21.05.2020

Nowy Napis Co Tydzień #050 / Egipt all inclusive

Stare żydowskie przysłowie mówi, że kiedy człowiek myśli, Bóg się śmieje. Literatura, aby pozostać sobą, powinna być tego śmiechu echem, nie zajmować się wygłaszaniem sądów czy formułowaniem opinii, czerpać swoją energię raczej z wątpliwości, przypuszczeń i odczuć niż poglądów. Z tego punktu widzenia trudno o mniej „literacką” działalność niż publicystyka. Jednak od kilku miesięcy rzeczywistość okazała się być tak krucha, a przyszłość niepewna, że głos tych, którzy „myślą” i „twierdzą” niemal za każdym razem odbija się echem boskiego śmiechu. Korzystając więc z okazji, że publicystyka nabrała niespodziewanie literackiego charakteru, postanowiliśmy otworzyć cykl poświęcony analizom zmian, które już zaszły, a nade wszystko zajdą jeszcze w niedalekiej przyszłości w związku z trwającą pandemią. Poprosiliśmy autorów o różnej wrażliwości i poglądach o przedstawienie ich prognoz i odczuć. Mamy przy tym nadzieję, że jedną ze szczęśliwych okoliczności obecnego, globalnego nieszczęścia stanie się obustronne zbliżenie publicystyki i literatury. Pierwszej z nich udałoby się dzięki temu nabrać pokory i dystansu, drugiej – zacząć z powrotem bić tętnem rzeczywistości.

*

W naszej pamięci ma twarz Leonarda di Caprio i opinię łowcy przygód. Ale ostatnie kilkadziesiąt lat życia Howarda Hughesa w niczym nie przypomina tej części jego biografii, którą w Aviatorze przeniósł na ekran Martin Scorsese. Już nie latał w przestworzach, ale się w nich ukrywał. Wynajmował najwyższe piętra luksusowych hoteli, gdzie strzegli go niepijący, niepalący i nierozmawiający między sobą mormońscy ochroniarze. O jego zdrowie dbało na zmianę czterech lekarzy. Przestał obcinać włosy, paznokcie i brodę. Żywił się tylko zupą z puszki, pod koniec życia ważył 45 kilogramów. Nie czytał, nie słuchał muzyki, czasem tylko oglądał stare – najpewniej w przeszłości przez niego samego wyprodukowane – filmy. Ze swoimi podwładnymi, pilotującymi jego miliardowe przedsięwzięcia, porozumiewał się poprzez zwięzłe, zapisywane na małych karteczkach, komunikaty przekazywane za pośrednictwem ochroniarzy.

Starość bogacza potrafi być szalona w swojej trzeźwości. Hughes pojął to, do czego i my zaczynamy powoli dochodzić. Że największym, ostatecznym pożytkiem, jaki można uczynić z pieniędzy, jest rozciągnięcie między sobą a światem kordonu sanitarnego. Że zniknąć, stać się niewidocznym dla świata jest przedsięwzięciem wymagającym co najmniej takiego samego wysiłku i wytrwałości, jak w tym świecie zaistnieć.

Każda epoka ma swoich samotników, każda jest też w jakiś sposób przez nich definiowana. Swój czas mieli ojcowie pustyni, miał go Montaigne i Thoreau. Wszystkie te wielkie ucieczki były przed czymś i po coś; opowiadają tyle samo o świecie, którego chcieli uniknąć ci, którzy się chowali i o tym, co tylko w ukryciu dało się przechować; duszy, godności, rozumie. Pod tym względem ucieczka Howarda Hughesa była najbardziej pionierską z gałęzi jego działalności. Bo chociaż tak naprawdę nie wiemy do końca, dlaczego ani przed kim się ukrywał, to już sam ten fakt jest w pewnym sensie odpowiedzią. Nasuwa podejrzenie, że kierował nim odruch, który doskonale znamy i któremu od kilku tygodni poddajemy się na globalną skalę. Żądza przetrwania, złożenie wszystkich ambicji, wartości, przekonań i pasji na ołtarzu biologii. Dopiero nasze czasy zasługują na miano epoki Howarda Hughesa.

