09.07.2020

Nowy Napis Co Tydzień #057 / Mała księga olśnień

Przypięto mu etykietkę „polskiego Mertona”. Rozumiem skrót myślowy: Michał Zioło jest jedynym polskim trapistą, w dodatku zupełnie zjawiskowym pisarzem. Wolę jednak tę wizytówkę, którą sam wręcza na kartach swojej twórczości: „Jestem człowiekiem olśnień, dyletantem, lecz ogromnie wybrednym, czego nie uważam za cnotę, ale za przeszkodę. Próbuję ustalić «listę zachwytów», które trwają i zmieniają moje wnętrze, łagodząc je”. Tak pisał kilka lat temu w Dzienniku Galfryda, a fragment ten powraca teraz do mnie w trakcie czytania Liter na piasku. I zaraz powstaje pytanie: czym są Litery…? Nawiązanie biblijne jest jasne – to scena, gdy Jezus „pisze palcem po ziemi”, gdy przyprowadzono do Niego kobietę cudzołożną (J 8, 1–11). Zioło nie rozszyfruje charakteru pisma Mistrza z Nazaretu, raczej kreśli swoje znaki, które są tak samo bezbronne wobec wiatru, piachu, pamięci. 

W gmachu alfabetu

Litery na piasku to cykl tekstów Michała Zioło, który przez kilka lat ukazywały się na łamach kwartalnika „Więź”. Teraz zebrane troskliwie przez Katarzyną Jabłońską zostały ułożone alfabetycznie. Zaznaczyć należy, że kolejne „litery” powstawały za nic mając narzuconą kolejność, nie przestrzegały też należytych odstępów czasowych. Jeszcze A – jak Ala z  Elementarza zameldowała się zgodnie z ustalonym porządkiem, ale już na B – jak biblioteka trzeba było czekać kilka lat. Podobnie ciekawą rozpiętość tworzą pozostałe litery. Pierwszy tekst powstał w 2013 roku, ostatnie zaś pochodzą z 2019 roku. Nie są to jednak ani Ż – jak żółw (z 2015 roku), ale U – jak utrata Z – jak zwycięstwo. Na cóż ta czasowa i porządkowa wyliczanka? Tylko i aż tyle, że Litery na piasku dają możliwość przynajmniej dwojakiego rodzaju lektury, a każda z nich otworzy przed czytelnikiem zupełnie nowe bogactwo. Można czytać, sięgając niczym łasuch i wybierać co bardziej smakowite kąski. Można też czytać w należytym alfabetycznym porządku. Rygor kolejności liter będzie jednak zapraszał do lektury bardziej „w głąb” alfabetu, pomiędzy literami. Wtedy odkryje się opowieść nie o bohaterach felietonów, ale o samym Michale Zioło, który powraca wciąż i wciąż do ważnych dla siebie tematów łez, ogołocenia, olśnienia.

Do gmachu alfabetu, który zbudował Zioło wchodzi się nie bez trudności. Pierwsza litera pozostawia czytelnika nieco rozdrażnionym, ponieważ nie do końca wiadomo, czego się spodziewać. Odprysk pamięci o swoim życiu? Wielopłaszczyznowa glosa do twórczości innych pisarzy? Komentarz do bieżących wydarzeń, który zamienia się w subtelną naukę duchową? To wszystko jest, a nawet trochę więcej. Elementy, którymi żongluje Zioło, są może i w proporcjach swych zmienne, ale nie tworzą twórczego chaosu. Przeciwnie, czuć karność „liter” pod ręką autora, wywód zmierza do jasno wyznaczonego celu. Szerokość spojrzenia Michała Zioło – wątki wspomnieniowe, znajomość życiorysów i twórczości pisarzy – sprawia, że czytelnik staje nieco bezradny przed bogactwem, które się przed nim odsłania. Na czym się tu skupić? Jest niezwykła lekkość pióra, która balansuje tu krawędzią stalówki między ostrością felietonu, gawędą wspomnieniową, by płynnie przejść w mini-esej. Jest wreszcie dogłębna znajomość ulubionych pisarzy, do której autor pozwala sobie na marginesach na własne dopowiedzenia. Jest głębia duchowa, w którą czytelnik zanurza się niczym w sadzawce oczyszczenia. Wspominam o tym, by pokazać pewną trudność w czytaniu Liter na piasku: nie od razu przychodzi dostrojenie się do wysokości, szerokości i głębokości poszczególnych „liter”. Sam ze zdziwieniem, gdy patrzę na swoje notatki z lektury, widzę, że złapałem „częstotliwość” Michała Zioło dopiero na… E – jak echo.

Wystarczy nie stawać Słowu na drodze, ale być drogą dla Słowa i naszych braci, często wewnętrznie pękniętych, skłóconych i wyniszczających się we wzajemnych walkach. Trzeba jednak rozpocząć od samego siebie i sobie samemu najpierw głosić pojednanie. Stanie się ono faktem w momencie, w którym pokornie przyjmiemy prawdę, że Chrystus we mnie to nie jest wcale to, co bezskutecznie pragnę uwielbiać i adorować, ale to właśnie, co zranione i zepchnięte na peryferie, w przepaść zapomnienia, wstydliwe i niekochane, hańbiące i upokarzające, bo niszczące podretuszowany obraz samego siebie.

