11.06.2020

Nowy Napis Co Tydzień #053 / Pomiędzy rozpaczą, szyderstwem i zachwytem. Tadeusz Zubiński (I)

Bał się pospolitości dnia, tego w którym przyszło mu żyć, bał się języka bladego jak słoma, pory udawanych złudzeń, wierzył w jedną bolesną prawdę, że na świecie nie ma nic bardziej pewnego oprócz idiotów. […] Chciał paradoksalnie wielbić formy barokowe w codzienności, którą imaginował. Ciśnienie, które wytwarzał było niesamowite, aż do granicy eksplozji, taki był. Dwupostaciowy. Jedna warstwa kalwińska – powiedziałbym ta głębsza; bliższa sercu, bachiczna, kipiąca nadmiarem. Opisy, przesyt opisów, detale istotne i chaotycznie gromadzone, jak skarby w chłopięcej kieszeni. Pazerny, chciał za wiele. Chciał łowić śliskie ryby w zielono-czarnej wodzie, palić turecki tytoń mesksadi, zbierać w chłodnych lasach poziomki, tak czerwone jak guziczki przy kubraczkach skrzatów. Wystawać w nocy w deszczu do świtu, do pierwszych pomarańczy słońca pod domem fiołkookiej pannicy. Smakował każdą czynność, picie granatowej wody prosto z wiadra, jak partyzant, na zapas. Lub ze studni, wieczorem, gdy konie parują i pachną stajnią, tak mocno, że aż dławi. Pławienie tychże koni w szerokich rzekach, w wodzie jak tarcze greckich wojowników – brązowej. Czuł w sobie przepływ rzek, bo taki był nic nie znaczący, dwuznaczny i płynnyT. Zubiński, „De Latour” [w:] tenże, „Sprawiedliwy w Sodomie”, Bydgoszcz 1996, s. 16–17.[1].

Gdyby przyjąć – jak czynią po wielekroć biografowie – że już w pierwszych utworach pisarza rysuje się wszystko, co określa później całokształt jego twórczości, to powyższy fragment opowiadania, z debiutanckiego tomu wydanego w 1996 roku, mógłby być taką pierwszą nicią prowadzącą do kłębka obszernego i wielowarstwowego dzieła Tadeusza Zubińskiego. Mógłby on również stanowić swoisty, zapisany w materii utworu prozatorskiego, portret artysty kreślony przez niego samego. Łaknący rzeczywistości aż do zachłyśnięcia i złorzeczący na to, że ta rzeczywistość daleka jest od wyobrażonego ideału. Domagający się języka gęstego, kipiącego zapachami i barwami, który jednak zapada się chwilami w barokową bluszczowatość, skąd już blisko do nieokiełznanego gadulstwa. Głęboko wrażliwy, jak metafizyczny poeta, ale równocześnie po sarmacku pobudliwy, rubaszny, rozhulany. Wielki admirator przedmiotów, małostkowy krytyk ludzi. Dwuznaczny, dwupostaciowy, płynny. 

Dziś, gdy patrzymy na zamknięte już dzieło Tadeusza Zubińskiego, gdy próbujemy splątać je z jego słabo udokumentowaną biografią; dziś, gdy pisarz nic nam już na swój temat ani o swoich bohaterach nie powie – dzisiaj właśnie w całej wyrazistości widać te wszystkie aporie, dwuznaczności, ten kontredans słów i tonacji, który zmierza w nieznanym kierunku. I ciągle, z rosnącą intensywnością zadajemy sobie pytanie: z jakim pisarzem mamy do czynienia? Czy bliżej mu do wielkiego artysty, który przekracza mody swojego czasu, czy może do małomiasteczkowego gaduły o horyzontach adekwatnych do prowincjonalnej perspektywy? Trudno to jednoznacznie i z całą odpowiedzialnością stwierdzić. Może wręcz nierozstrzygalność tej kwestii stanowi jeden z fundamentów jego pisarstwa.

Widzimy jednak, że owo pisarstwo jest z pewnością zjawiskiem całkowicie odrębnym na tle polskiej literatury ostatniego trzydziestolecia. Tworzone jakby w wieży z kości słoniowej, powstające na swoich zasadach, w sobie właściwym układzie tematycznym i stylistycznym. Jeśli czerpiące z innych autorów, to tych dawniejszych, niekiedy mniej znanych czy bardziej odległych, jak Choromański lub Bunin, niepodążające za trendami, nie należące do grup literackich. Nieśpieszne, gęste, dygresyjne. Powiedzielibyśmy dziewiętnastowieczne, gdyby termin ten – jeden z ulubionych terminów autora – należał do instrumentarium historycznoliterackiego. Być może właśnie z uwagi na swą anachroniczność dzieło to nigdy nie zaistniało w szerszej świadomości czytelniczej, pozostając na marginesie recepcji. Chociaż do głównego nurtu wydawniczego wpłynęło. Był bowiem Zubiński drukowany w „Twórczości”, kilka jego książek ukazało się nakładem dużych oficyn (PIW, W.A.B., Zysk i Spółka), został dostrzeżony przez ważne nazwiska ze świata literatury i krytyki literackiej (żeby wymienić tylko Włodzimierza Odojewskiego, Bohdana Zadurę czy Pawła Dunin-Wąsowicza). Mimo to de facto skazany został – w zakresie recepcji swych utworów – na podłe życie w internetowej przestrzeni. Nie dla niego była sława Myśliwskiego, Dehnela, o Tokarczuk nawet nie wspominając. Jest to zresztą przyczynek do rozważań o mechanizmach tak zwanego rynku książki, strategiach promocyjnych, polityki wydawnictw i tym podobnych – co wszakże mniej wydaje się ciekawe niż próba szczegółowego przyjrzenia się książkom i życiu Zubińskiego. Próba, która pozwoliłaby jakoś uchwycić całokształt tej twórczości, wyrwać ją z chaosu przypadkowych recenzji, mniej lub więcej udanych spostrzeżeń, z tego małego internetowego czyśćca (żeby nie powiedzieć piekiełka), do którego trafiają w XXI wieku pisarze stojący „poza”. A jednocześnie próba, która byłaby rzetelnym przeczytaniem utworów Zubińskiego przez pryzmat jego losów, niełatwych przecież, rozpiętych w dwóch różnych epokach, naznaczonych niestałością (miejsc, idei, ludzi) i – co tu dużo kryć – licznymi trudnościami oraz porażkami. Wszystko to w nadziei, że taka optyka opowie na nowo to obszerne dzieło, które w zasadzie przestało być komentowane wraz ze śmiercią pisarza w 2018 roku. Opowie, a więc i lepiej pozna, zrozumie, dopełni.

