26.03.2020

Nowy Napis Co Tydzień #042 / Kucie w materii życia. Wystawa prac Augusta Zamoyskiego

Z dziełami pozostawionymi przez artystów we własnym posiadaniu bywa bardzo różnie. Można by przypuszczać, że w zakamarkach pracowni pozostają prace nieudane, nieukończone lub na które nie znaleziono nabywców. Oczywiście znajdziemy tam także takie dzieła, które są szczególnie ulubione przez twórców albo ich rodziny. Wreszcie – i w XIX i XX wieku nie było to rzadkie – czasem dzieła zostają w pracowni pozostawione celowo, gdyż twórcy liczą, że trafią do muzeów i będą świadkami ich wielkości. Znamy przynajmniej kilka takich przypadków, gdy twórca zostawiał swoją pracownie w takim ładzie, w jakim chciał, aby stanowiła ona oddział muzealny. Czasem to dziwi, czasem śmieszy, a czasem irytuje… A jednak dzieła, jakie pozostają po artystach, także szkice i zapiski, nieodmiennie fascynują i pociągają. Mamy nadzieję, że wnikając w nie, odkryjemy jakąś wielką tajemnicę, że rozszyfrujemy tajniki kreacji i geniuszu.

Całkiem niedawno trafiły do Polski prace i pamiątki po jednym z ciekawszych polskich artystów, Auguście Zamoyskim. Romantyczne miazmaty nakazywałyby nam myśleć o nim jako o artyście zapomnianym, „wyklętym”, „niepokornym”. Skoro pozostał na obczyźnie, a w ojczyźnie niewiele o nim mówiono, to taka aura powinna go otaczać. Jest to jednak opowieść myląca i wprowadzająca słuchacza w błąd. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat każdy, kto chciał, mógł o Auguście Zamoyskim czytać, a jeżdżąc po świecie – oglądać jego dzieła. Skoro wybitny rzeźbiarz tworzył i sprzedawał swoje prace za granicą, to właśnie tam jest ich miejsce. Brak zakupów jego dzieł przez polskie instytucje kultury wynikał przede wszystkim ze słabości całego systemu (i ubóstwa naszych muzeów), a nie jakiejś szczególnej niechęci wobec tego konkretnego artysty.

Ale brak jest brakiem, i możemy uznać, że nieistnienie Zamoyskiego w naszej zbiorowej wyobraźni jest złem, które nie tylko, że nas zubaża, ale wręcz nam szkodzi. Dlatego decyzja o sprowadzeniu pamiątek po nim do Polski i organizowanie wystaw prezentujących sylwetkę artysty jest ze wszech miar dobra – nie tylko zaspakaja naszą ciekawość, ale, przywracając Zamoyskiego publicznej pamięci, likwiduje źródło pewnej słabości społecznej. Wszak narody, które tracą pamięć, giną.

Tym bardziej powinna nas cieszyć wystawa w Muzeum Literatury przy warszawskim Rynku. Jest to instytucja, gdzie ekspozycje przygotowywane są w sposób wyjątkowo atrakcyjny. Wielokrotnie prezentacjom zdjęć, manuskryptów i pierwodruków towarzyszyły wspaniale instalacje – łączące informację o pisarzach z pięknym wizualnym przekazem. A ponieważ, jak powiadają, obraz wart jest tysiąca słów, to wystawy takie jak o grupie pisarzy „Sztuka i Naród”, czy o twórczości Władysława Sebyły, zapadały głęboko w pamięć.

*

Tym razem Muzeum Literatury stanęło wobec zupełnie odmiennego zadania. Ukazać życie i twórczość artysty-plastyka tak, jak zazwyczaj pokazuje zwiedzającym życie i dokonania pisarzy. Nikogo – a mnie zwłaszcza – nie zaskakuje, że i z tym zadaniem poradziło sobie doskonale.

August Zamoyski (1893–1970) – postać barwna, wielostronna, wręcz wszechstronna – wymagał wystawy prezentującej go nie tylko jako rzeźbiarza, lecz także jako wrażliwego humanistę, sportowca (w tamtych czasach mówiło się „sportsmena”), bon-vivanta, a wreszcie głęboko religijnego człowieka, pogodzonego ze światem i Bogiem. Kuratorzy stanęli przed naprawdę trudnym zadaniem – tym trudniejszym, że nie tylko życie Augusta Zamoyskiego, ale i jego sztuka pełna jest zmian i zwrotów akcji.

Jednym z pierwszych eksponatów prezentowanych publiczności jest dziecięca praca Zamoyskiego, wykonana jeszcze w rodzinnym Jabłoniu figurka krokodyla. Pozwala nam ona na nawiązanie osobistej relacji z twórcą. Patrząc na nią, dowiadujemy się, że pierwszym wprowadzającym młodego Augusta w arkana rzeźbiarstwa był miejscowy kowal. I mamy do wyboru – albo wzruszyć się nieporadnością szczerzącego zęby stworka i z sympatią patrzyć na dalsze losy jego autora, albo znaleźć z nim zapowiedź geniuszu twórczego, i już do ostatniego dzieła iść tym tropem. W każdym z obydwóch wypadków bohater wystawy wygrywa.

