w całej okazałości to, co może wydobywać się z człowieka na skutek zatrucia jagodami leśnymi skażonymi przez kosmitów. Nie znalazła się też Najgłupsza piosenka świata Formacji Nieżywych Schabuff, zabrakło także istotnych świadectw naszych współczesnych lęków, jakimi są legendy miejskie opowiadające o istotach żyjących w kanalizacji, odżywiających się ludzkimi wydalinami. Miast tego autorka zajmuje się analizą cokolwiek anachronicznej krytyki nastawianego na konsumpcjonizm zachodniego społeczeństwa drobnomieszczańskiego, dokonanej w Widmie wolności przez Luisa Buňuela. Dobrze, że w tym kontekście przypomniana zostaje pewna fundamentalna triada: „Jacek Maria Karczewski opisuje trójkąt fizjologiczny, którego wierzchołki wyznaczają: usta, odbyt i płeć. Jest on zatem rozpięty między dwiema binarnymi opozycjami: społeczne–indywidualne oraz publiczne–prywatne” Tamże, s. 125.[4].

W tej perspektywie z całą jaskrawością w owym trójkącie sytuuje się dawny tekst Jana Kochanowskiego:

Szeląg dam od wychodu, nie zjem jeno jaje,
Drożej sram, niźli jadam – złe to obyczaje.

Żeby nie było wątpliwości – szalenie cenię twórczość Luisa Buňuela, także i wspomniany film. Nie wiem dlaczego zniknął z wywodu autorki inny film innego reżysera – myślę tutaj oczywiście o Wielkim żarciu. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu połączone z wydalaniem było przecie stałym elementem wystawnych uczt na dworach średniowiecznej Europy. My zaś skazani jesteśmy na wpatrywanie się wyłącznie w złotą muszlę klozetową Maurizio Cattelana, nawet bez przywołania kontekstu Marcela Duchampa i jego epatującej przed laty Fontanny.

Doprawdy można żałować, że autorka tego szkicu, inspirująca się przemyśleniami Slavoja Žižka, zaledwie dotknęła tematu. Jednak drogi interpretacyjne zostały wytyczone; pora, by zadumać się nad rzeźbą Rodina, co też robi jego Myśliciel.

Obiektem zainteresowania kolejnego eseju zamieszczonego w tym tomie staje się ślina. Paweł Sołocki przypomina film Johna Watersa z 1972 roku zatytułowany Pink Flamingos. Ten niskobudżetowy film, który uzyskał status filmu kultowego, zostaje przedstawiony w następujący sposób:

Pink Flamingos Johna Watersa to gra w przekraczanie granic. Kolejne zwroty akcji w filmie wyznaczane są regułami potyczki, naigrywającej się zarówno z norm społecznych, kolejno i nie bez przyjemności łamanych, jak i z samej idei sukcesu – zmuszającej do dbania o reputację, rozszerzania sfery wpływów, eliminowania konkurencji i podsycania uwagi mediów. Gra prowadzi do stopniowej eskalacji działań bohaterów i nieuchronnie zmierza ku śmierci, stanowiącej skrajny punkt na skali wszelkich transgresji. Podstawowym narzędziem w tej grze jest wzbudzanie w widzach uczucia wstrętu, m.in. przez wykorzystywanie ludzkich wydzielinTamże, s. 142–143.[5].

Uważam, że przypominanie tego filmu bez kontekstu wojny w Wietnamie, bez Nocy żywych trupów, Teksańskiej masakry piłą mechaniczną czy filmu Wzgórza mają oczy, bez komiksu Przygody rodziny Adamsów jest zwyczajnym nieporozumieniem; ostatecznie film ten sytuuje się w pewnym szerszym kontekście, pominięcie którego jest bezzasadne; podobnie jak skupienie uwagi wyłącznie na ślinie. Dzieje kryzysu rodziny, amerykańskiego stylu życia, zaprezentowane przez autora szkicu nabierają charakteru jednostkowego skandalu pomijającego kontekst kulturowy towarzyszący zaistnieniu tego przekazu. Ostatecznie Buddebrookowie Tomasza Manna prezentują wcześniejszą formę doświadczenia końca modelu rodziny…

Niewielki objętościowo szkic Wojciecha Klimczyka poświęcony jest problemom środków wyrazu pornografii. Paradoksalnie powracamy tutaj do wyobrażeń archaicznych, przypomnianych przez Jeana Baudrillarda. Stajemy jednak przed zbanalizowanym symbolem obfitości, pisze bowiem autor: „Fallus działa za pośrednictwem obfitości, która jednak okazuje się monolitycznaTamże, s. 180.[6]”. Po raz kolejny nie otrzymamy odpowiedzi na pytanie o granice sztuki erotycznej a pornografii.

Z kolei Małgorzata Major podejmuje niebagatelny problem związany z kwestią świadomości społecznej, zainicjowany w popularnym na terenie kultury zachodniej debiutanckim opowiadaniu Stephena Kinga pod tytułem Carrie. Problematyka dojrzewania, problematyka pierwszej krwi menstruacyjnej nadal czeka na swoje rzetelne opracowanie. Na pewno nie wyręczą nas w tym infantylne propozycje z seriali dla dziewcząt i kobiet.

