22.11.2019

O poszerzaniu kanonu. Mejl Do Marty Kwaśnickiej

Pani Marto,

tak jak i Pani słuchałem wczorajszej audycji18.11.2014 na antenie radiowej dwójki w programie „Rozmowy po zmroku” o książce Marty Kwaśnickiej rozmawiali: Mateusz Matyszkowicz, Wanda Zwinogrodzka i Wojciech Kudyba. Odtworzono też krótki wywiad z autorką.[1], jeszcze raz układałem sobie w głowie to, co udało mi się wyartykułować, a zwłaszcza to, czego nie powiedziałem. Niepowiedzianego o Pani świetnej książceM. Kwaśnicka, Krew z mlekiem, Warszawa 2014, s. 157.[2] jest oczywiście więcej. Dlatego piszę.

Zaskoczył mnie Mateusz Matyszkowicz tym feminizmem, żaden ze mnie ekspert od kobiecości. Wręcz przeciwnie. Broniłem się dotąd jak mogłem przed studentkami, które chciały u mnie pisać prace magisterskie przy użyciu narzędzi krytyki feministycznej; przekonywałem, że nie zdobyłem mizernej nawet erudycji w tej materii. Ale ze studia radiowego w taki sposób uciec się nie dało. Trzeba było improwizować. No więc wiłem się jak piskorz, szamotałem po omacku. Dziś widzę, że intuicje miałem nienajgorsze, szkoda, że nie udało mi się ich jaśniej wyrazić i bardziej przekonująco uargumentować. Bo rozumiem, że jakoś Pani na tym zależało: żeby pokazać, że nawet w strukturach mniej lub bardziej ograniczających swobody kobiet istniała możliwość uzyskania takiego obszaru wolności, który umożliwiał samorealizację. Oczywiście, to wymagało charakteru, a nawet heroizmu. Pani bohaterki to w końcu postaci nietuzinkowe. Ich biografia przeistacza się w Pani esejach w trudny do podważenia dokument procesu przezwyciężania determinantów historycznych czy społecznych, pasjonujące świadectwo hartu ducha i niezwykłej mądrości. Czyta się je z wypiekami na twarzy, bo także dziś nie każdy zdobywa się na trud płynięcia pod prąd, nie każdy w sposób równie konsekwentny jak Juana de la Cruz, Luisa Roldan czy Jane Austen buduje swoją osobność, to znaczy – osobowość. Być może właśnie dlatego przypomina Pani o ich imponujących, zwycięskich bitwach o siebie. Właśnie dlatego, że także dziś taką bitwę każdy z nas może przegrać.

Odnoszę zatem wrażenie, że świadomie uniwersalizuje Pani ten akurat wątek – walki z rozmaitymi determinantami – by uwolnić swoje bohaterki przed zawłaszczeniem przez takie nurty feminizmu, które przybierają postać lewicowych ideologii. Czytelnik – pewnie nie tylko płci męskiej – oddycha z ulgą, gdy staje się jasne, że pozwala im Pani pozostać osobami bezpartyjnymi. To oczywiście nie znaczy, że brak w Pani refleksji prób poszukiwania „kobiecej duszy”. To znaczy tylko, że odpowiedzi na pytania o fenomen kobiecości szuka Pani poza najbardziej krzykliwymi odmianami feminizmu. Gdzie zatem? Kiedy Pisze Pani o spotkaniu Nauzyke i Odyseusza, albo o prawdziwej gentility, która oznacza zwycięstwo moralności i rozumu nad chaosem, przekonuje Pani, że „fenomenologiczne” podejście do „kwestii kobiecej” jest i możliwe, i potrzebne. Możliwe – bo kobiety różnią się od mężczyzn na tyle, że można mówić o takich normach kulturowych, które zawdzięczamy niemal wyłącznie kobietom – ich wrażliwości i emocjonalności. Potrzebne, bo, jak Pani pisze:

Bunt kobiet w wersji dwudziestowiecznej […] polega właśnie na osłabieniu kultury, na tym, że kobieta nie ma już ochoty pozostawać sobą, bo nie ma norm, w których mogłaby się najpełniej (i najpiękniej!) wyrazićTamże, s. 81.[3].

