04.06.2020

Nowy Napis Co Tydzień #052 / Pełne zanurzenie

Powieść marynistyczna? Toż to ramota straszna! Niby czytało się za dzieciaka Kapitana Blood’a Rafaela Sabatini czy Złoto z Porto Bello A.D. Howden Smitha (za Wyspą skarbów Roberta Louisa Stevensona nie przepadałem), ale pisać współcześnie z perspektywy pokładu łajby, to porwanie się na ryzykowny zabieg. Dziś narracja snuje się raczej w rytmie autostopu, przysiada na dłużej w lotniczych poczekalniach lub przeskakuje niczym gentelman Fogg z jednego środka transportu na drugi. Radosław Wiśniewski okrętuje czytelnika na pokładzie Transmigracji i zabierze go w rejs, który tylko pozornie ma swój cel oraz swoje morze.

Kanwą książki są rejsy na Gotlandię, gdzie znajduje się Visby. Tam właśnie, w domu dla pisarzy i tłumaczy, wydaje się tkwić upragniony port Wiśniewskiego. Zostać pisarzem, zostać poetą, a później znaleźć się niejako w raju dla piszących, gdzie cisza, wolność, dzień rozciągnięty do granic możliwości inkaustu w piórze (czy baterii w laptopie) – to wydaje się było celem wszelakich podróży. Jednak dotarcie do Visby nie przynosi ukojenia. Spacerując linią brzegową, przypatrując się kolejnym przybywającym na wyspę, a przede wszystkim przyglądając się swojemu odbiciu, autor odkrywa, że nieopatrznie stał się Panem Maluśkiewiczem: wyspa drgnęła i zaczęła płynąć dalej. Wyczekiwany port stał się jeszcze jednym okrętem, który właśnie podniósł żagle. Przeszłość podniosła swój łeb, spojrzała krzywo i powiedziała: mam cię, mandżur pakuj. 

Stań się jak woda

W tym, co napisałem nie ma ani krztyny złośliwości. Transmigracje należy tak właśnie czytać: nie spiesząc się, za nic mając chronologię, w dodatku drwiąc z linearności zdarzeń. Tempo czytania wyznaczają kręgi na wodzie, kolejne zanurzenia świadomości. A te rozchodzą się, dotykając coraz więcej spraw, poruszając kolejne boje, obmywając następne pokłady znaczeń. Trudność z Transmigracją polega na tym, że czytelnik otrzymuje książkę przebogatą. Nie sposób powiedzieć wprost, o czym jest książka Wiśniewskiego. Są tu zapisy z kolejnych rejsów, opis rozpadu pierwszego małżeństwa, szamotanie się w kieracie nudnej, bo niewdzięcznej pracy, szczęście drugiego małżeństwa, rozległe pejzaże historycznych pól bitewnych, które przezierają przez codzienność, duchowe poszukiwania rozpięte pomiędzy chrześcijaństwem a buddyzmem, alternatywne wersje historii… I jest jeszcze ona, Polska – oglądana pod światło, próbowana zębami, jak moneta co brzęczy fałszywie. Zapewne najprościej byłoby napisać, że Transmigracja to książka rozliczeniowa. Z dzieciństwem zanurzonym jedną nogą w PRL, a drugą tkwiącą w czasach transformacji ustrojowej. Z boomem literackim lat 90., którego aktywnym członkiem był Wiśniewski zarówno jako poeta, jak również jako krytyk (dość wspomnieć termin neoapokryfistów). Z marzeniami wyniesionymi z dzieciństwa, co dziwacznie zmutowały w dojrzałym życiu męża oraz ojca. I choć książka nie jest pozbawiona skowytu i bólu, że chciałoby się żyć inaczej niż się żyje, to Transmigracja sprawnie zachowuje równowagę, przechylając się w stronę groteski, rozważań historycznych płynnie przechodzących w zapatrzenie (zobacz kolejne Widzenia znad…) iście historiozoficzne, wręcz medytacyjne fragmenty, czy wreszcie skrzące się ciepłym, nieco podszytym ironią, dowcipem. W sukurs rozciągłości tematycznej podąża wielorakość gatunków literackich. Jest tu coś na wzór felietonu, są i fragmenty, które równie dobrze mogłyby być wyjęte z jakiegoś obszerniejszego eseju, nie brak szkicu, pamiętnika, reportażu, wreszcie zapisów przewodzących na myśl wpisy charakterystyczne dla mediów społecznościowych. I znów pojawia się natarczywe pytanie: jak to ująć w całość? Literacki patchwork, recycling literacki? Palimpsest? A może wraz z Transmigracją należałoby stworzyć nowy rodzaj literatury – pisanie po wodzie? Wszak Wiśniewski kluczy, porzuca chronologię, wspomnienia z dzieciństwa stoją obok gorzkich uwag pod adresem współczesności. Zwodzi czytelnika wsiadając na kolejny pokład, aby zejść z innego; okrętuje się w Gdyni, by płynąć do Visby, a dopływa do Boliwii i Gruzji. Granice stają się umowne i czasem czytający nabiera podejrzenia, czy aby nie ma do czynienia z podróżą wyimaginowaną na wzór tej, którą odbył Gustaw Herling-Grudziński do Pragi na łamach Dziennika pisanego nocą. Słowem: bezmiar wód i otchłań pamięci. Mało tego, Wiśniewski jakby bawił się potokiem słów, nadmiarem wyrazów. Co zatem zrobić z bogactwem, całą tą obfitością, które podaje autor? Zapewne to, co mówili wszyscy wielcy mistrzowie sztuk walk, począwszy od Bruce’a Lee po Andersona Silvę: ucz się od wody. Wiśniewski też zdaje się nie przejmować płynnością form, zataczaniem coraz szerszych kręgów. Zresztą, powiedzmy to sobie szczerze: nie musi. Dopóki się to czyta sprawnie, nie ma problemu. A czyta się dobrze (o czym wspomnę jeszcze na koniec). 

