21.05.2020

Nowy Napis Co Tydzień #050 / Dwóch panów N.

Profesor i malarz, prezydent i jego zabójca – dwaj panowie N. połączeni kulą z pistoletu. 16 grudnia 1922 roku został zastrzelony pierwszy prezydent dopiero odrodzonego państwa. Od tej chwili Gabriel Narutowicz zostanie zaliczony do pocztu bezbarwnych świętych, grzecznych i przeciętnych, a Eligiusz Niewiadomski zasili szeregi narodowych łotrów. Jeśli rozciągnąć linię czasu i wzdłuż niej umiejscowić Narutowicza i Niewiadomskiego, historia, choć znana, niesamowicie się dynamizuje. Kula wystrzelona przez Eligiusza Niewiadomskiego nie wytraciła swego impetu i wciąż przeszywa nas – udowadnia Maciej Nowak. 

Nadzieje i rozczarowania

Czytając książkę Narutowicz – Niewiadomski. Biografie równoległe, czytelnik zastanawia się, dlaczego dopiero teraz ona powstaje? Wszak wydaje się być zupełnie oczywiste: ten temat wprost wyskakuje z kart dziejów! Chwalić należy Macieja Nowaka, że przedstawił tę dialogiczną historię, ale jeszcze bardziej, że zrobił to w sposób śmiały. Literatura wykorzystująca motyw żywotów równoległych, poczynając od Plutarcha aż do Alana Bullocka, daje autorowi szerokie możliwości kreacji. Uwypuklone są zagadnienia, które przy skupieniu się na jednym aktorze dziejów nie zawsze mogą w pełni wybrzmieć. Podobnie należy ocenić książkę Macieja Nowaka: ona aż kipi od emocji, akcji, sądów. Żywoty dwóch tytułowych postaci rozgrywają się na szerokim tle odradzającego się, zszywającego się z trzech zaborów w jedną całość, państwa polskiego. Państwa, dodajmy, wobec którego były liczne oczekiwania. Społeczeństwu polskiemu marzyło się państwo dziadów i pradziadów, bo przecież nie ojców, którzy zostali naznaczeni klęską powstania styczniowego. Budowniczowie i twórcy Odrodzonej to pokolenie pozbawione ojców, wychowywanych w równym stopniu przez matki, jak i przez kulturę romantyczną. To wszystko sprawi, że nowa Polska będzie krajem, przed którym stawiane będą niemożliwe oczekiwania, począwszy od granic, aż na ustroju kończąc. Jeszcze odmienne oczekiwania będą mieli sąsiedzi Polski. Powszechnie nazywano II RP „krajem sezonowym”, któremu wieszczono krótkotrwały byt. Z perspektywy czasu ta opinia może ranić, ale trudno nie odmówić jej racji. Stan wyjściowy odrodzonego państwa to trójzaborowe puzzle, które nie chcą się złożyć w całość: różne waluty, odmienne systemy prawne, o szerokości torów kolejowych nie wspominając. Na chłodno patrząc, to się nie powinno udać. Właśnie w tym czasie, pełnym emocji, nadziei i rozczarowań zarazem, równolegle biegną życiorysy Narutowicza i Niewiadomskiego. Nowak uważnie studiuje biografie obydwu, ale daje czytelnikowi coś więcej niż tylko historię porównawczą. Pisząc o pierwszym prezydencie i jego zabójcy, w rzeczywistości pisze także o trzecim, wcale nie mniej ważnym bohaterze: o ówczesnej Polsce. W cieniu dwóch postaci oczywistych i jednej, na której tle rozgrywa się dramat, jest jeszcze jedna osoba. Związana z nimi trzema, pragnąca pozostać w cieniu, choć światło uwagi nieustannie wydobywa ją zza szeregu. To Józef Piłsudski. Maciej Nowak w istocie przedstawia czytelnikowi żywoty równoległe czterech postaci. To właśnie sprawia, że jego książka przekracza ramy zakreślone w tytule. Przekracza również ramy czasowe i staje się niemal aktualnym komentarzem do najnowszej historii. 

Dzień 16 grudnia 1922 roku jest punktem impaktu, od którego rozchodzą się kolejne fale znaczeń. Od tego momentu pojawią się pytania, na które będziemy szukali odpowiedzi. Jak? Dlaczego? Jaki jest motyw? Czy Niewiadomski był osobą chorą psychicznie, a Gabriel Narutowicz tak bezbarwny, jak to dzisiaj jest na ogół przedstawiane? Odpowiedzi Nowak będzie szukał w wydarzeniach poprzedzających strzały w Zachęcie, jak również po strzałach wymierzających karę śmierci na stokach Cytadeli. Studiując biografie obydwu „panów N.”, autor będzie sukcesywnie wskazywał na ich specyfikę: Narutowicz zaraz po śmierci został w powszechnej pamięci niemal kanonizowany, zaś Niewiadomski skazany na niezrozumienie i potępienie. I choć ocena moralna czynu pozostaje bez zmian, powstają pytania o to, co go skłoniło do zamachu. Podobnie jak pytania, dlaczego Narutowicz zgodził się zostać prezydentem. 