Wszystko to wydaje mi się nieodległe od jednej z odmian feminizmu chrześcijańskiego. Tej, która manifestuje się między innymi  w znanym fragmencie Listu Apostolskiego Jana Pawła II Mulieris dignitatem:

W naszej epoce zdobycze wiedzy i techniki pozwalają osiągnąć nieznany przedtem stopień dobrobytu materialnego dla jednych, co niestety niesie z sobą równoczesne zepchnięcie na margines innych. W taki sposób ten postęp jednostronny może również oznaczać stopniowy zanik wrażliwości na człowieka, na to, co istotowo ludzkie. W tym sensie przede wszystkim nasze czasy oczekują na objawienie się owego „geniuszu” kobiety, który zabezpieczy wrażliwość na człowieka w każdej sytuacji: dlatego, że jest człowiekiem! I dlatego, że „największa jest miłość” (1 Kor 13,13).

Mam przeczucie, że te zdania mogą być Pani bliskie. Żałuję, że przypomniałem ich sobie w studio.

Bo też przygotowałem się do omówienia zupełnie innego wątku. Ten „emancypacyjny” – choć ważny, wydaje mi się jednak drugoplanowy. Ponad nim – widać to nawet w esejach poświęconych Sor Juanie de la Cruz czy Jane Austen – rozpięła Pani szeroki horyzont rozważań kulturowych. Prawdziwą bohaterką Pani książki jest kultura. Każda z podróży, jakie są opisywane w poszczególnych esejach jest podróżą inicjacyjną, przynosi głębsze wtajemniczenie w obszar kultury Zachodu. W Herbertowym Barbarzyńcy w ogrodzie podróż była sposobem pokonania takiego oderwania, czy nawet wydziedziczenia z jej obszaru, które miało uwarunkowania polityczne – było rezultatem działania radzieckiego totalitaryzmu, zainstalowanego nad Wisłą. Pani podróże są raczej sposobem pokonywania tych ograniczeń, które wynikają z naszego lenistwa, ze złych obyczajów podpowiadanych przez współczesny konsumpcjonizm.

Ale nie tylko tych. Kiedy patrzę na zestaw postaci i zjawisk przez Panią omawianych, myślę, że chodzi Pani także o poszerzenie samego sposobu widzenia kanonu kultury Zachodu. Wszak przywołuje Pani autorów ważnych i w swoich krajach cieszących się zasłużoną sławą, a u nas prawie nieznanych, co oznacza, że wciąż nasza recepcja zachodniego dziedzictwa jest wybiórcza, wciąż pełna białych plam i czarnych dziur. Czy z odkrytych przez Panią ominięć da się ułożyć jakiś algorytm? Wydaje się, że tak. Przywoływanych przez Panią artystów coś łączy. Symbolem tego „czegoś” jest tytuł książki, którego egzegezę tak ciekawie podała Pani Mateuszowi Matyszkowiczowi. Łączy ich „krew z mlekiem”, a więc połączenie spirytualnego z materialnym, a więc chrześcijaństwo. Pani książka uświadamia, jak wąski jest nasz kanon tych mistrzów pędzla, dłuta i pióra, którzy swą twórczą energię czerpali z wiary. Co więcej: każe pytać o sam sposób „kanonizowania”, o mechanizmy selekcji. Ja to się stało, że do naszego obrazu kultury europejskiej nie trafiła La Roldana, jedna z najlepszych rzeźbiarek hiszpańskich? Jak to możliwe, że nie ma w nim Hopkinsa, jednego z najgłębszych religijnych poetów Zachodu? Czemu wciąż nic nie wiemy o Michale Sittowie, który był jednym z najlepszych europejskich portrecistów? Każde z tych pytań, a jest ich w książce więcej, trochę nas zawstydza…

Ten gest ponownego przesiewania kultury Zachodu, przepłukiwania jej osadów z nadzieją znalezienia grudek złota wydaje mi się ważny, bo uświadamia on także istnienie wciąż jeszcze nieodkrytych odgałęzień pępowiny, którą przepływają treści wzmacniające naszą własną, polską tożsamość kulturową. Trochę więc prowokuje Pani także do pytań o to, co Zachód przyswoił z kultury polskiej i czy na pewno my sami przyswoiliśmy już wszystko, co w niej wartościowe. W eseju Sor Juanę ustanawiam chodzi między innymi właśnie o to, by ustanowić jej bliskość wobec naszej, rodzimej tradycji literackiej. Bo przecież i my mamy poetki-zakonnice. Czy ktokolwiek o nich słyszał? Tak czytam też esej o Hopkinsie, którego od dawna skrycie naśladuję w moich własnych wierszach… Kiedy zaś myślę o napięciu pomiędzy zmysłowością i duchowością w malarstwie Dominikosa Theotokopulosa (czyli El Greca) i innych analizowanych przez Panią dziełach sztuk rozmaitych, to staram się nie zapominać – naprowadzany rozmaitymi Pani wskazówkami – że to napięcie jest właśnie bardzo polskie, obecne w naszej sztuce niemal od początku. Czy zgodzi się Pani, że odciska swoje wyraźne piętno także w poetyce Pani esejów – które, choć imponuję szerokimi horyzontami refleksji kulturowej, zanurzone są też w gąszczu drobiazgów, niewielkich konkretów codzienności?