Wyjście i co z niego wynika

Kiedy w sierpniu obchodzone będzie czterdziestolecie powstania „Solidarności”, żyć będziemy już w nowej, jeszcze nowszej niż dzisiejsza, normalności. To jeden z tych dość rzadkich przypadków, kiedy obchodzenie rocznic, kojarzenie dat okazuje się mieć głęboki sens. Kiedy przeszłość kolejny raz się wydarza, ze wszystkich sił daje o sobie znać. Bez wchodzenia w żadną z trwających wokół epidemii dyskusji, a poprzestając wyłącznie na obserwowaniu tego, co z nami zrobiła, trudno oprzeć się wrażeniu, że wywołała ona odruch lustrzanie odwrotny do tego, któremu ulegli Polacy w sierpniu 1980 roku.

Czterdzieści lat. W naszej kulturze to miara czasu, która kojarzyć się może tylko z jednym wydarzeniem: wędrówką narodu wybranego przez pustynię. Podróżą, która rozpoczęła się od spektakularnego Exodusu, wyjścia z domu niewoli – wydarzenia mającego już określony status w historii myśli politycznej. Dla teologów wyzwolenia, próbujących ze wszystkich sił opowiedzieć marksizm językiem chrześcijaństwa, wyjście z Egiptu stanowi centralne wydarzenie całej Biblii, uniwersalny symbol wyzwolenia wspólnoty z ucisku, obalenia przemocy społecznych struktur.

Ale w Exodusie, tak jak go rozumieją teologowie wyzwolenia, nie ma wszystkiego tego, co w rzeczywistości wydarzenie to oznaczało i za sobą niosło. Nie ma całej radykalności przejścia do nowej rzeczywistości i zerwania ze starą. Tego, o czym pisał między innymi Joseph Ratzinger, który jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary stał się głównym sprawcą wykluczenia teologii wyzwolenia poza ramy katolickiej ortodoksji. Faktu, że Izrael miał opuścić Egipt nie po to, by stać się narodem jak wszystkie inne. Otrzymać swoją ziemię, swój mlekiem i miodem płynący kraj i żyć w nim w wolności i bezpieczeństwie, jakby było to coś, co mu się zwyczajnie należy.

Izrael miał wyjść, żeby mógł się nawrócić. Dostał własny kraj tylko i aż po to, żeby mógł tam swobodnie oddawać cześć jedynemu Bogu. Marksistowskie wyzwolenie nie tylko nie wymaga, ale wręcz wyklucza możliwość nawrócenia. Ciężarem grzechu zostają obciążone wyłącznie struktury, nie człowiek; całe zło wynika z urządzeń i realiów zewnętrznych, wystarczy je obalić a dokona się zbawienie człowieka wewnątrz historii.

Teologowie wyzwolenia przeoczyli również fakt, że Wyjście było cudem. Czymś sprzecznym z każdą logiką historii, a już z materializmem historycznym w szczególności. Wydarzeniem, które zrywało wszystkie ciągłości, którego w porządku wynikania nic nie poprzedzało, natomiast wszystko, co stało się po nim, było jego skutkiem. Było początkiem, skokiem, przy którym przejście do kolejnego etapu rozwoju historii wydaje się być tylko niedostrzegalnym drgnieniem kończyn.

To „Solidarności”, a nie żadnemu z nigdy niezrealizowanych projektów teologów wyzwolenia, należy się miano Exodusu. Jak dla Izraela opuszczenie Egiptu, tak dla kilku pokoleń Polaków sierpniowe strajki są rodzajem mitu założycielskiego. Początkiem pisanym dużą literą, który – jak rozstąpienie się Morza Czerwonego przed narodem wybranym – zgodnie z prawami historii i przyrody nie miał prawa się wydarzyć. Był cudem.

