12.03.2020

Nowy Napis Co Tydzień #040 / Tolle lege, tolle lege

Teraz, gdy wpatruję się w okładkę Archiwum Ringelbluma. Antologia, czuję niemoc. Słowa, na ogół posłuszne, uchylają się od swoich obowiązków. Nie wiem, jak napisać o tej książce, gdy samo określenie „książka” jest niewystarczające. Już prędzej „dzieło”, „biblioteka”. Nawet funkcjonująca nazwa „archiwum” wydaje mi się niezbyt pojemna. Może raczej „świat” – zamknięty przymusowo okładkami, które nie są w stanie go objąć.

Przeczytać świat

Przypomnijmy, że Archiwum Ringelbluma początek swój bierze z prywatnych notatek Emanuela Ringelbluma, młodego historyka i społecznika. Już we wrześniu 1939 roku prowadzi zapiski, w których rejestruje rzeczywistość okupowanych ziem polskich. Zdaje sobie sprawę, że jego pojedynczy głos jest niewystarczający. Być może szuka też metody, w jaki sposób opisać polifoniczność doświadczenia wojny. Dopiero kilka miesięcy później rozwiązanie ziści się. 16 listopada 1940 roku zostaną oficjalnie zamknięte granice getta warszawskiego. Będzie to największe getto w okupowanej przez Niemców Europie. Za jego murami znajdzie się w szczytowym momencie – latem 1941 roku – 460 tysięcy ludzi.

W maju 1940 uważałem za celowe nadać tej nader ważnej pracy charakter społeczny. Dobrałem odpowiednich ludzi i dzięki temu praca rozwinęła się we właściwym kierunku i prowadzona była we właściwym zakresie, napisał Emanuel Ringelblum.

„Odpowiedni ludzie” spotkali się na zebraniu założycielskim, które odbyło się jesienią 1940 roku (5 październikaWedług zapisków Menachema Kohna, członka Oneg Szabat.[1] lub 22 listopadaWedług zapisków Hersza Wassera, członka Oneg Szabat.[2] – w datowaniu zachodzą rozbieżności). Ustalono wtedy założenia projektu dokumentacyjno-archiwalnego: opisać świat sztucznie stworzony i jego relacje ze światem zagrabionym. Opisać świat, czyż nie zuchwałe to zadanie? Jeden człowiek nie jest w stanie tego dokonać, nadto jeden gatunek literacki tego nie obejmie. Zespół Ringelbluma wyszedł naprzeciw niespotykanemu dotąd doświadczeniu – nie tylko wojny, ale również całej gamy postaw po obydwu stronach muru getta – i musiał znaleźć odpowiednie słowa, aby opisać świat, który na ich oczach zarazem, właśnie ulegał zniszczeniu, jak i ten, który powstawał na gruzach starego. W tym celu otworzył się na wielość doświadczeń i wielość głosów. Oprócz typowych rejestratorów zmian, czyli historyków, tak samo ważni stali się przedstawiciele różnych profesji: adwokat, rabin, pisarz, poeta, wychowawca. Grupa przyjęła nazwę Oneg Szabat, czyli Radość Soboty od terminu spotkań. Od tej pory nie mówili o sobie inaczej jak „zakon braci” czy „wspólnota braterska”. Nazwy te podkreślały wyjątkową atmosferę, która połączyła ludzi z różnych środowisk, często przeciwników politycznych. Wszyscy byli świadomi tego, że dokonują rzeczy wielkich, rzeczy niepowtarzalnych. Dawid Graber, uczestnicząc w zakopaniu części pierwszej zbioru Archiwum Ringelbluma, zdążył jeszcze dopisać w swoim testamencie: „Chciałbym dożyć jeszcze momentu, kiedy będzie można wykopać ten wielki skarb i wykrzyczeć prawdę. […] Niech ten skarb dostanie się w dobre ręce, niech dożyje lepszych czasów, niech zaalarmuje świat o tym, co się stało w 20 wieku”. Ostatnie słowa ukrywających Archiwum Ringelbluma podkreślają dwie rzeczy: doniosłość chwili i poczucie szczęścia. Jest tym bardziej niezwykłe, że ukrycie miało miejsce 3 sierpnia 1942 roku, czyli w samym oku cyklonu jakim była Wielka Akcja Likwidacyjna (22 lipca–21 września 1942 roku), gdy w getcie odbywają się blokady ulic i domów, aby dostarczyć ludzi na Umschlagplatz. Chaos, przerażenie, bezradność – wszystko to czytelnik znajdzie w antologii. Ale szczęście i poczucie doniosłości zamiast zezwierzającego wręcz strachu? Co czyni Archiwum Ringelbluma takim wyjątkowym?

