18.06.2020

Nowy Napis Co Tydzień #054 / Pomiędzy rozpaczą, szyderstwem i zachwytem. Tadeusz Zubiński (II)

Miejscem, z którego wyrasta styl Zubińskiego jest – jak się już kilkukrotnie rzekło – świętokrzyski Suchedniów. Wypada więc, po raz kolejny, lecz od nieco innej strony – w sposób bezpośrednio związany z biografią autora – przyjrzeć się temu miasteczku. 

Takie miasto, miasteczko, coś pośredniego pomiędzy wsią a miastem, hybryda przydrożna stanowi nic innego jak kłębek ulic i uliczek splątanych i rozwłóczonych, czasem dziobniętych, a to wieżyczką, a to dzwonnicą albo kapliczką, lub obeliskiem na skwerku upamiętniającym jakąś historyczną rocznicę, okiennice jak pryszcze, rozdęte wilgocią i pleśnią, te od podwórka z zasady bywają wszędzie na głucho zamknięte, także w biały dzień, bo się nie opłaci ich otwieraćT. Zubiński, „Śmierć na prowincji” [maszynopis].[1]

Porządkując nieco wątki genealogiczne, należałoby powiedzieć, że rodowitym suchedniowianinem był ojciec pisarza, czyli – podążając autobiograficznym kluczem lekturowym – „niejaki Mirski Karol, miejscowy rencista, wykształcenie wyższe, inżynier, specjalizacja mechaniczna, członek partii, klasowo czysty, chłopski syn, a tak ściślej syn stolarza meblowego”Tamże.[2]. Dziadka po mieczu Zubiński znał niedługo – ten zmarł nagle i dość wcześnie, lecz echa jego pamięci i pamięci jego stolarskiej pracowni powracają, w nieco zmitologizowanej formie, w Śmierci na prowincji. Nie bez przyczyny zresztą, bo jest to rzecz w jakiejś mierze o umieraniu, a wątek dziadka wraca wywołany właśnie przypomnieniem nagłej i „wygodnej” jego śmierci. Również w dalszym wspomnieniu przodka pojawia się pewien wątek funeralny.

Dziadek Władysław, taki w sobie zwarty i średni […] oznaczony ongiś ryżym wiechciem wąsów, taką szczeciną zmierzwioną, jaka porasta grzbiety prymitywnych ras świń, niegdyś z brawurową burzą siwo-marchewkowych włosów nad czołem, posiwiał przedwcześnie, gdy miał około trzydziestki. Chwacka czupryna z biegiem lat, biegiem dni przerzedziła się znacznie, ale żylastym mężczyzną był do końca swoich dni, chociaż utykającym na lewą nogą. Bo dziadek Władysław, dobrze jeszcze przed I wojną światową, będąc na rzemieślniczej praktyce w Wiedniu, spadł z podestu i taka mu cesarsko-królewska pamiątka pozostała. Z powodu kontuzji dostał biały bilet i za cara nie wojował, potem też nie bił się w 1939, bo był już za stary, w partyzantce też się nie udzielał. […] Dziadek odnosił sukcesy na innym polu, był wziętym i cenionym stolarzem meblowym, a to się liczyło, bo umiał zarobić. Dziadek Władysław nie robił wyłącznie mebli, kiedy zaszła konieczność, brał się za trumny, ale były one takie lepsze: dębowe lub jesionowe z niklowanymi okuciami. Zabawki dla dzieci, konie na biegunach, kołyski, koguciki, klatki i karmniki dla ptaków, koryta dla świń – też potrafił zrobić. […] Całe dnie spędzał, brodząc po kolana w wiórach, piłując i heblując. Wysychało mu od tych wiórów w gardle, pokasłując bez przerwy, popijał zimną i mocną czarną herbatę, którą z ruska nazywał czifir. Pił, siorbiąc klasowo, jak prawdziwy proletariusz. Na piecyku, takiej kozie warzył się klej z rogów, wióry podsycały ogień. Świst młotka znęcającego się nad gwoździami, który potężniał w miarę, jak gwóźdź wchodził w drzewo, a najgłośniejszy stawał się z chwilą, gdy główka gwoździa zrównywała się z drzewem. Skrobanie hebla miało coś z jazdy na sankachTamże.[3].

O ojcu pisarza czytamy dalej, że ów Mirski-Zubiński „popełnił proletariacki mezalians”, ponieważ „jego żona wywodzi się z byłych kresowych ziemian”. Wspomnienie rodziny po kądzieli powraca w przywołanym utworze oraz we wcześniejszej „wrzosowskiej” powieści Dawno i daleko jeszcze kilkukrotnie, eksponując ze szczególnym upodobaniem właśnie ową ziemiańskość i kresowość, oznaczającą w tym przypadku Wileńszczyznę. O babce ze strony matki i o scenerii jej przedwojennego życia opowiedzieć trzeba koniecznie, znów, słowami Zubińskiego; tym bardziej trzeba, że zacytowany poniżej fragment doskonale obrazuje zachwyt pisarza nad wschodnimi kresami – o czym była już mowa – a także rozsmakowanie się w detalu – o czym jeszcze przyjdzie wspomnieć.  

Babka rzadko i z jakąś gorzką samokontrolą opowiadała o tamtym świecie, o zasobnym domu z mansardami, z ówczesnymi wygodami, dużym ogrodzie, w chłodzie wysokich drzew pogrążonym, w miasteczku urokliwie położonym pomiędzy dwoma stolicami Wielkiego Księstwa. W jej wspomnieniach biały ganek jaśniał w pogodnej zieleni, kolumienki czule oplatało dzikie wino, w doniczkach kwiliły petunie i georginie, na framudze tuż przy drzwiach wisiała kołatka – angielski buldog, taki brzydki, że aż rozkosznie uroczy. Kołatka czuwała poczciwie, bo dziadek konserwatysta nie znosił elektrycznego charkotu, a poza tym psy się płoszyły, a koty denerwowały, i w ogóle kwiaty przy nadmiarze techniki gorzej rosną, i dzieciom wypacza się charakter. Panna służąca, ach, jakie powabne dziewczę, popędzane gniadym płomieniem warkocza w wykrochmalonym szeleszczącym, schludnie batystowym fartuszku i czepku obficie obszytym koronką, dygiem witała wchodzących. Z korytarza, gdzie oddawano w  depozyt, rytualnie chrząkając, parasole, laski, płaszcze i kapelusze przechodzono do salonu: w sferę pluszowych obić, miękkich foteli, i dobrodusznych sof, inkrustowanych stolików, szaf z gablotami figurynek, i kompletami rżniętych kieliszków. W rogu salonu, po dżentelmeńsku tykał zegar z grymasem czarnych wskazówek na złoto-białym licu, o przepisanej godzinie popisujący się chwackim kurantem, przez drzwi w pokoju zielonym czerniało pianino. Koty z dostojeństwem kardynałów przechadzały się po meblach, lustra migotały w złocistych ramach zamaszyście, jak miniaturowe srebrne jeziora, pod wieczór te jeziora naścienne zmieniały barwę, tężały, gdyż stawały się bardziej amarantowe i cieplejsze, postacie w nich odbijające się nabierały rumieńców. W jadalni do obiadu nakrywano stół porcelaną, dziewiczo bielutką ze szkarłatnymi brzeżkami, w łazience srebrne mydelniczki dyskretnie wymoszczały się czekać niczym wierna gwardia paziów zaprawiona w bojach z pospolitym brudem. Te dźwięki domowe nieustannie zabiegające o względy i wierność u domowników, oswojone przez minione generacje, przestylizowane i podejrzliwe, przy czym tak cudownie zwyczajne i wszechobecne, aksamitne i przeciwnie spłowiałe: jak ten arcydzielny stukot deszczu o okiennice, prorocze trzaskanie starych schodów, zimą zapowiadające ostry mróz w nocy, melancholijne chrapanie psów, wykluwające iskry byłych obrazów, twarzy, słów z krainy pamięci. Te snujące się, jak dymy, archipelagi zmarłych, widm i duchów skłonne do psot i kaprysów, podejrzliwe i predestynowane do zazdrości, nieznośne, jak stare panny, i te słodkie, jak stragany z tureckim miodem, dokazujące wesolutko niczym kociętaTamże.[4].

