14.05.2020

Nowy Napis Co Tydzień #049 / Widzenie, słowo, ciało

Dzień po długiej drodze

Mniej więcej w połowie lektury zapisków składających się na poetycki dziennik wędrówek (każdy wiersz został opatrzony datą) Zygmunta Ficka bardziej wrażliwych i podatnych na liryczne sugestie czytelników może ogarnąć nieodparta chęć wrzucenia jego najnowszej książki do plecaka i udania się z nią w dowolnie wybranym kierunku. Wszystkim, których chęć taka ogarnia, namawiam jednak, by nazbyt wcześnie jej nie ulegali. Zdecydowanie lepiej pozostać na miejscu i dać się poprowadzić poetyckim obrazom. Autor obrazy te utrwala, zapisuje w swoich wierszach, wziętych głównie z czułego, przestrzennego widzenia impresyjnego. To zrozumiałe, jeśli weźmiemy po uwagę, że doświadczenie poety spotyka się tu z doświadczeniem fotografika-pejzażysty, do zadań zaś tego drugiego należy przecież zbieranie, organizowanie, modelowanie wrażeń. Ficek porządkuje je nad podziw sprawnie, przy tym – kreatywnie. Operuje niecodziennymi skojarzeniami; zda się – bezgranicznymi (dosłownie bez-granicznymi, jeśli wziąć pod uwagę, że pokaźna część pomieszczonych tutaj wierszy powstała w słowackich Tatrach). Przywołajmy, by się o tym przekonać, jedną z jego najbardziej urodziwych strof:

Gospodarzowi u którego zawsze mieszkam urosła
broda Góry i okolice gór teraz rysują się
miękko Szczyty ostre ale czułe
nie chowają się za stertami zemglonej wilgoci

(Granica, 1)

Okładka książki

Takie i podobne fragmenty ściśle korelują z postawą podmiotu, dla którego, prócz uwagi, istotną rolę odgrywa otwartość nie tylko na to, co się wydarza, ale i na to, co wydarzyć się może. Stanowią więc te wiersze wypadkową dwóch tendencji: zamiaru fotograficznej rejestracji postrzeganego obrazu i wiedzy, że poprzez najdrobniejszą zmianę odmienia się cały kształt świata, budząc zachwyt (zob. moje ciało biegnie) lub boleśnie przypominając o przemijaniu (zob. Granica, 4). Bo nawet w najszczerszym zachwyceniu nie traci poeta z oczu dramatu nieustannie rozgrywającego się w przyrodzie, którego kolejne odsłony poruszają, gdyż spotyka się w nich bezradność obserwatora z rozpaczliwą niemocą dotkniętej tragedią ofiary (To nie jest).

Poezja ta pozostaje wierna ujrzanym obrazom, choć właściwie jej podmiot nie ma pewności, czy fenomeny natury chcą zostać w ogóle nazwane. Jednocześnie pozostaje świadom, że dopiero nazwa, słowny ślad spostrzeżenia powoduje, że obraz ma szansę zafunkcjonować jako reprezentacja określonego bytu, jakten ptak (to oczywiście tytuł wiersza), bytu nie zawsze zresztą jednoznacznego ontologicznie, ptak ujrzany na kolejnej stronicy (ten sam?)

                 nie jest widokiem ani obrazem. nie
jest też wyznaniem choć
jest źródłem wielu
jest na pewno
zakochany bez pamięci Obecny


(naprawdę)

Powtórzmy jeszcze raz, bardzo powoli, ostatnie dwa wersy:

jest na pewno
zakochany bez pamięci Obecny

Miłość powoduje, że ulotne, chwiejne zjawiska umacniają się w swoim istnieniu. Uobecniają się wyraźniej także za sprawą języka przesyconego konkretem. Zygmunt Ficek spogląda na otoczenie okiem ornitologa, entomologa, botanika. Ptaki poznajemy pod imionami raniuszka, dziwonii, kopciuszka, makolągwy, orła czy wrony. Rośliny noszą imiona lilii złotogłowu albo koniczyny. Motyl zwie się kraśnik lub mieniak tęczowiec. Z całą pewnością tak jest bliżej, serdeczniej. Łatwiej zestroić się z przemianami pogody, z tym wszystkim, czego dokonuje upalne lub nachylone ku zmierzchowi światło kolejnego dnia zacierające granicę pomiędzy dzianiem się a istnieniem, gdy wszystko we wszystkim jest zasłuchane, tworząc całość rozległą aż po horyzont widzenia i przeczuwalny widnokres zdarzeń. Rozpościera się tutaj szerokie spektrum uczuć. Od wspomnianego już zachwytu począwszy aż po ból; obok świetlistej radości daje nam poeta odczuć dotkliwość przemijania, od której blisko do przyziemnej, dosłownie, melancholii (Słońce nisko). Chociaż na ogół w poetyckim myśleniu Ficka dużą rolę odgrywa perspektywa pionowa, podążanie, patrzenie w górę,

na samej górze zjawia się obecność otwartego serca

w obecności otwartego serca
wierzchołek góry zakwita

w zgrabiałym oddechu
trwa zachwyt aż do zaniku

(na samej górze)

