11.06.2020

Nowy Napis Co Tydzień #053 / Świat po pandemii

Od samego początku pandemii myśliciele z całego świata próbują odpowiedzieć na pytanie o wpływ bieżących wydarzeń na dalszy bieg historii, w tym na nasz system społeczno-gospodarczy. W trakcie pisania internetowego dziennika „Nie znam się na epidemiach”Na facebookowym profilu autora.[1] natrafiłem na dziesiątki analiz i komentarzy na ten temat – sam zresztą jego pierwszy odcinek poświęciłem właśnie zagadnieniu „świat po epidemii”. Choć opinie są skrajnie różne ‒ część autorów wskazuje, że powinniśmy spodziewać się rewolucyjnych zmian, podczas gdy inni twierdzą, że koniec końców wszystko zostanie po staremu ‒ to w jednym wszyscy się zgadzają. Dziejące się na naszych oczach „zatrzymanie świata” jest wydarzeniem bezprecedensowym i – tu już moja opinia – stanowiącym w jakimś sensie symboliczne domknięcie pewnego procesu, który otwiera XXI wiek. Tak jak XX wiek rozpoczęła na dobre dopiero I wojna światowa.

Nim jednak przejdziemy do odpowiedzi na pytanie, co się zmieni, warto zadać sobie dwa inne pytania: gdzie jesteśmy z naszym systemem społeczno-gospodarczym oraz jaki jest charakter obecnego kryzysu. Zastanawiając się bowiem, dokąd dalej pójdziemy, musimy wiedzieć, skąd przychodzimy i jakie możliwości dalszej wędrówki wyłaniają się na rozdrożu, do którego właśnie doszliśmy.

Koniec Pax Americana

Zacznijmy od tego, skąd przychodzimy. Obecny system społeczno-gospodarczy można opisać kilkoma kluczowymi pojęciami, z których na pierwszy plan wysuwają się Pax Americana, kapitalizm finansowy, globalizacja i rewolucja cyfrowa. Źródeł wszystkich z nich należy doszukiwać się już w latach 80. XX wieku, choć rozkwitły one dopiero po upadku ZSRR i wejściu w epokę postzimnowojenną, którą z perspektywy czasu można uznać za fazę przejściową między starym a nowym millenium. Chociaż niewątpliwie kryzys pandemiczny ma bardzo istotny wpływ na każde z tych zjawisk, to jednak już od dłuższego czasu da się zaobserwować procesy, które wyraźnie je modyfikują.

Na pierwszy ogień weźmy Pax Americana. Wraz z upadkiem ZSRR Stany Zjednoczone stały się globalnym hegemonem. W latach 90. Amerykanie królowali niepodzielnie w wymiarze tak zwanym hard power, czego przejawem były choćby interwencje wojskowe w Iraku (1990‒1991) czy byłej Jugosławii (wpierw prowadzili negocjacje pokojowe w trakcie wojny domowej zakończonej porozumieniem z Dayton w listopadzie 1995 roku, a później podjęli interwencję w sprawie Kosowa, wiosną 1999 roku). Atak na dwie wieże World Trade Center z 11 września 2001 roku był pierwszym przypadkiem, kiedy ktoś odważył się zakwestionować amerykańskie przywództwo, co nie zmieniało faktu, że atak ten miał charakter niezwykle asymetryczny – w odpowiedzi nowy prezydent USA George W. Bush podjął decyzję o wojskowej interwencji w Afganistanie, a później w Iraku. Pierwsza z nich toczyła się jeszcze pod auspicjami NATO, ale druga była już prowadzona przez „koalicję chętnych” pod patronatem USA. Tak naprawdę dopiero wojna domowa w Syrii, która rozpoczęła się w 2011 roku, pokazała ograniczenia amerykańskiej hegemonii militarnej – prezydent Donald Trump, wycofując swoje wojska z Syrii w 2019 roku, nie wprost musiał bowiem przyznać, że USA nie są w stanie osiągnąć swoich celów w regionie na drodze wojskowej. Nie można też zapominać, że ważnym memento dla amerykańskiej hegemonii była rosyjska inwazja na Gruzję z 2008 roku (do tego wydarzenia za chwilę zresztą wrócimy) oraz aneksja Krymu i de facto okupacja wschodniej części Ukrainy, która rozpoczęła się w 2014 roku.