Ich dwóch

Przyjrzyjmy się pokrótce, by nie zdradzać wszystkiego, postaci Eligiusza Niewiadomskiego. Maciej Nowak słusznie wystrzega się nadmiernej psychologizacji malarza. Sądy natury psychicznej mogą wydawać jedynie osoby, które podjęły próbę kontaktu (choćby wywiadu) z psychologiem. Powściągliwość Nowaka skłania go do wyważonej oceny Niewiadomskiego. To, co wiemy na pewno, to fakt, że był człowiekiem o charakterze wybuchowym. A to pobił redaktora gazety, a innym razem wszczął karczemną awanturę o salę wykładową, choć miał do dyspozycji inną. Niewiadomski to człowiek raptus, głoszący radykalność bez myślenia o konsekwencjach. Nie potrafił wyhamować swoich poglądów, zatrzymać się pośrodku. Gdy złapano na uniwersytecie młodego studenta roznoszącego prasę komunistyczną, Niewiadomski zdziwił się, że go nie rozstrzelano. Dziś każdy pedagog, a Niewiadomski był także przez jakiś czas wykładowcą, wie, że młodość to czas najgłupszych wyborów i należy wykazać się wymagającym zrozumieniem dla młodych poszukiwaczy sensu. Niewiadomski to człowiek skrajności, który nieuchronnie dąży na skraj przepaści. I nie potrafi się cofnąć. Gdy się poparzył, długo utrzymywał ten fakt w tajemnicy przed najbliższymi, jakby nie umiał przyznać się do potknięcia, błędu, porażki. Choć miał uszkodzony bark, zgłosił się do wojska, a potem narzekał, że nie mógł się w nim spełnić. Wobec ludzi raczej szorstki. Jego podwładny wspominał go:

Jako zwierzchnik był surowy, często popędliwie złośliwy, jako człowiek – mściwy, bezwzględnie uparty. Te cechy charakteru nie zjednywały mu sympatii między kolegami i interesantami. Trzeba mu przyznać, że był surowy również w stosunku do siebie, a w służbie niezwykle punktualny i pedantyczny oraz niebywale, choć nie zawsze celowo, pracowity. 

Dziwi fakt, że człowiek tak inteligentny i pełen ideałów czytał namiętnie szmatławe gazety, pełne antysemickiego jadu. Zdumiewające jest to sąsiedztwo sztuk pięknych (malarz, historyk sztuki, wykładowca) z rynsztokowym językiem, który pochłaniał. Trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby otrzymał właściwą pomoc psychologiczną, która potrafiłaby nieco stępić krańcowość jego osoby, historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. Narutowicz na tle Niewiadomskiego naprawdę wygląda anielsko. Jako dziecko zmuszony wraz z matką po powstaniu styczniowym do opuszczenia Kongresówki osiedla się w Inflantach, a następnie w Szwajcarii. Będzie mu to później wypominane w rozgrywkach politycznych: że jest Litwinem, Szwajcarem, a nie Polakiem. W Szwajcarii staje się, dzięki ciężkiej pracy, uznanym inżynierem wodnym (elektrownie, wały, mosty). O powrocie do kraju miała zadecydować rozmowa z Ignacym Mościckim, gdy usłyszał słowa, że „Polska nie co rok powstaje”. Powraca i pracuje w ministerstwie robót publicznych, później w ministerstwie spraw zagranicznych. Od razu daje się poznać jako tytan pracy – w tej cesze jest wspólny z Niewiadomskim. Różni go jednak od niego stosunek do ludzi: więcej jest tu wybaczania, zjednywania sobie sympatyków uśmiechem, niekonwencjonalnego traktowania podwładnych. Wielce mówiąca scena: gdy przyłapał urzędnika na pisaniu wiersza zamiast pracy, zabrał mu kartkę, oprawił w ramki i powiesił u siebie w gabinecie. Na arenie politycznej ganiono go za zbytnią uprzejmość dla opozycji. Sam Narutowicz tak tłumaczył swoją postawę: „Może to niepięknie z mojej strony, ale odczuwam to trochę jako zemstę”. 