Takie momenty, nieledwie ekstatyczne, stanowią w tym zbiorze istotną przeciwwagę dla wędrownych rozmyślań o poczuciu niedostatku. Poniekąd zwyczajnym, niby oswojonym. Przybierającym jednakże postać nie pustki, lecz jakiejś obecności, uchwytnej skupionym słuchem, jeśli tylko ktoś chciałby „Pilnie się wmilczeć w obcowanie świętych / i być gotowym na westchnienie szmeru” (Usilny brak, 2). Owa dziwna obecność raz wyprzedza idącego, innym razem towarzyszy mu krok w krok. Rozsnuwa się smutkiem, beznadzieją, po lasach i dolinach, jakby potwierdzając jedocześnie zarysowującą się na samym początku hipotezę o pozorności ruchu, co jak „Ból tkwił w czasie i z czasu / nie umiał się wydostać” (Granica, 3). Bo świat widziany okiem podmiotu wierszy Zygmunta Ficka nierównym zwykł toczyć się tempem.

Miałożby w malowanych przezeń krajobrazach zabraknąć Umiłowanej? Przecież i dla niej musi być miejsce; na namiętność, podziw, w roślinny ornament i górski pejzaż ujęte, opowiedziane pięknie a świeżo (na przykład Ta piosenka jest z tobą; Spotkanie się dzieje).

Akcja liryczna zbioru zamyka się urzeczeniem – „jednym jedynym Dniem po długiej drodze // Który się nie kończy. Który się nie powtórzy”. Doczytawszy te frazy, możemy już wyruszać na własny szlak.

 

Krew

Tom Joanny Chachuły, gdzie od początku wyczuwa się napięcie pomiędzy sprawczym słowem a powoływanym przez nie do istnienia ciałem; między słowem nazywającym, a wydobywanym przez nie z nicości przedmiotem-desygnatem (Złam palce); między śmiercią a zaindukowanym przez nią dookolnym ożywieniem natury (Umarł wróbel); wreszcie – między człowieczą wolnością a posłuszeństwem boskiemu prawu, które to posłuszeństwo przechodzi trudny egzamin w konfrontacji ze złem (Przykazanie pierwsze), tym trudniejszym że bóstwo nie do końca, nie zawsze, chce objawić w pełni swoje wobec człowieka zamysły (na przykład Unikaj ognia). Wszystkie te napięcia stopniowo ujawniają się w toku lektury. Tytułowa krew pojawia się tu oczywiście w sensie substancjalnym, somatycznym, zgodnie z biblijnym poglądem, iż „życie wszelkiego ciała jest we krwi jego” (Kpł 17,14). Jednakże szybko postawi poetka hipotezę, że również ciało wywodzi się ze słowa, zalicza ciało do fenomenów od-słownych:

Twoje wargi obejmują czule
każdą literę mojego imienia,
jakbyś stwarzał oczy, usta
piersi, biodra i stopy.

Zanim wyciśniesz ze mnie
łzy twarde jak kości,
wyciągasz rękę.

Nerwy napinają skórę,
serce wypełnia się krwią,
staje się.

Tytuł przywołanego wiersza – Słowo ciałem? – kończy się znakiem zapytania, sugeruje wahanie, przypuszczenie. Ale następujący po nim szereg stwierdzeń wskazuje na prawie-pewność co do tego, że stwórczy eros posługuje się językiem, narzędziem subtelnym i czułym, aby imię przyoblec w ciało, poruszyć w nim krew, wyposażyć je w emocje. Aczkolwiek w pełni istnieje tylko żywe ciało: znaczy, tworzy sens. Rozpoznanie to potwierdzałby także pomieszczony pod koniec tomu wiersz Pan Lombardo podgląda starego anatoma zakończony apostrofą: „Panie Lombardo, anatomia del corazón / może być nauką o pustce”.