Jest jeszcze jeden powód, stojący u podstaw niniejszego tekstu. Bardziej prywatny, należący do dziedziny pisarskich powinności, pojmowanych jako spłacanie długu zaciągniętego u niektórych autorów. Innymi słowy – jest to głębokie osobiste przekonanie, że taka mała monografia się Tadeuszowi Zubińskiemu po prostu należy.

* 

Urodził się Zubiński w 1953 roku w Suchedniowie, niewielkim miasteczku położonym na przedpolu Gór Świętokrzyskich, pośród rozległych lasów. Miasteczku należącym niegdyś do Staropolskiego Okręgu Przemysłowego, później, w latach 30. XX wieku pełniącym rolę kurortu, który w czasie drugiej wojny zamienił się w centrum lokalnej konspiracji. Gdy pisarz zmarł nagle w marcu 2018 roku, czekając na operację serca w szpitalu w warszawskim Aninie, został w tymże Suchedniowie pochowany. Nie tak częsta to prawidłowość w epoce migracji, wszechkierunkowych i nieustannych, by w tym samym miejscu przyjść na świat i spocząć po śmierci. Zwłaszcza, gdy rzecz dotyczy podróżnika, ba, nomady – jak lubił mawiać o sobie – który w ciągu życia mieszkał w wielu miejscach, od Rygi po Hiszpanię.

Byłby więc Suchedniów naturalną klamrą biografii Tadeusza Zubińskiego. Lecz jest on przecież dla tej biografii czymś znacznie więcej. Jest stałym punktem odniesienia, ku któremu ciążyły losy autora, podobnie jak cała jego twórczość. Można by chyba zaryzykować stwierdzenie, że bez tego miasteczka nie byłoby autora Dotknięcia wieku, tak jak nie byłoby Herberta bez Lwowa, Tyrmanda bez Warszawy, Miłosza bez Wilna. Suchedniów przenika wszystkie utwory Zubińskiego, występując w nich niemal zawsze – nie licząc esejów i szkiców historycznych – pod mianem Wrzosowa. Często jest podstawowym, nieredukowalnym miejscem akcji. Tak dzieje się w powieściach Dawno i daleko, Odlot dzikich gęsi, w przepastnym tomie opowiadań Opowieści Wrzosowskie, w końcu w niewydanej w całości, a bardzo ważnej dla tego dzieła – jako pewna summa – powieści Śmierć na prowincji. W innych utworach, nieosadzonych we Wrzosowie, miasteczko to i tak wypływa raz po raz niesione fabularnymi prądami, bo akurat ktoś do Wrzosowa jedzie w obowiązkach służbowych (Góry na niebie), ktoś doń wraca jako do rodzinnego domu (Morze wewnętrzne, Rzymska wojna), ktoś ma tam znajomego, który ratuje mu życie (Burza pod lasem). Bardzo nieliczne są utwory Zubińskiego – a wśród obszerniejszych rzeczy nie ma ich wcale – gdzie Wrzosów w ogóle się nie pojawia. Oczywiste więc, że to w Suchedniowie należałoby szukać podstawowych źródeł jego pisarstwa i nieustająco – czytając każdy kolejny akapit – mieć w pamięci cień Góry Baranowskiej, ponure świętokrzyskie lasy, pełne pamiątek po partyzantach i pogańskich legend, wrzosowiska rozciągające się na zboczach wzgórz i miasteczko, zostawione samo sobie, żyjące według odmiennego jakby porządku. 

Nocą, siną i szarą – wrzosowska okolica jawiła się jak oniryczny pejzaż z baśni, niezmierzony firmament, garść świateł wieczornych rozsypanych na pagórkach, syk parowozu na torach kolei, owe tory błyszczące w kozim mleku rachitycznego blasku księżyca, mizerne domki w ogródkach bez wygód […]. W dzień zobaczyć się dało, jak okolica upstrzona w mizerne osty i rumianki pleniące się po rowach, ożywała strumykami podbarwionymi na rdzawo. Szemrała i parskała, obijając się o kamienie, rozgadane chmary wróbli miotały się ponad płotami i w krzakach leszczyny, walczyły na gnojowisku, kapliczka upamiętniająca powstanie z roku 1863, szare furmanki wycinające głębokie na cal albo dwa koleiny w piasku, kosy i wilgi gwiżdżące na obrzeżach puszczy, nagłe burze i łagodne świty, pogrzeby i wesela, pryszczaty dym z bydlęco czerwonoburego komina fabryki Łańcuchów, dojmujący skowyt kopanego psa – to był Wrzosów, pejzaż tamtego lata barokowo wytłuszczonego słońcemT. Zubiński, „Śmierć na prowincji”, [cytaty z tego utworu pochodzą z maszynopisu powieści otrzymanej przez autora niniejszego tekstu od Tadeusza Zubińskiego].[2]