Skarb na dnie morza ruin

Zapisywanie życia, ale także i umierania getta, wymagało różnorodności. Różnorodność materiału pisarskiego – kartki w kratkę, odwroty pism urzędowych, szary papier, ołówek, niebieski czy czarny atrament – odpowiada różnorodności literackiej, mamy tu bowiem do czynienia z listami, grypsami, opowiadaniami, relacjami, ankietami, esejami, artykułami, poezją, testamentami, dokumentami urzędowymi, diariuszami. A do tego dochodzą artefakty codzienności: rysunki, bilet komunikacji miejskiej z okupowanej Warszawy, zdjęcia, czy też papierek po cukierku wyprodukowanym w warszawskim getcie. Mówiąc najprościej: by opisać świat, włożono świat w Archiwum Ringelbluma. Nie jest to bynajmniej śmietnik ani chaotyczne łapu-capu. Przeciwnie, wszystkiemu patronuje jeden główny cel: dokumentowanie zbrodni hitlerowskich dokonanych na Żydach zamieszkujących okupowane tereny Polski. Dlatego też nazwa „archiwum” wydaje się niewystarczająca. Może „projekt” byłby właściwszy?

Druga sprawa to całkowita konspiracja. Tworzenie Archiwum udało się do samego końca utrzymać w tajemnicy zarówno przed Niemcami, jak również przed Judenratem. Podobne „archiwalne projekty” powstały również w gettach białostockim, wileńskim i kowieńskim, jednak na ich tle warszawskie zdecydowanie się wyróżnia. Decyduje o tym: czas (na przykład białostockie archiwum działało pięć miesięcy, a warszawskie ponad dwa lata), dobór fachowych współpracowników, głównie archiwistów i historyków, a także stopień konspiracji (kowieńskie archiwum współpracowało z Judenratem, zaś w getcie łódzkim Chaim Rumkowski powołał oficjalnie zespół do przygotowania kroniki Litzmannstadt – powstały dokument jest jawny i tajny zarazem: mając zgodę na istnienie rejestrował wydarzenia, których Niemcy z pewnością by sobie nie życzyli).

Najważniejsi jednak w całym projekcie byli ludzie. I choć Jacek Leociak w wyczerpującym wstępie do antologii przybliża ścisłe grono grupy Oneg Szabat, to trzeba zauważyć, że poza znanymi z imienia i nazwiska są jeszcze osoby anonimowe. Ich wkład w powstanie Archiwum Ringelbluma jest nie do przecenienia. Byli to kopiści, ci, którzy udzielali miejsca do wysłuchania relacji lub kontaktowali ze sobą ludzi – to wszystko w sytuacji życia w getcie ma rangę walki z prześladowcą. Wspomniałem o „rejestratorach zmian”, czyli profesjach wyczulonych na zapisywanie doświadczenia powstania, życia i zagłady getta, ale żadna profesja nie jest w stanie zastąpić świadka. Świadek to ten, który zaświadcza, czyli potwierdza: widziałem, to prawda. Dlatego oprócz fachowców od nazywania zmiennej rzeczywistości (owi, według Ringelbluma, „odpowiedni ludzie”) tak samo, jeśli nie bardziej, ważni są ci, którzy znaleźli się w miejscu, które nigdy nie powinno powstać.