Okładka książki

Poezja Joanny Chachuły nie ogranicza cielesności jedynie do człowieka. Wręcz przeciwnie: cielesny, jako osoba, jest w niej Chrystus. Jego miłosierna, zbawcza boskość zdaje się wyrastać wprost z człowieczeństwa, bowiem cierpienie humanizuje tutaj bardziej niż wszystkie inne przymioty czy doświadczenia. Kto chciałby się o tym przekonać, niechże przestudiuje wzruszający, pasyjny wiersz Dlaczego? Ciało zaś samego Boga-Stwórcy przekracza swym rozmiarem wszelkie odkrycia i przypuszczenia reprezentantów nauki pospołu z przedstawicielami mediów. Tylko wyobraźnia poetów przeczuwa, że chrzest, będący tu chrztem poznania i chrztem zawierzenia, przeczuwa ten niezmierzony – na zupełnie nowy sposób transcendentny – ogrom jego istoty (A jeśli żyjemy na ciele Boga?). Mało tego – zjawiskiem somatycznym może być także góra Mojżeszowego przymierza, gdzie każdy z nas musi zawrzeć przymierze osobne, osobiste, przyjmując poddaństwo przykazań (Góra Synaj). Wolno zatem sądzić, że refleksja poetki znosi granice pomiędzy przyrodzonym a nadprzyrodzonym. Właściwie potrafi obyć się bez nadprzyrodzoności, bo wszystko mieści się w obrębie jednego, jednolitego ontologicznie uniwersum. Niekiedy włączenie do owego uniwersum wymaga dosłownego przelania i spożycia krwi, w akcie przypominającym wprawdzie komunię, aczkolwiek ukierunkowanym nie na wieczność, lecz na pozostawanie wewnątrz ciągłego tu i teraz (Masaj pije krew krowy).

Związek łączący bóstwo z jego człowiekiem kryje w sobie dramat, jak zawsze wtedy, gdy wiąże podmioty tak samo tajemnicze, postawione przed dylematem wolnej woli, dopuszczającej osłabienie albo zupełne zerwanie dotychczasowej więzi ( Albowiem cię już nie kocham). Warto byłoby wszakże zauważyć, że fundamentalne zagadnienia pozostawia Chachuła na poziomie hipotez, które nie tyle mają utwierdzać w określonych założeniach światopoglądowych, ile otworzyć przestrzeń namysłu. Pytania, przypuszczenia przekładają się tu także na interpunkcję. Ulubionym znakiem przestankowym pozostaje tutaj pytajnik postawiony jak gdyby na początku drogi pomiędzy intuicjami a procesem ich sprawdzania. Lecz czyż może być inaczej, skoro postawa wiary jawi się w tym zbiorku jako wytrwałe, pokorne wyczekiwanie na przyjście światłości (Ikona do Psalmu CXL)? Niechby nawet odsunięte w czasie, ale nieodwołalnie przynależne do procesów dziania się rzeczywistości, wpisane w istotę świata, w porządek rządzących nim, instynktownie wyczuwalnych procesów, także tych budzących strach (Ma się na wojnę). Bowiem dzieje świata nie znają zastoju, czasem jeno miłość sprawia, iż historia nas przeoczy albo oddeleguje do innych zadań, zwolni od udziału w okrucieństwach czy poniewierce (Pokój z widokiem).

Prawie równie ważną rolę jak słowo odgrywa w poetyckim dyskursie Joanny Chachuły, nie małomównym przecież, milczenie. Nie jest ono jednak zwyczajnym brakiem słowa, lecz jego rewersem, inną dyspozycją mowy zdolną trafnie opisać utratę, nieobecność, brak lub nie-ziszczenie; zachęca więc poetka:

Milcz ptaka, co odleciał,
Muchę pacniętą gazetą.
Milcz dawne miłości,
niewysłane listy,
nie wybrzmiałe słowa.
Te milcz szczególnie.

(Posłuchaj)

Dowodzi tym samym, że jej instrumentarium wyrazu, podobnie jak egzystencjalna świadomość lirycznego „ja” pięknie dojrzewają, co znać także po luźniej związanym z główną materią rozważań, portretowym wierszu Nowa Ofelia.

Debiut Joanny Chachuły (Czarny kot, 2016), pomimo jego zalet, doceniło przede wszystkim regionalne środowisko literackie. Jej tomikowi podebiutanckiemu życzę znacznie liczniejszego grona czytelników.

 

Z. Ficek, Dzień po długiej drodze, Sopot: Biblioteka „Toposu”, T. 174, Sopot 2019.

J. Chachuła, krew, Sopot: Biblioteka „Toposu”, T. 175, Sopot 2019.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Piotr Wiktor Lorkowski, Widzenie, słowo, ciało, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 49

Przypisy

    Powiązane artykuły