04.06.2020

Nowy Napis Co Tydzień #052 / W pewnych ramach

Nasuwa się myśl, że pierwszym kontekstem, z którym można porównać najnowszą powieść Wacława Holewińskiego Oraz wygnani zostali jest jego Droga do Putte: opowieść o malarzu Jacobie Jordaensie. W jakim stopniu zmieniły się proporcje między pisaniem o biografiach, tle historycznym i estetyce? Różnice wydają się znacznie większe niż podobieństwa. Podczas gdy pierwsza z książek podejmowała kwestie egzystencjalne w życiu artystów, o tyle druga nienachalne, choć dobitne, podkreśla historyczny wymiar sztuki, a ściślej: sprawczej mocy sztuki, która pozwala narodowi zostawić ślad po sobie, nawet jeśli militarnie niewiele znaczył na przestrzeni dziejów.

Drogę do PutteW. Holewiński, „Droga do Putte. Opowieść o malarzu Jacobie Jordaensie”, Wrocław 2007.[1] poprzedzało motto z Sándora Maraia: 

Czy utracone jest to, co było, i to, co ludzie z łatwą, fałszywą czułością, i w ogóle słowem nieprecyzyjnym nazywają stratą, młodość, która czmychnęła jak zając, wiek męski, nad którym pewnego dnia zaczął zapadać zmierzch, słowem czas, który nam się zdarzył i który naprawdę był w naszym posiadaniu jak przedmiot albo własne mienie? 

Utraciliśmy sztukę, która mieściła się w ramach. Solidne, mieszczańskie obrazy oprawione w ciężkie, pozłacane ramy. Teatr zamknięty wewnątrz sceny pudełkowej. Rzeźby grzecznie ustawione na postumentach. W niektórych domach wiszą jeszcze oprawione obrazki, fotografie lub grafiki, ale galerie sztuki skupiają się na multimedialnych instalacjach. W akcje teatralne od czasów Tairowa zaczęto angażować widownię. Rzeźby wyrastają bezpośrednio z powierzchni miejskich chodników, niejako atakując przechodniów. Dlatego do rangi prowokacji intelektualnej urasta zaprojektowanie okładki książki Oraz wygnani zostali w taki sposób, że wyeksponowany został motyw ramy obrazu. Zmieniła się filozofia sztuki.

Pytania o estetykę pojawiają w powieści, w przytoczeniu Krytyki władzy sądzenia – klasycznej pracy Immanuela Kanta: 

„Do wydania sądu o pięknych przedmiotach jako takich potrzebny jest smak; natomiast do samej sztuki pięknej, tzn. do tworzenia takich przedmiotów, potrzebna jest genialność”. Czytał po niemiecku, ale automatycznie przekładał w głowie na polski. Zanim odłożył opasły tom, zagłębił się w to zdanie raz, drugi i jeszcze raz. Prostota tej prawdy była uderzająca. Nie myślał w tej chwili o obrazach, raczej o rzemiośle, ale i tu przecież smak, dobry smak, był nadzwyczaj potrzebnyW. Holewiński „Oraz wygnani zostali”, Warszawa 2020, s. 143.[2]

Wymagania estetyczne pozostają w korelacjach z charakterem i szerokością formacyjnych doświadczeń. Hrabia Milewski, główny bohater powieści, kolekcjoner arcydzieł malarstwa, wydaje się rozdarty między polskością a kosmopolityzmem. Paradoksalnie służy najlepiej sprawie polskiej dzięki swojej zdystansowanej formacji umysłowej, kulturalnej, etycznej, politycznej:  

Zastanawiał się, czy gdyby nie wyjechał z tej Polski nie-Polski jako młody chłopiec, czy na pewno, czy w ogóle miałby dobry smak. Bo na cóż mógł się tam napatrzeć? Na to harde nieuctwo, pogardę dla każdego choć odrobinę mądrzejszego, niechlujstwo, honor, którego nigdzie na świecie nikt już tak nie definiował? Tak, dobry smak, Kant ma rację, żeby dostrzec, umieć się cieszyć tym, co piękne, Bóg musi obdarzyć smakiem. Albo, kiedy Pan Bóg o tobie zapomniał, naucz się, napatrz, zrozum. Najlepiej od tych, którzy wciąż nie są syci, wciąż czegoś chcąTamże, s. 143–144.[3].  