Cud Solidarności

„Solidarność” była również cudem nawrócenia, rozumianego zresztą bardzo dosłownie, praktykowanego poprzez sprawowaną w Stoczni Gdańskiej publiczną ceremonię, do złudzenia przypominającą sakrament pokuty i pojednania. W udzielonym Cezaremu Michalskiemu wywiadzie-rzece opowiadała o tym aspekcie strajku Jadwiga Staniszkis, a jej świadectwo jest tym bardziej wiarygodne, że składane z wyraźnym zdegustowaniem i niezrozumieniem dla tego rodzaju aktów:

Bez przerwy na mównicę wychodzili jacyś ludzie z zewnątrz, zwykli partyjni i spowiadali się przed tymi robotnikami. Mówili jakimi to byli świniami i jak teraz doznają oczyszczenia. Na przykład raz przemawiał taki facet, straszna kreatura, który był kadrowcem w stoczni, całkowicie dyspozycyjnym, wyrzucał np. Annę Walentynowicz z pracy. I teraz, kiedy stanął przed tym tłumem, zaczął pięknie mówić o swojej wewnętrznej przemianie. I ci stoczniowcy, którzy go przecież znali i wiedzieli, jaki z niego bydlak, stali zachwyceni, wpatrzeni w niego jak w obraz.

Tak jak Staniszkis z wyraźną rezerwą podchodziła do publicznych spowiedzi w Stoczni, tak też chyba większości z nas trudno jest bez skrępowania albo znużenia czytać wspomnienia uczestników solidarnościowego karnawału. Choćby takie jak jedno z tych, które znalazło się w książce Sierpień ‘80 we wspomnieniach. Relacje z WybrzeżaSierpień ‘80 we wspomnieniach. Relacje z Wybrzeża, pod. red. M. Latoszka, Gdańsk 1991, s. 166.[1]:

Trudno sobie wyobrazić, co stało się z ludźmi, zupełnie jakby nie ci sami, co przed strajkami. Przedtem dość często dochodziło do kłótni w kolejkach, ludzie byli zdenerwowani. Teraz wszystko się przemieniło – mimo ogromnego napięcia społecznego ludzie starają się być spokojni, opanowani, uprzejmi, nikt nawet nie śmie głośniej krzyknąć, żeby nie zakłócać powagi chwili. Dziwnym węzłem jedności związał się naród polski, jeden drugiemu stał się bliższy, droższy, każdy szanował każdego.

Czytane po czterdziestu latach wspomnienia te sprawiają wrażenie strumienia świadomości lunatyków, ludzi poddanych zbiorowej hipnozie. Jak jednak zatem wytłumaczyć fakt, że dokonali oni jednocześnie nie tylko duchowego, ale również fizycznego Wyjścia? Że prowadzili bardzo konkretną, wymagającą dużej dozy trzeźwości umysłu związkową działalność? Może więc nie chodziło o zbiorową hipnozę, tylko nawrócenie wspólnoty – z dzisiejszej perspektywy wspominane z nieufnością, do której zmusza większość z tego, co wydarzyło się później. Co z tego, że również Polacy otrzymali dziesięć przykazań, i to nawet dwa razy, w krótkim odstępie czasu? Najpierw przekazał je nam swoim telewizyjnym cyklem Krzysztof Kieślowski, a kilkanaście miesięcy później kolejnym przykazaniom Dekalogu Jan Paweł II poświęcił swoje kazania podczas pielgrzymki w 1991 roku. Bardziej atrakcyjny okazał się złoty cielec kapitalizmu.

W tył zwrot

Kapitalizm był jednak tylko skutkiem, a nie przyczyną. Ta bowiem tkwi w ponownym zanurzeniu się w bezalternatywnej wizji historii – w porządku, który nie miał być przez nas stworzony, wykreowany, tylko odbity od gotowego wzorca. Stać się przedmiotem realizacji, a nie prawdziwego działania. „Działanie” to pojęcie, które jeszcze w językach antycznych zachowywało dwoistość. Oznaczało nie tylko doprowadzenie przedsięwzięcia do końca, ale także jego rozpoczynanie, wprawianie w ruch; zagranie pierwszych dźwięków ustalających tonację dla całego utworu. Tymczasem determinizm, każda z jego odmian i gatunków, ogranicza naszą perspektywę do kontynuacji – odbijania wzorów wcześniej przygotowanej matrycy. To on był domem niewoli, z którego uciekła Solidarność. Tyle że na początku lat 80. miał twarz Marksa, a dekadę później – Fukuyamy i Kojève’a. Niewielki lifting wystarczył, byśmy pomylili nowy Egipt z Ziemią Obiecaną. Obietnice marksizmu i końca historii to dwa fragmenty tej samej melodii – starej, heglowskiej śpiewki.