Warto przywołać również męża owej babci „z dworku z kolumienkami”, chociaż tego dziadka pisarz w ogóle nie miał okazji poznać osobiście, a „jedynie z parunastu fotografii”. Dziadek był bowiem oficerem Korpusu Ochrony Pogranicza i zginął w Katyniu. Nie bez znaczenia pewnie pozostawało to dla jego żony oraz potomków, wszak wiadomo z wielu rodzinnych historii, że Katyń, Starobielsk, Ostaszkowo – jako śmierci nieopowiedziane – kładły się długim cieniem przez wiele dziesięcioleci po wojnie, traumatyzując kolejne pokolenia. W wyobraźni Filipa-Tadeusza, posiłkującej się tymi „parunastoma fotografiami”, dziadek pozostał ucieleśnieniem przedwojennego gentelmana W stylu angielskim, który to ideał gloryfikuje Zubiński konsekwentnie. 

Piękny mężczyzna […] przystojny z bujną czupryną, nobliwie oraz malowniczo przyprószoną przedwczesną siwizną. Na palcu nosił wielki sygnet, a ubierał się z elegancką nonszalancją W stylu angielskiego gentlemana na urlopie (takie to przynajmniej robiło książkowe wyobrażenie). Tweedowa popielata marynarka, sweter w serek, spodnie typu sportowego, eleganckie półbuty, zawsze wiązane. Pachniał dyskretną, markową wodą kolońską i golił się brzytwąTamże.[5]

Na tle tej rodziny ojciec Tadeusza Zubińskiego musiał wydawać się parweniuszem. Jednak i on, choć wyrosły z chłopów i rzemieślników, sam należał już do innej klasy. Był inżynierem, wykształconym jeszcze przed wojną i przed wojną uformowanym. To dawało mu zaszeregowanie do zaszczytnego kręgu inteligencji (w jej małomiasteczkowym wydaniu), jednej z najszlachetniejszych grup społecznych w dziejach Rzeczpospolitej. Jako przedstawiciel owej grupy stał się po wojnie, z jednej strony, ucieleśnieniem dawnych wartości (uczciwości, solidności, dobrych manier), będąc jednocześnie – w wymiarze publicznym – persona non grata, osobą, dla której w PRL-owskiej hierarchii istniał szklany sufit awansów i prestiżów. Jakkolwiek w pierwszych latach ludowej Polski swoje jednak znaczył, zajmując nawet różne kierownicze stanowiska („wtedy jeszcze pracował, wyjeżdżał, był naprawdę kimś ważnym, ludzie mówili do niego: panie kierowniku albo panie inżynierze i pierwsi mu się kłaniali na ulicy”Tamże.[6]), w końcu jednak – po nastaniu Gomułki – pozostał mu jedynie wymiar domowy. 

Pomimo tego nie przestaje być inżynier Mirski ucieleśnieniem pewnej formuły męskości, „w typie sprzed tamtej wojny”, jak to, w innym miejscu, zapisze Zubiński. A więc człowieka zdecydowanego, niepokazującego uczuć, otoczonego przez męskie zajęcia i rytuały.

Ojciec czekał syna od dłuższej chwili i jak to miał we zwyczaju, zapalił fajkę. Uzbrojony w swą ojcowską doskonałość, w szlafroku, w miękkich pantoflach. Siedział bokiem do biurka, z paradą, gdyż inaczej już nie potrafił palić fajki. […] Ojciec – aranżer życia, celebrant rytuałów: fajka, brydż, gazetka – czyli płachta „Polityki”, od czasu do czasu spacer przed kolacją, kawka z mecenasostwemT. Zubiński, „Dawno i daleko”, Poznań 2011, s. 8–9.[7]

Wszystko to sprawia, że Filip darzy ojca nieustannym – choć momentami nadwątlonym – szacunkiem. Być może dlatego, że w swojej równej postawie jest ów ojciec swoistym prawodawcą rodzinnego porządku, osnutego wokół codziennie powtarzanych czynności, wspólnych posiłków, stałych powiedzonek.

W kuchni, w której zazwyczaj jadano u Mirskich posiłki, weszli w strefę światła poczętego z lampy naftowej, jak w rozpuszczony w mętnej wodzie miód. Powaby i aromaty herbat, ziół, dymu, zieleniny, kwaśnego mleka, tłuszczów nakładały się na kąśliwy odór nafty. Za przyczyną herbaty zapachniało Chinami, ich żółtą nostalgią i słodko nagrzaną blachą czajniczka. Pierwszy przy stole usiadł ojciec, coś pomrukując. Dziś pili herbatę Ulung, jak w zwyczajny dzień, szlachetne gatunki herbat, takie jak Earl Grey, te z paczek, pijali od wielkiego dzwonu, w święta przy okazji rodzinnych uroczystości, „reunionów” – jak mawiał tyleż z przekąsem, co i snobistycznie ojciecT. Zubiński, „Dawno i daleko”, dz. cyt., s. 15.[8].

A więc znów – rytuał. Ma znaczenie pora posiłku, takoż usadzenie przy stole i oświetlenie pokoju; rodzaj herbaty jest dobierany nieprzypadkowo, podobnie jak słowa, które się wypowiada. Pamiętamy jeszcze z dzieciństwa stare puszki po angielskiej herbacie, biały ser przynoszony przez rolnika w sobotnie poranki, zakupy z dziadkiem na targu w każdą środę. Zubiński przywraca nam ten świat i to nostalgiczne zauroczenie nie jest bez znaczenia dla mechanizmów lektury jego powieści. Nie chodzi jednak tylko o sentyment.

Od ponad dwustu lat – pisze niemiecki filozof, Odo Marquard – żyjemy w nowoczesnym świecie, w którym coraz szybciej zmienia się coraz więcej. […] Uwarunkowana postępami nauki, techniki i wydajności pracy […] rośnie szybkość wprowadzania innowacji: to zaś znaczy, że coraz liczniejsze rzeczy coraz szybciej stają się przestarzałe. Dotyczy to również naszych doświadczeń. W świecie naszego życia bowiem coraz rzadziej powracają te sytuacje, w których i dla których nabywaliśmy doświadczeń. Dlatego – zamiast dzięki stałemu zwiększaniu się doświadczenia i znajomości świata stawać się samodzielnymi, tzn. dorosłymi – coraz to bardziej cofamy się stale na nowo do położenia tych, dla których świat jest na ogół nieznany, nowy, obcy i nieprzejrzysty: do położenia dzieciCyt. za J. Tokarska-Bakir, „«Zanik doświadczenia». Diagnoza antropologiczna”, „Teksty Drugie” 2006, nr 3, s. 35.[9].

Można powiedzieć, że w tym ujęciu świat prowincji z powieści Zubińskiego jawi się jako obszar przednowoczesny. Zatrzymuje on, niczym błona komórkowa, zbyt liczne dla zdrowego funkcjonowania człowieka innowacje. W dużej mierze koncentruje się na tym, co znane i powtarzalne. Doświadczanie znanego jest procesem wkraczania w dorosłość, wtajemniczania, nauki. W takim świecie dziecko jest dzieckiem, a dorosły – dorosłym. Dorosły jest nauczycielem i autorytetem, a jego kompetencje biorą się z bogactwa doświadczenia, ze zdobytej w ciągu życia biegłości w rytuale. I – powiedzmy to od razu – nie idzie tutaj tylko o rytuały o wielkiej doniosłości, zazwyczaj ważniejsza jest pewna magia i niedostępność wiedzy. Tak przedstawia się Filipowi Mirskiemu kultywowany przez ojca zwyczaj palenia fajki, a może w szczególności cała celebra, która towarzyszy tej czynności – wybieranie fajki, opowiadanie o jej historii i właściwościach, gatunek tytoniu, sposób jego przygotowania. Towarzyszy temu oczywiście odpowiednia oprawa, przestronny gabinet zanurzony w półmroku, „ojciec omotany w te pobudzające do marzeń o najdalszej tropikalnej awanturze aromaty i narkotyczne zapachy orientalne tytoniu fajkowego przekradające poprzez szparki i szczeliny szuflad ojcowskiego biurka”T. Zubiński, „Śmierć na prowincji”, dz. cyt.[10].