Suchedniów, również pod względem społecznym i kulturowym, był miejscem dość niezwykłym. Zawdzięczał to przede wszystkim swojej międzywojennej historii. Jeden z badaczy regionu pisze: „[…] nim Suchedniów zyskał prawa miejskie, to jeszcze […] w okresie międzywojennym stanowił ośrodek życia kulturalnego i popularne w całym kraju centrum letniskowe”P. Brambert, „Przemiany społeczno-demograficzne miejskiej sieci osadniczej województwa świętokrzyskiego w latach 90. XX wieku”, Kielce 2005, s. 35 [w:] tegoż, „Znaczenie Suchedniowa jako ośrodka przemysłowego województwa świętokrzyskiego w czasach historycznych i współcześnie”, „Zeszyty Suchedniowskie. Historia” 2018, nr 3. [3]. Miano kurortu zdaje się w naturalny sposób sprzyjać większej niż statystyczna dynamice życia lokalnej społeczności, pojawianiu się wśród niej ciekawych osób, napływaniu różnorodnych poglądów. Do owego letniskowego charakteru przedwojennego Suchedniowa należałoby dodać jego rozwój – przypadający na pierwsze dekady XX wieku – jako ośrodka przemysłowego. Rozwój ten związany był z działalnością dwóch dużych zakładów produkcyjnych: Suchedniowskiej Fabryki Odlewów (zwanej też Hutą Ludwików, od imienia jednego z właścicieli nazwiskiem Starke) oraz Fabryki Wyrobów Kamionkowych „Marywil”. Warto pamiętać, że miasteczko położone było w sercu Staropolskiego Ośrodka Przemysłowego i jako takie posiadało także znacznie wcześniejszą tradycję przemysłową. Pracownicy fabryk, zwłaszcza wyższa kadra kierownicza, stanowiła – obok wczasowiczów – drugi dopływ nietuzinkowych i energicznych ludzi. Mieli oni, w oczywisty sposób, wpływ na życie kulturalne małomiasteczkowej społeczności:

Rodziny pracowników górnictwa – wspominał jeden z mieszkańców Suchedniowa – utrzymywały ze sobą przyjazne stosunki i ożywione kontakty towarzyskie. Urządzano przyjęcia, bale – panowie schodzili się na karty, modnego wtedy winta. Latem urządzano majówki z nieodłącznym samowarem oraz koszami pełnymi wiktuałów i różnych przysmaków […]. Gromadnie wyprawiano się też na grzyby, na jagody […]. Stworzono zespół teatralny, do którego należała moja matka. Zespół ten często wystawiał przedstawienia, grając sztuki ludowe w odpowiednich strojach z tańcami i przyśpiewkamiJ. Trzebiński, „Suchedniów mojego dzieciństwa” [w:] „Z tradycji i dorobku inteligencji kieleckiej w XIX i XX wieku”, red. M. Meducka, Kielce 2005, s. 39.[4]

Struktura społeczna Suchedniowa była więc szczególna. 

To był taki Lwów w mikroskali – mówił Zubiński – generował i przyciągał talenty […]. Kulturowo, ściślej literacko, Suchedniów to nader płodna macierz (a może studnia i krynica tematów, inspiracji) pisarzy i literatów – tak jako ich miejsce urodzenia, jak i miejsce pobytów„O Suchedniowie, Buninie i baranach”, z Tadeuszem Zubińskim rozmawia Kamil Suskiewicz, „Suma. Pismo społeczno-kulturalne” 2017, nr 5. [5]. 

Bywali tu Stefan Żeromski, Adolf Dygasiński, Kazimierz Truchanowski. Mieszkali Gustaw Herling-Grudziński i Krzysztof Kąkolewski. Lista twórców z drugiego szeregu, których życiorys związany był Suchedniowem, jest jeszcze dłuższa. 

Na szczególniejszą uwagę spośród tych ostatnich zasługuje Jan Gajzler – poeta epoki dwudziestolecia, urodzony w 1891 roku, a zmarły na gruźlicę w drugim roku wojny. Według Kazimiery Zapałowej:

[…] pisano o nim i mówiono śpiewak zapomniany, Lirnik Świętokrzyski, Młodopolski poeta. Niektóre jego wiersze wracają do nas ciągle, wryły się w pamięć mieszkańców Kielecczyzny, stały się jakby hasłami, wykorzystywano je tworząc tytuły artykułów, książek, gawęd…

W utworach Zubińskiego Gajzler pojawia się kilkukrotnie, najobszerniej w Burzy pod lasem, gdzie opowiedziane zostały ostatnie dni jego życia. Zostaje potraktowany surowo, może zbyt surowo, ale autor Odlotu dzikich gęsi – o czym się stopniowo przekonamy – zwykle traktuje ludzi bez taryfy ulgowej. Gdzie indziej powiada o Gajzlerze: „poeta i regionalista, malarz, leśnik i pijak” – co może jest i prawdą, ale przecież nie mówi wszystkiego o autorze Sonetów Świętokrzyskich, wśród których znaleźć można i takie nastrojowe strofy zanurzone w magicznie pojmowanej regionalności:

[…]
Wieczorem księżyc wstanie nad Katedry wieżą, –
Pochyły, cichy placyk w srebrnym blasku zaśnie…
– z jasnej tarczy zegara godziny uderzą –
I będą mnie – wędrowca – odprowadzać długo,
aż mi się białe śniegi w nowe zmienią baśnie,
a Kielce snem się staną i świetlaną smugą… 

Poza surowością dostrzec można w przytoczonej powyżej ocenie Zubińskiego także i co innego, a mianowicie jakiś rodzaj niewrażliwości na inne rejestry literatury niż te, które pisarza zajmują. A poezja z pewnością do jego ulubionych rejestrów nie należała, choć przecież, z drugiej strony, tyle jest poetyczności w jego własnych utworach. Prezentując sylwetkę znanego pisarza estońskiego, Jaana Kroosa – w biograficzno-historycznym tomie poświęconym krajom bałtyckim pod tytułem Ciche kraje – i porównując ją do twórczości Andrzeja Kuśniewicza konkluduje Zubiński: „[…] bez wątpienia krótkie formy poetyckie stały się dla obu zbyt ciasne i ograniczone, by można w nich było przekazać cały wachlarz uczuć, emocji, wartości i idei, którym byli wierni”. Czytając te słowa mamy nieodparte wrażenie, że jest to bardziej opinia ich autora aniżeli samego Kroosa czy Kuśniewicza. Jakąś niechęć do mowy wiązanej jako formy pośledniejszej da się również zauważyć we fragmentach Rzymskiej wojny postponujących kilku lokalnych poetów Kielecczyzny. Ta niewrażliwość prowadzi niekiedy prozaika do sądów jakby nieco na wyrost, do ocen niesłusznych, do niepotrzebnych dywagacji i jałowych paszkwili. Ale o tym później. 