Nieco słabsza, choć równie istotna, była dominacja USA w przestrzeni gospodarczej. Dolar królował jako waluta światowa. Ponadto, wraz z rozprzestrzenianiem się zasad tak zwanego konsensusu waszyngtońskiego, który upowszechniał Reaganowski, neoliberalny model gospodarczy, jak i pojawieniem się globalnych czempionów w postaci takich firm jak IBM, Intel, Microsoft, Apple, a w późniejszych latach Google, Facebook czy Amazon, Amerykanie zagwarantowali sobie pozycję podstawowego punktu odniesienia dla światowej gospodarki. Cały glob patrzył bowiem na Dolinę Krzemową, która stała się mekką dla nowopowstającego biznesu technologicznego. Podobnie zresztą sytuacja wyglądała na rynkach finansowych – globalne trendy wyznaczało Wall Street, a ocena wiarygodności kredytowej państw i tysięcy firm spoczywała w rękach amerykańskich agencji ratingowych: Standard&Poor’s, Fitch i Moody’s. Dopiero Wielki Kryzys Finansowy z 2008 roku zachwiał fundamentami American Dream, tym bardziej, że na globalną scenę ekonomiczną wkroczyły Chiny.

Zresztą wejście do gry przez Chiny jest także niezwykle istotne z perspektywy trzeciego, poza militarnym i gospodarczym, wymiaru siły państwa. Mowa tu o soft power, czyli sile opartej na kulturze i zdolności do budowania globalnych narracji. Można zaryzykować tezę, że w tym obszarze hegemonia amerykańska była najsilniejsza – Hollywood, MTV, McDonalds i inne sieciówki gastronomiczne były przez wiele lat obiektem westchnień całego świata. Niezwykle ważnym elementem soft power był i jest sport. Wiele osób z mojego pokolenia, urodzonych w latach 80., zarywało noce, aby obejrzeć NBA Action, a takie postacie jak Michael Jordan czy Kobe Bryant stawały się ikonami – ich nazwiska sławione była na koszulkach noszonych przez miliony dziewcząt i chłopców na całym świecie. Nie przez przypadek amerykańska drużyna koszykówki, występująca na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku, nosiła miano Dream Teamu. We wspomnianym już 2008 roku, kiedy Rosjanie testowali amerykański potencjał odstraszania w Gruzji, a bank Lehman Brothers chylił się ku upadkowi, Chiny podczas igrzysk w Pekinie po raz pierwszy wygrały klasyfikację medalową. Od upadku Zimnej Wojny nikt wcześniej nie zakwestionował amerykańskiej hegemonii w tym obszarze (trzeba jednak uczciwie przyznać, że w kolejnych dwóch igrzyskach USA odzyskały palmę pierwszeństwa).

Nie zmienia to jednak faktu, że od 2008 roku Pax Americana zaczyna chylić się ku upadkowi. Imperia oczywiście nie upadają od razu, często zresztą nie upadają całkowicie, pozostając nadal istotnymi graczami na arenie międzynarodowej. Jednak ten proces, który symbolicznie rozpoczął się późnym latem 2008 roku, na naszych oczach symbolicznie się domyka. W momencie pisania tych słów, liczba ofiar „koronawirusa z Wuhan” w USA zbliża się do stu tysięcy, niemal dwukrotnie przekraczając liczbę amerykańskich strat w wojnie w Wietnamie. Na naszych oczach upada mit wszechmogącej Ameryki, a w debacie publicznej pojawiają się głosy, że ten kolos stoi na glinianych nogach i w wielu obszarach jest państwem z kartonu. To oczywiście nie oznacza, że USA przestają być mocarstwem. Oznacza to jedynie tyle, że w sercach i umysłach wielu ludzi na świecie Stany Zjednoczone przestają być globalnym dominatorem. A to samo w sobie jest niezwykle istotna zmiana.

