16.07.2020

Nowy Napis Co Tydzień #058 / Dziewczyna z krwi i kości. O poezji Zuzanny Ginczanki

Poezje zebrane (1931–1944) Zuzanny Ginczanki w opracowaniu Izoldy Kiec to kolejne wydanie wierszy tragicznie zmarłej poetki, swoiste przypieczętowanie jej powrotu do kanonu polskiej literatury i świadomości czytelniczej. Kiedy kilka miesięcy temu zostałam poproszona o przygotowanie recenzji książki Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki, nie przypuszczałam, że z ulotności tegoż cienia tak szybko powstanie prawdziwa dziewczyna. Że tak szybko wkroczy ona na ulice naszych miast, by swoim urokiem zachwycać nie tylko tych, którzy z pewnych względów nie chcą albo nie potrafią spojrzeć głębiej, mając przed oczami jedno i to samo przedwojenne zdjęcie Ginczanki (można chyba powiedzieć, że zrobiło furorę), ale i tych dużo bardziej ostrożnych w definiowaniu piękna. „Muszę siebie tutaj rozproszoną znaleźć” – pisze Ginczanka w jednym z wierszy. W istocie, wszystko wskazuje na to, że wróciła, wtargnęła w dwudziesty pierwszy wiek i uporczywie czegoś szuka. Czym to jest i czy w świecie wyraźnie wypłowiałych wartości poetka ma szansę to odnaleźć? Czy powinniśmy i potrafimy zrobić jej miejsce? 

Rosnąca popularność Ginczanki – o ile w odniesieniu do niej wypada użyć tak wyświechtanego określenia – każe przypuszczać, że poetka nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, że dopiero teraz – oswoiwszy się z naszą pokrętną rzeczywistością – coraz śmielej wychodzi nam na spotkanie i coraz częściej ukrywa swoje piękne oczy za takim czy innym wierszem.

Izolda Kiec zdecydowała się ująć twórczość Ginczanki w ramy czasowe – między rokiem 1931, kiedy to poetka zadebiutowała w gimnazjalnym piśmie Echa szkolne, a rokiem 1944, datą jej tragicznej śmierci. Jak literaturoznawczyni sama zaznacza we wstępie, wszelkie operacje na liryce Ginczanki przeprowadza bardzo ostrożnie, zdając sobie sprawę, że poetka wymyka się wszelkim próbom zaszufladkowania. Książka została podzielona na trzy części: Szkatuła (1931–1936), Przed Trybunałem (1936–1939)Ucieczka (1939–1944). Każdą z nich opatrzono wstępem ułatwiającym zrozumienie kontekstu powstawania wierszy i proponującym – choć nie narzucającym – ich odautorską interpretację. Właśnie to – wyraźne uznanie mnogości odczytań twórczości Ginczanki w połączeniu z poszanowaniem odmiennych spostrzeżeń czytelniczych i prawa do osobistej lektury – stanowi jeden z głównych atutów książki, odmiennej pod tym względem od opracowań wymuszających jednotorową analizę. Warto podkreślić, że omawiane wiersze nie zostały ocyzelowane tudzież wymodelowane na wzór oczekiwań współczesnej polszczyzny, co czyni ów zbiór jeszcze bardziej autentycznym. Co ciekawe, niektóre z zebranych w opracowaniu utworów to wiersze, które Ginczanka – z sobie tylko wiadomych pobudek – przekreśliła w rękopisie albo opatrzyła dopiskiem „Do luftu!”. Izolda Kiec pozwala im wrócić z literackich zaświatów, gdzie – jak ośmielam się przypuszczać – trafiły pochopnie i niesłusznie osądzone.