Wystawę zamyka z kolei – co jest logiczne – prezentacja autorskich przymiarek do nagrobka artysty. Ciemna sala, pośrodku której widzimy wygięte w łuk ciało powstającego z grobu. Ciało przybite klamrami do ziemi. Czy to zapowiedź ciała zmartwychwstania na końcu czasów? Czy może wariacja na temat ewangelicznej prawdy o Zmartwychpowstaniu Zbawiciela? A może połączenie obu wątków, zawarte w przymiarce do dzieła ostatniego? Bo takim jest, choćby w wymiarze symbolicznym, nagrobek wykonany własnoręcznie.

Pomiędzy tymi dwiema pracami – wyrobem dziecka i projektem miejsca ostatecznego spoczynku – poznajemy człowieka, który żyje z rozmachem. Nie chodzi jedynie o perypetie z życia osobistego, chociaż jest ono barwne i ciekawe. Ślub z kobietą „spoza sfery”, czyli słynną na cały świat tancerką Ritą Sachetto, skutkował wydziedziczeniem i zerwaniem relacji z prawie całą rodziną. Ale związek ten nie trwał długo i zakończył się rozwodem, równie skandalicznym jak małżeństwo. Emocje porzuconej kobiety były tak wielkie, że świadek Zamoyskiego – Witkacy – przyznawał się do obaw, że zostanie oblany przez nią kwasem. W tym miejscu warto zaznaczyć, że kolejne małżeństwo rzeźbiarza przyczyniło się do pojednania z rodziną. Najprawdopodobniej dlatego, że tym razem wybranka – chociaż śpiewaczka – pochodziła z właściwej, to znaczy szlacheckiej rodziny. Ale Zamoyski dalej prowadzi szalone życie – jedzie robić karierę do Ameryki (bez powodzenia), wraca do Europy, gdzie znajduje uznanie nie tylko jako rzeźbiarz, ale jako postać powszechnienie znana ze swoich wybryków i umiejętności prowadzenia znakomitego public relations. Termin ten nie był wówczas znany, podobnie jak słowo „celebryta”, ale August Zamoyski świetnie wiedział, jak wpasować się w ramy jednego i drugiego zjawiska. Oba – chociaż jeszcze nie nazywane współczesnymi określeniami – funkcjonowały doskonale. Sławna na cała Europę i relacjonowana w mediach podróż rowerowa z Paryża do Zakopanego była wynikiem zakładu. Rzeźbiarz jechał przez Alpy i przed dom Kasprowicza dotarł w dwadzieścia jeden dni. Czytelnicy gazet świetnie wiedzieli, kim jest Zamoyski. Tym, co go różniło od współczesnych nam celebrytów, jest fakt, że przy okazji osiągnął naprawdę wiele jako artysta.

Z czasem Zamoyski ustatkowuje się, przejmuje po zmarłym ojcu gospodarowanie w rodzinnym Jabłoniu, ale nie przestaje tworzyć. Wojna – jak w przypadku wielu artystów – jest dla niego powodem kolejnego wyjazdu z Polski. Tym razem już ostatecznego. Po ponad dekadzie wojennej wędrówki przybywa do Europy z Brazylii (gdzie pozostawił za sobą wzruszający pomnik Chopina na plaży w Rio de Janeiro) i dokonuje kolejnego zwrotu życiowego. Osiada na kilka lat w klasztorze dominikanów. Po raz kolejny żeni się (tym razem już do końca życia), a jego twórczość przybiera charakteru religijnego, na nowo przyjmując bardzo ekspresyjny charakter.

*

Wystawa w Muzeum Literatury stara się połączyć w jedno opowieść o życiu i twórczości Augusta Zamoyskiego. Widzimy rzeźby z okresu formistycznego, gdzie widoczne są ekspresja i nawiązanie do kubizmu. Są to dzieła poruszające, niezależnie od tego, czy patrzymy na popiersia, czy same głowy, czy wreszcie zadziwiające rytmem i harmonią ekspresyjnie splątane ciała. Zamoyski, dołączywszy do grupy formistów, rozwijał własny, indywidulany styl. W końcu – jak sam napisał w jednym z tekstów – „wyrósł z formizmu”. Powoli zaczyna kroczyć w kierunku sztuki nowego klasycyzmu.