Wczytuję się w te słowa, rozgryzam je raz po raz. Tu jest sedno alfabetu Michała Zioło, epicentrum księgi olśnień, która otwiera się przed czytelnikiem raz jako mglista smuga wspomnienia, innym razem jako daleki pejzaż dygresji, wreszcie pozostawiając na kartach okruchy mądrości bez koloryzowania. Jak dobrze pisać? Pewnie tak, jak proponuje właśnie w E – jak echo Zioło, gdy namawia, by wyrzec się przemocy wobec słowa. Pisać bez zemsty, bez załatwiania swoich własnych prywatnych porachunków. Dać się prowadzić słowu, a z czasem być może doprowadzi do zupełnie innego Słowa. To samo dotyczy zapewne czytania.

Pocałunki i łzy

Zioło prowadzi czytelnika od olśnienia kimś – fragmentem życiorysu, twórczości – do olśnienia nad życiem takim, jakim jest. Nagim, drżącym nad własną tajemnicą. Przewodników, którzy stali się prowokatorami olśnieni jest bez liku, a jeśli wymienić ich kilku – Józef Czapski, Czesław Miłosz, Thomas Merton, Witold Gombrowicz, Wisława Szymborska – to tylko po to, aby zarysować widnokrąg. I można się w tym zanurzyć z prawdziwą przyjemnością, tropić ślady dopowiedzeń autora, raz jeszcze powracać do lektur mistrzów. Można też, i to jest ścieżka, która najbardziej mnie interesuje, wejść w literacką obróbkę wielowiekowego doświadczenia mnichów, w którym polskim trapista od lat uczestniczy. Wydaje mi się, że w Literach na piasku jak nigdzie dotąd, Michał Zioło akcentuje pocałunki i łzy. W tradycji monastycznej, w apoftegmatach ojców pustyni, nabierają one swoistego znaczenia. W komentarzu do Pieśni nad pieśniami Orygenes nazywa wszelkie zrozumienie dane nam z góry, czyli takie, na które sami byśmy nie wpadli, pocałunkami Chrystusa. Dlaczego kochankowie się całują? Żeby udzielić sobie tego doświadczenia, na które sami nie wpadną, wobec którego sami są bezradni: ja udzielam się tobie, ty dajesz mi poznać siebie. Poznanie jest bliskie, jest erotyczne. Są jednak granice przekazu wiedzy. Nawet pocałunki Chrystusa, używając dalej tej pięknej metafory Orygenesa, nie są nieskończone. Istnieje poziom, którego nie możemy przeskoczyć. Ten poziom to my. Nie przerobimy siebie nadto, nie staniemy się diametralnie inni. Chrystus czy ukochana osoba może nas obdarzyć tyloma pocałunkami, wielokrotnymi ofertami zrozumienia sytuacji, życia, świata, lecz to wszystko może nas nie dosięgnąć. Pocałunki – danie siebie innej osobie – odbijają się od nas. Nie przerobimy siebie. Z pomocą przychodzi miłość, która bierze w posiadanie, nie gwałcąc wolności. Michał Zioło rozwija ten obraz (pocałunku jako zrozumienia), odwołując się do św. Bernarda z Clairvaux, który w komentarzu do Pieśni nad pieśniami wymienia aż trzy pocałunki: na stopach, rękach i ustach Chrystusa. Autor Liter piasku umiejętnie rozważa egzegetyczne i mistyczne odczytanie duchowego ojca trapistów, ale czyni to w sposób zrozumiały dla dzisiejszego czytelnika. Zostawiając na boku znaczenie trzech pocałunków – od służenia do miłowania – pisze Zioło pogodne memento dla zabieganego, udręczonego „ja”: „nie warto przeskakiwać stron w tej opowieści, żeby szybciej mieć spokój, lepsza jest zgoda i dziękczynienie za to, co już osiągnąłem”. Zatem czytaj swoje życie powoli, nie przewracaj za szybko kartek powieści swego życia. W opasłej księdze własnej biografii z pewnością są kartki, na których zrozumienie, jak pocałunki, składne były gęsto i do dziś stanowią płaszczyznę pojednania z samym sobą.