*

Spośród pisarzy-krajanów szczególnie ważny dla Zubińskiego wydaje się Gustaw Herling-Grudziński. Nie tylko z powodów rodzinno-towarzyskich – wszak ojciec autora był kolegą pisarza ze szkolnej ławy – ale również literackich. O ile pisarstwo Zubińskiego i Herlinga są oddalone od siebie tak bardzo, jak tylko mogą być oddalone od siebie dwa rodzaje prozy (jedna rozgadana i emocjonalna, druga intelektualnie konkretna), o tyle pierwszy z nich zdaje się kilkukrotnie czynić ukłony wobec starszego, powszechnie uznanego kolegi po fachu. 

Takiego literackiego gestu można dopatrywać się w opowiadaniu Wieża, które da się czytać także jako swoisty dialog z utworem Herlinga o tym samym tytule. Ten ostatni utwór Grudzińskiego, przypomnijmy, napisany w 1958 roku w Neapolu – stanowi przypowieść, czy może raczej równolegle biegnące przypowieści, o samotności i umieraniu. Sceneria opowiadania Zubińskiego przypomina Aostę z utworu Herlinga, chociaż z północy Włoch przenosi ona czytelnika na bliżej nieokreśloną rosyjską prowincję, a widok szczytów Alp zastępuje równie surowy widok północnego morza. Bohaterowie Herlinga, umierający samotnie w odludnych, położonych na uboczu domach, również przypominają bohatera opowiadania Zubińskiego – Polaka o burzliwym zapewne życiorysie, który każe zbudować sobie wieżę przy plaży, a następnie zamieszkuje w „celi” na jej szczycie, by skończyć życie skacząc na ułożone na piasku kamienie, jakie wcześniej kazał przynosić dzieciom, dając im w zamian cukierki. Jest jednak i zasadnicza różnica między odludkiem–samobójcą, który ze znużenia światem – a może również z innych powodów – po prostu się z tego świata wypisuje, a samotnikami Herlinga, którzy czekając na śmierć nie są w stanie umrzeć, zatapiają się w całkowitej osobności, która jest esencją egzystencji, a przecież z drugiej strony, gdy już przychodzi ten niby upragniony moment, łapią się ostatnich skrawków życia. Herling ekstrahuje z tych sprzeczności najgłębsze tajemnice ludzkiego losu, nie próbując ich wszelako rozwiązywać. Bo rozwiązanie, dopowiedzenie, puenta – którą z kolei da się dostrzec w opowiadaniu Zubińskiego – może być spłaszczeniem rzeczywistości. 

Pewną pokusę konkretyzacji widać też w innym opowiadaniu Zubińskiego z rodziną Herlingów w roli głównej. Drzewo rodzynkowe to historia osadzona w suchedniowskim rekwizytorium. Historia z tego rodzaju, których próżno by szukać u autora Innego świata. Tak jakby Zubiński, podążając śladem dokumentalisty – innego swego krajana, Krzysztofa Kąkolewskiego – tracił nieco z horyzontu ogólny wymiar opowiadanej historii. Jakby jednostkowość, wyrazistość bohaterów – księdza Pustułki i opowiadającego historię starego Herlinga (tu występującego pod nazwiskiem Hammera), a przede wszystkim jednostkowość tegoż – dopraszały się głosu, chciały przemówić pospolitością wbrew uładzonej wersji tej samej historii. Jest w tym geście sprzeciw wobec mitologizowania własnej biografii:

Hubert [czyli Gustaw Herling] uważa, że markowy pisarz powinien mieć właściwy literacki życiorys. Młodość nie byle jaką, taką książkową, znaczy się koniecznie. Taką jak w książkach ckliwie opisują, manierycznie złożoną ze spacerów zakochanych par letnimi wieczorami nad ciemnymi stawami, albo grzybobranie po puszczy, pływania łódką wśród wodnych lilii, śpiewania pieśni przy ognisku, łowienia ryb z cienistej grobliT. Zubiński, „Drzewo rodzynkowe” [w:] „Opowieści Wrzosowskie”, Starachowice 2011, s. 182.[6].

Zubiński wyraźnie stawia wyżej każdy detal tak zwanego prawdziwego życia – choćby nie układały się te detale w żaden sensowny wzór (a może i gorszyły czytelnika swą pospolitością) – aniżeli pięknie opisane zmyślenie. Za pomocą owej pospolitości, przyziemności, ale i żywej barwy dopowiada jednak coś istotnego do dzieła wielkiego moralisty. Dodaje mu ten pierwiastek prowincjonalizmu, który Herling – świadomie czy nie – ze swoich opowieści usuwał, ufając bardziej wyobraźni i sumieniu niż rzeczywistości. Rację w tej sprawie przyznałaby Zubińskiemu być może także część czytelników Herlinga. Na przykład ci, którzy dowiadywali się podczas spotkań autorskich (organizowanych w latach 90. w Polsce), że pisarz z Neapolu swoje historie w znacznej mierze zmyśla – wychodzili oni z sali śmiertelnie obrażeni, obiecując, że nigdy już do książek swego ulubionego autora nie zajrzą. 

Dialog z Herlingiem daje pewne wyobrażenie o pisarskich ambicjach młodego Zubińskiego. I o tym, jak te ogromne oczekiwania – by być czytanym, omawianym, a najbardziej może docenionym, porównywanym do największych – musiały konfrontować się z realiami środowiska literackiego. Do tego świata – jak powiadał z wyższością: „światka literaturki” – miał stosunek nieodmiennie krytyczny. Chyba nazbyt krytyczny, uwzględniając nawet oczywiste wady tego środowiska, jak promowanie przeciętności, nepotyczne koterie czy napompowaną formę nieadekwatną do treści. Za dużo było w tych opiniach zajadłości, osobistych urazów, może także prowincjonalnych kompleksów. Dobrze ilustruje to opisana w Śmierci na prowincji scena spotkania licealisty Filipa Mirskiego (w którym odnajdujemy autora powieści) i sławnego już natenczas pisarza (przypominającego Krzysztofa Kąkolewskiego). Przywołajmy in extenso tę scenę, która łączy w sobie przedstawienie sytuacji, charakterystykę bohatera, wymieszane z silnym subiektywnym wartościowaniem uprawianym w sposób bezpośredni lub zapośredniczony w nastroju i sposobie opisu – jest to metoda będąca istotnym elementem stylu Zubińskiego. 