Giełda i produkcja – dwa różne światy

Drugim pojęciem, które opisuje naszą rzeczywistość, jest kapitalizm finansowy. Począwszy od czasów Ronalda Reagana i Margaret Thatcher, jesteśmy świadkami pojawiania się nowych instrumentów finansowych, a co za tym idzie dynamicznego rozwoju rynków finansowych. W rezultacie coraz więcej podmiotów w poszukiwaniu zysków nie inwestuje swoich pieniędzy w działalność produkcyjną, tak jak miało to miejsce przez niemal cały XX wiek (i wcześniej). Dziś pogoń za zyskiem prowadzi ich na giełdy i platformy tradingowe, gdzie na ogromną skalę przeprowadza się operację kupna i sprzedaży walut, akcji, surowców, a przede wszystkim instrumentów pochodnych, takich jak kontrakty terminowe. W dużym uproszczeniu: w teorii kontrakty te stanowią zobowiązanie do zakupu lub sprzedaży jakiegoś dobra w przyszłości, w praktyce jest to jednak spekulacyjna gra hazardowa, w której obstawia się zmianę ceny. Jeśli wierzyć Piotrowi Kuczyńskiemu, analitykowi giełdowemu, wartość kontraktów terminowych na złoto jest 100-krotnie większa niż wartość samego złota, a ropy naftowej – 20-krotnie. Skalę dysproporcji między światem realnej produkcji a światem rynków finansowych dobrze obrazuje też porównanie wartości globalnego PKB i wszystkich transakcji finansowych. W 2018 roku globalne PKB wyniosło około 85 bilionów USD. W tym samym roku wartość globalnych transakcji finansowych osiągnęła poziom prawie… piętnaście tysięcy bilionów USD, stanowiąc 175-krotność światowej produkcji. Nawet traktując tę liczbę z dystansem, nie sposób nie odnieść wrażenia, że dziś firmy i pracownicy są bardzo daleko od tej nowej, „realnej” gospodarki. Co więcej, myliłby się ten, który uważałby, że Wielki Kryzys Finansowy 2008 roku zastopował proces rozjeżdżania się świata realnej gospodarki i świata finansów. W ciągu ostatnich pięciu lat globalne PKB powiększyło się o 15%. Jedynie w latach 2015‒2018 wartość globalnych transakcji finansowych podskoczyła o… 50%.

Czy kryzys pandemiczny powstrzyma proces odklejania się tych dwóch światów? Szczerze w to wątpię. Do rangi symbolu dorastają przebitki z amerykańskich mediów, gdzie na pasku informacyjnym przesuwa się informacja, zgodnie z którą w ciągu ostatnich trzech tygodni pracę straciło 16 milionów Amerykanów, a jednocześnie prowadzący audycję pokazuje grafikę o wielce znaczącym tytule „Najlepszy tydzień na giełdzie od 1938 roku”.

Mnie samego przeraziły reakcje internautów, którzy w trakcie mojej wirtualnej rozmowy z redaktorem Tomaszem Rożkiem o gospodarczych skutkach epidemii, w tym o bezrobociu i utracie środków do życia, dopytywali głównie o to, w co inwestować. W pierwszych tygodniach lockdownu na warszawskiej giełdzie pojawiło się mnóstwo nowych graczy. Trudno się zatem dziwić, że historie takich ludzi jak Cezarego Głucha, znanego w sieci jako Trader 21, którzy porzucili tradycyjną pracę i zarabiają miliony na operacjach (czytaj: spekulacjach) giełdowych, będą pociągać wiele osób poszukujących pomysłu na życie. Co prawda większości z nich nie wyjdzie to na dobre i stracą oni swoje oszczędności (statystycznie taki los spotyka na przykład ponad 80 procent graczy na Forexie), ale niezwykle trudno będzie ich przekonać, by głosowali na polityków chcących ograniczyć to szaleństwo. Przecież nikt nie może nam zabronić marzyć o łatwym bogactwie, prawda? Zwłaszcza, kiedy zarabiać można na całym świecie, nie wychodząc z domu i nie ryzykując zakażenia.

Chiny – synonim globalizacji?

Tak dochodzimy do trzeciego kluczowego pojęcia – globalizacji. Dynamicznie rosnąca przewaga rynków finansowych nad światem realnej produkcji jest właśnie zasługą globalizacji. Co prawda produkcja również jej podlega, jednak odległości geograficzne robią swoje – statek z Chin płynie do Europy kilka tygodni, a transakcję na szanghajskiej giełdzie można przeprowadzić dosłownie w kilka sekund. Trzeba sobie powiedzieć wprost ‒ pandemia nie wprowadzi wielkich zmian dla inwestorów handlujących aktywami na całym świecie, ale w przypadku działalności produkcyjnej należy już spodziewać się istotnych zmian.