Rozdział osnuty wokół tej refleksji otwiera i kończy cytat ze wspomnianej już Krytyki władzy sądzenia. Na zakończenie padają słowa: „Sąd smaku nie jest więc sądem poznawczym, a zatem nie jest sądem logicznym, lecz estetycznym, przez co rozumie się sąd, którego racja determinująca nie może być inna jak tylko subiektywna”Tamże, s. 148.[4]. W powieści czyta to niezależny materialnie intelektualista, któremu majątek – do czasu wprawdzie! – pozwala na pogłębione studia, samodzielne publikowanie, podróże, luksusowy styl życia. Świat latyfundiów na wschodzie przedrozbiorowych obszarów Polski, utrzymywanych przez pokolenia prosperował raczej egoistycznie, ale pozwalał na poruszanie się za granicą bez kompleksów, gdy majątek, uroda oraz intelekt na to pozwalały. Tak zwane święte prawo własności umożliwiało tworzenie dóbr kultury przez długie stulecie, dopóki rewolucja nie zmiatała z powierzchni ziemi kolejnych obszarów stabilizacji. Dwór polski, nawet ten deklaratywnie prorosyjski lub jawnie kosmopolityczny, nawet gorszący swobodą obyczajów, był ostoją kultury jako jej mecenas.

Liczne powieści wydawane kilkadziesiąt lat po tym, kiedy zniechęcono do czytania, popularnej nie tylko przed wojną, lecz także w pierwszych powojennych latach, Rodziewiczówny, podejmują próbę upamiętnienia etosu polskiej elity ziemiańskiej. Nad Zbruczem Góra Tabor Wiesława Helaka, a także Oraz wygnani zostali upamiętniają pasje, ambicje, gusta konserwatywnych Polaków, którzy coś mogli. O ile jak refren powtarza się w rozmowach Polaków, dziesiątki lat po wybuchu dewastującej i prowadzącej do drastycznej wymiany elit drugiej wojny światowej, pytanie retoryczne „Cóż robić?”, o tyle zamożni ziemianie mogli tworzyć prywatne kolekcje arcydzieł malarstwa, w istotnym stopniu wspierać (utrzymywać, ratować) prześladowanych, słowem – mieć inicjatywę, sprawczą wolę, realny wpływ na rzeczywistość. Jako student Milewski zdawał egzamin z prawa rzymskiego.  

Wieniedikt Jerofimowicz nie lubił zarozumialców, ale w  tym młodzieńcu wyczuwał jakiś rodzaj dumy, której nie mógł ani zrozumieć, ani się przez nią przebić. Nie był też specjalnie uprzedzony, co do tego nie miał wątpliwości, do żadnej z narodowości. Polaków nie lubił, to zrozumiałe, ale w żaden sposób nie mogło to wpłynąć na wystawianą notę. A jednak zawahał się i… nie wystawił najwyższej. Złożył zamaszysty podpis.

 

 Car tel est notre plaisir – profesor chciał mieć ostatnie słowoTamże, s. 83.[5].

Adwokat Łabędzki, podobnie jak Milewski, nie identyfikował się z tradycyjnym, romantycznym patriotyzmem: „Tak jak on, nie lubił hrabiny Janiny, nie odnajdywał w niej niczego ze swego świata, świata wartości uniwersalnych”Tamże, s. 66.[6]. Rozwód nie byłby dla niego korzystny. Dlatego prawnik zniechęcał (bezskutecznie) hrabiego do rujnującego finansowo zalegalizowania rozpadu małżeństwa. Swego rodzaju fantazja (nazywana do dziś „ułańską”) skłania jednak Milewskiego, skądinąd lojalistę, do romantycznych kaprysów i porywów, uniesień nie patriotycznych, lecz przecież w jakiś sposób sarmackich, (stereo)typowo polskich, ujmujących odwagą w podejmowaniu ryzykaDo zupełnie innej drogi prowadzi taka ryzykancka postawa syna powstańca tytułowego bohatera Magnata Rodziewiczówny, nie do zgromadzenia i rozproszenia w starości majątku, lecz do samobójczej śmierci, w której ginie też niewinny, wierny koń. Tej jednak pisarki – cyt! – nie czytamy, czytać jej od ponad półwiecza ponoć nie wypada; wyjątek wolno czynić niczym dyspensę tylko dla badaczek literatury popularnej.[7]. 