Zawołać chłopaków

Bałtyk jako pretekst do snucia opowieści, kolejne rejsy jako swoisty szkielet książki, linia brzegowa jak linia życia – to jest ciekawe. Nie mniej wybór narracji, która jest drugoosobowa. Tę nieoczywistą i trudną formę Wiśniewski sukcesywnie utrzymuje aż do ostatnich, kulminacyjnych kart Transmigracji. „Zrobiłeś”, „wziąłeś”, „nie widziałeś” – to początkowo zbija z tropu czytelnika. Jednocześnie wprowadza metafizyczny niepokój. Do kogo należy szepczący do ucha głos, który zdaje się wszystko wiedzieć? Co w rzeczywistości czytamy? Przez całą lekturę nie opuszczało mnie skojarzenie tego typu narratora z filmem Drabina Jakubowa (The Jacob’s Ladder z 1990 roku). Transmigrację równie dobrze można czytać jako proces po śmierci, swoiste odczytanie raportu przed wpuszczeniem duszy do raju/piekła/czyśćca. Ktoś – anioł, diabeł – czyta akt oskarżenia/akt łaski. Pośmiertna rekonstrukcja zdarzeń? Dusza błąkająca się po wyjściu z ciała i szukająca innego ciała? Ten trop nie jest bezzasadny, bowiem ilość postaci historycznych, które pojawiają się na kartach Transmigracji może przyprawić o zawrót głowy. Powstańcy warszawscy naznaczeni ogniem, zatopiona załoga ORP „Orzeł”, żołnierze zbierający swoich rannych kompanów podczas bitwy pod Monte Cassino – cały ten tumult osób wchodzi i wychodzi przez Wiśniewskiego niczym przez drzwi obrotowe. Korowód postaci ciągnie się w jakimś nieprzerwanym marszu, którego końca nie widać. „Ciebie wzrusza to, co innych w ogóle nie obchodzi, a historia to dla ciebie właśnie takie szczegóły, które innym nie przychodzą do głowy”, mówi Małgorzata do bohatera. I tak już będzie, że zima kojarzyć się będzie z Powstaniem Styczniowym, a wypadek na rowerze i uszkodzony bark z rannymi pod Monte Cassino. Drobiny bieżących wydarzeń, przypadkowo usłyszane słowo, które nieoczekiwanie zabrzmi na inną nutę – to wszystko będzie wywoływać echo minionych bitew, ucieczek, wielkiego sporu jednostki z Historią. Rozdziały swojego życia Wiśniewski będzie czytał przez historię Polski. Z jednej strony budzi to niekłamany podziw dla autora dla posiadanej wiedzy. Z drugiej zaś staje się nużące, że wszystko musi kojarzyć się z kampanią wrześniową, kolejnymi powstaniami i „polskimi miesiącami”. Kręcąc nosem za którymś tam z kolei dostrzeżeniem w swoim życiu odprysku pól bitewnych, zacząłem patrzeć na cały korowód postaci przechodzących przez Wiśniewskiego trochę w inny sposób. W jakim natężeniu słów, postaci, symboli musi żyć ktoś, kto rozpoznaje cały ten tumult z twarzy, szarży i nazwisk? Transmigracja to literacki odpowiednik Melancholii Jacka Malczewskiego – to z pewnością. Metafizyczny niepokój, głos narratora przywodzący na myśl szept kogoś stojącego za plecami, każe szukać także innych tropów. I wydaje mi się, że Radosław Wiśniewski powtarza na kartach, chyba nie do końca świadomie (i nie jest to zarzut), rolę tragarza duchów, postaci z ludowych wierzeń Warmii i Mazur. Tragarzem duchów nazywano osobę, do której zwracali się umarli, aby odprowadziła ich na cmentarz. Tragarzem duchów zostawało się wolą zmarłych, to oni decydowali, do kogo zwrócą się z prośbą. Dar widzenia duchów, który bardziej przypomina przekleństwo, miał przynależeć osobom urodzonym w niedzielę. Tragarzy duchów otaczano szacunkiem, bojaźnią, ale nie zazdroszczono szczególnego wybrania. W powszechnej opinii to bardziej uciążliwy obowiązek niż nobilitacja. Dusza zmarłego miała podążać za konduktem pogrzebowym na miejsce spoczynku. Wyprowadzając zwłoki z domu, należało zawołać nieboszczyka po imieniu, aby „poszedł ze sobą”. Utrzymywano, że duch zmarłego siadał na trumnie lub obok karawaniarza. Czasem zdarzało się, że dusza nieboszczyka wracała z konduktem pogrzebowym do domu. Karawaniarz lub tragarz duchów powinien wtedy zapytać: „Czy dobrze umościłem ci łoże? Jeśli niedobrze, to ci je poprawię”. Może w ten sposób należy odczytać uporczywość powracających alternatywnych wersji dziejów Polski i Polaków na łamach Transmigracji – nie tylko jako ćwiczenie z myślenia przyczynowo-skutkowego, ale ćwiczenia duchowe na wzór Ignacego Loyoli. 

