30.04.2020

Nowy Napis Co Tydzień #047 / Jurodiwy łapie autostop

Podróżowanie i czytanie zdają się być dwoma stronami tego samego medalu. Otwarcie  książki, jest jak  pierwszy krok na nowej drodze – obydwie czynności powodowane są poczuciem, że żyć tu nie sposób. Wędrowiec przez kilometry lub strony wyrusza z przeświadczeniem, że gdzieś tam musi być inaczej. Michał Milczarek wybrał podróż jeszcze dalej. Podróż na samą krawędź mapy. A nawet trochę dalej.

Rosja zawsze była tajemnicza i pociągająca. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że tak jak dla intelektualistów zachodniej Europy ważna była podróż do Włoch, tak Polaków zawsze kusiła Rosja. Michała Milczarka przywołała poprzez atlas geograficzny. Szczecin, szkoła we wczesnych latach 90., blokowisko i wciąż unoszący się w powietrzu zapach PRL – co innego można robić niż patrzeć przez okno atlasu? W wyobraźni pokonywać odległość między „Tu” a „Tam”. Najdalsze, najbardziej tajemnicze „Tam” wydaje się być na terenach ZSRR, jak mówi papierowy szkolny atlas, który jeszcze nie zdążył się zaktualizować. Nie tylko on nie nadąża za zmianami, bowiem granice nie otwierają się nazbyt szeroko dla turystów. Wodząc palcem po mapie Milczarek kreśli trasy wypraw do „Tam”, gdzie najzimniej, najdalej. Aż na krawędź mapy. „Narysowałem sobie drogę, więc istniała taka możliwość”, pisze. Z czasem Michał podrośnie na tyle, aby samemu ruszyć przed siebie. Szczęśliwie granice otworzą się szerzej, a w niektórych miejscach Rosji jedynie uchylą nieznacznie. Linie papilarne już poznały „Tam”, teraz czas, aby stanąć na gruncie, gdzie mróz i historia wychylają się za krawędź mapy.

Przyjechałem zobaczyć nic

Od chwili gdy tylko zobaczyłem zapowiedź książki Michała Milczarka Donikąd, czekałem z niecierpliwością na jej lekturę. Zdążyłem już literacko poznać autora, a jest to znajomość dla mnie bardzo cenna. Milczarek jest autorem dwóch świetnych książek: Z martwych was wskrzesimy. Filozofia Nikołaja Fiodorowa oraz Drzewo życia. Fenomen Wasilija Rozanowa. Jest także tłumaczem; to dzięki jego pracy udało się dokonać przekładu (wspólnie z Cezarym Wodzińskim) Fidorowa Filozofia wspólnego czynu. Przystępując do lektury Donikąd spodziewałem się książki, gdzie zapiski z podróży zostaną zderzone z przeszłością i teraźniejszością Rosji. Gdzie rzeczywistość zza wschodniej granicy zostanie potraktowana wytrychem literatury i filozofii i odsłoni się jeszcze jedna matrioszka do kompletu. Na cokolwiek jednak przygotowywał się czytelnik, to jednak nie spodziewał się, że tytuł tak dobitnie odda treść książki. Wraz z podróżnikiem Milczarkiem dotarliśmy naprawdę do mitycznego „Tam”, czyli rzeczywistego nigdzie. Autor zabiera czytelnika w podróż autostopem po Czukotce, Kamczatce, Koriacji, Kołymie, Jakucji, Ewenkii, aby stanąć na krawędzi mapy. Wyjść z książek, z uniwersyteckiej mowy wzniosłej i przekonać się rzeczywiście, namacalnie jak jest. Ontologicznie, że tak się wyrażę, idąc tropem pisarstwa Milczarka, doświadczyć tego, że Leibniz się myli, gdy twierdzi, że istnieje bardziej coś, niż nic. Autor Donikąd dociera właśnie tam, gdzie rozciąga się nic. W tym „nic” ludzie nie tyle żyją, ile bardziej dożywają swoich dni. Jednocześnie tamtejsi mieszkańcy patrzą ze zdziwieniem na „reprezentanta jednogłowego orła” i pytają, pukając się w czoło: „po coś tu przyjechał? Tu nic nie ma”. „No właśnie po to przyjechałem – odpowiada raz po raz Milczarek – że tu jest nic”. Przez pierwszą część książki czytelnik jest podekscytowany zgłębianiem niczego, dotarciem do granic, znalezieniem się wraz z autorem w miejscu, gdzie kończą się linie szkolnego atlasu. Jednak przez drugą część wzrasta uczucie, że to już było, że należy dokonać jakiś krok dalej. Problem jest jednak taki, że nie da się zrobić kolejnego kroku donikąd.