Zdradzona przez urodę

Warto w tym miejscu przypomnieć, że autorce zbioru, przez niektórych zasłużenie zwanej „ginczankolożką”, zawdzięczamy również bodaj najbardziej kompletną biografię poetki, o której autorka opowiada w wywiadzie udzielonym Wydawnictwu Marginesyhttps://marginesy.com.pl/podcast/14?slug= [dostęp: 31.05.2020].[1]. Badaczka wspomina w nim między o innymi o przywracaniu pamięci, o postępującym odpominaniu Ginczanki, którą trzeba wydobyć z zapomnienia i z niewoli jej własnego uroku, przez pryzmat którego zwykło się oceniać wiersze poetki jako lekkie, krotochwilne czy przesadnie kobiece. Podkreśla jednak, że rozmowa o Ginczance w oderwaniu od jej osobistego uroku tylko połowicznie przybliży nam jej postać, ponieważ to właśnie nietuzinkowa – obca, nietutejsza – uroda dziewczyny przez całe życie wpływała na jej losy, by ostatecznie obrócić się przeciw niej, zdradzając ją najokrutniej.

Autorka opracowania podkreśla również, że największą próbą dla tak zwanej „wielkiej poezji” jest możliwość odnalezienia w niej samego siebie, nawiązania więzi z podmiotem lirycznym, spotkania z nim, choćby tylko po to, żeby wymienić porozumiewawcze spojrzenia, jakby się mówiło: „Wiem coś o tym”. Wiersze Ginczanki – dzięki prawdzie w nich zawartej – potrafią sprostać tej próbie. Prawda natomiast – rozumiana przez Izoldę Kiec jako „wizerunek pogłębiony” – tym różni się od legendy, która rodzi się z samego patrzenia w piękne i utrwalone na zdjęciach oblicze poetki, że trzeba po nią sięgnąć, a więc ją wyczytać. Z wierszy, które pozwoliły Ginczance najpierw mocno zarysować swoją obecność na dość monochromatycznym tle literackiej bohemy lat trzydziestych dwudziestego wieku, a później – głównie za sprawą współczesnych interpretacji – zupełnie się od niego odciąć.

Wielu badaczy Ginczanki zwraca uwagę na jej stosunek do nurtów literackich okresu międzywojnia. Otóż nie sposób jednoznacznie zaklasyfikować wiersze poetki, przypisując je do takiej czy innej postawy twórczej, choć można w nich znaleźć mniej lub bardziej widoczne ślady obowiązujących tendencji, a nierzadko i aluzje do wierszy innych poetów epoki. Ginczanka potrafiła i nie bała się polemizować z wierszami, które czytała, nie ulegając przy tym żadnej sztucznej konwencji literackiej. Można by rzec, że poetka z kośćca wiodących nurtów – skamandryckiego i awangardowego – wybierała dla siebie najbardziej plastyczną tkankę, którą następnie urabiała swoją młodzieńczą, niezwykle wprawną ręką. Bodaj najgłębszy wyraz sprzeciwu wobec panujących i na wzór ciasnego gorsetu skrojonych mód, nie tylko literackich, ale i społecznych, znaleźć można w wierszu Spleen, w którym czytamy: „Potłukłabym na drobne szkło pobladłych markiz główki, / rozbiłabym na miałkość drzazg brzuchate osramówki”. Poetka brzydzi się formą, fasadowością ludzkich zachowań. Nie uznaje masek i skrywania pod nimi swojego prawdziwego „ja”, a podział ludzi na dobrych i złych uważa za fałszywie upraszczający, przez który społeczeństwu odmawia się prawa do życia w „ścisłym poplocie radości z krzykiem”.

Radosny prorok

Jednym z głównych tematów wierszy Ginczanki – odpowiadającym także obecnym nastrojom społecznym, bo choć od czasów drugiej wojny światowej kobiety wywalczyły sobie szereg praw, wciąż jeszcze w wielu środowiskach i dziedzinach życia pozostaje sporo do zrobienia – jest stereotypizacja kobiet i mozolne, ale wyraźne dążenie do oswobodzenia ich z tradycyjnych konotacji. Podobnym staraniom daje poetka wyraz w wierszu Kobieta, w którym pisze, że kobiecość, jak również świadomość własnej cielesności i powołanie do bycia matką, to zarazem największe błogosławieństwo i najsurowszy grzech. „A teraz otwórz oczy i babą mnie okrzyknij” – kwituje Ginczanka i tylko z pozoru poddaje się powszechnej stygmatyzacji. W rzeczywistości, co Izolda Kiec potwierdza własną interpretacją, pod pojęciem „baby” kryje się ideał nowej kobiety, wyzwolonej z okowów fałszu i dwulicowości. Poetka niejako uwalnia „babę” od negatywnych i umniejszających przymiotów, przez które ta ostatnia od wieków żyje „w milczeniu i niebycie”. Poetka ustanawia nowy porządek świata, stawiając w jego centrum kobietę. Z nieskrywaną ironią wypowiada się o wysublimowanym i zakłamanym świecie, do którego przynależy, choć nie rozumie i nie akceptuje rządzących nim prawideł i takiego rozdziału ról, który zakłada podrzędność i uległość „baby” wobec rządzących tym światem mężczyzn.