Filip poznał pewnego aktualnie modnego literata i reportażystę, związanego rodzinnie z Wrzosowem. Ba, nawet dostąpił zaszczytu dopuszczenia przed zapracowane oblicze na tak zwane osobiste przesłuchanie. Ale egzamin oblał sromotnie, oczywiście ze znajomości dzieł i dokonań stołecznej wielkości. Otóż owa warszawska gwiazda zjeżdżała do Wrzosowa na wakacje, aby tworzyć w zaciszu prowincji, dzieła, od których potem huczało w całym kraju. Wówczas pewien drewniany dom z ganeczkiem z przodu i sionką z tyłu, ani nie za duży, ani nie za mały, taki średni, typowy jak na tę okolicę, z zaniedbanym ogrodem zasiedlała muza, razem z jej wybrańcem, z patosem i bardzo malowniczo. Cały spektakl dręczenia adepta literatury odbywał się popołudniami w chłodnych błękitach i szpakowatej szarości, przy wpółprzymkniętych okiennicach, jakby w aurze łagodnej konspiracji. W pokoju, też przeciętnym, który awansował do rangi gabinetu wybitnego twórcy, ba, nawet króla pewnego gatunku literackiego, świeżo przez warszawkę wykreowanego. Jak to było zaaranżowane? Na biurku jak kloc piętrzyła się fura książek, metodycznie odwrócona do obserwatora grzbietami, dalej wyraźnie na wabia w robionym nieładzie oko kusiły rozrzucone wizytówki, parę obcojęzycznych, w domyśle osób wpływowych i możnych, dalej konkludując: jedzących z ręki dysponenta tej prezentacji. Oflankowany pomiędzy leciwą maszyną do pisania, marki Olimpia i stertą równo pociętych karteluszków figurką skrzydlatego fauna pląsającego w ostrym cynobrze emalii, on osobiście tkwił w zadumie i zanurzał się w klubowym fotelu on sam i curiosum zarazem. Potężny mężczyzna, prawdę mówiąc zwalisty, ze znamionami otyłości. Jednym słowem: kawał chłopa – tak się mawiało, kanciasty, wyglądał na drwala, kierowcę ciężarówki, ostatecznie na bagażowego. Zewnętrzność bliższa? Nic z intelektualnego wyrafinowania, wprost przeciwnie: plebejska, okrągła i masywna twarz, płaski nos, broda w kształcie rogala, włosy, których kolor i faktura były zagadką, zebrane z boku, jakby obficie posmarowane klejem stolarskim. Zazwyczaj rozwlekle i monotonnie dudnił mętnym, przyginanym tuszą bas-barytonem przez nos, niczym poprzez przepierzenie z dykty: banalizmy i trywializmy, a swoje zasługi i sukcesy układał w jakieś piramidy gadaniny. Ponadto gestami, marszczeniem brwi, plejadą intonacji głosu krygował, mnożył fochy i pąsy, przybierał pozy i postawy, obficie czerpiąc z zasobów snobizmu, megalomani. […] – No cóż, owszem przyznaję, że zapoznałem się z twoimi juweniliami. Przeczytałem i nie pokuszę się o ich ocenę, po prostu nie mam wyrobionego zdania. Być może dlatego, że mnie nie interesują przypadki ludzi, którzy nigdy nie żyli. Czasem tak się zdarza, ale próbuj dalej, tego ci nie mogę odradzać – zamentorzyła literacka wielkość i z wyraźną ulgą oddała Filipowi jego zeszyt w pociętej kotwicami, głowami rycerzy, szablami i indiańskimi strzałami jaszczurczozielonej, ceratowej okładce. Tym samym figura z literackiego Olimpu dała widoczny znak końca audiencjiT. Zubiński, Śmierć na prowincji, [maszynopis].[7].  

Bez wątpienia świat Suchedniowa podaje Zubińskiemu obszerną galerię postaci oryginalnych i wyrazistych. Do takich zaliczyć należy Mariana Piłsudskiego, Marszałkowego bratanka, który odkąd trafił w Świętokrzyskie, tak już tu został i długo, długo po wojnie mieszkał w Suchedniowie w bloku z wielkiej płyty. Miał wszakże – jak podkreśla pisarz we wspomnieniach – ładny widok z okna, nie mając przy tym chyba charakteru do narzekania, żartując jedynie, że cela stryja w Magdeburgu gorszym jeszcze była lokum. Biografia Piłsudskiego z Suchedniowa przypomina zresztą awanturnicze losy Maurycego Beniowskiego, dostosowane do czasów, w których przyszło mu żyć, przesiedlenia, aresztowania, cudowne umknięcia śmierci na polskich kresach, powojenne życie w ciągłym prześladowaniu, mimo to życie niepozbawione humoru i anegdotyczności. 

Do osobliwości należeć musiały również zastępy suchedniowskich proboszczów, którzy dali materiał literacki do kilku przynajmniej opowiadań. Byli aptekarze, prawnicy, inżynierowie – czyli cały barwny świat przedwojennej inteligencji małomiasteczkowej. Ich kwintesencją stał się dla pisarza doktor Poziomski (sfabularyzowany jako Poziomkiewicz), prawdziwy i w Suchedniowie powszechnie znany lekarz, który zmarł w maju 1966 roku, dożywszy 90 lat. W Muzeum Wsi Kieleckiej, w jednym z drewnianych domów odtworzony został jego gabinet lekarski. W samym Suchedniowie doktora Poziomskiego uhonorowano, nazywając jedną z ulic jego nazwiskiem. Przed wojną był założycielem pierwszego w mieście szpitala, w czasie okupacji potajemnie opatrywał partyzantów i ukrywał Żydów. W powieściach Zubińskiego jest lekarzem-legendą, do tego oryginałem, trochę magiem, który więcej przecież wie o ludziach, niż wyczyta z mądrych medycznych książek – „bez wątpienia doktor Judym, dusza-człowiek, społecznik, a jednocześnie rubacha, zupełnie nie mieści się w dzisiejszych czasach”T. Zubiński, „Drzewo rodzynkowe” [w:] „Opowieści Wrzosowskie”, Starachowice 2011, s. 191.[8]. No i, jak na inteligenta przystało, doktor to człowiek szerokich horyzontów, powiernik trudnych spraw, doradca, który młodemu Filipowi powiada „[…] a owszem, przyznaję, że czytałem, czytałem to twoje pisanie, smaczne, nawet bardzo smaczne. Ja ci radzę iść bardziej w atmosferę, trzymać się detali, w tym jesteś dobry.”T. Zubiński, „Dawno i daleko”, Poznań 2011, s. 155.[9] Czy Poziomski doradzał Zubińskiemu, to już chyba pozostanie ich wspólną tajemnicą, lecz faktem jest, że rad tego rodzaju – skądkolwiek by nie pochodziły – pisarz się trzymał, ergo szedł w detal i szedł w atmosferę. Nie uprzedzajmy jednak zdarzeń.

