05.12.2019

Nowy Napis Co Tydzień #026 / Brat Ł. i okruchy na dnie widzenia

Brat Łata

Zrazu trudno jednoznacznie określić, kim jest tytułowy bohater nowego zbioru Roberta Miniaka – alter ego tekstowego „ja”, jego awatarem, sobowtórem, nadwrażliwą sferą podzielonej jaźni? Mimo początkowych trudności z jego identyfikacją, warto przyglądać się jego działaniom, wsłuchiwać się w jego monologi. Ma do powiedzenia sporo, mówi ciekawie. Choćby wtedy, gdy sens filmowo ukazanego początku życia rzutuje na jego zadziwiająco czuły kres (Brat Łata opowiada o umieraniu). To dopiero początek refleksji i odkryć, których poeta nam nie szczędzi, czarując nas tak, że zaczynamy spoglądać na świat okiem jego bohatera. Wówczas nic nie jest już takie, jakim się nam wydaje i jakim kiedykolwiek się nam wydawało. Podążamy za nim krok w krok. Musimy? Raczej chcemy. Niebawem możemy wejść w bliższą z nim komitywę.

Okładka książki

On sam także rad integruje się z otoczeniem. Zawierania znajomości na ulicy bynajmniej nie uważa za naganne. Tym bardziej, że przykładowo, w okolicach przystanku zauważa kogoś, kto za pomocą smartfonu zdaje się właśnie nawiązywać kontakt z kosmosem (Łajka). A cóż dopiero, gdy na pograniczu zimy i wiosny wsiądziemy do jednego pociągu z Ł., obserwując jego konfrontację z niesamowitością przemieszczania się (rozkład)? Należy wszak założyć, że ją szybko oswoi, skoro niebawem odbędzie wojaż za wschodnią granicę; na wynędzniały wojną (chabanina.(Ługańsk)), przeniknięty wciąż postsowietyzmem (hero) Wschód, którego mieszkańcy na najbliższym im Zachodzie, poszukują lepszego niż w ojczyźnie życia, szmuglując przez granicę swe języki pospołu z egzotycznymi obyczajami (interregio). Towarzyszom podróży Ł. się nie narzuca. Obserwuje ich uważnie, odrobinę ironicznie, pokrywając poczucie dyskomfortu gestami właściwymi outsiderom (popielnik). Gdy osiągnie cel podróżowania, dotarłszy na przykład do górskiego kurortu, rolę turysty odgrywa pomysłowo, dekonstruując krynickie stereotypy z malarstwem Nikifora na czele (małe kłamstwa). Tę samą strategię stosuje, gdy przemieszczając się po swym mieście, krąży po nim niby po wnętrzu schorzałego organizmu, wbrew ogólnej zapaści próbującego podtrzymywać procesy życiowe lub chociażby ich pozory. Mieszkańcy obchodzą się z tą przestrzenią mało delikatnie:

pod blokiem ekipa maluje

pasy. podcina jezdni żyły
(krwioobiegi)

dziewczynka z trzeciego ćwiczy
pilnie do występu. bierze oddech, łagodnie

podcina skrzypcom gardło.

(codziennie)