Powie ktoś, że to jedynie szczegóły, materialna otoczka, dodatki bez znaczenia. Lecz czym byliby prawdziwi mężczyźni bez swych gabinetów i biurek z tajemnicami? Czym byliby bez strojów starannie dobranych, podkreślających społeczną pozycję, bezbłędnie pasujących na daną okazję? 

Sam Barański – czytamy w jednym z opowiadań z tomu Opowieści wrzosowskie – ubrany stosownie do wyposażenia i okoliczności, jeszcze rano zastanawiał się, czy aby nie zaryzykować i zdecydować się na ubranie stalowe, wizytowe. Ale nie, w stalowym byłby śmieszny, wybrał ubranie sportowe, na wieś, w takich razach ciepłe brązy sprawdzają się znakomicie. Był zatem w wiejskich brązach. Wojna, to wojna, a nie mecz tenisowy, ale przesada też nie jest dobra. Włożył tę wspaniałą koszulę, w lotniczej tonacji, umiarkowany płowy granat, z pogrubionymi mankietami, kołnierzykiem i płatem gorsu, od samego Charveta, renomowanego paryskiego koszularza z placu Vendome 8. […] Do tej koszuli, krawat niezbędnie klubowy, pamiątka po podróży do Anglii w 1936T. Zubiński, „Drażliwość” [w:] „Opowieści Wrzosowskie”, Starachowice 2011, s. 117.[11]

Czym byliby mężczyźni, gdyby nie ich obycie kulturalne, szarmanckie gesty, dobre maniery? Stanowili oni ucieleśnienie pewnego wzoru męskości. U Zubińskiego (podobnie jak na przykład u Sandora Maraiego) znajdujemy liczne egzemplifikacje owego ideału.  

On jak czujny szpak połyskiwał wspaniałymi zębami, takie zęby robią bardzo pozytywne wrażenie, i ta wyważona swoboda. Jest czarujący, może pomimo siwych włosów, zmarszczek wokół oczu i ust, uchodzić za uosobienie dojrzałej męskości, oczywiście w typie sprzed tamtej wojny. Do tego śmiały kształt podbródka, wymuszający respekt i piękne, delikatne dłonie muzyka, ze zwężającymi się palcami, takimi jakie rzadko się spotyka, w takich rękach może się kobieta zakochać. Nosi się z angielska, cokolwiek prowokująco, zna się na winach, literaturze, muzyce i niestety na kobietach, ma pieniądze i ładne mieszkanie. […] Ma niezaprzeczalną zaletę, należy do tej unikalnej grupy mężczyzn, którzy w smokingu nie przypominają kelneraT. Zubiński, „Burza pod lasem”, Warszawa 2007, s. 89–90.[12]. 

„Do diabła z całą tą wojną [powiada Jan Jassmont, najważniejszy po Filipie Mirskim bohater ze świata stworzonego przez suchedniowskiego pisarza] z ofiarami, trupami. Właśnie krawat jest ważny, w prążki czy gładki, to jest decyzja godna mężczyzny”. A więc – rytuał pozwala na istnienie pewnej niezmiennej siatki (żeby posłużyć się określeniem innej zwolenniczki rytuału, Mary Douglas), która określa codzienność. Także w obliczu wydarzeń skrajnych, jak nieustanny strach wojenny, czy nieco mniej skrajnych, jak szarzyzna Polski z czasów małej stabilizacji albo również niegranicznych, lecz przez swą długotrwałość jednak doskwierających jak społeczna degradacja inżyniera Mirskiego. Ta siatka pozwala dorosłym na pełniejsze osadzenie w życiu, a dzieciom daje poczucie bezpieczeństwa, które płynie z obserwowania powtarzalnych czynności. Zbyt mało się je może doceniało, gdy zdawały się oczywiste i dopiero dzisiaj, na przykładzie najmłodszych pokoleń, próbujących dorastać W płynnej nowoczesności widać, że stanowiły one swoistą osłonę od wszelakich nadpobudliwości, braku koncentracji i innych dziecięcych problemów. Zdaje się, że bez rytuału niemożliwe jest istnienie dzieciństwa w takim kształcie, jak opisał je w pewnym pięknym eseju Zygmunt Kubiak: 

Rzecz polega chyba na tym, że wówczas świat nie był twardym miejscem, pełnym nieubłaganych sił, gdzie co dzień musimy sprostać nowym przeciwnościom. Świat był tajemniczy i pełen niespodzianek, ale zarazem miękki, jak łąka o świcie, pachnąca rosą. Był to bowiem świat nie organizowany przez nas, ale podarowany nam, organizowany i tworzony dla nas przez innych, przez dorosłychZ. Kubiak, „Pożegnanie dzieciństwa” [w:] „Nowy brewiarz Europejczyka”, Warszawa 2001, s. 225–226.[13].

Ważnym – szczególnie dla dziecięcego uniwersum – depozytariuszem rytuału jest babcia. W sumie brzmi to banalnie. Znów wystarczyłoby się odwołać do własnych wspomnień, by uświadomić sobie moc i wpływ na świat dzieci tych jakże niedocenianych członków wielopokoleniowych rodzin. Dla Filipa Mirskiego „działalność” babci w obrębie rytuału posiada dwa wymiary. Pierwszy, szerszy, bo przywracający pamięć o klasie społecznej, która przestała już istnieć. Jej zwyczaje, pochodzące z podwileńskich salonów, gdzie:

[…] pito drobniutko, dziobkując kawę z maleńkich filiżanek, spodeczki były odrobinę mniejsze i kunsztownie srebrzone, i bardziej zalotne. Przy stosowanych okazjach raczono się szampanem, trójkątne kryształki w żyrandolach iskrzyły się zimno, jak brylanty, grano na pianinie, wieczorami oddawano się niewinnej parafialnej rozkoszy preferansa, czytano na głos książki pobudzające do wzniosłości, przyjęte było, aby batystową chusteczką dyskretnie obcierać czoło. Paniom w pewnym wieku, uchowaj Boże, ażeby młódkom, dopuszczono wzdychanie, i te ochy i achyT. Zubiński, „Śmierć na prowincji”, dz. cyt.[14]

Zyskują one również wymiar współczesny, na oczach Filipa następuje – jak moglibyśmy powiedzieć nieco bardziej dzisiejszym językiem – ich aktualizacja. Mały Mirski jest przecież świadkiem wrzosowskich „fiveoclocków”, gdzie babcinymi partnerami do brydża są dożywający swych lat przedstawiciele białej rosyjskiej emigracji, dawni oficerowie, damy z dobrego towarzystwa. Gdzie rozmowa jest wielopoziomową salonową sztuką, a muzyce słuchanej z gramofonu towarzyszy dźwięk tulskiego samowaru. „Rzeczywiście Dawno i daleko przywołuje wiele dawnych przedwojennych tradycji suchedniowskich, które pamiętam z młodych lat”„O Suchedniowie, Buninie i baranach”, z Tadeuszem Zubińskim rozmawia Kamil Suskiewicz, „Suma. Pismo społeczno-kulturalne” 2017, nr 5.[15]. 

Na drugim planie (a właściwie pierwszym, ponieważ tym bliższym) babcia jest skarbnicą spraw rodzinnych, żywą pamięcią, więzią z przodkami, którzy odeszli, a którzy są nam nieustająco potrzebni – a przynajmniej potrzebni są Filipowi Mirskiemu jako punkt odniesienia w coraz bardziej podlejącej rzeczywistości.