Tymczasem podczas swych „szczenięcych lat”, przypadających na szóstą i siódmą dekadę XX wieku, przyszły powieściopisarz chłonie i zapamiętuje oglądaną na co dzień galerię typów ludzkich. Ale Suchedniów dyktuje mu przecież coś znacznie więcej niż owe sylwetki, które będzie mógł kiedyś pieczołowicie i interesująco sportretować. Coś jeszcze bardziej podstawowego. Coś, co z jednej strony ustawi jego późniejsze doświadczenia w określonej optyce, a zarazem pozwoli je nazwać. Suchedniów daje bowiem Zubińskiemu formację kulturowo-społeczną i wyposaża go w język.

*

Czym jest formacja małomiasteczkowa – o tym polska literatura, w szczególności ta powojenna, daje bardzo nikłe wyobrażenie. Kulturę szlachecką i ziemiańską znamy całkiem dobrze, mimo – jak to się mówi – „wysadzenia z siodła” całej tej grupy społecznej, trwającego zresztą już od XIX wieku za sprawą mechanizmów ekonomicznych, a zakończonego definitywnie dekretami polityków w 1945 roku. Ale tu był mit założycielski w postaci Pana Tadeusza. Było także kilka wieków polskiej kultury, którą nawet marksiści zmuszeni byli zaakceptować. Była w końcu przebogata diarystyka i literatura wspomnieniowa byłych ziemian, do dziś czytana i nieustannie popularna. Kultura wsi, tej spoza dworu, też miała, i do dziś ma, swój wyrazisty głos: od zainteresowań etnograficznych z początków XX wieku, przez – napędzany trochę staraniami ideologów nowego ustroju – renesans literatury chłopskiej w latach 60. i 70., po mocną pozycję takich pisarzy współczesnych, jak Wiesław Myśliwski czy Marian Pilot. W końcu miała swoją reprezentację także tożsamość wielkomiejska, o ile taka tożsamość istnieje w ogóle jako coś osobnego i jednolitego, i nie należałoby mówić raczej o tożsamości Krakowa, Warszawy, Wilna czy Lwowa. 

Na tym tle małe miasteczka wypadają raczej mizernie. Surowo obeszła się z nimi historia, i przecież trudno nam sobie dziś wyobrazić, że taki Opatów, Staszów albo właśnie Suchedniów stanowiły kiedykolwiek ważny składnik polskiego życia w jakimkolwiek wymiarze (gospodarczym, społecznym, kulturalnym). I kto dziś podpisałby się pod słowami Konstantego Jeleńskiego, który do powojennej Polski nie chciał wracać, bo mu się wydawała ułomna, szczególnie w braku sztetli i całego tego prowincjonalnego życia małych miasteczek. 

Skąd się ten brak wziął – to z grubsza wiadomo. Po pierwsze eksterminowano grupę społeczną, która stanowiła spiritus movens tych przedwojennych miasteczek, bo to przecież one były świadkami Holocaustu na największą skalę. Po drugie centralistycznie sterowane państwo pod radzieckim protektoratem nie przyznawało szczególnej roli mniejszym ośrodkom, prawdę mówiąc, nie przyznawało im żadnej roli, w najlepszym razie zostawiało samym sobie, pozwalając powoli dogorywać. Po 1989 roku Janusz Sławiński postulował „zanik centrali”, odkrywano na nowo „małe ojczyzny”, lecz entuzjazm ten nie trwał długo, zresztą nie było już wtedy co zbierać. W końcu – pierwsze dwie dekady XXI wieku okazały się dla małych miast jeszcze mniej łaskawe niż dziesięciolecia PRL, bo braku życia nie da się przykryć unijnymi programami i odnowieniem – nieraz bardzo udanym – kilku kamieniczek wokół rynku. Tak w skrócie mogłaby wyglądać historia upadku małych miasteczek w Polsce. Odchodzenie powolne i niehałaśliwe, pozbawione swoich obrońców i trubadurów.

Na tym tle ktoś taki jak Tadeusz Zubiński, wydaje się prawdziwym rarogiem. Gdyby jego jedynym literackim dokonaniem miała pozostać elegia na cześć Polski małomiasteczkowej, gdyby nic ponadto nie napisał – to i tak należałoby mu się stałe miejsce w podręcznikach historii literatury.  

Powieść suchedniowskiego autora – pisze Zdzisław Antolski, świętokrzyski poeta, znajomy Zubińskiego – to pomnik mieszczaństwa, jego mentalności, wrażliwości estetycznej, przywiązania do rodzinnej tradycji, tak naprawdę ostoi polskościZ. Antolski, „O pisarstwie Tadeusza Zubińskiego 1953–2018” [w:] „Zeszyty Suchedniowskie. Historia” 2018, nr 3, s. 139.[10]

Trzeba tu od razu powiedzieć, że kronikarzem prowincji był Zubiński wybornym, przechodzącym z łatwością od panoramy miasteczka do wnętrza domu, od opisu postaci do precyzyjnego przedstawienia pozornie nieistotnego przedmiotu. Połączenie tych elementów tworzy kipiącą od barw, zapachów, kształtów mozaikę. Dalece oryginalną i niezwykle sugestywną.

