11.06.2020

Nowy Napis Co Tydzień #053 / Walka o prawa street artu

W Petersburgu pojawiło się graffiti z wizerunkiem Josifa Brodskiego. Zostało profesjonalnie wykonane na szkolnym murze i na drugi dzień, trochę mniej profesjonalnie, zamazane, co oburzyło część mieszkańców miasta i rosyjskich intelektualistów. O sprawie zaczęto mówić także poza granicami Federacji.

Obraz został wykonany w 80. rocznicę urodzin poety, na ulicy Pestela, naprzeciwko budynku należącego kiedyś do księcia Muruzi, gdzie Josif Brodski mieszkał wraz z rodzicami w latach 1955–1972 i skąd wyjechał na emigrację. Obecnie znajduje się tam muzeum poety. Graffiti było reprodukcją zdjęcia zrobionego Brodskiemu w czasie spaceru po Wenecji w 1989 roku. Sam rysunek wykonał 24 maja 2020 roku petersburski artysta uliczny Oleg Łukjanow, stosujący technologię zbliżoną do kalkomanii. Polega ona na naniesieniu na rozmoczony tynk obrazu przygotowanego na drukarce. Stąd wyjątkowy, jak na graffiti, realizm. Na zdjęciu poeta stoi, jakby patrząc na swoje „półtora pokoju” w mieszkaniu komunalnym i widzi siebie na własnym balkonie.

Josif Brodsky

„No to mamy świetne miejsce dla selfie” – można było przeczytać w Instagramie Muzeum Brodskiego. „Cieszyliśmy się razem z wizualnej obecności Brodskiego koło jego domu” – napisano. Ale cieszyć się można było dość krótko, ponieważ już drugiego dnia zamiast obrazu widać było tylko białą plamę. Kierownictwo szkoły twierdzi, że zrobiło to na podstawie obowiązujących przepisów, które zabraniają jakichkolwiek malunków na ścianach państwowych instytucji. Wydaje się, że tutaj kierownictwo okazało się świętsze od papieża. Władze centralnej dzielnicy Petersburga, gdzie mieści się szkoła, przekonują, że rzeczywiście taki przepis istnieje, jednak nie nakazywał on usunięcia rysunku. Choć przyznają, że artysta mógł wcześniej zapytać się, czy może wykonać taki rysunek. Poniżej wrócę do tego, na ile kierowanie takich próśb jest efektywne.

Już 25 maja 2020 roku do zamazanego graffiti podchodzili przechodnie i starali się zedrzeć farbę. Udawało się to jedynie częściowo, a większe fragmenty, które udało się odsłonić i tak były od razu zamazywane przez pracowników szkoły. Pod wieczór zdecydowano się na ostateczne rozwiązanie i malunek pokryto już nie farbą, a tynkiem. Mimo tego, na ścianie cały czas pojawiały się cytaty z wierszy Josifa Brodskiego i napisy robione flamastrami, długopisami, a nawet szminką, a pod murem składano nawet kwiaty. Wśród napisów występowały takie jak: „Krajem Poetów jakiś karierowicz śmiał nazwać kraj murów”, „Tu był Brodski” czy „Zamazano klasyka, jakby schłostano, jak w 1963 roku zrobił to prokurator”. Świadczy to o dość dobrej orientacji autorów w życiorysie poety – w 1963 roku Josif Brodski na mocy decyzji prokuratora został oddany pod sąd koleżeński, a jego koledzy w odpowiedzi zwrócili się o wszczęcie sprawy karnej przeciwko pisarzowi. W 1964 roku Josif Brodski został skazany na przymusowe roboty za pasożytnictwo.

W ten sposób zamalowana przez kierownictwo szkoły ściana stała się tablicą, na której wpisywano przeróżne hasła, czy to w obronie Josifa Brodskiego, czy to krytyczne wobec atmosfery panującej obecnie w Rosji. Stała się ona miejscem otwartego dialogu w przestrzeni publicznej. Otrzymała także drugie życie w Internecie – tam każdy mógł na niej dopisać, co chciał, a potem umieścić to w portalu społecznościowym. Jej trzecie życie to inne miasta. Jedna z sieci taksówkowych postanowiła umieścić zamalowane graffiti na dachach swoich aut. W ten sposób obraz przeniósł się do innych miast. Z kolei w Ulianowsku wyświetlano zdjęcie, które stało się podstawą graffiti, na ścianach rożnych budynków, na przykład Pałacu Książki.

Na marginesie warto dodać, że w Petersburgu graffiti są regularnie zamalowywane przez służby komunalne. Zdarza się to często na wniosek mieszkańców. Jak ustalił jeden z miejscowych portali, zgłoszenia pochodzą najczęściej od tych samych osób. Ofiarą tej działalności padają też popularne postacie rosyjskiej popkultury, które znalazły się na murach. Tak było w 2016 roku, gdy pojawiło się graffiti z podchorążym Zadowem, bohaterem kultowego serialu komediowego z lat ’90. Uwaga, modernizm! Aktor grający jego rolę, Dmitrij Nagijew, z sarkazmem podkreślał wówczas, że rosyjscy urzędnicy nie mają się czym zająć, jak tylko niszczeniem graffiti ze znanymi postaciami. „W kraju, gdzie […] łóżka w szpitalach stoją w korytarzach […], gdzie drogi prowadzą donikąd, […] ten ludzki gnój wziął się za walkę ze street artem” – napisał. Później z ulic Petersburga zniknęły także wizerunki Pawła Durowa, twórcy popularnego w Rosji portalu społecznościowego „W Kontaktie”, który w 2014 roku wyjechał z Rosji na Zachód, czy lidera znanej w całym byłym ZSRR grupy rockowej Kino Wiktora Coja.