W końcu – by pozostać jeszcze przez chwilę w rozważaniach o rytuale – należałoby dodać, że jego konstytutywnym składnikiem jest także stałość przedmiotów. A w tej dziedzinie omawiana twórczość jest prawdziwym majstersztykiem. Podążając za radami, by iść w „detal i atmosferę” – co, jak sobie przypominamy, miał podpowiadać doktor Poziomski – jako autor dojrzały stał się Zubiński wybitnym detalistą, przywracającym opisywanym przedmiotom ich – jeśli można się tak wyrazić – nieśmiertelność. Przedmioty, nie wszystkie oczywiście, lecz te poszczególne, w jakiś sposób emblematyczne, nie będące wytworem masowej produkcji – stają się nośnikiem rodzinnej pamięci i kulturowych znaczeń. 

Zegarek, ale jaki! Otóż zdumionemu światu ukazywał autentyczny C.K. Roskopf. Boże Drogi, przecież unikalny repetier – cebulowate cacko, z wytłoczonym na kopercie końskim łbem, dyndające na plecionce ze srebra. „Boże, chroń nam Cesarza” głosił chwałę i potęgę, po wieczne czasy lojalny dwugłowej monarchii, cyferblat arcydzieło wykonane ze smakiem, z łagodnie migoczącej na niebiesko liliowej emalii, czarne zaś, zdecydowane rzymskie cyfry zachowały buchalteryjny urok, a wiedeńską wykwintność złotem obtaczane brzeżki. Relikwia, spadek i ba, najważniejsze: zobowiązanie po świętej pamięci rodzicu, zawsze akuratnym naczelniku stacji cesarsko-królewskich kolei żelaznych w karpackiej mieścinie TurkaT. Zubiński, „Śmierć na prowincji”, dz. cyt.[16]

Zegarek to także rzecz posiadająca ogromny bagaż symboliczny. Świadek uchodzącego czasu, odchodzenia i przemijania, a jednocześnie urzeczywistnienie trwałości i obojętności tego, co „martwe” wobec istot żyjących. Wiele z przedmiotów eksponowanych przez Zubińskiego zawiera w sobie taki właśnie potencjał metaforyczny.

Osobliwy czas nastał i osobliwość narastała w przedmiotach. Niezgrabna lampa z XIX wieku, staruszka z kryształowym kloszem, wieczorami zielonkawy i soczysty półmrok wylewał się spod jej abażuru i to zielone czujne oko radioodbiornika pomrukującego i prychające niczym woda cieknąca na rozgrzaną blachę. […] Aha, jeszcze ta lampa-kokietka owinięta po babcinemu w mleczny abażur. Abażur zaś sam w sobie cacko, karbowany niby spódniczka baletniczki, dający intymny, nieomal wiśniowy poblask, gdyż w swej istocie ciemnoczerwony, taki soczysty i zmysłowy, z jedwabiu, taki styl staroangielski, jaki ogląda się na łamach „The Illustrated London News”. Być może jeszcze popielniczka z brązową nimfą, ta stała jak zawsze na stoliczku, bez najmniejszego śladu popiołu, a przecież w tym domu się sporo paliłoTamże.[17].

Sposób opisywania przedmiotów jest także, pośrednio, sposobem budowania świata przedstawionego. Bo rzeczy nie tylko są, one także „działają”, emanują swoistą energię, wytwarzają wokół siebie aurę, atmosferę. Jako takie owe bezduszne zegarki, lampy, radia i popielniczki – stają się współbudowniczymi rzeczywistości, zamiast być tylko – jak się wyżej rzekło – niemymi jej świadkami. Tymczasem – jak pisał Bohdan Zadura, redaktor „Twórczości” i przyjaciel autora:

Żywiołem [prozy Zubińskiego] jest opisowość posunięta do skrajności, opisowość chciałoby się powiedzieć heroiczna, rodem z dziewiętnastego wieku […] Owa opisowość w paradoksalny sposób tworzy dramaturgię tego pisarstwa, […] niezwykły klimat powieści, jej poetycko-malarską atmosferę, jej duszno-dotykalną zmysłowość.

Skłania nas może w ten sposób Zubiński do jakiegoś ontologicznego przewartościowania świata. Odejścia od pełnego pychy antropocentryzmu. Podobnie rzecz będzie się miała z przedstawieniami przyrody, do których niebawem przejdziemy. Uniwersum przedmiotów obecne w omawianej twórczości daje także asumpt do refleksji aktualizujących, podejmujących próbę interpretacji współczesności. Nie da się bowiem ukryć, że żyjąc w epoce plastiku, rzeczy jednorazowych, produkowanych w milionach, im bardziej do siebie podobnych, tym mniej znaczących – jesteśmy ukształtowani przez właściwe temu okresowi postrzeganie przedmiotów. Przekierowanie wzroku na wiek XIX, gdy z jednej strony istniał już wielkonakładowy przemysł, z drugiej trwały jeszcze w powszechnym użyciu przedmioty noszące na sobie ślad ręki, która je wykonała – pozwala wyrwać się z jałowych statycznych narracji, które bezrefleksyjnie przyjmują zastany porządek, nie myśląc nad jego źródłami ani możliwościami zmiany.

Pośród wielu szans, jakie daje detalistyka Zubińskiego warto zauważyć również jej literackie mankamenty. Zbytnie bowiem przestawienie optyki – z różnorodnego widzenia rzeczywistości na przedmiot – prowadzi niekiedy do fetyszyzacji tego ostatniego. Jego opis staje się celem samym w sobie. Symbol staje się martwy, a świat przedstawiony popada – w inne co prawda, niż wynikające z antropocentryzmu, lecz ciągle – schematy i uproszczenia.

Rytuał małomiasteczkowy, na czele z domem rodzinnym, z figurami silnego ojca i pięknej matki – stanowią siatkę ochronną rozpiętą wokół dzieciństwa Filipa Mirskiego. Wydobywając się z niej, ale wciąż czując jej amortyzującą moc, może on toczyć swoje pierwsze młodzieńcze batalie. Bo przecież życie dorosłe, może jeszcze bez nadmiernej twardości, bez nieubłaganych sił, na które przyjdzie pora później – dociera jednak nawet do Wrzosowa. Mierzy się zatem Filip z troskami każdoczesnej młodzieńczości: nieśmiałymi fascynacjami kobiecością, która najpierw zjawia się przed nim w osobach matki i starszej siostry; próbami wybicia się na osobność, zwłaszcza wobec ojca; trudnymi rówieśniczymi relacjami, gdzie rywalizacja miesza się z braterstwem, zazdrość z dumą, wesołość ze smutkiem; w końcu także z ciekawością świata i chęcią wyjrzenia poza tę codzienną rzeczywistość, w czym pomocne bywa marzenie o byciu pisarzem. 