Prawdziwym clou wstawy jest prezentacja wielkich rzeźb przywiezionych z Francji. Widzimy tam ślady kolejnych etapów artystycznego rozwoju Zamoyskiego. W czasie wojny i w okresie powojennym, gdy przebywał w Ameryce Południowej, rzeźbiarz przeszedł okres klasycyzujący. Widać to doskonale w jednym z jego najbardziej znanych dzieł – pomniku Chopina w Rio. Na wystawie klasycyzmowi Zamoyskiego poświęcona jest osobna sala. Zwiedzający widzą wiele wersji rzeźby Rhea, czyli Ziemia, czyli w półmroku tego świata. Pojęcie klasycyzmu, chociaż wyświechtane, doskonale pasuje do tego okresu twórczości Polaka – jego celem było wówczas uzyskanie doskonałej harmonii pomiędzy materią a formą rzeźby.

Duch klasycyzmu towarzyszy Zamoyskiemu w kolejnej przemianie, tym razem w stronę myśli i sztuki religijnej. Przemiana zarówno stylistyczna, jak i ideowa jest tak wyraźna, że artysta otrzymał od jednego z komentatorów (niewątpliwie zasłużony) przydomek „ekspresjonista mistyczny”. Imponujący krakowski pomnik kardynała Sapiehy jest na wystawie reprezentowany przez rzeźbiarski „szkic” i zdjęcia, które ukazują gest splecionych dłoni rzeźbiarza, powtórzony w rzeźbiarskim dziele – obrazy, które tłumaczą nam co było punktem wyjścia całej kompozycji. Postać kardynała ukazana jest w zwartej bryle, kapłan ma pochyloną głowę i splecione dłonie – co nadaje temu „słupowi” charakter modlitewny. Z jednej strony mamy tu odwołanie do antycznych herm (ustawianych przy drogach i na ich rozstajach), a z drugiej – odwołanie do rodzimych świątków i kapliczek. Ekspresja rzeźby, pomimo pozornej statyczności, wynika z wielkiej skumulowanej energii. Mamy do czynienia z jedną bardziej udanych rzeźbiarskich prób ukazania wewnętrznej siły modlitwy i skupienia.

W 1976 roku, w dwudziestą piątą rocznicę śmierci Sapiehy, „wypełniając obowiązek wobec historii”, Karol Wojtyła, następca kardynała, odsłonił i poświęcił ten pomnik na placu przed bazyliką krakowskich franciszkanów. Trzy lata później na wystawie Polaków portret własny licznie odwiedzający ekspozycję goście mogli oglądać obraz Leszka Sobockiego Polak 1979. Skromne w formie, ale potężne w ekspresji i wyrazie popiersie Jana Pawła II ukazuje modlitwę, skupienie oraz wewnętrzną potęgę następcy kardynała Sapiehy. Splecione dłonie są – nieistotne, czy celowo, czy przypadkowo – reminiscencją gestu ze zdjęć Zamoyskiego i posągu krakowskiego „Księcia Niezłomnego”.

I tą drogą dochodzimy – prowadzeni przez kuratorów wystawy – do wspomnianej już, ostatniej sali, w której ukazano pożegnanie ze światem i nadzieję na wieczność Augusta Zamoyskiego.

Słowo „kucie” odnosi się zarówno do rzeźby, jak i do kowalstwa. Jakże ciekawy jest fakt, że oba odniesienia doskonale pasują do życia Zamoyskiego. Ciężka praca w kamieniu (to granit był jego ukochaną materią rzeźbiarską) prowadzona była równolegle do radosnego życia – nawet ponad trzyletnie zamknięcie się w klasztorze nie było dla artysty niczym ponurym. I jedno, i drugie miało na celu tworzenie, przekształcanie. Był Zamoyski twórcą totalnym, który nie traktował swojego artystycznego powołania jak zleconej pracy – była ona integralną częścią jego życia. A może należałoby powiedzieć inaczej: artysta przez wiele lat kuł w materii życia i osiągnął efekt zaiste imponujący.

Teraz, gdy zaraza zdradliwie zaatakowała nasze muzea – i całą naszą kulturę – zamknięte ekspozycje grożą tym, że eksponaty trafią do kufrów i skrzyń, a potem zostaną na długie lata ukryte w magazynach. Na stronie internetowej Muzeum Literatury biją po oczach niebieskie wytłuszczenia: „odwołane”, „odwołane”, „odwołane”. Odwołano oprowadzanie, wykłady – wirus jest przemożny. Zadbajmy jednak, aby nie „odwołać” pamięci o Auguście Zamoyskim.

August Zamoyski. Myśleć w kamieniuMuzeum Literatury od 6 grudnia 2019 do 17 maja 2020 roku. Autorka wystawy – dr Anna Lipa, kuratorzy wystawy – dr Anna Lipa, dr Łukasz Kossowski.

Plakat z wystawy prac Zamoyskiego

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Juliusz Gałkowski, Kucie w materii życia. Wystawa prac Augusta Zamoyskiego, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 42

Przypisy

    Powiązane artykuły