Próby dziejowe dotyczą Milewskiego w ograniczonym stopniu. Wyśmiewał marzenia żony o odrodzeniu się Rzeczpospolitej. Niemniej po roku 1918 sam: „Chciał być tu, chciał widzieć, jak ta Polska rośnie, jak się scala, odbudowuje z niebytu. Zamiast tego przyjechał w wir wojny”Tamże, s. 72.[8]. Bez powodzenia proponował oddanie swojej kolekcji krajowi za darmo, pod warunkiem uzyskania warunków dla muzealnej ekspozycji. Utraciwszy fortunę, w tym dobra na wschodzie, sprzedaje obrazy, daleki był od emocjonalnego patriotyzmu. Z zamożną czterdziestoparoletnią wdową, późniejszą jego żoną:

Różnili się. Plotła, co Umiastowski zasiał w jej głowie, że przyjdzie czas i będzie tu znów Polska. Nie wierzył, a kiedy się zaperzała, śmiał się do rozpuku. Wtedy on o Najjaśniejszym Panu, o spełnieniu w wielonarodowym państwie, w którym przecież i tak zleją się w jeden nurt, w jedno korytoTamże, s. 200.[9].

W warszawskiej Klasie Rysunkowej, powstałej zamiast zlikwidowanej przez rosyjskiego zaborcę Szkoły Sztuk Pięknych, w towarzystwie Wojciecha Gersona poszukiwał talentów, a nie przygód. 

Podeszli razem do młodych. Kilku miało odwagę malować jakby na przekór swemu opiekunowi, ostrzej, dobierając kolory, zdawałoby się, całkiem sobie obce. Widać było, że fascynują ich modni Francuzi – Degas, Bazille, Renoir, Coubert, choć oczywiście nawet na mękach żaden z nich by się do tego nie przyznał. Ale niewątpliwie najlepsza była dziewczyna, do której podeszli prawie na końcu. Używała niewielu farb. Głównie operowała bielą, najtrudniejszym z kolorów. Kobieta na jej obrazie, choć mało podobna do modelki, przyciągała wzrok, zmuszała do zastanowienia. Patrzył długą chwilę, tak natarczywie, aż dziewczyna odwróciła się do niego. Niezbyt wysoka, szczupła, z ogonkiem pszenicznych włosów związanych z tyłu kolorową tasiemką, spojrzała na niego uważnie, jakby czekając na opinięTamże, s. 32.[10]

Portret żony artysty, Jadwigi z Janakowskich

Według przypisuTamże, s. 33.[11] kobietą tą była Jadwiga Radzim-Janakowska (1871–1956) – malarka, kolekcjonerka, modelka, która w 1899 roku wyszła za mąż, za Józefa Mehoffera.

Niesamowicie działa to na wyobraźnię: w obrębie jednego życia zmieścić długie suknie, dorosnąć w upajająco pięknym XIX wieku, później przeżyć dwie wojny światowe, stalinizm, by umrzeć właściwie w scenerii prawie dzisiejszej – pośród kobiet w garsonkach z prostymi spódnicami do kolan, samochodów za oknem, dzieci chodzących do koedukacyjnych szkół. Na ogół bohaterki tej powieści charakteryzuje chciwość i niewierność. Jednak przyszła żona Mehoffera należała do wyjątkowo przychylnie skonstruowanych żeńskich postaci. Jadwiga z godnością i nieufnością traktuje mecenasa sztuki: „Popatrzyła na niego uważnie. – Zawsze decyduje pan za innych? Zawsze narzuca swoją wolę?”Tamże, s. 35.[12]. 

Sztuka, nie zaś patriotyzm, nadaje wyższy sens życiu Milewskiego. Wymagania estetyczne stają się sui generis etyką. Ona właśnie przesądza o rezygnacji z kariery malarskiej. Bohater postanawia rzucić twórczość po spotkaniu z piękną modelką:  

Nagle zdał sobie sprawę, że to wszystko nie ma sensu. Że te rojenia o wielkiej sztuce w jego przypadku są jak sen. Sen, który mija i którego rankiem prawie nigdy nie potrafimy zachować w pamięci ani powtórzyć. Zrozumiał, że być może na pustyni, gdyby był sam jeden, może wtedy byłby najlepszy. Ale też nie na pewno. Za dużo widział dobrego malarstwa.

 

– Karzeł nigdy nie będzie gigantem – jęknął sam do siebie.

 

W jednej chwili podjął decyzjęTamże, s. 79.[13]

W ostatnich latach życia nastąpiła utrata majątku i zdrowia: „Tyle z tego zostało na koniec. Koniec? Gdy zbliżasz się do osiemdziesiątki i jesteś przy zdrowych zmysłach, nie możesz zakładać, że to jeszcze długo potrwa”Tamże, s. 116.[14]. Kolekcjoner był bardzo krytyczny w stosunku do parlamentarzystów pierwszych lat odrodzonej Polski:  

[…] patrz na ten kraj zamieniany w kloakę. Zawsze wierzył, że państwo nie jest dla słabeuszy. A tu pieniacze znaleźli raj na ziemi. Ledwie osiem lat, a rozkradliby to państwo, rozszarpali, każdy dla siebie, na własną stronę, dla jakichś mitycznych korzyści, kanapowych partii. Usłużne sądy, wojewodowie bardziej przekupni niż dla cara. Buta i zdziczenieTamże, s. 117.[15]

O Polsce po przewrocie majowym 1926 niektórzy myśleli równie krytycznie. Oto: 

Sekretarz zagryzał wargi. Nigdy nie przepadał za Piłsudskim, ale i on wiedział, choć z kraju wyjechał grubo przed bolszewicką napaścią, że nie działo się tam najlepiej.