Zwrot wykonany przez solidarnościowe elity w połowie lat 80. w reakcji na dojście do władzy w ZSRR Gorbaczowa i coraz wyraźniejsze symptomy rozpadania się komunistycznego porządku tłumaczy się często jako zdradę „robotniczej bazy” Solidarności przez jej przywódców. Tak jakby nawet krytykę tamtego sposobu myślenia trzeba było formułować w jego żargonie. Tymczasem w manewrze elit chodziło o coś więcej. Kiedy w 1985 roku Adam Michnik zaczynał konstruować nową strategię polityczną dla „Solidarności”, stwierdził wprost, że jeżeli ma ona stać się siłą sprawczą demokratycznej transformacji, miejsce robotników w kierownictwie związku musi zająć „racjonalnie rozumująca” elita intelektualnaZob. D. Ost, Klęska „Solidarności”. Gniew i polityka w postkomunistycznej Europie, tłum. H. Jankowska, Warszawa 2007, s. 100–103.[2]. Uważał, że trzeba się strzec proletariackiego zaplecza „Solidarności”, zaplecza, które jeszcze w 1980 roku można było postrzegać jako rozsądnych i racjonalnych aktorów sceny politycznej. W rzeczywistości, jego zdaniem, byli to irracjonalni narwańcy, wrodzy rozumowi i zdrowemu rozsądkowi, pogardzający pojęciem kompromisu, niezdolni do zaakceptowania realiów i limitów rzeczywistego świata.

A przecież to właśnie robotnicza nieumiejętność akceptowania realiów i limitów była kluczowa. „Solidarność” stanowiła początek, który zdeterminował późniejsze reguły, wyznaczył warunki brzegowe. Fenomen polskiego ruchu polegał na tym, że nowy porządek ustalili ci, którzy – z definicji – są odtwórczy. Robotnik wytwarza według gotowego wzorca, ewentualnie naprawia, to jest doprowadza do poprzedniego stanu – ale w żadnym wypadku nie tworzy. Ideał, do którego dąży, jest już ustalony. W sierpniu 80. roku jednak wytwórcy stali się twórcami. Już nie tylko pracowali, ale działali. Dawali początek, wprawiali w ruch bieg historii. Odsunięcie ich na bok, by zrobili miejsce dla „racjonalnie rozumującej” elity to nie żadna zdrada robotniczej bazy. To ogłoszenie komunikatu „w tył zwrot”. Z powrotem w objęcia realiów i limitów. Naprzód, do Egiptu.

Bierne ciało, niewidoczny suweren

Czas musiał się jednak wypełnić, a my swoje czterdzieści lat musieliśmy przemaszerować. Dopiero dzisiaj znaleźliśmy się na rogatkach państwa faraonów. W tym czasie przeprowadzono tu wiele zmian, niemało udogodnień zostało wcielonych w życie. Nowa niewola będzie odbywana w standardzie all inclusive, co wcale nie oznacza, że jej rygor będzie złagodzony. Przeciwnie, o ile Solidarność wyrywała z przestrzeni tego, co społeczne, podnosiła ludzką egzystencję na przewyższający horyzont pojedynczego życia, na poziom tego, co polityczne, o tyle teraz spadamy dwa pietra niżej. Przestrzenią, po której będziemy się poruszać, która będzie ograniczać nasze widzenie i odczuwania stanie się to, co biologiczne. Konieczność dyktowana już nie prawami międzyludzkich relacji, ale wydajnością narządów i organów.

Na naszych oczach, przy naszym akceptującym i czynnym udziale, poszczególne wspólnoty tracą swój polityczny charakter. Stają się populacją, całością niezróżnicowaną, rzeczywistością wielkich liczb, przedmiotem mniej lub bardziej sprawnych zabiegów. Wspólnota, która jest niczym innym jak sumą pojedynczych spotkań, została utożsamiona ze śmiertelnym zagrożeniem. Wróciliśmy do stanu natury, gdzie każdy może zabić każdego – nagle, niespodziewanie, a z reguły nawet wbrew swojej woli. Nie potrzebuje już w tym celu żadnej broni, wystarczy jego oddech, zbliżenie się do drugiego o krok za blisko.