Gdzieś tam, za murami, życie toczyło się… No właśnie, jak? W tym momencie zbieranie głosów o kolejnych etapach Zagłady (Co się dzieje z „przesiedlonymi”? Czym są te obozy, gdzie zabija się gazem/parą/prądem, bo pogłoski są niewyraźne) zwyczajnie przebijało izolację ciszy i blokadę informacji. Relacja Jakuba Krzepickiego, który uciekł z Treblinki, jest pod tym względem znamienna: jak nazwać to, co się widziało, ale w co nie chce uwierzyć istniejący do tej pory system wartości? Trzeba mówić najwierniej jak to tylko możliwe, choć słowa są twarde jak kamienie i mają smak popiołu. Trzeba mówić i nie można zamilknąć – gdzieś tu znajduje się wyjaśnienie podniosłości i poczucia szczęścia, o których wspominał cytowany na początku Dawid Graber. Dawanie świadectwa ma wymiar religijny. W Księdze Kapłańskiej czytamy, że ciężko grzeszy ten, kto „mogąc zaświadczyć o przestępstwie, które widział lub znał, nie czyni tego” (Kpł 5, 1). Świadek to inaczej bohater; to ten, który swoją postawą naraża się na niebezpieczeństwo. Świadczenie jest wpisane w Biblię, to wręcz biblijny wzorzec zachowania wielu postaci (Jonasz jest posłany do króla Niniwy, Mojżesz staje przed faraonem, trzej młodzieńcy w piecu ognistym). Szeroki zespół Oneg Szabat zdaje się wypełniać, powtarzać biblijne role. Zachowując ślad życia żydowskiego, rejestrując jego nieubłagalny koniec, stają się świadkami, a to może oznaczać również męczeństwo. Wydaje mi się, że gdy pojawią się głosy o „idących na rzeź”, to odpowiedzią będzie nie tylko powstanie w getcie warszawskim z 1943 roku, ale również Oneg Szabat. Z tego mogła właśnie wypływać postawa Dawida Grabera: nie jestem bierny, zapisuję świat. A to się czyta: ratuję świat.

Lektura cudu

Piszę tak dużo o historii, ponieważ jest ona nierozerwalnie związana z Archiwum Ringelbluma. Ale to również historia będzie nieustannie tworzyć ten „projekt”. Ostatni dokument wchodzący w skład Archiwum Ringelbluma nosi datę 1 lutego 1943 roku, nie ma więc dokumentów z powstania, które wybuchło w kwietniu. Zbiór prac Oneg Szabat został  ukryty w piwnicy budynku przy ul. Nowolipki 68, cześć pierwsza w sierpniu 1942 roku, druga w lutym 1943 roku. Trzeciej… nigdy nie odnaleziono; z czasem nabrała ona legendarnego znaczenia, a część historyków zastanawia się, czy rzeczywiście istniała. Przetrwanie Archiwum Ringelbluma i uratowanie tekstów przed nazistowskimi Niemcami, a później także przed niszczycielskim działaniem wody i ziemi, a wreszcie jego mozolne odczytanie, urasta do rangi cudu. Należy teraz zadać pytanie, które dla znaczenia literackości Archiwum Ringelbluma jest zasadnicze: kiedy w ogóle powstaje ten zbiór? Raczej wydobycie z morza gruzów, jakim stała się powojenna Warszawa, a zwłaszcza teren dawnego getta, gdzie topografia terenu w zasadzie przestała istnieć, stwarza to, co dziś nazywamy Archiwum Ringelbluma. Odnalezienie zbioru pism w 1946 i 1950 roku dało historykom tekst frapujący: pulpę słowno-wodną, gdzie papier z papierem łączył się zatracając swoją odrębność, gdzie woda, rdza, krew, zabrudzenia zdawały się robić didaskalia. Archiwum stało się dziełem nagim, otwartym na przyjęcie formy. I znowu, dla znaczenia literackości, trzeba zauważyć dwie rzeczy. Po pierwsze: Archiwum Ringelbluma przez swoich twórców nigdy nie zostało zakończone. Ten „projekt” został nagle przerwany, a być może (nie)istniejąca trzecia część, stale będzie o tym przypominać. Po drugie: postać pod jaką dziś znamy prace Oneg Szabat zostały nakreślone przez historyków, którzy tak obszerny materiał zaczęli dzielić na tomy tematyczne. Część dokumentów została bezpowrotnie utracona: uległa zbutwieniu lub woda zmyła atrament. Kolejne prace historyków pozwoliły rozpoznać autorstwo dotychczasowych anonimowych tekstów, połączyć oderwane od siebie kartki w sensowną całość. Wraz z odkrywaniem tożsamości autorów, z odkrywaniem autorstwa tekstów, wreszcie ich wzajemnej korelacji, zmieniać się będzie układ Archiwum Ringelbluma. Niedokończony „projekt” staje się dziełem wciąż otwartym dla czytelnika.