W niedzielę przybyło dużo suchej, czystej jasności, jakby latem nastała bezśnieżna zima. Bywała, ta jasność, tak oślepiająca i dumna, że zdawało się, iż zrodziła się gdzieś w antycznej Grecji. Niedzielną ulicą ludzie już ciągnęli na mszę, wzdłuż zakurzonej, nieco zmęczonej zieleni. Zaczątki rdzy jesiennej pryskały jak mszyce po listkach. Bordowa róża, tknięta pierwszymi objawami rozkładu, dygotała i dymiła przesytem, ponad nią wywijała harce swarliwa osa. Druty śpiewały jak wiolonczela. Pachniało miodem i kartoflami. Kobiety w szarej czerni, o twardym spojrzeniu, półszeptem wymieniały plotki i częstowały się oburzeniem. Stękali starzy ludzie, pojękiwali reumatycy, postukiwały laski. Białe, sztywne koszule, przetarte kołnierzyki i muszki, pokraczne – rekwizytornia małego miasteczka. Furkotały faliste i jasne spódniczki dziewcząt, promieniujących niedzielą, okazałą schludnościąT. Zubiński, „Dawno i daleko”, Poznań 2011, s. 196.[11].

Sugestywność tych migawek – które w krótkich fragmentach mówią tak dużo o miejscu, o zdarzeniu, o zarysowanej scenie – zbudowana jest z nadmiaru. Jedne słowa jakby przepływały w drugie, jeden szczegół rozradza się w kilka kolejnych. Owo nagromadzenie nie powoduje jednak wrażenia reportażowej oschłości, nie zamienia się w czystą rejestrację faktów. Zawdzięczamy to poetyckiej warstwie opisu, tym metaforom przeplatającym narrację, tej rdzy „pryskającej jak mszyce po listkach”. Klucz stylistyczny leży także w operowaniu przez autora przymiotnikiem (przymiotnikiem będącym w niełasce u po-modernistycznych pisarzy, zbyt rozmytym dla współczesnych poetów, którzy pragną języka ostrego i chłodnego jak stal). Można by chyba nawet zaryzykować stwierdzenie, że to właśnie przymiotniki są – na poziomie języka – schronieniem dla małomiasteczkowości, oddającym jakoś jej powolny ruch, powtarzalność, rytuał.

Świat prowincji jest mały i ułomny, i uładzony na swoją miarę, dlatego jest zawsze bliżej swoich ludzi. Wiadomo, słońce wschodzi, nadchodzi dzień, ciemnieje od wschodu, purpurowieje na zachodzie – wtedy przychodzi noc. Wszystko jest bliżej i wszystko jest swoje: deszcze, śniegi, zgryzoty, radości, choroby, poronienia, wichury, miłość, śmierć, błoto, ptaki przelotne i kury na grzędzie, jabłonie w ojcowym sadzie, lis zagryza gęś, a nietoperz piska. Barometr idzie w górę, będzie pogoda, spada – szykują się rychłe deszcze i blisko są wilgocie. Okolica jest jak ta stara marynarka po nieboszczyku ojcu, którą synowi i wstyd, i żal wyrzucićTamże, s. 234.[12].

Oba powyższe cytaty – pochodzące z najlepszej chyba powieści Tadeusza Zubińskiego, będącej jednym wielkim hołdem złożonym prowincji – dobrze oddają istotę sportretowanego w niej świata. Świata o wyraźnie zakreślonych granicach, o określonej skali, gdzie treścią życia są proste z pozoru, powtarzające się zdarzenia, a kierunek przeżywania odbywa się raczej do wewnątrz aniżeli w kierunku nowych, nieznanych doświadczeń. Fakt ten sytuowałby pisarstwo Zubińskiego w pobliżu twórczości noblisty Petera Handkego, który podobnym zabiegom – eksploracji w głąb i do środka – poddaje prowincję austriacką.

Sugestywnie – co zauważał Mieczysław Orski, redaktor naczelny „Odry” – z wyczuciem i bagażem doświadczeń i przeżycia wyniesionych z okresu własnej młodości, Zubiński, na tle pięknie, poetycko odmalowanej przyrody, zarysowuje panoramę charakterystycznych postaw ówczesnej zbiorowości polskiej.

Obrazowo wykłada Zubiński tę pisarską metodę w jednym z debiutanckich opowiadań: 

[…] w prozie ważne jest niewiele, ot przykładowo klucz płynących górą gęsi na południe, w jednym konkretnym dniu, albo widok tłustego jesiennego lisa gdzieś pod Kołem na kartoflisku, tak szarym jak zleżały węgiel. Jeszcze można przypomnieć żółty zapach świeżo ściętej sośniny w chwili, gdy słońce wypieka z liści zdrową zieleńT. Zubiński, „De Latour” [w:] tenże, „Sprawiedliwy w Sodomie”, Bydgoszcz 1996, s. 18.[13]. 

Zatrzymanie opisu na ruchu zwierząt, dostrzeżenie składowych najprostszych, dziejących się nieustannie w naturze procesów nadaje tej narracji określone – dodajmy: powolne, lecz nie nudne – tempo i swoistą atmosferę. Tę ostatnią najbliżej byłoby przyrównać do atmosfery znanej z rosyjskiej literatury, która tyle fabuł zawdzięcza rozpoznawaniu pozornego „nie-dziania się”. A w literaturze rosyjskiej najważniejszym punktem odniesienia był dla naszego autora Iwan Bunin, pisarz, którego Zubiński uważał za swojego mistrza jednoznacznego i jedynego. Widać tę fascynację – a niekiedy może nawet naśladownictwo – w wielu opowiadaniach z tomu Opowieści wrzosowskie. Historie oficerów-dekadentów, zawiadowców małych kolejowych stacyjek, chłopów mądrych i pijących na umór – równie dobrze mogłyby rozgrywać się nie we Wrzosowie, a w dalekich miasteczkach rosyjskiej prowincji. Co nie oznacza, że wprowadzenie konkretnej lokalnej scenerii jest w tych opowiadaniach tylko pustym elementem dekoracji. 