Rosja, albo to, co uważamy za Rosję, nie przestaje fascynować. Michał Milczarek zamiast Rozanowa, Fiodorowa czy Dostojewskiego, pokazuje inny powód: na początku była mapa. W literaturze tematu brzmi to dosyć zaskakująco. Zatem nie tropem Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Józefa Czapskiego, nawet nie tropem Bierdiajewa czy choćby Sołżenicyna, ale właśnie poprzez południki i równoleżniki. Oczywiście, że Rosję da się czytać również i w ten sposób. Tylko czy dysponując taką znajomością literatury rosyjskiej, również tej na pograniczu ortodoksji i myślicieli religijnych, jaką posiada autor, nie lepiej, ba, ciekawiej dla czytelnika, byłoby przedstawić swój własny klucz-wytrych do zrozumienia Rosji? Wydaje mi się, że właśnie tu leży główna oś sporu między czytelnikiem a Milczarkiem. Autor z całą świadomością (i jest w tym konsekwentny) do minimum ograniczył odwołania do całego bagażu uniwersyteckich studiów. Są tylko oczy, węch, dotyk. Zmysły, tym jest Milczarek na kartach książki. Jedzenie, spanie, wędrowanie, patrzenie. Jest „ja”, wszechogarniające „ja”, tam, gdzie powinno być nic. Czytelnik szukający niejako dalszych tropów z książek Milczarka zawiedzie się. Donikąd to zupełnie inna podróż. A do takiej należy znaleźć osobny sposób pisania. I Milczarek go znajduje.

Jurodiwy z Polszy

Na czwartej stronie okładki wydawca zamieścił blurb Ziemowita Szczerka, który jest w zasadzie odmienianiem przez przypadki utworzonego słowa „wmilczarcza”. Rozumiem chęć zaciekawienia czytelnika, rozumiem także próbę podjęcia słownej gry z pisarstwem Milczarka, nie wiem jednak, jak ma to przekonać czytelnika do lektury. Wspominam o tym dlatego, że istnieje już w długiej tradycji literatury i kultury w Rosji sposób odczytania dawnego kraju carów. James Billington w świetnym studium Ikona i topór. Historia kultury rosyjskiej pisze, że od X wieku słowo „obcokrajowiec” było synonimem idiotyJ.H. Billington, Ikona i topór. Historia kultury rosyjskiej, Kraków 2008, s. 90–91.[1]. Współcześnie mieszkańcy skraju Rosji, jakby zatrzymani w czasie, niedowierzają, że ktoś pokonał tyle kilometrów, włożył tyle wysiłku, aby do nich przybyć. Zdumienie, niedowierzanie, pukanie się w czoło, jest częstym opisem w podróży Milczarka. Jednak „obcokrajowiec” i „idiota” mają jeszcze jedną definicję. Cezary Wodziński w książce Św. Idiota pokazuje, że obcośćC. Wodziński, Św. Idiota, Gdańsk 2009, s. 43.[2] (inny, cudzoziemiec) i głupota (niedorzeczność) są znakami rozpoznawalnymi jurodiwych. Święci szaleńcy, tak charakterystyczni dla prawosławia, odznaczają się bełkotliwą mową, kontrowersyjnymi wypowiedziami, a także specyficznym wyglądem: odzienie nie do kompletu, łańcuchy na gołym ciele, potargane włosy. Ich inność, bycie „nie z tego świata”, choć wzbudza sensację, a nierzadko również gniew, jednocześnie zapewnia im nietykalność. Milczarek jawi się na kartach Donikąd jako współczesny jurodiwy. W zamarzniętych rubieżach Rosji chodzi w europejskich butach, co wzbudza politowanie okolicznej ludności. Wreszcie zakłada walonki, w których jest mu co prawda cieplej, ale nie potrafi w nich chodzić. Przewraca się raz po raz, co wzbudza dodatkowe salwy śmiechu. Nie ma rady, trzeba wrócić do obuwia z Europy. Zatem żadne tam „wmilczarcza” i „zmilczarcza” Ziemowita Szczerka, tropy zostały wytyczone już dawno temu. Milczarek podąża tropem wyznaczonym przed wiekami. To jurodiwy naszych czasów. Im głębiej wkracza w terytorium Rosji, im bardziej sięga jej lodowatego serca, tym bardziej język miłosnego uniesienia autora zamienia się w wulgaryzmy, czarny humor, ironię balansującą na krawędzi spoglądania w otchłań beznadziei. „Rozumem Rosji nie pojmiesz”, chciałoby się powtórzyć za mędrcami, gdy czyta się kolejne zapisy Milczarka jako żywo przypominające przywidzenia, halucynacje, narkotykowe wizje. I w tej podróży, gdzieś tak pośrodku dokładanie niczego, ja wysiadam.

Dalej rozpościerała się zatruta tundra. Chmury bezszelestnie wędrowały po niebie, mieszając się z dymami. Asfalt i beton ścieliły się bezwładnie. Wszystko wyglądało tak samo, jak na początku. Byt trwał w oczekiwaniu, a śmierć wciąż obowiązywała, wystarczyło wejść pod samochód mknący do Kajerkanu. Idee leżały odłogiem w bibliotekach, przestrzeń wisiała nad światem bezwładnie, a czas ograniczał się narodzinami i śmiercią. Panowała globalna nędza wszechświata. Sojuz runął i nic nie zostało zrobione. Na nic zdały się druty kolczaste i utylizacja ontologicznych wrogów. Wszystko poszło w chuj. Zostały tylko czarne hałdy. Śmierć zniknie dopiero wtedy, gdy nie będzie już nikogo, kto mógłby umrzeć.