No właśnie, czytelnik

Dzisiaj Archiwum Ringelbluma to 38 tomów wydanych przez Żydowski Instytut Historyczny. Kopalnia wiedzy dla historyków. Ale czy to dzieło było przeznaczone tylko dla nich? Marta Janczewska i Jacek Leociak podjęli się trudu, aby z bogatego zbioru konspiracyjnego archiwum getta stworzyć antologię (a więc w jakiś sposób ponownie zreinterpretowali archiwum getta warszawskiego), która będzie przystępna dla współczesnego odbiorcy. Na blisko 1000 stronach posegregowano teksty w trzy duże grupy: literaturę dokumentu osobistego, w której zamieszczono dzienniki, relacje, testamenty, odpowiedzi na ankiety, listy, druga część to teksty literackie, czyli poezja, proza, trzecia zaś to teksty religijne. Całość ułożono w sposób chronologiczny. Widać wyraźnie zamysł edukacyjny autorów antologii. Nawet ktoś niezaznajomiony z historią okupacji, czy funkcjonowaniem getta, może wejść w ten świat i zrozumieć rządzące nim mechanizmy. Jednak zaraz obok poznania, liczą się jeszcze emocje. Janczewska i Leociak ułożyli teksty również w sposób wzrastającego napięcia. Atmosfera zagęszcza się. Wraz z obywatelami polskimi pochodzenia żydowskiego obserwujemy wybuch wojny, staramy się znaleźć odpowiednie słowa, liczymy zabitych po bombardowaniach. W getcie obserwujemy – raz jako wychowawca dzieci, innym razem jako matka lub intelektualista – skutki izolacji, narastający głód. Do tego dochodzi chaos informacyjny: rozporządzenia Niemców następują po sobie zbyt szybko. Czarny humor, który jeszcze ratował resztki rozsądku, teraz pociąga w otchłań szaleństwa. Czyżby przesiedlenie, którym naziści tak kuszą, było naprawdę dobrym rozwiązaniem? Jednak wieści, które przynoszą uciekinierzy z Treblinki, z Chełmna są tak przerażające, że aż niewiarygodne… Układ zaproponowany przez Janczewską i Leociaka sprawia, że od lektury trudno się oderwać. Głosy łączą się, dokumenty zazębiają, książka ma swój nurt, który porywa czytającego. Czytanie nieprzerwane, ciągłe nie ma tu sensu: to nie jest lektura na kilka dni z rzędu. Raczej należy dawkować opisy z miasta śmierci. Najważniejszy cel został jednak osiągnięty: archiwum się czyta, a takiego efektu chcieliby zarówno twórcy antologii, jak i twórcy samego Archiwum Ringelbluma.

Chwyć i czytaj

Tysiąc stron, kilkudziesięciu autorów, wielka różnorodność gatunków – nie sposób nad wszystkim się zatrzymać. Jak zresztą zestawić obok siebie karteczki wyrzucone z pociągu przez jadących do Treblinki z zapisanymi modlitwami rabinów? Przepaść poziomów literackich jest przecież kolosalna. Tym, co je łączy to uchwycenie grozy. Ono jest jednakie. Przedzierając się przez ulice getta wraz z jego narratorami, można jedynie zasygnalizować kilka rzeczy. Z pewnością „Podanie” Janusza Korczaka jest dokumentem, który pokazuje olbrzymią siłę oraz oryginalność tej postaci. „Jako organizator zupełnie nie umiem być szefem” – pisze, starając się o posadę wychowawcy w internacie.

Przeszkadzały mi bardzo i tu, i w wielu innych sprawach krótkowzroczność i zupełny brak pamięci wzrokowej. Starcza dalekowzroczność wyrównywała pierwszą wadę, druga wzmogła się. Ma to i swoją dobrą stronę; nie poznając ludzi, skupiam uwagę na sprawie, nie uprzedzam się, nie przechowuję uraz.

