23.04.2020

Nowy Napis Co Tydzień #046 / Przypadek? Nie sądzę. O „Wypadkach z przypadkami” Anny Dwojnych

1. Rozpoznanie wstępne

Anna Dwojnych, debiutująca w 2011 roku tomem gadu gadu, po ośmiu latach powraca z książką Wypadki z przypadkami. Joanna Mueller w blurbie pisze, że „Anna Dwojnych nieustępliwie sprawdza język pod kątem tego, jak się w nim miewa (lub jak w nim nie ma) kobieta”, zaś sama autorka deklaruje, iż „naukowo i pozanaukowo interesuje się ciałem i cielesnością”. Spodziewać się zatem możemy wierszy feministycznych, zgłębiających tak język, jak i kulturę współczesną. Czy faktycznie właśnie to oferuje nam najnowszy tom toruńskiej stypendystki? Rzeczywiście, ta książka to przede wszystkim diagnoza języka, a poprzez język też otaczającego świata; diagnoza sytuacji kobiety w języku i w świecie. Jeśli chodzi o rozpoznania – tom niewątpliwie nie napawa optymizmem. Autorka gadu gadu bada naszą codzienną komunikację (zwłaszcza to, jak mówimy, co przez to chcemy powiedzieć, a co naprawdę zostaje wypowiedziane), a my przyjrzyjmy się jej poetyckiemu idiolektowi.

2. Poezja zagłaskana

Na pewno należy oddać poetce, że w penetrowanych obszarach porusza się pewnie i sprawnie. Jej wiersze są komunikatywne, czyta się je płynnie, bez przeszkód. Wszelkie konteksty – literackie, mitologiczne czy filozoficzne – są zgrabnie wplecione w tekst. Poszerzają możliwą interpretację, ale nie narzucają się odbiorcy; są raczej propozycją niż wytyczną lekturową. To nie jest poezja przeintelektualizowana, pomimo licznych odniesień kulturowych. Swoboda, z jaką Dwojnych porusza się w materii słowa, jest jednak mieczem obosiecznym. Wiersze zostały przez autorkę potraktowane z niezwykłą uwagą i pieczołowitością, wszystko tu się zgadza aż po ostatnie szlify. Czytelnik gładko ślizga się po tych tekstach. I to jest paradoksalnie ich największy mankament.

Nie mamy gdzie się potknąć, o co zahaczyć, przy czym zatrzymać. Pozostając przy metaforze ślizgu: tafla jest gładka, patrzymy na nią z przyjemnością, ale tak naprawdę czekamy, aż ktoś wejdzie na lód, zostawi żłobienie, potknie się, nabije sobie guza. Wszystko jest gotowe, lecz jeszcze nic się nie dzieje, dopiero mogłoby zacząć. Jak napisał Jakub Skurtys w swoim obszernym – liczonym na 204 minuty – poetyckim podsumowaniu 2019 roku, „w sumie poprawnie napisana książka, ale nie ma w niej nic ponad tę poprawność wierszy z przeciętnego czasopisma, które odrobiły lekcje z lat 2000http://malyformat.com/2020/02/bywa-rewolucyjna-podsumowanie-roku-2019-poezji/[1]. Dwojnych nie zostawiła – niestety – miejsca dla przypadku. Pietyzm też bywa szkodliwy. Osiem lat to dużo czasu na przygotowanie drugiej książki. Być może po prostu za dużo. 

3. Język i jego temperatura

Dwojnych czerpie z tradycji lingwizmu i neolingwizmu. Wszystko właściwie rozbija się tu o język, bo – jak słusznie zauważa poetka w jednym z wierszy – „każda zmiana zaczyna się od języka”. Wierna tej maksymie, autorka gadu gadu to właśnie w języku upatruje szans oraz zagrożeń. Podjęte przez nią działania mają być tym krokiem, który zmianę rozpocznie, są to zatem działania bardzo serio, poprzedzone wnikliwą obserwacją i – w założeniu – skutkujące następstwami w obszarze relacji międzyludzkich, a szerzej sposobu myślenia oraz kształtowania tradycji kulturowych. Przywołajmy w całości jeden z wierszy, Słowo na niedzielę, w którym poetka diagnozuje możliwości języka, a tym samym odsłania przeszkody komunikacyjne, jakim podlegają wszyscy, zwłaszcza kobiety: 

w niedzielę nasze języki się gubią, bezradnie
mielimy rosnącą w ustach interpunkcję.
przecinek w niewłaściwym miejscu potrafi
teraz wywołać wojnę, staramy się panować
nad myśleniem, ale nie jesteśmy poprawni
gramatycznie. składnia skłania nas do krzyku,
wypluwamy słowa niczym zgniłe jabłka.
semantyka nie traktuje nas poważnie:
w niedzielę nie dzielimy znaczeń, znaczenia
rozdzielają nas. 