 

– Piszą o ofiarach…

 

Korwin Milewski prychnął.

 

– W katastrofie zeppelina zginęło więcej – życie ludzkie po doświadczeniach wielkiej wojny, cóż ono znaczy? Tam miliony, tu kilkadziesiąt ofiar, a niechby i kilkaset. – Rany się zabliźnią, szybciej, niż ktokolwiek sądzi.

Wcale nie był tego pewien. Sam łatwo albo w ogóle nie przyjmował cudzej woliTamże, s. 119.[16]

Hrabia-kolekcjoner zdawał się rozumieć zdecydowaną postawę przywódcy. Bezwzględność uznawał w życiu publicznym, w nietrwałych związkach z kobietami, w prywatnych konfrontacjach z ludźmi, w interesach, a jej wzór obserwował w naturze. Skrajną brutalność relacji między człowiekiem a zwierzęciem obrazują sceny polowań. Szczególnie drastyczny był stosunek ludzi (poruszających się konno i hodujących bydło) do wilków: 

Zimą w siedemdziesiątym dziewiątym wygłodniałe wilki co i rusz przetrzebiały stada. Nic nie pomagało, żadne zabezpieczenia, żadna obora, stajnia nie były dla nich przeszkodą.

Vytautas polował, ale też hodował wilki zabójców. Zbierał szczeniaki od zastrzelonych samic, zamykał w klatkach, głodził, potem puszczał na inne. Wilczki zagryzały się, pożerały własne mięso. Potem puszczał je wolno. Miał pewność, że z korzyścią dla majątkuTamże, s. 216.[17]

Wyklejka, wkładka z reprodukcjami na kredowym papierze (umieszczona w niebanalnym miejscu, bo na początku książki), pozwalają czytelnikowi naocznie przekonać się o zasługach kolekcjonera. Ukonstytuował on kanon naszego malarstwa XIX wieku, a zarazem artystyczną, wizualną podstawę identyfikacji wspólnoty narodowej mimo rozbicia kraju wskutek zaborów i braku podmiotowości politycznej. Ówczesna sztuka była, jak się zdaje, na tyle autonomiczna, że siła przyciągania metropolii w rodzaju Monachium lub Paryża nie powstrzymała szans rozwoju indywidualności malarskich i skupianiu się ich we względnie samodzielne, nieprzytłoczone opiniotwórczymi instytucjami, konstelacje.

Oraz wygnani zostali to wyjście prozaika naprzeciw malarstwu, nie żaden przejaw „korespondencji sztuk”, ekfraza ani synestezja, to wyrazista rekonstrukcja pasjonata malarstwa. Na tle dotychczasowej twórczości pisarza jest to novum. Zamiast kreacji postaci udręczonych, torturowanych lub uciekających przed represjami, powieść przynosi wizerunek króla życia, triumfatora, krezusa, człowieka sukcesu, który zostawia po sobie monumentalne dzieło życia – kolekcję. A przecież tytuł nie jest przypadkowy. Formacja społeczna, reprezentowana przez Milewskiego, minęła. Jak biblijne wygnanie z raju, czas stabilnej własności i przywilejów stał się przeszłością. Socjolog pisze:  

Gdy społeczeństwo ulega uprzemysłowieniu, chłop staje się robotnikiem, pan feudalny znika lub staje się przemysłowcem. Gdy klasy powstają lub upadają, człowiek zyskuje albo traci pracę, gdy stopa zwrotu inwestycji rośnie lub spada, człowiek nabiera nowej otuchy albo bankrutujeC. Wright Mills, „Wyobraźnia socjologiczna”, tłum. M. Bucholc, Warszawa 2007, s. 49.[18]. 

Skończyło się arkadyjskie życie polskiego ziemiaństwa, ale po wygnaniu zostało światło ujęte w złociste ramy obrazu, w nie zawsze złudną obietnicę wiecznego trwania. 

Oraz wygnani zostali 

W. Holewiński, Oraz wygnani zostali, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Dorota Heck, W pewnych ramach, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 52

Przypisy

    Powiązane artykuły