Ten świat zewnętrzny, stojący za progiem bezpiecznego, rodzinnego domu – ma jednak swój rewers. Zło, jakie przynosi, utożsamiają w Dawno i daleko oraz w Śmierci na prowincji główne fabularne wątki tych powieści, które zaszeregować moglibyśmy również do gatunku sensacyjno-kryminalnych. Niewiele wiemy o morderstwach, które dokonują się we wrzosowskim parku, lecz jak ciężki, ciemny obłok unoszą się one nad całą przedstawioną rzeczywistością. Wraz z morderstwami pojawiają się w miasteczku niezwykłe dotąd zachowania (zresztą – zapyta czytelnik – może one zawsze tu były, tylko teraz widać je wyraźniej?). Przy okazji śledztwa przyjeżdżają do miasta podejrzane figury, milicjanci, śledczy gustujący w szarych, bezosobowych garniturach i jędrzejowskim piwie Perła. Można ten splot wydarzeń odczytywać jako rzecz historyczną, opowiadającą o przerażającym zupełnie bestialstwie i bezwzględności powojennych dekad, których kilka lat wcześniej słuchał Leopold Tyrmand, jadąc pociągiem z Warszawy do Krakowa:

O czym gwarzą zebrani przygodnie wędrowcy anno 1954, w dziesiątym roku Polski Ludowej, w rytm kół pociągu przemierzającego serce tego pięknego, starego kraju? Od rubieży Krakowa do samych Kielc, a starczyłoby go i po zieloną toń Bałtyku, jeden temat nie schodził z wokandy, nie sposób go było wyczerpać i każdy spośród siedzących tu ośmiu ludzi miał coś do powiedzenia, dodania, dorzucenia. Zbrodnia, zdziczenie, deprawacja, gwałt, rabunek, kradzież, napad, morderstwo, oszustwo, nadużycie, defraudacja, grabież z bronią w ręku, chuligaństwo, pijaństwo, niepewność dnia i godziny – oto tonacja obyczajowa tych terytoriów najstarszej Polski, ongiś wsi-spokojnej-wsi-szczęśliwej, sennych i leniwych Sandomierzy, Opatowów, Olkuszów, Wieluniów i Bochń. Te niegdyś ciche, słoneczne grody, ubogie, lecz uczciwe, zacofane, lecz schludne, tępawe, lecz bogobojne, nudne, lecz krzepkie, prowincjonalne, lecz wiekowe, przeobrażają się w kolejnych opowieściach w jakąś grząską Arizonę, śmierdzący swojskością Meksyk, przesiąkły małopolskim błotem i nie naszą, egzotyczną przestępczościąL. Tyrmand, „Dziennik 1954”, Warszawa 1989, s. 339–340.[18]

Nie byłoby od rzeczy czytać też książkę Zubińskiego w perspektywie politycznej. Rosnące i podskórne zło widzieć jako alegorię zacieśniającego się Gomułkowskiego systemu po odwilży 1956 roku. Bo „mała stabilizacja”, czyli poprawa materialnego bytu społeczeństwa, szła przecież w tych latach w parze z zaostrzonym kursem represji wobec ludzi, którzy podnosili rękę na komunistyczną władzę. Zubiński może jeszcze wtedy ręki na nic nie podnosił (będzie to robił za czasów Solidarności), ale można powiedzieć, że niechęć do PRL była częścią jego małomiasteczkowej, inteligenckiej formacji. Szarzyźnie „gomułkowszczyzny”, a później także bezbarwności i braku sensu, które dostrzegał W rzeczywistości przełomu XX i XXI wieku – przeciwstawiał przedwojenny kodeks moralny. Bo czy takie sceny, jakie miały miejsce na kieleckiej prowincji lat 50. (znów w relacji Tyrmanda) byłyby do pomyślenia przed wojną, mimo całej rozwiniętej wtedy przestępczości?

A było to tak: w jednym z podkieleckich miasteczek wszedł do dworcowego bufetu, by nabyć paczkę papierosów; był późny wieczór, sprzedawczyni bilansowała kasę i poprosiła milicjanta, by na nią zaczekał, gdyż ma odnieść 800 złotych dziennego wpływu do biura spółdzielni w miasteczku, a tu trzy kilometry lasu przed nią, więc raźniej będzie z milicjantem; milicjant zaciągnął się sportem, poprawił pas i zaczekał; przez początek drogi palił chciwie, dym za dymem, a w połowie drogi zawołał: „Dawaj pieniądze!”; dziewczyna zaczęła się szarpać, padł strzał, trup zawleczony został pod krzaki, zaś milicjant zzuł but i zaczął upychać banknoty w obcasTamże, s. 341.[19]

Nie przywołujemy powyższego fragmentu ani z zachwytu dla Tyrmandowego Dziennika… (co byłoby zresztą zrozumiałe), ani z zamiłowania do opisów retro-zbrodni – ale dlatego, że scena ta mogłaby się z łatwością znaleźć w obu wrzosowskich powieściach Zubińskiego. Tak w tamtej relacji, jak i w fabularnych mordach w miejskim parku – daje się znaleźć bezsensowność całej sytuacji, prymitywne motywacje, niewyrafinowany sposób działania – opakowane w siermiężny PRL-owski entourage. W takim kontekście lepiej można zrozumieć też motto z Dostojewskiego, postawione na początku powieści: „Każdego dnia pojawia się nowa tajemnica i na tym polega komizm w tragizmie”. Jednak dla Zubińskiego ten tragizm pozostaje jakby w zawieszeniu, bo trudno o tragizm w rzeczywistości groteskowej, sztucznej, nieprawdziwej. Ma się bowiem nieodparte wrażenie, że cała ta rzeczywistość Dawno i daleko Śmierci na prowincji, która nie wiąże się z Filipem, z jego domem rodzinnym, z dziewczętami, kolegami, mówiąc w skrócie – z Wrzosowem – że cała reszta jest, przynajmniej na razie, tylko udawaniem, życiem wymyślonym, teatralną sceną z papierowych dekoracji, zbudowaną po to, żeby dać aktorom złudzenie realizmu.

Swoista sztuczność powieściowych scenerii znów zbliża naszego autora do Dostojewskiego. Bo gdzież indziej, jeśli nie u rosyjskiego prozaika, szukać posuniętej do takich granic teatralności świata, w którym – jak ktoś powiedział – nic się nie dzieje, a ludzie tylko chodzą i piją herbatę. Jak bardzo prowincja Dostojewskiego stanowi tylko proscenium dla trzech braci Karamazow, wchodzących nań, by wypowiedzieć swoje kwestie? Czy nie podobnie szykuje swoją scenę Zubiński, gdy w Gościach stołu pańskiego stawia naprzeciw siebie Jassmonta i jego szwagra Janusza (tu się odbija echem także dialog Naphty i Settembriniego skonstruowany przez Tomasza Manna). Albo gdy punktem centralnym czyni wewnętrzne przeżycia bohatera, któremu, owszem, to i owo się przydarza, ale przecież nie owe zdarzenia stanowią sprężynę opowieści. Takimi bohaterami są: Ferdynand Uxakowski (postać pożyczona zresztą od Michała Choromańskiego) w Górach na niebie, były sędzia śledczy, teraz, po 1945 roku, oficer kieleckiej ubecji czy Tomasz Lawenda z Burzy pod lasem, lekarz w niemieckim miasteczku, które staje się po wojnie miasteczkiem polskim. Te dwie postaci spotykają się zresztą w finale drugiej z wymienionych powieści, i jest to też scena zgoła teatralna, choć pozbawiona słów. Także Jan Jasmmont i summa jego życia zawarta w Odlocie dzikich gęsi (w czasie wojny pisarz ląduje we Wrzosowie i spędza tu wraz z żoną kilka miesięcy życia, ginąc w niewyjaśnionych okolicznościach) – zdawać się może żywotem wyabstrahowanym z rzeczywistości, rozgrywającym się na wrzosowskiej scenie osobiste, moralne i egzystencjalne dylematy.