Autorzy graffiti wskazują przy tym na inny problem: w Petersburgu dotąd nie ma prawa, które pozwoliłoby na oficjalne umieszczanie ilustracji na ścianach budynków, choć były podejmowane próby znalezienia takiego rozwiązania. Ci, którzy decydują się na próbę otrzymania pozwolenia na podstawie obecnie obowiązujących przepisów czekają na nie bez efektu po kilkanaście miesięcy. Trudno się zatem dziwić, że w końcu z tej walki rezygnują i po prostu robią swoje.

Artyści zwracają także uwagę, że władze walczą ze sztuką ulicy, a przy tym nie reagują na ogromne billboardy i ekrany reklamowe, które też pojawiają się w historycznym centrum Petersburga. Problem polega jednak przede wszystkim na tym, że często są zamazywane obrazy mające wartość artystyczną, a te mające mniejszą, lub niemające jej wcale, jak zwykłe tagi, kwitną na murach całego miasta.

Wracając do Josifa Brodskiego. Autor rysunku, Oleg Łukjanow, jest właścicielem galerii pod otwartym niebem Urbanfresco. Regularnie, od 2017 roku, umieszcza swoje rysunki na ścianie jednej z kamienic. Jest ich niemal trzydzieści. W ten sposób chce popularyzować sztukę, a także walczyć o prawa street artu. Jego rysunki są regularnie zamalowywane (na przykład przed przyjazdem prezydenta Władimira Putina), dlatego tym razem też nie wykluczał takiego końca historii. Choć, jak twierdzi, był przekonany, że mur jest „niczyj”. „Przykre jest to, że rysunek nie po prostu zamalowali (technologia pozwala wówczas na usunięcie farby), a jeszcze zabetonowali centymetrowym tynkiem, jak sarkofag. Jakby to była jakaś radioaktywna historia” – powiedział. Oleg Łukjanow ma jednak nadzieję, że uda się porozumieć z władzami szkoły. Do tego potrzebny jest jedynie spokój. W wywiadach daje do zrozumienia, że liczył na to, iż ilustracja nie będzie usuwana co najmniej przez tydzień, co byłoby prezentem na 80. rocznicę urodzin poety. Skandal i fala krytycznych komentarzy, jeśli nie zahaczających o to, co w Polsce określamy mianem hejtu, utrudnią jednak porozumienie z władzami szkoły. „Czy Szarikow (jeden z bohaterów opowiadania Psie serce Michaiła Bułhakowa) to nie bohater naszych czasów?” – pytał retorycznie publicysta Igor Swinarienko.

Zamazany portret poety

Sam Oleg Łukjanow spotkał się jednak także z krytyką. Niektórzy zwracali uwagę na to, że stosowana technologia, zbliżona do kalkomanii, jest bardzo szkodliwa dla budynków. Inni mówili o tym, że obraz ma niski poziom artystyczny.

Niezależnie od tego rodzaju ocen sytuacja wokół graffiti z wizerunkiem Josifa Brodskiego pokazuje, że w Rosji wciąż jest mało miejsca dla lokalnych, oddolnych inicjatyw. Nikita Kuznetsov, tłumacz literatury polskiej, redaktor publikacji rosyjskojęzycznych Instytutu Literatury, zwraca uwagę, że wszelka aktywność jest odgórnie regulowana. Jednocześnie władze obawiają się przyjęcia prawa, które pozwalałoby na to, aby tego rodzaju twórczość artystyczna była uprawiana. „To jest taki instynkt podstawowy tej władzy: zakazać. Łatwiej jest zakazać niż pozwolić, bo jeżeli już się pozwoli, to może pojawić się coś, za co potem można zostać ukaranym. Kiedy wszystko jest konsekwentnie zabronione, to sytuacja jest bardziej oczywista” – podkreśla.

Pisarz Aleksandr Gienis zauważa inny aspekt tej sprawy. Jego zdaniem Josif Brodski nadal jest postacią kontrowersyjną dla Kremla, choć władze chętnie wykorzystują jeden z jego utworów, aby propagować rosyjski imperializm. Mimo to poeta jako „człowiek wolności” i cała jego twórczość są dla władz trudne do zaakceptowania. Stąd właśnie taka reakcja na jego pojawienie się na jednym z petersburskich murów. Aleksandr Gienis dodaje, że u władzy nadal są ludzie, którzy albo sami rządzili jeszcze w czasach Związku Radzieckiego, albo pozytywną narrację o silnych ówczesnych rządach znają z rodzinnych przekazów. Nie ma co się dziwić, że kultywują tę tradycję.

Nerwowa reakcja lokalnych władz na pewno okazała się korzystna dla Josifa Brodskiego i popularyzacji jego twórczości. O poecie znów zaczęto mówić, a zamalowane graffiti być może uczyniło więcej dla tego, aby stał się on popularniejszy wśród zwykłych Rosjan niż graffiti, które spokojnie by na murze petersburskiej szkoły pozostało.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Piotr Pogorzelski, Walka o prawa street artu, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 53

Przypisy

    Powiązane artykuły