Wielkie wrażenie robią relacje uciekinierów z obozów zagłady. O Jakubie Krzepickim już wspomniałem, warto zatem przyjrzeć się Dziennikowi Racheli Auerbach, gdzie wspomina Abrahama Braxmeiera, byłego więźnia Dachau. Choć jest otoczony opieką, warunki życia w getcie są nieubłagane. „Człowiek – żywy dokument, człowiek, który wyszedł żywcem «stamtąd» […] – ten człowiek akurat nie wytrzymać ma naszego systemu pomocy”. Ironia, rozpacz, bezsilność… Trudno przejść obojętnie wobec krótkich fragmentów niezwykle lekkiej, niemal malarskiej prozy Josefa Kirmana. W jednym z tekstów opisuje uczucia bohatera, gdy ten spogląda na gołębie. Zazdrości im wolności, swobodnego przelotu tam i z powrotem ponad murami. Jeśli one mogą latać, jest nadzieja – zdaje się mówić Kirman. Z czasem jednak te pozytywne odczucia na widok ptaków zamieniają się w nienawiść, gdy dostrzega, że gołębie są karmione okruszkami chleba przez żołnierzy niemieckich, podczas gdy za murami getta ludzie za te okruszki byliby w stanie zrobić wszystko. Podrywające się do lotu ponad zamkniętą dzielnicą żydowską, stają się symbolem drwiny z Żydów. Być może najbardziej frapująco brzmią te utwory, które zmierzają w stronę historiozofii, medytacji nad losem wpisanym w wielowiekową historię Żydów. Icchak Berensztein pisze:

Kim jesteśmy? Pokolenie, które stoi oko w oko ze śmiercią i zagładą. Pokolenie, które prowadzą w ogień. […] Nasze pokolenie – pokolenie, które widziało wielkie odkrycia, które przeżyło całą żydowską historię, doświadczenia wszystkich pokoleń. […] Jesteśmy pokoleniem, które pozostawszy przy życiu, pozbawione zostało tych najbardziej oświeconych i rozumnych. Naród bez aniołów.

W innym zaś miejscu odczytuje los zamkniętych w getcie przez pryzmat opowieści z Księgi Rodzaju. „Taki rozkaz wydał Bóg i taki rozkaz wydał los. Po raz drugi jego wolą zostaliśmy wygnani z raju. Tym razem zaś Bóg zabronił nam jeść owoce z drzewa życia i kazał nam rozkoszować się owocami z drzewa wiedzy i poznania dobra i zła”. W ten sposób getto staje się nie tyle ogrodem rajskim, co ogrodem koncentracyjnym.

Teraz, gdy antologia zaproponowana przez Martę Janczewską i Jacka Leociaka w pewien sposób zdefiniowała raz jeszcze Archiwum Ringelbluma, w sposób samoistny narzuca się jeszcze jedna możliwość czytania konspiracyjnego archiwum getta warszawskiego. Byłoby to czytanie poprzez tematy. A tych dokonania Oneg Szabat dostarczają w bród: głód, pamiątkowe selfie żołnierzy niemieckich na tle tragedii getta, Bóg, relacje uciekinierów z obozów zagłady, miłość i seks, dzieci i rodzice. To tylko kilka z najbardziej oczywistych. Mniejsze, chudsze tomy antologii Archiwum Ringelbluma, przy zachowaniu swej literackości, mogłyby być ciekawym przedsięwzięciem. Na swój sposób realizuje to Piotr Cywiński, dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, który układa pasjonujące antologie w ramach serii Miejsca prawdy. Do tej pory ukazały się między innymi: Sny obozowe w pamięci ocalałych z Auschwitz, jak również Rampa w pamięci Żydów deportowanych do Auschwitz.

Antologia konspiracyjnego getta warszawskiego ułożona przez Janczewską i Leociaka pomogła dzisiaj niejako wydobyć ten tekst jeszcze raz, tym razem z rąk historyków i badaczy. I zwrócona została nam, zwykłym czytelnikom. Archiwum Ringelbluma wydane w prestiżowej serii „Biblioteki Narodowej” powtarza podobną myśl, która przyświecała Oneg Szabat: czytam, to znaczy ratuję od zapomnienia.

Archiwum Ringelbluma. Antologia, oprac. M. Janczewska, J. Leociak, wstęp J. Leociak, Ossolineum, seria: Biblioteka Narodowa, Wrocław 2019.

Okładka książki "Archiwum Ringelbluma"

 

Zachęcamy do odwiedzenia bloga Marcina Cieleckiego:  https://marcincielecki.wordpress.com/

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Tolle lege, tolle lege, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 40

Przypisy

    Powiązane artykuły