Donikąd prowadzi rzeczywiście tam, gdzie głosi tytuł, autor zdaje się kręcić w kółko, powtarza siebie, używa tych samych słów, tylko nazwy geograficzne się zmieniają. Z tego kręcenia się po własnej orbicie nie wytwarza się żaden obraz, żadna stała wartość. I to jest największe rozczarowanie książki, że po znawcy myśli rosyjskiej czytelnik oczekuje czegoś głębszego, niż powtarzanie mantry zdań typu „nicość jest prawdziwą wiecznością”, „nicością się oddycha”, „niebyt jest, bytu nie ma”. Nawet w przywołanym fragmencie czuć potencjał, echem powraca myśl Fiodorowa, a jednak zdaje się, że Milczarek nie jest w stanie przepchnąć tego na wyższy, lepszy poziom. Wzniosłość miesza się z przyziemnością, zachwyt z rozczarowaniem, surowość przyrody podkreślona zostaje industrialnym rozpadem i wulgaryzmami. Wniosek? Że Rosja jest niekończącą się ilością matrioszek, że jest płynna, że nie ma jednej Rosji, że wreszcie… Ale to wszystko wiedzieliśmy już wcześniej. Opisując warsztat samochodowy w Ust-Bolszeriecku stwierdza: „Na ścianie wisiały gołe baby, na półkach walały się klamoty, a na stole zamiast ceraty leżała rozścielona gazeta. Niby koniec świata, a tak samo jak wszędzie”. Jakoś nie jestem zaskoczony…

Dokądś

Najciekawiej robi się wtedy, gdy Milczarek odwołuje się jednak do swojego bagażu uniwersyteckiego. Fragment w którym autor staje przed świecką ikoną Lenina w Susumanie jest przejmujący. Odczytuje z niej wszystkie obietnice dane człowiekowi radzieckiemu: nastąpi elektryfikacja kraju, zapanujemy nad atomami, odwrócimy biegi rzek, ujarzmimy wodę i słońce, narodzi się nowy człowiek. Słowa Milczarka płyną nieprzerwane, wznoszą się wedle mistycznego uniesienia, które wielokrotnie badał i opisywał w swojej naukowej twórczości. Jednocześnie rozglądając się po świecie, który miał być przemieniony, dostrzega jedynie rozczarowanie. I rozciągnięty, aż do granic pojmowania, ból. Tam, gdzie kiedyś były łagry, teraz stoją bloki mieszkalne. Wymarłe kopalnie, zdewastowana przyroda. Cokolwiek zostało zbudowane, ma za swój fundament kości, a za spoiwo trawę. Utopia rewolucji, gdzie jej hasła w opustoszałym krajobrazie brzmią jak przechwycone przesłanie od przybyszów z kosmosu. „Krajobraz Kołymy był skurwiony”, podsumowuje Milczarek. Tak, to się czyta świetnie, ponieważ autor odwołuje się do pojęć, historii, kultury rosyjskiej. Słowem: do całej wspólnej czytelnikowi i autorowi siatki znaczeniowej. Gdy zamiast tego pisze o swoim śpiącym-jedzącym-przewożonym-wąchającym „ja”, nie znajduję wspólnej płaszczyzny. Zaskakująca jest decyzja, aby odciąć się od uniwersyteckiej katedry i zmierzyć się z Rosją, mając siebie tylko za przyrząd pomiarowy. To przecież trochę tak, jakby zrezygnować z poruszania się na dwóch nogach. Donikąd trochę kuśtyka: ma świetny pomysł, ale nie potrafi go umiejętnie przekazać. Są wszak autorzy, którzy wybrali podobną, acz znacznie bardziej dojrzałą strategię pisania o Rosji. Mamy niesamowite, tętniące życiem i mające swój ciężar intelektualny, reportaże Bartosza Jastrzębskiego i Jędrzeja Morawieckiego. Mamy kolejne tomy książek Mariusza Wilka wchodzące w skład Dziennika Północnego. Donikąd pozostaje jednak mową jurodiwego: jest trochę śmiesznie, trochę obscenicznie, trochę do zadumy. Głęboko ufam, że nie jest to ostanie słowo Michała Milczarka, a jego kolejna książka doprowadzi czytelnika dokądś.

 

M. Milczarek, Donikąd. Podróże na skraj Rosji, Wołowiec 2019.

 

Zachęcamy do odwiedzenia bloga Marcina Cieleckiego:  https://marcincielecki.wordpress.com/

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Jurodiwy łapie autostop, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 47

Przypisy

    Powiązane artykuły