W tym kontekście moje spojrzenie pada właśnie na wspomniane Chiny, które w jakimś sensie są synonimem globalizacji. Ostatnie 40 lat, od momentu dojścia do władzy w Chinach Deng Xiaopinga i jego reformy gospodarczej do dziś, to czas systematycznego przenoszenia globalnej produkcji do Państwa Środka, i szerzej – Azji Południowo-Wschodniej. To tam jest dziś fabryka świata. Dla wielu dzieci na całym świecie pierwsze słowa przeczytane w języku angielskim to „Made in China” (lub opcjonalnie „Made in Vietnam” albo „Made in Indonesia”). Z początku były to głównie tekstylia, ale w ostatnich latach sprowadzaliśmy z tamtego regionu coraz bardziej zaawansowane technologicznie produkty. Widać to szczególnie na rynku smartfonów, na którym już na stałe zagościły firmy z Chin. Zresztą, jeśli dodamy do tego południowokoreańskie Samsung i LG, trudno znaleźć telefon pochodzący od firmy z innej części świata. W efekcie Chiny przestały się kojarzyć z tandetą – od kilku lat stały się potentatem, który już nie w ukryciu, ale jawnie rzucił rękawicę amerykańskiemu hegemonowi.

Przejawem nowej chińskiej strategii było ogłoszenie przez prezydenta Xi Jinpinga w 2013 roku planu budowy tak zwanego Nowego Jedwabnego Szlaku (oficjalnie „Inicjatywa Pasa i Szlaku”). Wiele państw, w tym także krajów z naszego regionu, patrzyło na Chiny z nadzieją. Czesi czy Węgrzy nie byli w tym zachwycie odosobnieni. Także rząd federalny w Berlinie w partnerstwie z Pekinem upatrywał szansy utrwalenia swojej eksportowej potęgi, choć sympatia wobec Chin, obecna wyraźnie w niemieckim społeczeństwie, w ostatnich latach była poważnie testowana. Wystarczy przypomnieć, że kilka lat temu Chińczycy przejęli firmę Kuka, produkującą sterowniki do wielu niemieckich maszyn, i w ten sposób uzyskali dostęp do całego dorobku patentowego nie tylko tej firmy, lecz także maszyn, w których sterowniki Kuki były montowane. Niemcy zorientowali się zbyt późno, ale w gruncie rzeczy był to kolejny przypadek, w którym dość niefrasobliwie oddawali niemal za bezcen swoje technologiczne know-how.

Mimo to w berlińskich kręgach polityczno-biznesowych nadal panowało przekonanie (a przynajmniej takie można było odnieść wrażenie), że większym zagrożeniem od chińskiego złodziejstwa technologicznego może być pryncypialna (i chaotyczna) polityka Trumpa. Nie przez przypadek minister spraw zagranicznych Niemiec Heiko Mass latem 2018 roku w jednym z artykułów rozważał, czy Niemcy nie powinny budować alternatywnego wobec USA ośrodka globalnej polityki. Alternatywnego, czyli szukającego porozumienia z Pekinem, który dla Waszyngtonu stał się wrogiem numer jeden.

Moja dygresja o Niemczech jest o tyle istotna, że pokazuje wyraźnie, jak bardzo pandemia zmieniła postrzeganie Chin w oczach tych, którzy wiązali z nimi spore nadzieję. Chiny szybko tracą swój blask. Co prawda udało im się szybko wygrzebać się z epidemii (a przynajmniej tak twierdzą), ale w globalnej debacie publicznej dominuje dziś przekonanie, że to chińska nieodpowiedzialność umożliwiła rozlanie się wirusa po całym świecie i sparaliżowanie życia kilku miliardów ludzi. Jeśli wierzyć analitykom Ośrodka Studiów Wschodnich, wizerunek Chin, tak skrzętnie budowany przez władze w Pekinie od kilkudziesięciu lat, w ciągu paru tygodni pogorszył się do poziomu z 1989 roku, kiedy komunistyczne władze dokonały masakry na Placu Niebiańskiego Spokoju.