To oczywiście przykłady przemocy, tak rzec, metaforycznej, aczkolwiek dobrze oddają one atmosferę napięcia pomiędzy człowiekiem a jego otoczeniem. W miejskich chaszczach brak miejsca na miłosierdzie; byt zależy wyłącznie od zasobów życiowych sił (bezzębie). Chłopak maszerujący przez osiedle w martensach zasługuje na podziw (młodość). Ale tutejsze staruszki pędzą żywot zmarginalizowany i pełen obaw (kociarka). Darwinizm? Ano chyba darwinizm. Bardziej dosłowny, bardziej bezczelny niźli złe uroki z tomów Czarne wesele (2008) czy Drzewostany (2011), które dziś jeszcze o twórczości Miniaka świadczą znakomicie. Odnoszę nadto wrażenie, że miasto w jego poezji stanowi bardziej zdegradowaną, bardziej okrutną wersję wsi, przysiółków, ostępów, mateczników, które czytelnik mógł eksplorować (z duszą na ramieniu) w wyżej wspomnianych zbiorach. Przy tym tak samo, może nawet mocniej, podszytą niesamowitością. Das Unheimliche wciska się w każdy zakątek. Nie ominie nawet pizzerii (bindi). Że niby groźna baśń nawiedza oddział onkologiczny, w kontekście całego tomu jawi się jako oczywiste. Owa niesamowitość bywa dana w bezpośrednim doświadczeniu lub w przeczuciach poetyckiego bohatera, przewidującego na przykład los sieroty, co czeka na wymarzony prezent. Przyjrzyjmy się tej scence jak gdyby oglądanej przez okno „bidula”, charakterystycznej zarówno dla stylu jak dla nastroju całego zbioru:

deszcz pierze brudy z ulic, ślini place jak palce.
w domu dziecka rozdają paczki. Mikołaj zwany przez
dzieciaki Kolą liczy na pierwszy w życiu scyzoryk.

póki co pudło. jakieś słodycze, potem papier wrzyna się
w rękę, eh, żeby to dobry Pan Bóg widział i zagrzmiał!
Ł. marszczy brwi, wie że za dwanaście lat Kola

będzie strongmenem od ustawek. kiedyś wymienią
się dłońmi jak kapitanowie piłkarskich drużyn. chłopak
wreszcie trafi. dostanie nożem.

(przeznaczenie)

Brak tu nadziei, bo brak przede wszystkim sposobu na odwrócenie wyroków losu, na wyegzorcyzmowanie zła. Przeraźliwość zagęszcza się jeszcze bardziej w materii niektórych wierszy śnionych zagadkowo (faza rem) lub koszmarnie, z postaciami przypominającym zombie(pogrobowiec).
Wiersze momentami upiorne, momentami ciekawie zaglądające pod zasłonę powszedniego banału. Mogą wpędzić w depresję (ostrzegam!). Lecz przede wszystkim prezentują Roberta Miniaka w najlepszej poetyckiej formie, co znać także po sposobie prowadzenia monologu ścieżką skojarzeń lub po wyjątkowo sugestywnych porównaniach.

Dno oka

Okładka książki

Nowy tomik Jakuba Pacześniaka dowodzi, że w poezji czasami liczy się nie tyle obszerny słownik, ile umiejętność właściwego użycia kilkunastu słów istotnych, zmieniających czytelnicze widzenie świata. O widzeniu piszę tutaj nie bez powodu: do wizualności, do aktu wglądania, nawiązuje tytuł zbioru. Tytułowe dno oka działa tu jak soczewka: zbiera drobiny powidoków, ziarnka spostrzeżeń, kwanty światła rozproszone po całej rzeczywistości, utajone nawet w zakamarkach cienia, w zakątkach mroku, bodaj wtedy najłatwiejsze do uchwycenia, gdy noc przechodzi w dzień. Poranek wymaga od tekstowego „ja” największej przytomności istnienia. Owa przytomność sprawia, że nic się nie dzieje, ani nawet nie mówi, przypadkiem, ani też nie toczy się w jedynie sobie znanym kierunku. Przeciwnie: zdąża do transcendentnego sensu, pomocnego w rozeznawaniu dobra i zła. Bowiem z kontemplacji wyrasta świadomość etyczna podmiotu. Na niej opiera się także jego pokorna wiara, samą siebie pouczająca takimi choćby słowami:

wołanie

zmiłuj się
zlituj


jak mantra
powtarzane

nawet
nie przypuszczasz

że o ciebie
chodzi

(ucz się wierzyć)