Stan natury

Ze stanu natury wyprowadzić zagubione i wzajemnie sobie zagrażające jednostki może wyłącznie suweren. Władca, który góruje nad ludem i jest nieosiągalny dla nastrojów i woli społeczeństwa – tak jak lekarz panuje nad najbardziej nawet krnąbrnym pacjentem. Im mniej suwerena widać, tym bardziej jest wszechobecny. Zgodnie z regułą, którą Foucault opisał w Nadzorować i karać, dokonuje się przejście od publicznych egzekucji do precyzyjnie zorganizowanych systemów penitencjarnych. Wygaszony zostaje blask publicznej kaźni, ceremonii ukazującej zebranej publiczności namacalną moc władcy. Więzienie ukrywa skazańca przed społecznością. Jednocześnie obok niego powstaje cały szereg innych „instytucji poprawy”, w których osadzeni zostają już nie przestępcy, ale ci wszyscy, którzy odstawali od społecznej normy – sieroty, biedni, chorzy psychicznie.

W ten sposób cała wspólnota zostaje otoczona niewidzialną siecią kontroli i przymusu, resocjalizacji i wychowania. Władza stała się niewidoczna, ale właśnie dzięki temu wszechobecna, a rozróżnienie między winnym a niewinnym zaczyna się rozmywać. Dokładnie jak między chorym i zdrowym podczas epidemii. To właśnie fakt, że każdy jest podejrzany, nieważne czy o przestępstwo, czy obecność wirusa w organizmie, sprawia, że władza może, zdaniem wielu nawet powinna, stać się wszechobecna. Logika jest ta sama w każdym czasie i warunkach: pomiędzy ostatnią z tych instytucji poprawy, które istnieją po to, by uchronić członka społeczeństwa przed trafieniem za mury więzienia, a samym więzieniem różnica staje się ledwie wyczuwalna.

Wszystkie te zabiegi okazują się tym skuteczniejsze, im bardziej bierne pozostaje „ciało”, które jest im poddawane. Im bardziej zanika wspólnota, tym bardziej okazuje się ono właśnie tylko ciałem – a nie również duszą czy umysłem; rzeczywistością nade wszystko biologiczną, poddająca się konieczności praw natury. Wspólnota nie chce już zaczynać niczego na nowo i tak długo, jak to tylko możliwe nie chce również niczego kończyć. Zainteresowana jest wyłącznie własnym trwaniem, rozciągnięciem w czasie chwili obecnej.

Najdoskonalszym bezpiecznikiem takiej konstrukcji społeczeństwa jest samotność. Każde spotkanie jest „groźbą” nowego początku, zaplątania nici porozumienia i całego wachlarza możliwości wspólnego działania, które z niego wynikają. Ale kiedy po drugiej stronie nie ma już twarzy, ale jej awatar, spotykamy się nie z „tym drugim”, tylko sumą własnych przypuszczeń na jego temat.

Trudno powiedzieć, czy Howard Hughes korzystałby z Internetu w swojej podniebnej samotni, gdyby miał taką możliwość, ale nawet jeśli by to robił, to w niczym nie zmieniłoby to wymowy jego ucieczki. Ta bowiem polegała na odmowie udziału we współsprawstwie, jakim jest ludzkie działanie. Przekonaniu, że nie ma sensu zaczynać nic nowego, że warte tego podróże i loty zostały już odbyte, filmy nakręcone, a przedsiębiorstwa – wprawione w ruch. Zostaje już tylko możliwie bezboleśnie dożyć pozostały czas, a ludziom i rzeczom za oknem dać biec swoim torem. Najpłynniej, jak to tylko możliwe, zejść im z drogi.

Jeżeli wspomina się już o „dziedzictwie Solidarności” w kontekście epidemii, to robi się to w oczekiwaniu na nadchodzący, jak nigdy wcześniej w historii zapowiadający swoje przybycie ze sporym wyprzedzeniem, kryzys finansowy. Ale tak jak postulaty ekonomiczne były w sierpniu 80. roku dopełnieniem logiki strajku, tak teraz gospodarczy krach będzie tylko odblaskiem kryzysu, który trwa już na całego. Kryzysu człowieczeństwa, które samo siebie zaczęło postrzegać jako fenomen wyłącznie biologiczny. I wspólnoty, która najchętniej sama sobie zeszłaby z drogi.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Jan Maciejewski, Egipt all inclusive, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 50

Przypisy

    Powiązane artykuły