Kryzys jest szansą

To z kolei ma bardzo praktyczne konsekwencje. Wezwaniom do przeprowadzenia międzynarodowego śledztwa towarzyszą decyzje o wycofaniu produkcji z Chin, zatrzymaniu planowanych inwestycji, jak również wprowadzeniu zakazu przejęć europejskich firm przez korporacje z Państwa Środka. Co istotne, wycofują się nie tylko europejskie firmy – podobne decyzje podejmują przedsiębiorstwa japońskie i amerykańskie. Oczywiście ucieczka z Chin nie wynika wyłącznie z przyczyn ideologicznych – wysuwanie takiego wniosku byłoby naiwnością. W grę wchodzą także kwestie ryzyka transakcyjnego. Kryzys dobitnie pokazał, że lepiej trzymać produkcję blisko – ciężarówki z polskich fabryk, produkujących komponenty do niemieckich aut, bez większego trudu przekraczają granicę i szybko docierają do celu. Mimo pandemii. W przypadku zakładów przeniesionych na drugi koniec świata takiej pewności już nie ma. A firmy zaczynają rozumieć, że niższe koszty pracy to jedno, ale stabilność produkcji to drugie – i patrząc z perspektywy długofalowych interesów czasem lepiej poświęcić oszczędności dla bezpieczeństwa. Niemniej jednak w tej zmianie ciężko nie docenić doświadczenia „chińskiego Czarnobyla”, które zadziałało otrzeźwiająco na wiele niemieckich czy francuskich głów.

Co to może w praktyce oznaczać? Dla jasności – tak jak z wymienionych wyżej powodów nie wierzę w wyłonienie się Pax Sinica, tak też nie wierzę w odwrót od globalizacji. Choćby z powodu funkcjonowania globalnych rynków finansowych. Umiem sobie jednak wyobrazić, że globalizacja podzieli się na jakieś subsystemy – azjatycki, amerykański, europejski. Z perspektywy Europy, a co za tym idzie i Polski, nie jest to w gruncie rzeczy aż tak zła perspektywa. Zważywszy, że Europa stopniowo pogrążała się w procesie globalnej peryferyzacji, obecny kryzys może jej pomóc na nowo odkryć swoją tożsamość. Nie będzie o to oczywiście łatwo, czego dowodzą ostatnie spory wokół wprowadzenia tak zwanej euroobligacji czy też wspólnotowego Funduszu Odbudowy. Ale też nie można zapominać, że pozostałe subsystemy będą zabiegać o dostęp do naszego podwórka – to wciąż największy rynek świata, z 450 milionami relatywnie (w skali globu) zamożnych konsumentów. To zaś daje nam, Europejczykom, jakieś karty przetargowe. Jak mówią Chińczycy, kryzys jest szansą.

Pielęgniarki nie zyskają

W ten sposób dobrnęliśmy do ostatniego kluczowego pojęcia, czyli rewolucji cyfrowej. Europa będzie w stanie wykorzystać swoją szansę, o ile uda się jej rozbudować potencjał technologiczny oparty na czwartej rewolucji przemysłowej. Na razie, i trzeba sobie to powiedzieć wprost, jesteśmy daleko w tyle. Co gorsza, pomimo starań nowej Komisji Europejskiej, ciężko będzie przeprowadzić na Starym Kontynencie rewolucję cyfrową na miarę USA czy zwłaszcza Chin. Choćby dlatego, że w dużej mierze zakłada ona w praktyce pożegnanie się z ochroną danych osobowych, a na to w Europie raczej nie jesteśmy gotowi. Pozostaje nam zatem stworzenie co najmniej własnych platform cyfrowych, które będą obsługiwać nasz subsystem globalizacji, oraz wypracowanie korzystnych z naszej perspektywy warunków dostępu amerykańskich i azjatyckich gigantów technologicznych do europejskiego rynku.

Osiągnięcie tych celów może zahamować proces peryferyzacji Europy, ale nie łudźmy się, że powstrzyma inny proces, który postępuje wyraźnie w ostatnich latach. Globalizacja kapitalizmu skutkowała i skutkuje z jednej strony znaczną akumulacją kapitału, a z drugiej narastaniem nierówności dochodowych, a kapitalizm cyfrowy wzmocni obydwa zjawiska. Zadziała tu podobne zjawisko jak to opisane wyżej w kontekście kapitalizmu finansowego. Tradycyjna działalność produkcyjna i usługowa w mniejszym lub większym stopniu, ale jednak, była uzależniona od ludzkiej pracy, która w kapitalizmie cyfrowym (tak jak i kapitalizmie finansowym) przestaje być potrzebna. Gospodarka cyfrowa jest nawet bardziej wysublimowana – produktem, który sprzedaje jest nasz czas. Czas, który my – bywalcy mediów społecznościowych – za darmo oddajemy (no dobrze, dostajemy w zamian poczucie uczestnictwa w wirtualnej wspólnocie, której członkowie, tak jak my, poświęcają swój czas).

Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że pandemia ten proces jedynie przyśpieszy, gdyż jeszcze bardziej niż przed jej wybuchem będziemy potrzebować wirtualnych wspólnot i będziemy jeszcze bardziej skłonni oddawać nasz czas za bezcen. Można się nie zgadzać z optyką przyjętą przez prof. Marcina Napiórkowskiego, który wyliczał koszt czasu poświęconego na nagranie krótkich filmików w ramach akcji #Hot16Challenge2, ale trudno nie zgodzić się z jego obserwacją, że wartość tego czasu jest o wiele większa niż kwoty wpłacone na firmowaną tym hasłem akcję charytatywną. Podejrzewam, że zyski platformy internetowej, na której za darmo umieszczany był kontent, były również większe. W rezultacie, kiedy w świecie globalnego kapitalizmu produkcyjnego mówiliśmy o 1 procencie ludzi posiadających i 99 procentach aspirujących, w wyniku globalnej rewolucji cyfrowej ta pierwsza grupa zmniejszy się do 0,1% (a dokładniej 0,0…1%).

Mam świadomość, że jest to publicystyczne wyostrzenie, nie zmienia to jednak moim zdaniem faktu, że wiara w dowartościowanie realnej, „brudnej” pracy pielęgniarek, śmieciarzy, kierowców, kasjerek, sprzątaczek i tym podobnych osób (z góry przepraszam za powielanie stereotypicznego przyporządkowania płci do zawodów) po pandemicznym kryzysie jest czystą utopią. Beneficjentami obecnego kryzysu będą raczej ci, którzy w wygodnych domach będą pracować zdalnie w elastycznych godzinach, nie ryzykując zakażenia. Bo w świecie cyfrowej rewolucji nasza wycena najprostszych zawodów nie może ulec istotnej zmianie – inaczej osoby odpowiedzialne za wprowadzanie rewolucji w życie podważyłyby sens swojego istnienia.

Co warte podkreślenia, zwykle taka sytuacja prowadziłaby do politycznej rewolucji. Przewrotność rewolucji cyfrowej polega jednak na tym, że daje ona wszystkim pokrzywdzonym poczucie uczestnictwa w bogactwie, choćby poprzez niemal nieograniczony wirtualny dostęp do kultury (w tym także kultury wysokiej). Nic tak skutecznie nie pacyfikuje ludzkiego gniewu czy frustracji, jak godzina spędzona w sieci, i to nawet wtedy, kiedy to w sieci owym gniewem się karmimy. Wirtualny gniew, wirtualny hejt, wirtualna nienawiść, ale także wirtualna miłość to idealne substytuty prawdziwego życia.

Podsumowując, świat po pandemii będzie całkiem inny, choć w gruncie rzeczy pozostanie taki sam. Albo inaczej – będzie taki sam, tylko „bardziej”. Będzie coraz bardziej nie-amerykański, ale jednocześnie nie coraz bardziej chiński. Będzie coraz bardziej sfinansjalizowany. Będzie coraz bardziej zglobalizowany, choć na poziomie regionalnym. Będzie coraz bardziej cyfrowy. Wreszcie, niestety, najprawdopodobniej będzie coraz bardziej nierówny i niesprawiedliwy w sensie równości szans i dostępu do różnych dóbr.

Na sam koniec, i to najciekawszy paradoks, będzie w nim coraz więcej instytucji państwa, bo takie jest dziś oczekiwanie społeczeństw. Jednocześnie jednak, wraz z postępem globalnej rewolucji cyfrowej, państwo to będzie miało coraz mniejszą władzę polityczną, która stopniowo będzie przechwytywana przez cyfrowych gigantów. Wystarczy przypomnieć, że prace nad aplikacją do śledzenia chorych na COVID-19, pierwotne umiejscowione na poziome krajowym, obecnie (przy rosnącym niezadowoleniu państw) prowadzone są globalnie przez Google’a i Apple’a. Choćby ten przykład pokazuje, jak ograniczone w starciu z globalnymi technologicznymi korporacjami są możliwości państw, i to nawet tych uznawanych za najsilniejsze, takich jak Francja czy Niemcy. A to dopiero preludium do tego, co nas czeka po kryzysie.

Witajcie w nowym (starym) świecie!

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Kędzierski, Świat po pandemii, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 53

Przypisy

    Powiązane artykuły