„Radosny prorok – dziewczyna” – czytamy z kolei w innym wierszu. Poetka jest prorokiem, ponieważ dostrzega Boga we własnej maluczkości, w okruchach życia lub też – jak powiedziałaby Jolanta Brach-Czaina – w szczelinach istnienia. Mesjanizm Ginczanki wyrasta z iście dziecięcego zachwytu nad światem, którego porządek zostaje zachwiany przez siły tendencyjnych konwenansów. Poetka tropi więc pierwotne ślady życia, które wydeptała Matka Natura – największa z kobiet, duchowa przewodniczka poetki. Życiowe zwycięstwo – jak czytamy w wierszu La-lita zdobywa świat – zaczyna się chociażby od spostrzeżenia roju motyli, a jedynym sposobem na tytułowe zdobycie świata jest zbieranie sepiowych, zwiędłych listków, bez strachu przed kryjącymi się w zaroślach padalcami.

„Ja” liryczne juweniliów Ginczanki to dziewczyna, która chłonie świat, gotowa się nim zachłysnąć, „tyle przeżyć – tyle zobaczyć – tyle posiąść – tyle zwyciężyć”. Przegląda się w drzewach czy kwiatach i widzi w nich podobieństwo, ten sam rozkwit i tę samą uwiędłość. Rozkłada więc materię świata na części pierwsze – na pojedyncze źdźbła trawy i nici pajęcze, a z pochwyconych w locie cudów, które „w wieczność zolbrzymia”, tworzy kategorie absolutne. W wierszu Panateistyczne – jednym z wielu utworów wykorzystujących aluzje biblijne – poetka przypomina, że człowiek nie potrzebuje objawień, gorejących krzewów i rozstępujących się mórz, że cuda – te prawdziwe – są „nadrożne” i „naszlaczne”, a my potykamy się o nie przekonani, że to kamienie. Jeśli ubogacający człowieka zachwyt nad światem bierze się z jego niedoskonałości, to najpiękniejszym z cudów jest dokonująca się na powierzchni wiersza przemiana krwi w atrament.

Fenomen literacki

Tym, co szczególnie urzeka w poezji Ginczanki mnie osobiście – i dotyczy to wszystkich jej wierszy bez wyjątku – jest pozorna przypadkowość, „przytrafność” słów, z których poetka we właściwy dla siebie sposób wyłuskuje sens. Sens, którego te słowa – każde w innym zasiedziałe kontekście – nigdy przedtem nie miały. Metaforyka jej wierszy, z uwagi na ciekawe słowotwórstwo i niecodzienne asocjacje, pozwala mi mówić o poezji Ginczanki w kategoriach fenomenu literackiego. Przedrostki i przyrostki przypominają narośla, które jednakowo szpecą i upiększają daną sytuację poetycką. Nie ma takiego słowa, którego Ginczanka – dla pełniejszego wyrażenia swoich uczuć – nie potrafiłaby wywrócić do góry dnem, po czym owinąć je wymyśloną przez siebie treścią tak szczelnie, że zaczynają nią przesiąkać. W wielobarwnym świecie Ginczanki po zimie zakwitają „wiosen przedprzebiśniegi”, a ludziom – kiedy radość rozpryska „przegwiezdno” i „przesłoneczno”, skrywając za mgłą ostatnią „bezprzystań” – zaczyna doskwierać „przedkwietniowa samotność”. Poetka miała przy tym poczucie ogromnej odpowiedzialności za wyrazy, które poddawały się jej zabiegom. I jeśli „każde słowo jest właśnie tyle warte / ile jest warte dla każdego z ludzi”, Ginczanka czyniła zeń wartość samą w sobie.wierszu Proces ośmiela się wręcz odwrócić wywiedziony z Księgi Rodzaju porządek stworzenia. Oto słowo wraca do Boga, na powrót staje się siłą sprawczą. „Oto / ciało / stało się / słowem”.