Warto w tym miejscu dopowiedzieć, że Mirski, Jassmont, Uxakowski, Lawenda, Poziomkiewicz i kilka innych postaci Zubińskiego – będąc bohaterami wielu utworów jednocześnie – funkcjonują w tej twórczości we własnym uniwersum, w jakiejś pozaświatowej (to znaczy znajdującej się poza światem przedstawionym) rzeczywistości. Warto dopowiedzieć, że owo przepływanie bohaterów, pojawianie się ich to tu, to tam, w takich lub innych okolicznościach, na różnych etapach życia – stanowi świetny naddatek dzieła pisarza, jakby wynagrodzenie dla tych, którzy czytają je od deski do deski. Albowiem dla wytrwałych czytelników, lektura każdej kolejnej książki jest jak spacer po nowym, nieznanym miejscu, w którym co krok napotykamy starych dobrych znajomych, lub jak zwiedzanie małego, opuszczonego kościółka na toskańskiej prowincji, w którym objawia się nam obraz ulubionego Pierro della Francesca czy Luki Signorellego. „Tylko grube książki dają poczucie bezpieczeństwa” – powiedział kiedyś Jerzy Pilch w radiowej rozmowie z Andrzej Franaszkiem. Dzieło Zubińskiego, czytane w powyższy sposób, jako całość – staje się jedną bardzo grubą książką. Tworzy ona zamknięty, lecz bogaty świat, w którym można, na czas lektury, bezpiecznie zamieszkać. Ten świat przypomina nam nieco światy dzieciństwa, co też nie jest bez znaczenia dla jego atrakcyjności. Owa panoramiczna perspektywa charakteryzująca całą twórczość Zubińskiego została dostrzeżona i uwypuklona przez jej komentatorów. Bohdan Zadura mówił, że autor „realizuje własny projekt pisarski – sagę Wrzosowa”. Paweł Dunin-Wąsowicz i Magdalena Rabizo-Birek dodawali, że jest to „pisanie własnego Macondo”. 

*

Zachowując w pamięci ten odległy, zamorski i jakże obrazowy trop – pozostajemy jednak wciąż na prowincji polskiej, prowincji kieleckiej, a więc – jak powiedziałby Żeromski – arcypolskiej:

Pragnąc odnaleźć idealnie polską, to znaczy możliwie najbardziej wolną od wpływów zewnętrznych gwarę – macierz, należałoby szukać jej nie na pograniczu, lecz właśnie w głębi, niejako w łonie, macierzystego kraju. Należałoby wynaleźć w Polsce krainę, położoną z dala od wszelkich granic, a więc od wpływu niemieckiego, czeskiego i ruskiego, iście słowiańską od samego początku, wreszcie nie obfitującą w miasta i mało uprzemysłowioną. Takim krajem, według mojego rozumienia, będzie obręb terytoryum, na którego jednym krańcu leży miasto Opatów, na drugim miasteczko Przedbórz – na północy Iłża, na południu Stopnica. Jest to więc mniej więcej obszar gór i lasów świętokrzyskichS. Żeromski, „Snobizm i postęp”, Warszawa 1929, s. 143–144.[20].

Ów ślad Żeromskiego nie jest bez znaczenia, rozciąga się on na wiele obszarów twórczości pisarza z Suchedniowa, w szczególności tych najbardziej podstawowych, dotykających stylu i języka. Jednak na razie zwróćmy uwagę na pokrewieństwo w odniesieniu do postrzegania przyrody. 

Bo też nie byłby Zubiński prawdziwym synem ziemi świętokrzyskiej, gdyby nie wyrósł choć trochę z tego, co z urbanizacją niewiele ma wspólnego. Pytał on z przekąsem: „Wychowałem się do dwunastego roku życia praktycznie w lesie, przepraszam, w puszczy, to może mieć jakiś korzystny wpływ na moje pisarstwo?”„O Suchedniowie, Buninie i baranach”, dz. cyt.[21]. Na dźwięk tak postawionego zagadnienia od razu widzimy przed oczami bogate, unikatowe opisy przyrody i zamiłowanie autora do samotnego kontemplowania przestrzeni.

Stary pasterz bał się dużego miasta – czytamy w debiutanckim tomie opowiadań – i nie ufał tam ludziom, jak leśne zwierzę. Był człowiekiem pól, lasów, łąk. Dobrze się czuł, gdy wolny wiatr smagał twarz, a deszcz zmywał kurz i pył. Dobrze podnieść głowę i zobaczyć niebo, dobrze usłyszeć kukułkę albo drozda, napotkać lisa albo zaskrońca. Zadziwić się obfitością i różnorodnością życiaT. Zubiński, „Noc księżycowa” [w:] tenże, „Sprawiedliwy w Sodomie”, Bydgoszcz 1996, s. 25.[22].

Tego odczuwania przyrody, które przywodzi na pamięć – zachowując proporcje, jakie istnieją między puszczą świętokrzyską a puszczą litewską – Dolinę Issy Czesława Miłosza – uczył się pisarz od swych dziadków suchedniowskich albo raczej jakichś dalszych krewnych z tej gałęzi rodziny, czego możemy się domyślać z niewielu biograficznych tropów i większej liczby wypowiedzi włożonych w usta powieściowych bohaterów.

Dziadek ze strony matki [w planie biograficznym – raczej jakiś stryjeczny albo wujeczny dziadek Zubińskiego po mieczu], zasiedziały, krzepki po chłopsku, dziadek od polnych myszy, żmij i słodkiego potu końskiego, gruszek ulęgałek z koszyka pachnącego wilgotną stodołą. Ten od wojny abisyńskiej i podróży do Przemyśla. Wspaniałego miałem dziadka. Niewysoki ale postawny, z jasnym czołem, gładko ogolony, na dwa razy, raz z włosem, drugi pod włos, jak starzy urzędnicy byłych cesarstw, z tą rzadką już w tamtych czasach dystynkcją, rodzajem szczególnej grzecznościT. Zubiński, „Cygan z Buenos Aires” [w:] tamże, s. 39.[23].

Ile z tego niewielkiego fragmentu da się wyczytać skojarzeń, ile tropów. Obrazy i zapachy wsi. Etos opowieści i podróży, tych niedalekich zapewne, ale jakże pełnych przygód. Chłopska solidność połączona z uniżonością i lokalny, wyuczony przez wieki sposób życia. Kto wychował się na prowincji lub choćby miał z nią do czynienia, ten wszystkie te sprawy czuje przez skórę, rozumie je w lot, uznaje za swoje. Rzadko które pisarstwo, nawet to najmocniej zanurzone w regionalności, przywraca owe pierwiastki z taką intensywnością, jak czynią to książki Tadeusza Zubińskiego.

Również i ten wiejski świat zanurzony jest w rytuale, również on ma swoją siatkę rozciągniętą między kościelną wieżą, własną zagrodą i tłustą, ciemną ziemią.

Dobre jest życie chłopa, solidne, ma sens – pomyślał ksiądz Pustułka – takie życie uspokaja. Człowiek może być pewny boskiej pomocy. Często Bóg za chłopa decyduje. Spuści ulewę albo porazi gradem. Chłop z Panem Bogiem są jak sąsiedzi, chłop jest człowiekiem, a Bóg także wielką rzekąT. Zubiński, „Dawno i daleko”, dz. cyt., s. 71.[24].

Ramą, która ustanawia ten porządek jest – poza Bogiem oczywiście – przyroda, będąca zresztą instrumentem w Boskich rękach. Przypomnijmy sobie, z jaką nabożnością starzy gospodarze wsypują do siewników ziarno poświęcone w uroczystość Matki Boskiej Siewnej – a zrozumiemy, że chłopi widzieli świat jako magiczne połączenie natury, nadziemskiej siły, która nią włada i człowieka umieszczonego pomiędzy nimi. W takim postrzeganiu miała źródło głęboka mądrość, jaką ci prości skądinąd ludzie nabywali w wyniku długotrwałej obserwacji przyrody i obcowania z nią w trybie powtarzających się, jak pory roku, czynności. 

Dokańczano drugie koszenie łąk i koniczyny, szykowano się do zbioru kartofli i buraków. Zaczęły się chłodne poranki, żwawy wiatr, zerwawszy czerwone liście buczyny, zabarwił nimi zbocza, coraz bardziej sine niebo stygłoTamże, s. 284.[25]

To dobry moment, żeby powiedzieć co nieco o języku Zubińskiego. Albowiem język ten ma swoje korzenie również w przyrodzie. Ale czy język może w ogóle wywodzić się z przyrody, która nic do nas nie mówi, a przynajmniej nie w rejestrach, których zwykliśmy używać do porozumiewania się? Czy nie są to – język i natura – rzeczywistości, co do swej istoty, całkowicie odmienne? Otóż, chyba nie do końca. Bo jeśli przyroda należy do naszych prymarnych ludzkich doświadczeń, a każde doświadczenie pozostaje zespolone z jego nazwaniem, ze słowem – to językowy schemat obrazowania przyrody jest jednym z najpierwszych składników naszej epistemologii lub, inaczej, jedną z podstawowych struktur naszego rozumienia świata. Odwołuje się on do głębokich pokładów naszej kultury, nie do końca – mówiąc Freudem i Jungiem – uświadomionej. Działa jak mit, jak legenda, jak starodawne obrzędy. Tak rozumiane obrazowanie za pomocą środków stylistycznych zakorzenionych w doświadczeniu przyrody – ma i będzie miało szczególne miejsce w literaturze, która chce być blisko rzeczywistości.