Niechciany prezydent

Piłsudski nie chciał, aby Narutowicz został prezydentem. Gdy wygrała jego kandydatura, Narutowicz miał miotać się po swoim gabinecie z okrzykiem: „Co wyście mi zrobili? Co wyście mi zrobili?”. Zostawmy na boku polityczne intrygi, które Maciej Nowak precyzyjnie wyjaśnia. Dość wspomnieć, że wybór Narutowicza rozczarował wszystkich, a to, że nie złożył rezygnacji zaraz po wyborze, zdumiało starych sejmowych wyjadaczy. Ukazana została w tej sytuacji główna cecha pierwszego prezydenta: obowiązek trzeba dźwigać. Prasa zareagowała histerycznie. Nowak świetnie pokazuje ówczesny zalew mowy nienawiści. Zamiast robić szczegółowy przegląd prasy skupia się na kilku autorach. Spośród nich ciemną gwiazdą jaśnieje Stanisław Stroński. Profesor filologii i poseł, którego prawdziwą pasją, życiem wręcz, była publicystyka. To właśnie on jest autorem tekstu z 10 grudnia 1922 roku pod tytułem Ich prezydent. Cztery dni później publikuje nie mniej zjadliwy tekst pod jeszcze wymowniejszym tytułem Zawada. Wiadomo, co trzeba zrobić z tym (lub z kimś), kto stoi na drodze… Pisał w artykule:

Któż to na drogę wiodącą ku większości polskiej, ku odpowiedzialności, ku ludowi, ku uzdrowieniu rzucił ten kloc nieczuły, ociężały, nieruchawy, tępy?

Raz jeszcze zadziwia, że trwać potrafi obok siebie, podobnie jak w przypadku Niewiadomskiego, piękno i rynsztok: Stroński jest wszak profesorem mowy ojczystej… Stroński to również autor najsłynniejszego artykułu napisanego zaraz po zamachu, pod tytułem Ciszej nad tą trumną. W nim dokonuje próby otrzeźwienia, rachunku sumienia:

[…] cały naród widzi w zamordowanym prezydencie Rzeczpospolitej nie przedstawiciela władzy państwowej, a przede wszystkim ofiarę zbrodni wywołującej powszechne potępienie. Jedynie w tym powszechnym potępieniu jest godność, jest zdrowie duchowe, jest siła, dająca pewność, że naród przetrzyma głębokie wstrząśnienie, w żałobie i smutku, ale zarazem w spokoju, bez którego niebezpieczeństwo byłoby stokroć groźniejsze. 

Zatem już nie „ich prezydent”, ale nasz, już nie „zawada”, ale prezydent Rzeczpospolitej i ofiara. Jan Lechoń w swoich Dziennikach wspominał czasy II wojny światowej i spotkanie ze Strońskim, który mówił, że poczucie winy za napisane zjadliwe artykuły go nie opuszcza.  

Mowa Niewiadomskiego, milczenie Narutowicza

Dlaczego zginął Narutowicz? Niewiadomski nie potrafił do końca jasno wytłumaczyć. Zginąć miał wszak Piłsudski, on właśnie miał być pierwszym prezydentem… Czyżby Narutowicz został „ofiarą zastępczą”, skoro nie można było sięgnąć Komendanta? Ale Piłsudski był w Zachęcie owego feralnego grudniowego dnia! W jaki sposób ułożył swoją linię obrony podczas procesu Eligiusz Niewiadomski, nie chcę zdradzać. Maciej Nowak dołożył wszelkich starań, aby zbadać i wyjaśnić motywy malarza. Wiele rzeczy jest zwyczajnie zaskakujących, bowiem dopiero po latach odpowiednio ułożyła się legenda Niewiadomskiego. Malarz przemawiał na procesie wyjątkowo spokojnie. Podobnie czynił po śmierci: po egzekucji zaczęły ukazywać się jego książki, powstało stowarzyszenie biorące go za wzór, a do dziś na jego grobie stoją zapalone znicze i świeże kwiaty. Maciej Nowak napisał błyskotliwy, dynamiczny esej. Na tle biografii dwóch „panów N.”, pokazał również dylematy i wielkie oczekiwania wobec odradzającego się państwa. Ukryty w cieniu Piłsudski przypomina nieco władcę marionetek, któremu zbuntowały się kukiełki. Powstaje frapujące pytanie: czy czyn Niewiadomskiego natchnął Piłsudskiego do majowego zamachu stanu? Maciej Nowak dyskretnie stawia pytania i umiejętnie rozrzuca je szczodrą ręką po całej książce. Pod postacią Narutowicza – Niewiadomskiego. Biografii równoległych otrzymujemy jedynie nieco zamglone lustro, w którym przeglądamy się z niepokojem i jakby z uczuciem déjà vu. 

„Narutowicz – Niewiadomski. Biografie równoległe” 

M.J. Nowak, Narutowicz – Niewiadomski. Biografie równoległe, Warszawa 2019.

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Dwóch panów N., „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 50

Przypisy

    Powiązane artykuły