A musisz wiedzieć, że w otchłani nie ma grup rekonstrukcji historycznej. W otchłani nie ma nic. Zatem wymyślałeś, którędy by mogli pójść, żeby ominąć czeluść, jak mogliby przechytrzyć dym stosów pogrzebowych, jak mogliby się nie osunąć wraz z całą Polską w tę matnię, z której nie było wyjścia. Tak żeby ci, którzy pozostali na powierzchni przez kolejne dziesięciolecia, nie musieli tylko odtwarzać przedstawienia kraju według sztychów z epoki przy pomocy tego, co mieli pod ręką – karton-gipsu, paździerza, płyty pilśniowej, lastryka. Czułeś przecież od dziecka, że coś jest nie tak z tym krajobrazem za oknem, że ktoś podmienił miasto, w którym się urodziłeś, fałszował pejzaże, zakłamał rzeźbę terenu, krwioobieg dróg i ulic. Badałeś zatem monografie pułków, dywizji, armii, zapiski dowódców, relacje, mapy sztabowe. […] Bo kogo obchodzą fakty, gdy zajmująca jest narracja? Im jednak byłeś starszy, tym bardziej rozumiałeś, że walec dziejów toczy się tak, jak się go ustawi, a zmienić jego kierunek lub zatrzymać, skoro raz został uruchomiony, nie jest łatwo. 

I jeszcze jeden fragment, który pokazuje przebijanie się jednej rzeczywistości poprzez drugą: 

Na horyzoncie majaczyła łódź zrobiona z paznokci umarłych, wyły wilki uwolnione spod ziemi przez pokrakę Lokiego, klasową pierdołę, z której wszyscy się śmiali, bo miał jedno jądro, śmieszny wąsik i ciągłe zaparcia. A ty, im bardziej wydawało się to niemożliwe, tym bardziej chciałeś znaleźć tę wąską ścieżkę wyprowadzającą z doliny ciemności, jeżeli nawet tylko wymyśloną, wyprowadzoną z rachunków prawdopodobieństwa, strzałek i linii na mapach. Jakbyś wierzył, że światy mogą się zejść, przeniknąć, i to, co niemożliwe, ale prawdopodobne, może się wydarzyć, mimo tego, że wszystko już się wydarzyło.  

Transmigracja to również kilka nieoczekiwanych, literackich „twistów”. Korowód postaci znajduje swoje wyjaśnienie na ostatnich kilkunastu stronach i jest to rzecz, którą należy dogłębnie przemyśleć. Dość powiedzieć, że trudno się od obrazu uderzających o siebie bilardowych bil uwolnić: niby opis nazbyt codzienny, żeby się nad nim na dłużej zatrzymać, a jednak zapada w pamięć i cierpliwie wierci w niej dziurę. Z pewnością rozdział Brendan jest wart odnotowania, gdzie w zakończeniu autor wprowadza czytelnika niemalże w opis widzenia mistycznego. Ale jest w nim także lekkość, ironia, czułość i wzruszenie – bardzo dobry fragment. Jest jeszcze jeden większy passus, który szkoda byłoby przegapić. Przez większość książki Wiśniewski punktuje Polaków portret zbiorowy: a że piwo rozlewa się i chlapie po nogawkach, a że wyścig szczurów (również, a być może przede wszystkim, w świecie akademickim), a że zachwycamy się przaśnością. Słowem: wstyd i obciach. Aż wreszcie, niejako po wylaniu wszystkich bólów i żalów na ojczyznę, Wiśniewski spotyka na swej drodze potomka emigrantów sprzed II wojny światowej, dla którego Polska jest krajem niemal mitycznym, leżącym gdzieś tam, hen za wielką wodą. I pyta: „A jaka jest Polska?”. Odpowiedź może was zaskoczyć. I na koniec uwaga, którą wydawca powinien zamieścić na okładce książki: Transmigrację należy czytać powoli, odkładać i powracać do lektury. Ja nie mogłem się powstrzymać i przeczytałem nazbyt łapczywie. I teraz czuję, że muszę przeczytać ją jeszcze raz, co jest najlepszą rekomendacją. 

„Transmigracja” 

R. Wiśniewski, Transmigracja, Wrocław 2019.

 

Zachęcamy do odwiedzenia bloga Marcina Cieleckiego:  https://marcincielecki.wordpress.com/

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Pełne zanurzenie, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 52

Przypisy

    Powiązane artykuły