To prawda, pisze Pani nie tylko o ukrytych powinowactwach i podziemnych więzach, jakie sprawiają, że jesteśmy częścią kulturowego organizmu Zachodu. Jak powiada św. Paweł, członki jednego ciała trochę się od siebie różnią. Pisze też Pani o tym, że pojmujemy, jacy jesteśmy, nie tylko dzięki odkryciu więzów z innymi, ale także dzięki temu, że potrafimy dostrzec różnice. I że czasem to właśnie one najszybciej pomagają nam zrozumieć siebie samych. Być może czytelników Krwi z mlekiem ta właśnie warstwa książki zainteresuje najbardziej. To tu przecież pada frapująca teza o tym, że różnice krajobrazów mogą skrywać odrębności kulturowe i że stosunkowo dobrze zachowany drzewostan w naszej części Europy może oznaczać, że także nasza kultura wciąż wchłania w siebie leśne treści, podczas gdy kraje na zachód od Odry niebacznie od pępowiny z lasem się odłączyły. „Dla przeciętnego mieszkańca Europy Zachodniej puszcza jest obcą przestrzenią. Prawie wszystkie leśne rośliny są według niego trujące. […] Już w czasie II wojny światowej Anglicy zwykli wzywać karetkę, ilekroć Polacy szli jesienią do lasu – trudno wszak powstrzymać owych dziwnych Słowian od zjedzenia tego, co stamtąd przyniosą” (s. 55). Przywołuję ten fragment, bo zachęcił mnie on do postawienia szerszej hipotezy – że być może elementem tożsamości nie tylko o polskiej, ale w ogóle środkowoeuropejskiej są właśnie echa kultury zbieracko-pasterskiej. Da się taką tezę wyczytać z pism Stanisława Vincenza, może nawet z niektórych spostrzeżeń Andrzeja Stasiuka. Kto z nas nie chodził w dzieciństwie na jagody, maliny, a potem na orzechy i grzyby, ten nie tylko nie zna smaku prawdziwej wyprawy, ale może też mieć kłopoty ze zrozumieniem polskiej kultury…

Pani eseje – dobrze napisane, erudycyjne – wpisują się w długą i znakomitą tradycję polskiego eseju. Nie zgodzę się jednak z tymi, którzy skłonni byliby posądzać je o jakiś rodzaj naśladownictwa czy wtórności. Widać wyraźnie, że chodzi Pani swoimi drogami. Refleksja kulturowa, do jakiej Pani zachęca, eksploruje nieuczęszczaną ścieżkę napięć pomiędzy Południem i Północą (a nie Wschodem i Zachodem). A Pani kontakty ze sztuką nie pomijają jej duchowego aspektu. Herbert, pisząc o budowniczych katedr, interesował się, ile zarabiali i gdzie mieszkali. Pani pytałaby zapewne o to, jaki rodzaj emocji religijnych popychał ich do pracy źle płatnej i niebezpiecznej. Jestem więc pewien, że poszerza Pani polską szkołę eseju o tony, które słabo dotąd w niej brzmiały. Daje to szansę na włączenie w jej szeregi twórców dotąd pomijanych, a moim zdaniem, niezwykłych. Myślę zwłaszcza o eseistyce Janusza Stanisława Pasierba. Jednym słowem: wiążę z Pani działalnością pisarską ogromne nadzieje. Gdyby było inaczej, czy pisałbym na okładce Pani książki, że jest arcydziełem?

Wojciech Kudyba

Pierwodruk w: „Topos” 2015 nr 1, s. 65–69.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wojciech Kudyba, O poszerzaniu kanonu. Mejl Do Marty Kwaśnickiej, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2019

Przypisy

    Powiązane artykuły