Przyroda staje się także pośrednikiem pozwalającym wyrazić, częściowo przynajmniej, ze swej natury niewyrażalne – metafizyczne doświadczenia człowieka. Przywołajmy jeden z obrazów Zubińskiego, który temu celowi służy:

Filip kochał porę przelotu dzikich gęsi. Na górze już łysiały drzewa, ale na dole dzielnie i wytrwale sprawiał się światek owadzi. Muchy i ważki, oraz motyle wirowały jeszcze nad ostatkiem leśnego kwiecia, mgła miała smak kwaśny, na torfowiskach prężyły się siwe i seledynowe dymy, wiatry targały niemiłosiernie konarami drzew, rzucając dla zabawy w dół snopem szeleszczących liści... wtedy można zobaczyć odlot dzikich gęsi. Na niebie, wyższym niż w lecie tworzyły się ptasie formacje, klucze w kształcie dumnej litery V. Wiedział, bo czytał wielokrotnie, mówiono mu wiele razy, fizyka potwierdzała, że to nie wyłącznie mistyka, ale ekonomia, gdyż przewodnik, ten na szpicy lecący na czele stada rozcina powietrze i tym samym mężnie bierze na siebie uderzenia przeciwnego wiatru. Inne gęsi lecące za nim pociągane do przodu powstałym prądem powietrza, zużywają mniej energii na swój wyczerpujący lot. Po pewnym czasie na miejsce prowadzącej gęsi przesuwa się następna, lecąca na dalszym planie, w ten sposób siły całego stada rozkładają się równo na wszystkich […] Lecące kluczem gęsi, szczególnie w nocy i we mgle nawołują się nawzajem i w ten sposób trzymają się razem, mogąc zachować szyk tego lotu. Ptaki trwają we wspólnocie, łączy je to, co u ludzi nazywa się braterstwem potu. Jeszcze w bagnach, na przecinkach leśnych, łąkach dogasa kipiel ptasich rejwachów i pogaduszek, a one dzikie gęsi dumne odlatują, jakby lekceważąc odmiany losówT. Zubiński, „Śmierć na prowincji”, dz. cyt.[26]. 

Odlot dzikich gęsi, powracający w powieściach suchedniowskiego pisarza kilkukrotnie – urasta do miana najważniejszego i bardzo pojemnego symbolu człowieczego losu. Zawiera się w nim przyziemność – jakkolwiek brzmi ona w tym kontekście – egzystencji, owa „ekonomia lotu”, powiązana jakoś ze wspólnotowością (którą autor porównuje do wspólnoty pracy, jednej z najczystszych i najuczciwszych międzyludzkich więzi). Jest tu także zaszyta duma z bycia człowiekiem, jakby powtarzająca za Gorkim: „człowiek – to brzmi dumnie”. Los jednostki i stada zespolony jest także z porządkiem pór roku, z przemianami następującymi w przyrodzie – a gęsi, będąc zależnymi od natury, wpływają jednocześnie na jej kształt. Ten lot jest w jakimś stopniu uporządkowany, ale również zależny od świata zewnętrznego. Lot pełen rozpaczliwego nawoływania staje się świadectwem lęku przed samotnością wpisanego w życie człowieka. Albowiem „głosy przelatujących dzikich gęsi są czyste, jak mowa prostych ludzi, prawdziwe, jak gaworzenie niewinnych dzieci”, lecz równocześnie „tragiczne, jak słowa pożegnania”. 

„Nadciągało ze wschodu i południa senne babie lato, wiatry pachniały ciepłą wilgocią piwnic i dojrzałymi jabłkami”T. Zubiński, „Sprawiedliwy w Sodomie” [w:] tenże, „Sprawiedliwy w Sodomie”, dz. cyt., s. 66.[27] – pisze Zubiński, a nam, czytelnikom, znów otwierają się przed oczami pola rozmaitych, świadomych i podświadomych, sentymentalnych skojarzeń. Widzimy, jak na dotknięcie ręki, coraz zimniejsze sierpniowe wieczory, mgłę wstającą nad polami tuż po zmroku, dymy snujące się nad dachami chałup. Czujemy przełamanie pór roku, obrót cyklów natury, powolne zbliżenie się ku zimie – porze umierania. Czasami opisy Zubińskiego są takie właśnie: impresyjne, nie sfunkcjonalizowane, jakby oddające hołd przyrodzie takiej, jaka jest, wyrażające zachwyt nad jej tajemniczym urządzeniem. „Opisy przyrody – powiada Bohdan Zadura – są jedną z największych atrakcji prozy Zubińskiego, tworzą niezwykły klimat, poetycko-malarską atmosferę, duszno-dotykalną zmysłowość. Kategoria piękna niewątpliwie jest kategorią konstytuującą tę prozę, można się domyślić, że Zubińskiemu zależy na pięknym pisaniu”.

Do celnego komentarza poety moglibyśmy dopowiedzieć, że owa kategoria piękna i zachwytu nad rzeczywistością nie ogranicza się w tym pisarstwie jedynie do przyrody, czego przykładem niech będzie jedno z wczesnych opowiadań Zubińskiego:

Minęły stulecia, przeminęły małe cuda ewolucji i rewolucji technicznej, a ten jeden cud Boski uchował się i rośnie w potęgę. Anteny telewizyjne pokurczyły się, wstydzą się, że ich tak dużo, agresywne bryły miejskich bloków złagodniały, nie ich pora. Bo to czas dla: drzew, kamieni, spokojnych ulic i parku, z figlarnym oczkiem ciężkiej ślizgawki, dla kościoła szykowanego na pasterkę, dla małych domów przyjaznych ludziom, gdzie studnie na podwórkachT. Zubiński, „A na ziemi wszystkim ludziom dobrej woli…” [w:] tamże, s. 8.[28]

Faktem jest jednak, że zachwyt dotyczący świata ludzi – ich domów, zwyczajów, kultury – stopniowo zanika z biegiem twórczości suchedniowskiego pisarza. Ustępuje miejsca krytycznym sądom o naszej małości, o podłościach, interesowności i płaskim egoizmie.

Przyroda pojawia się w powieściach Zubińskiego także w wersji przetworzonej, powiedzielibyśmy, uprzedmiotowionej. O ile opisowe portretowanie przyrody, o którym pisaliśmy powyżej, byłoby właściwe – stosując pewne uproszczenie – dla literatury XIX-wiecznej, o tyle drugi, mocniej sfunkcjonalizowany sposób jej przedstawiania zaobserwować możemy u pisarzy Młodej Polski i późniejszych epok. Nie od rzeczy będzie tu chyba powtórne przywołanie Stefana Żeromskiego. Pamiętamy wszyscy jego opisy przyrody, piętrowe, wydłużające się aż do niemożliwości, zawsze jednak służące budowaniu atmosfery, ustanowieniu metafizycznej ramy dla losów bohaterów. Znamy drzewa-symbole z Ludzi bezdomnych, którymi katowano nas na lekcjach polskiego – i one również służą w prozie Żeromskiego podobnym celom. Są przedłużeniem dramatu człowieka, jego nierozwiązywalnych wyborów, nędzy życia. 