Pokrewieństw z literaturą rosyjską jest oczywiście u Zubińskiego więcej, żeby wspomnieć choćby to, że każda bez wyjątku jego powieść zaczyna się mottem z Dostojewskiego. Można w tych mottach dopatrywać się mody epoki, wiadomo bowiem, co znaczył Dostojewski dla polskich intelektualistów z roczników 40., 50., 60. Ale chyba nie tylko. Układają się one bowiem w pewien wzór. Żeby zacytować kilka wybranych: „Przedostatni zabije ostatniego”, „Podczas pożaru chłopi ratują nie cerkwie, lecz karczmy”, „Cnotliwy obraz nie przesłoni ordynarnej a nawet brudnej myśli”, „Przyszły Antychryst będzie mamił pięknem”. Czy coś z tych krótkich, wyjętych z kontekstu fragmentów można wyczytać? Ich wspólnym mianownikiem zdaje się być zasygnalizowanie swoistej demoniczności świata, jego rewersu, który karmi się złem. Jest to bez wątpienia pogląd głoszony przez wielkiego rosyjskiego pisarza. Nasz autor – co jeszcze zobaczymy – zdaje się go w dużej mierze podzielać. 

*

Możliwe jednak, że przyszło to dopiero stopniowo, jak większość goryczy, które przychodzą z kolejnymi dorosłymi doświadczeniami, wypierając radości dzieciństwa. Czy młodość miał Zubiński „piękną, niespokojną”? O tym kronikarze milczą. Coś niecoś niknie także w skłonności do mitologizacji własnej biografii, którą pisarz tak wyrzucał Herlingowi-Grudzińskiemu, z drugiej strony jednak przywołując – w swobodnym tłumaczeniu – znane słowa Bismarcka, że „człowiek jest tak wielki, jak wielką tworzy o sobie legendę” („Der Mann ist nur so groß wie die Welle, die unter ihm brandet”).

W ramach tej mitologizacji powiadał więc pisarz między innymi o swoich korzeniach kresowych. A więc rzekomym zaczepieniu rodzinnym w miejscu, w którym rozgrywa się powieść Ogień przy drodze – znaczy się na Wołyniu. Czy tam faktycznie korzenie sięgały, czy też sięgały jedynie na potrzeby literackie – to rzecz może nie najważniejsza. Gdyby jednak próbować udowadniać istnienie tych korzeni na podstawie „sugestywności” utworu literackiego poświęconego tym miejscom (co jest na pewno metodą bardzo złą, ale inną nie dysponujemy), to można by rzec, że twórcze DNA Zubińskiego niewiele tych kresowych genów przechowało, a jeśli jacyś przodkowie z Wołynia byli, to – jak to się mówi – siódma woda po kisielu.

Krytyk Krzysztof Masłoń pisał z entuzjazmem o Ogniu przy drodze. Mówił, że powieść ta podąża śladami Buczkowskiego czy Odojewskiego. I faktycznie, idzie ona szlakiem zwłaszcza Odojewskiego, lecz nie oferuje wiele ponad to. Jest to więc powieść poprawna, miejscami ciekawa, ale przecież jakoś wtórna wobec bogatej kresowej literatury powojennej. Bardziej zatem aniżeli przy Buczkowskim czy Stryjkowskim można by ją ustawić obok takich tytułów, jak Wyklęte pokolenia Janusza Rolickiego, zbyt odtwórczych i publicystycznych, by mogły zasłużyć na miano oryginalnego osiągnięcia. Bo Zubiński – podobnie jak Rolicki – nie znalazł swojego języka, by o kresach opowiedzieć, choć zdawać by się mogło, że właśnie jego język, plastyczny, bogaty, operujący w wielu rejestrach, że taki akurat język mógłby temu zadaniu sprostać. Tymczasem nie. Tymczasem zapożycza się on w znanych już stylistykach kresowych powieści, jakby naturalnie narzucających się pisarzowi i wypierających jego własny idiom. Fakt ten może być pośrednio dowodem na to, jak mocno język tkwi w osadzeniu geograficznym, jak trudno go wyrwać z tego otoczenia i przenieść w inny krajobraz (w tym wypadku wyrwać z Kielecczyzny i zanieść na Wołyń) – co jest skądinąd pocieszające. Istnienie takich więzi między słowem a rzeczywistością, które zadają kłam postmodernistycznym teoriom o samowystarczalności i sztuczności języka, są w końcu jakimś filozoficznym dowodem na istnienie świata.

Prawdą jest jednak, że o ile trudno byłoby nam uznać Zubińskiego za ważnego autora kresowego, o tyle z pewnością autentyczna, nieudawana pozostaje jego fascynacja dawnymi wschodnimi rubieżami Rzeczpospolitej. Powtarzając frazę, którą pewien niemiecki noblista usłyszał od swojej kaszubskiej ciotki – „wiesz Ginterku, na Zachodzie jest lepiej, ale na Wschodzie ładniej” – pisarz z Suchedniowa tropi rozmaite pozostałości owej polskiej wschodniości, cechującej się większą dobrodusznością, weselszym sposobem bycia, swoistymi rytuałami i – co nie mniej ważne – lepszą kuchnią, a także – co najważniejsze dla pisarza – śpiewnym i gwarowo nacechowanym, oryginalnym językiem. Gdy jeden z emigrantów, mieszkaniec Suchedniowa z kresów pochodzący, opowiada Mirskiemu o dawnym Lwowie – to znać w każdym zdaniu tej wypowiedzi wielką admirację autora dla naszej kresowej Atlantydy. A objawia się ona w takim nawet wymiarze:

Wiesz, Filipku, synku, że ja osobiście baczeski pijałem z samym panem Wiktorem Budzyńskim i to gdzie, wystaw sobie, że w restauracji hotelu George, pod chajrem ci to mówię, takie miałem lwowskie okoliczności – daję słowo honoru. Jego atramentowe oczy powlekała serdeczna mgła, lwowska mgła. I zebrawszy się w sobie, czupurnie zapytał z tym jego zawsze ciepłym uśmieszkiem, w którym pobłyskiwał ten drobiażdżek łobuzerii i ze spojrzeniem rozproszonym, dawno-nowym, jedynym takim: – A czy ty, szpaczku, wiesz przynajmniej, czym była wódka od Baczewskiego, to nie była siwucha, żadna tam, jak dzisiejsza monopolowa ćmaga, bo i pan Baczewski, to aha, on był wielki ktoś. On naprawdę to był ktoś, echt hoho!!!T. Zubiński, „Śmierć na prowincji”, [maszynopis].[14]

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Kamil Suskiewicz, Pomiędzy rozpaczą, szyderstwem i zachwytem. Tadeusz Zubiński (I), „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 53

Przypisy

    Powiązane artykuły