Zacytowany powyżej wiersz jest diagnozą nie tylko językową, ale też społeczną. Dwojnych jest absolwentką socjologii i niewątpliwie jej rozpoznania w równej mierze dotyczą tak języka literackiego, jak i potocznego, a idąc dalej – odnoszą się do kultury oraz społeczeństwa. Zależność tych dwóch obszarów – lingwistyki i socjologii – ujawnia się w Wypadkach z przypadkami wyjątkowo często. Poetka odsłania zawarte w języku krzywdzące stereotypy, które dotyczą nie tylko kobiet, ale też choćby mniejszości narodowych. Niewątpliwie są to ważne tematy, wciąż nietraktowane z należytą powagą, mam jednak wrażenie, że nie wybrzmiewają one w tych wierszach należycie mocno. I nie chodzi o to, żeby Dwojnych krzyczała, buntowała się czy sięgała po wulgaryzmy. Przywołajmy raz jeszcze fragment tekstu Skurtysa, który zdaje się trafiać w tej mierze w punkt: 

Dwojnych ma jakby gotowy przepis na wiersz: cytat sygnalizujący polifoniczność, scenka, wyprowadzanie kolejnych obrazów z asocjacji związanych z poprzednimi. […] Za dużo tego wszystkiego, […] co ostatecznie sprawia, że nawet skondensowane teksty wydają się przegadane i letnie.Tamże.[2]

 Nie sądzę, żeby założeniem autorki była „letniość” komunikatu, a rzeczywiście taki właśnie jest efekt – wiersze nie zatrzymają nas dłużej, niż będzie tego wymagała lektura. 

4. Po co ta mowa?

Tytuł całego tomu, taki sam jak jednego z ostatnich wierszy pomieszczonych w książce, świetnie oddaje to, o czym pisze Dwojnych. Autorka wzięła pod lupę język, a zwłaszcza skostniałe w nim formy, które tak trudno dzisiaj zmieniać, nie ocierając się o śmieszność. Żeńskie formy zawodów są tematem gorących dyskusji, wręcz sporów. Tytułowe „wypadki” sugerują z jednej strony potencjalnie niebezpieczne zdarzenie, a z drugiej coś niezamierzonego. I tak właśnie jest z językiem: używanie go w zastanej formie ma swoje realne konsekwencje. „Bronić się, że środek stylistyczny ma swoje / prawa, to za mało”, nie możemy zrzucić wszystkiego na karb tradycji i przyzwyczajenia. To nie jest tak, że językowa – i nie tylko językowa – sytuacja kobiet jest wypadkiem przy pracy. W Bagażu podręcznym czytamy: „najpierw muszę wypluć ość”, by po kilku stronach, w wierszu Znów listopad, usłyszeć: „zadzwoń, / gdy zaczniesz się dławić”. Wypadki z przypadkami, czyli wszystkie językowe uchybienia, mają taki właśnie skutek: dławią, drapią, utrudniają lub nawet uniemożliwiają mówienie. Z tym stara się walczyć Dwojnych, za oręż mając świadomość problemu i swobodę językową.

Podkreślmy raz jeszcze, że poetka mówi o problemach istotnych tu i teraz. Funkcjonuje we współczesnej rzeczywistości, z którą musi mierzyć się tak samo, jak wszyscy czytelnicy i wszystkie czytelniczki. Dwojnych zostawia nam jasne przesłanki, osadzające nas w rzeczywistości tych tekstów tożsamej z tą, która nas otacza: jest Facebook, Radio Zet, wszystko na ASAP. O ile w obszarze języka poetka wykazała się nadmierną dbałością, o tyle nie dość zatroszczyła się o obszar pozajęzykowy: aspekty związane z miejscem, czasem, wszelkie szczegóły, opisy, detale są jedynie zarysowane. O wszystkim, co jest poza językiem, wnioskować możemy wyłącznie z przesłanek. Zabrakło tu konkretu. Jest jakieś miasto, jakaś rzeka, jakieś tory, jakieś „stąd”. Wbrew pozorom nie służy to uniwersalizacji diagnoz, bo utrudnia osadzenie w rzeczywistości pozatekstowej. „Podobno każda / zmiana zaczyna się od języka”, ale nie na języku się kończy i nie tylko do niego się sprowadza.

Wypadki z przypadkami to książka ze zmarnowanym potencjałem. Anna Dwojnych umie pisać, panuje nad materią wiersza i ma dużo do powiedzenia, a jednak efektem tego jest publikacja, w której „niby wszystko się zgadza”Tamże.[3]. Trochę szkoda – jest nieźle, mogło być bardzo dobrze. Więcej oddechu w wierszu, skupienia na szczególe oraz zaufania czytelnikowi, zostawienia mu przestrzeni; mniej autorskiej kontroli oraz językowej gry i – być może – następna propozycja będzie ciekawsza, zatrzyma na dłużej, powie więcej. Tego życzę i autorce, i sobie.

 Wypadki z przypadkami

A. Dwojnych, Wypadki z przypadkami, Dom Literatury w Łodzi, Łódź 2019.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Anna Mochalska, Przypadek? Nie sądzę. O „Wypadkach z przypadkami” Anny Dwojnych, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 46

Przypisy

    Powiązane artykuły