Gdy w Odlocie dzikich gęsi Jan Jassmont trafia do Wrzosowa, to cała tamtejsza sceneria – pożółkłe liście, odlatujące ptaki, siarczyste mrozy, i śnieg skrzypiący pod butami – staje się nie tylko tłem dla jego rozmyślań, ale i ich przedłużeniem, wpisaniem w szerszy, ponadindywidualny, pozaludzki kontekst. Owe rozmyślania są w zasadzie podsumowaniem jego życia, próbą jakiejś syntezy własnych losów, wydobycia ich sensu. Próbą – dopowiedzmy wyprzedająco – skazaną chyba z góry na niepowodzenie. Bo czy może widzieć w świecie jakikolwiek sens pisarz, Europejczyk, intelektualista, gdy cała kultura i zestaw wartości, którym hołdował – zamieniają się w zgliszcza, a ich miejsce zajmuje okrucieństwo i chamstwo?

Z kolei w Śmierci na prowincji – świat otaczający, świat pogody, roślin i drzew podpowiada bohaterom jakiś monotonny, duszny i ciężki schemat pory umierania. Mówi się niekiedy, że zwierzęta uciekają przed burzą zanim ta nadejdzie, że potrafią przewidzieć katastrofę wcześniej niż człowiek. W rzeczonej powieści Zubińskiego cała natura staje się tego rodzaju barometrem.

Bywało, w tamte lato że w południe gęsty upał ciążył nad drzewami o liściach poczerwieniałych od słońca, lekki opar unosił się nad stawami, pachniało tatarakiem i żelazistą wodą od gnijących liści, swądu benzyny i dymów. Te wonie mieszały się z odurzającym zapachem siana, milczenie przerywało ćwierkanie koników polnych albo śpiew jakiegoś ptaka. Z koron starodrzewu popielice żerując gardłowo kwikały: – kriii!!!, uriii!!!T. Zubiński, „Śmierć na prowincji”, dz. cyt.[29]

Puszczę Jodłową rozpoczynają zdania:

W uszach moich trwa szum twój, lesie dzieciństwa i młodości – choć tyle już lat nie dano mi go słyszeć na jawie! Przebiegam w marzeniu wyniosłe góry – Łysicę, Łysiec, Strawczaną, Bukową, Klonową, Stróżnę – góry moje domowe – Radostową i Kamień – oraz wszystkie dalekie siostrzyce.

Pisze je Żeromski mając W pamięci młodzieńcze wycieczki z dworku w Ciekotach. Ciekoty leżą dwadzieścia pięć kilometrów od Suchedniowa. Baranowska Góra oddalona jest od Radostowej o kilometrów trzydzieści – ich szczyty widzą się nawzajem. Są to te same lasy, te same drzewa. Nie dziwi więc fakt, że przyroda pojawiająca się w twórczości Zubińskiego, podobnie zresztą jak rozmaite rejestry językowego instrumentarium, tyle mają punktów stycznych z dziełem jego wielkiego krajana. 

Bo trzeba przecież w końcu powiedzieć, że i przyroda ma swą swoistość lokalną. Że ta konkretna, świętokrzyska puszcza inaczej nieco kształtuje człowieka niż, powiedzmy, Walden Henry’ego Thoreau, czy Mickiewiczowska i Miłoszowska Litwa. Odpowiadając, więc na postawione wyżej przez autora pytanie o wychowywaniu się w lesie – możemy z całą stanowczością stwierdzić: tak, dla pisarstwa ma to znaczenie niewątpliwe. Ponadto, nie bez wpływu jest także, w jakich to konkretnie lasach wychowywał się przyszły autor. 

*

„Nie lekceważ Żeromskiego, chcesz zostać pisarzem, a plujesz na gniazdo, z którego wyrosłeś”T. Zubiński, „Dawno i daleko”, dz. cyt., s. 208.[30] – tymi słowami Karol Mirski napomina syna. Ale Zubiński chyba nigdy nie lekceważył autora Popiołów, był zbyt świadomy swych literackich zobowiązań, żeby nie widzieć, że to w dużej mierze na Żeromskim buduje swój styl. Gdybyśmy – w ramach eksperymentu – bez podania źródła postawili cytat: „Przywlokła się z Psar, ona bandoska, ona nędza świętokrzyska. Przysiadła jak na taborecie i dyszała jak zgoniony koń po całodniowej zwózce zboża w skwarne lato”Tamże, s. 103.[31] – to być może nawet historycy literatury mieliby problem, któremu z dwóch świętokrzyskich prozaików należy go przypisać.

Co jednak mamy na myśli, gdy mówimy o „stylu Żeromskiego”? Jak w ogóle rozmawiać o języku jego utworów bez popadania w schematy i utarte, kanoniczne poglądy? Twórczość ta – legendarna bez wątpienia, stanowiąca osobny rozdział w duchowej historii Polski – została tak przemielona przez szkolne programy nauczania, tyle poświęcono jej uczonych dysertacji (żeby wspomnieć tylko cykl Słownictwo pism Stefana Żeromskiego, tomów bagatela szesnaście) – że trudno dziś uciec od zużytych symboli Siłaczek, Judymów, rozdartych sosen z jednej strony czy fachowej terminologii językoznawczej ze strony drugiej. Powszechnie uważa się, że język ten czerpie z naturalizmu Zoli, ze zdobyczy modernizmu, że nade wszystko wysycony jest młodopolską ornamentyką, to jest tasiemcowatymi zdaniami, dziwaczną składnią czy wyszukaną romantyczną frazeologią. Wszystko to prawda. Ale warto zobaczyć w stylu Żeromskiego również bardzo organiczne zakorzenienie w mowie regionu, który ów styl ukształtował. Gdybyśmy komparatystycznie spojrzeli pod tym kątem na powieści Zubińskiego, to dostrzeżemy, że mianownik jest ten sam i że niechybnie odsyła on do wspólnego źródła.

Czym zatem miałby się charakteryzować ów język, powiedzmy umownie, świętokrzyski? Rzetelna odpowiedź na to pytanie wymagałaby uwzględnienia perspektywy historycznej, socjologicznej, etnograficznej i językoznawczej. Jednak w pewnym uproszczeniu i sprowadzając rzecz do kilku ogólnych kategorii, można by chyba powiedzieć, że po pierwsze jest to język nasycony emocjonalnością, o bardzo bogatej skali nastrojowości, od głębokiego aż do śmieszności patosu, po pospolitość w duchu wojaka Szwejka. W wysokich rejestrach rozgrywa się to, co tragiczne, w niskich – komiczny rewers tych samych wydarzeń. Po drugie cechuje go dygresyjność, na mocy której każda myśl rozradza się w kilka następnych; z tej to dygresyjności wynika też skłonność do gadulstwa, do zagadania myśli, do jej unieważniania. Po trzecie – bardzo swoiste poczucie humoru, w zasadzie dalekie od humoru w powszechnym rozumieniu, rodzące się najczęściej na styku wspomnianej powagi oraz ironii, znajdujące ujście najczęściej w opisach postaci. W tle zaś – o czym już była mowa – rozbudowane opisy przyrody i innych kosmogonicznych elementów (religijnych, legendarnych, dotyczących kultury materialnej) istotnych dla lokalnej tożsamości. Ostateczny kształt prozy Żeromskiego i Zubińskiego (ale i innych pisarzy regionu) jest w zasadzie jedynie konsekwencją konieczności zawarcia w niej powyższych kategorii. Stąd długie zdania, stąd emocjonalne rozchwianie, stąd w końcu gadulstwo i słowotwórcza bluszczowatość – wszystkie one stanowią o oryginalności tego języka. Są jednak także materią, z którą pisarz musi się zmierzyć, którą musi okiełznać, w której – mimo tego wyjściowego nagromadzenia – musi zmieścić jeszcze swoją indywidualną perspektywę.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Kamil Suskiewicz, Pomiędzy rozpaczą, szyderstwem i zachwytem. Tadeusz Zubiński (II), „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 54

Przypisy

    Powiązane artykuły