*

Pora by otworzyć trzecie wrota, a na nich napisano: nauka i sztuka. Za nimi czeka nas przede wszystkim najciekawszy w tym tomie tekst Joanny Jeśmian pod tytułem Posthumanistyczna podmiotowość wirusów. Wirusy a wydzieliny, wydaliny i płyny ustrojowe. Ten stylistycznie odstręczający tytuł umożliwia przeżycie dość fascynującej przygody artystycznej, a jest nią odkrycie estetycznej sfery szeroko rozumianych wirusów. Tak zwany posthumanizm jest nadal kontrowersyjną postawą estetyczną wobec ludzkiego ciała. Jednak próby wizualizacji naukowych stają się atrakcyjne, podobnie jak inne zjawiska generowane z wykorzystaniem coraz doskonalszych mikroskopów. Powiększone, żyjące wirusy – istoty niosące zagładę. Czy uda nam się tutaj nie popaść w otchłań bełkotu, wyznaczoną przez modne bzduryPor. A. Sokal, J. Bricmont, „Modne bzdury: o nadużywaniu pojęć z zakresu nauk ścisłych przez postmodernistycznych intelektualistów”, tłum. P. Amsterdamski, A. Lewońska , Warszawa 2004.[7] – czas pokaże, obawiam się jednak, że nie będzie nam to oszczędzone, nie tylko w kulturze popularnej.

Maria Tuźnik w tekście pod tytułem Krew menstruacyjna i wymiociny – o wstręcie w sztuce współczesnej pisze o tym, o czym mówi tytuł – przede wszystkim o wstręcie jako o kolejnej kategorii estetycznej, na którą skazany jest wrażliwy odbiorca sztuki współczesnej. Dagmara Rode jest zaś autorką szkicu pod tytułem Obrazy złej krwi. O kilku feministycznych przedstawieniach menstruacji. Po raz kolejny powraca temat czekający na swoje rzeczowe opracowanie.

Wreszcie wrota ostatnie z napisem: (pop)psychologia. Osobiście się zastanawiam, czy jakakolwiek inna psychologia dopuszczalna jest dzisiaj, ale to tylko moja czysto prywatna wątpliwość. Na pewno o psychologach, także w polskich środkach masowego przekazu, słyszymy dzisiaj o wiele częściej niźli o psychoanalitykach w filmach Woody’ego Allena.

Natalia Grubizna prezentuje problem Kobiecej lubrykacji, męskiego porno. Natomiast Kasper Kalinowski i Maria Zajączek starają się odpowiedzieć na pytanie tytułowe: Dlaczego Marylin Monroe sypiała z kroplą Chanel No.5 a przestępcy mają więcej testosteronu? Rola zapachów, hormonów oraz neuroprzekaźników w życiu codziennym w perspektywie psychologii ewolucyjnej. Pytanie przywołujące legendarną postać kultury popularnej XX wieku odwołuje się między innymi do kręgu wyobrażeń coraz bardziej popularnej w świecie medycyny alternatywnej aromaterapii. Niestety, niewiele dowiemy się na temat statusu dyscypliny określanej mianem „psychologii ewolucyjnej” – a szkoda.

*

Szkice zebrane w tomie Wydzieliny noszą na sobie piętno zachłyśnięcia się radosną wolnością mówienia, które w konsekwencji prowadzi do wybijania otwartych drzwi do… wychodka. Lubo też od miejsca, gdzie król chadzał piechotą.

Mankamentem tej publikacji są dwie kwestie. Po pierwsze – manifestacyjne dążenie do epatowania określonej grupy odbiorców, którzy i tak po tę książkę nie sięgną. Z różnych powodów, wśród których niechęć do sięgania po książki jest jednym z wielu. Redaktorzy tego tomu, zdaje się, zupełnie zapomnieli, że współcześnie poetyka skandalu (także na terenie inicjatyw naukowych) jest już zdecydowanie wyeksploatowana, a powoływanie się na kwestię tabu, zakazów społecznych czy norm moralnych należy zdecydowanie do przeszłości. W ostateczności może być uznawane za dziwaczny anachronizm.

Po drugie, trudno jest mi nie posłużyć się w tym przypadku alogicznym określeniem „jajeczka częściowo nieświeżego”, i to nie ze względu na zapaszek zepsutej żywności, ale ze względu na upodobanie do narzędzi analitycznych, zweryfikowanych, ale może i skompromitowanych w przeszłości. Nie mam zamiaru po raz kolejny wszczynać sporu o to, czy feminizm jest nauką, czy postawą ideologiczną. Nie podejmuję się zweryfikowania pojęć „twórczość lesbijska”, „twórczość gejowska” w odniesieniu do literatury czy filmu. Zastanawiam się jednak, czy nie warto (w odniesieniu do autorów zamieszczonych tu szkiców jest na to za późno), by w krytycznej perspektywie spojrzeć na wypowiedzi Julii Kristevej czy Slavoja Žižka. Brak kontekstu historycznego bywa ułatwieniem dla autora. Nawet jeżeli podejmuje problem marginalny, to stwarza pozory, że nikt wcześniej tego nie czynił, bezzasadnie sytuując go w sytuacji uprzywilejowanej. Zawsze pojawia się sugestia, że jest kontynuatorem myśli bądź też horyzontów wyznaczonych przez wielkiego poprzednika poszerzającego perspektywy do granic ludzkich możliwości.

Szkoda, że tyle ważnych kwestii zostało po raz kolejny unicestwionych z winy misjonarskich zapędów organizatorów projektu, na skutek nadmiernego zaufania do nowomowy współczesnego dyskursu, mającego ambicje narracji nowej nauki, świat zbawiającej.

 

Wydzieliny, red. K. Jachymek, M. Major, Gdańsk: Wydawnictwo Naukowe Katedra, 2019.

okładka

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marek Adamiec, Uczone womity, rozkoszne defekacje, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 41

Przypisy

    Powiązane artykuły