Wysokie wymagania wobec siebie w żaden sposób nie przeszkadzają poetyckiemu „ja” być czułym czułością hojną, przestronną w obejmowaniu świata, dalekosiężną, gorliwą niby akt strzelisty (rozdawaj). Dawno nie spotkałem się z poezją eksponującą czułość jako stan prawie mistyczny, który nie staje się jakąś samotniczą, zaświatową ekstazą, lecz raczej rozwija w mówiącym „ja” delikatność, zauważalną w tekstach ustanawiających relację z „ty”. Ten ogólny zaimek zależnie od sytuacji różną napełnia się treścią. Raz stoi za nim Bóg, innym zasię razem – kobieta. Kimkolwiek byliby adresaci tych intymnych wyznań, sposób zwracania się do nich każe w nich widzieć postacie niezwykle subtelne, zdolne jednakże dopełnić jakiś egzystencjalny brak, czasem nawet trudny do wysłowienia; prosi podmiot:

 nie zostawiaj

mnie z tą miłością raną
otwartą na zewnątrz

śnieg na wszystkim
sople porozwieszane

wkrótce odpadną
w środku słów ściegi

tną jak brzytwa
myśli o tobie

oddzielając

(nie zostawiaj)

Bo w żeńskim „ty” tkwią moce, których wyzwolenie zależy od zyskania odpowiedniej (samo)wiedzy, od uświadomienia sobie przez nie sprawczej energii (zob. mogłabyś być). W zyskaniu takiej wiedzy pomagają próby przejścia przez ciemny, nocny gąszcz, przez metaforyczny las o zaledwie przetartych ścieżkach i słabo czytelnych znakach, gdzie idzie się dosłownie „na wiarę”. Natomiast relacja z „ty” transcendentnym przedstawia się dużo spokojniej. Podmiot powierza się jego opiece, choć wie, jak wolno wnosić z pokutnego wiersza odwróć oczy, że stanowczo domaga się ono stawania w prawdzie sumienia. Lecz dzięki temu najpełniej można wykorzystać szansę na oczyszczenie (jedna taka noc). Jest to szansa poukładania się nawet, a może przede wszystkim, z tym, co bywa przykre, dojmujące (por. od rana)albo wręcz chybione. Tłumaczy poeta:

dlaczego

miałyby się nie liczyć
miłości podejrzane

śmierci niepełne
sny odwrócone

przecież potrafimy
wybierać sami

jesteśmy także tym
co po nas

zostaje

 

(dlaczego)

Pozostając na przedłużeniu konkluzji tego wiersza, wolno chyba postawić hipotezę, że nawet zjawiska czy rzeczy podległe naturalnej destrukcji, wciąż zachowują rację istnienia, a w swoim ułomnym kształcie dojrzewają „do czegoś/ jeszcze” (las zabrany), natomiast obawom o ich bezsens należy dawać nieustanny odpór, stawiając konsekwentne pytania, sięgać refleksją w głąb ich istoty, być z nimi tak, jak one są z nami (por. by dało się).

Z drugiej strony – poezja Jakuba Pacześniaka, na ogół bardzo introwertyczna, potrafi być wzruszająco wierna sadom dzieciństwa (powroty) albo pewnej pogodnej niedzieli we wrześniu. W zwątpieniu daje się pocieszyć obrazowi „dzięcioła/ z czerwonym czubem/ obskakującego pień/stukającego zawzięcie” (nie przebierając w środkach). Po cichu, acz z pełną ciepła powagą, celebruje jej podmiot swe rodzicielskie obowiązki (święto ojca). Wiersze wyrosłe bezpośrednio z naoczności uwiarygodniają rozważania prowadzone językiem abstrakcji, wprowadzając je w bardziej uchwytny wymiar.

 

Robert Miniak, Brat Łata, Sopot: Biblioteka „Toposu”, T. 169, Sopot 2019.

Jakub Pacześniak, dno oka, Sopot: Biblioteka „Toposu”, T. 170, Sopot 2019.

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Piotr Wiktor Lorkowski, Brat Ł. i okruchy na dnie widzenia, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 26

Przypisy

    Powiązane artykuły