Kolejnym motywem dosyć często powtarzającym się są łzy. Gdy przypatrujemy się żywotom ojców pustyni, to widzimy, że niemal każdy z nich płacze. Łzy wylewają się z nich jakimś niewyczerpanym potokiem zarówno podczas modlitwy, pracy czy rozmowy. W apoftegmacie jeden z mnichów nawet soli swoje pożywienie za pomocą łez. Skąd taka płaczliwość wśród tych atletów Ducha? Łzy są bogatym symbolem, a ten, jak każdy symbol, nie będzie wyczerpany do końca. Jest tu więc żal za grzechy tak swoje, jak i cudze, ale też postawa miłującego politowania, współczucia, albo wręcz miłosierdzia dla… siebie samego. Tego „dzikiego człowieka” w sobie należy wreszcie zaakceptować. Ten „gorszy ja” będzie być może miał tendencję do głoszenia własnej niemocy, rozsiewał wokół siebie woń defetyzmu, lub przeciwnie, zajmować będzie we wszystkim pierwsze miejsce z głośnym okrzykiem bojowym „ja, moje, mnie!”. Co ze sobą zrobić? Można zapłakać, co Zioło tłumaczy jako zaradzenie naszym nerwicom. Weź to swoje „gorsze ja” porządnie przytul, wysłuchaj jego pretensji i żalów, weźcie popłaczcie razem. Łzy to nic innego, jak akceptacja tego, co w nas gorsze, niechciane lub wstydliwe.

Ziołolecznictwo, Ziołopisanie

Zioło nie głosi jednak użalania się nad sobą. Najlepszym narzędziem do pracy nad sobą jest… motyka. W fascynującym węźle, w którym splata św. Jana Vianneya z nami współczesnymi (K – jak kamasze), przedstawia fragment życiorysu Proboszcza z Ars. Jan Vianney, który za młodu wezwany do armii nie spieszył się z wstąpieniem w jej szeregi. Dość powiedzieć, że lawirował między złym stanem zdrowia a dezercją. Do wojska ostatecznie trafił jego brat, którego ofiara umożliwiała Janowi ukończenie seminarium. Ofiara nie jest tu słowem przypadkowym, bowiem rzeczywiście Franciszek Vianney zginął na polu bitwy. Można tylko przypuszczać, co dzieje się w psychice pozostałego przy życiu Jana. Rąbka tajemnicy uchyla sam diabeł, który przez ponad trzydzieści lat atakował Proboszcza z Ars, waląc nocami do drzwi kościoła i nucąc pieśni na strunach wyrzutów sumienia. Jan Vianney nazwał kusiciela Le grappin, czyli motyką do wykopywania ziemniaków zaopatrzoną w dwa lub trzy długie pazury. Ksiądz z Ars tłumaczył nadane imię tym, że nocny intruz chce wykorzenić człowieka z Boga. Zioło idzie jeszcze dalej, gdy mówi, że każdy powinien operować motyką do spulchniania własnej gleby sumienia. Ale i tu znać dystans trapisty: możesz jedynie spulchnić glebę, poruszyć własne sumienie, wydrążyć w nim kilka dziur, ale ziarnu da słońce i deszcz ktoś Inny. Podobne zdroworozsądkowe podejście do swych stanów emocjonalnych przedstawia w opisie spływu kajakowego małżeństwa Najderów ze Zbigniewem Herbertem. W kajaku pojawia się dziura. Miało być tak pięknie, a wyszło… dziurawo. Zbigniew Herbert rozwścieczony zostawia kompanów i spieszy na autobus, Zdzisław Najder w szewskiej pasji szuka ukojenia w lesie, a Krystyna, pozostawiona sama sobie (ach ci mężczyźni!), siedzi przy dziurawym kajaku i płacze. Po jakimś czasie pojawiają się przepływający harcerze, którzy naprawiają łódź, a ich opiekun powie krótko: lepiej nie płakać, łódkę naprawić i płynąć dalej. Być może czytelnik tej recenzji pomyśli, że Zioło napisał książkę religijną. Nie do końca. Być może to kwestia wieku, lub wyczulenia na tematy monastyczne spowodowały, że zaakcentowałem ten, a nie inny wymiar lektury. Jest w Literach na piasku ciepłe patrzenie na swoje życie, choć przez pryzmat – pretekst i olśnienie zarazem – życiorysów wielkich. Poszczególne teksty mają charakter duchowo-egzystencjalnego plastra, który niesie ukojenie, gdy boli. Albo raczej… łyczek nalewki z ziół. Wielokrotnie na kartach poprzednich książek Zioło zdradzał swoje ulubione powiedzenie: łyczek Miłosza, łyczek Kijowskiego, łyczek Gombrowicza… Takie „łyczki” stawiały go na nogi, pozwalały zajrzeć tam, gdzie teologia mówiła językiem nazbyt twardym. Jest w tym swoista ironia, ponieważ polski trapista z klasztoru Notre-Dame d’Aiguebelle na co dzień pracuje przy wyrobie Alexionu, mocnej i antydepresyjnej mieszanki z pięćdziesięciu dwóch ziół. Czytelniku, zatem: łyczek Michała Zioło. Postawi Cię na nogi.

 

M. Zioło OCSO, Litery na piasku, Więź, Warszawa 2019.

 

Zachęcamy do odwiedzenia bloga Marcina Cieleckiego:  https://marcincielecki.wordpress.com/

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Mała księga olśnień, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 57

Przypisy

    Powiązane artykuły