Filozofię życia poetki najłatwiej jest porównać do znanego na całym świecie wiersza Dezyderata Maxa Ehrmanna. Liryk Ginczanki, zatytułowany Przepis na prostotę życia, musiał powstać z tęsknoty za spokojem i harmonią. Autorka przeciwstawia im uliczną kakofonię i przewlekłe zaślepienie ludzi, którzy, zamiast „liczyć wrony i łykać teraźniejszość”, bezustannie coś wspominają albo za czymś gonią. Czyż życie nie byłoby prostsze, gdybyśmy potrafili „łapać muchy i ziewać szeroko”, a wieczorami „zasypiać w prostocie”, niczego więcej nie pragnąc niż to, co zostało nam dane, nie pytając Boga, czy to już wszystko?

Ilekroć wracam do poezji Ginczanki, zastanawiam się też, czy ona naprawdę była tak boleśnie samotna, jak wynika to z jej wierszy? Liryk Wieści od obcych ludzi martwi mnie szczególnie – przywodzi na myśl piosenkę Szyba z musicalu Metro. W obu tekstach odnajduję tę samą metaforę okna, przezroczystej tafli, za którą żyją wszyscy i życie toczy się tak, jakby nas – bezimiennych i zaokiennych” – po tej stronie w ogóle nie było. W kilku innych wierszach Ginczanki odnajduję ten sam smutny obraz dziewczyny podróżującej pociągiem z nosem przytkniętym do szkła. Dziewczyny, która pogrążona w głębokiej zadumie przegapia kolejne stacje swojego życia i nie zauważa, że oto właśnie minęła „na swoim torze zwrotnicę czyjegoś losu”. Myślę nawet – a Izolda Kiec zdaje się potwierdzać mój domysł – że w niektórych utworach pobrzmiewają echa Dziewczyny Juliana Tuwima, iluzorycznej postaci łkającej za murem, a kiedy ten w końcu legł, brzmieniu bezdusznych młotów odpowiedziała „zgroza nagłych cisz”, przerażająca i bezdenna próżnia.

Bodaj najbardziej pesymistycznym z wierszy Ginczanki jest utwór Fizjologia, w którym poetka sprowadza piękno swoich fascynujących oczu do pustych, ziejących smutkiem oczodołów, a sobie samej wróży nieuchronną śmierć. W podobnym tonie utrzymany jest wiersz Obcość, w który poetka wpisała swoje przekonanie o niewzruszoności świata wobec jednostkowych dramatów. Cokolwiek po sobie zostawiamy, czymkolwiek próbujemy ten świat oczarować, i tak przeminiemy bez echa. Żaden z pozostawionych przez nas śladów nie opowie naszej historii, każdy będzie co najwyżej błyszczeć jak „ciężki epos z brokatu”. I nawet wiersz Ucieczka, w którym „ja” liryczne czepia się życia, jakby widziało w nim jedyne remedium na śmierć, nie odpędza tej ponurej wizji.

Zuzanna Ginczanka, skazana przez współczesnych jej mężczyzn na konieczność tłumaczenia się z każdego niemalże słowa, dziś – korzystając ze swobody, jaką wywalczyły sobie kolejne pokolenia kobiet – nareszcie staje się w pełni zrozumiała. Okazuje się postacią z krwi i kości, która porusza sprawy aktualne, bo ponadczasowe. Poetka wychodzi z cienia, a tym wszystkim, którzy ośmielili się ją uprzedmiotowić, odmawiając jej prawa do bycia artystką, spogląda głęboko w oczy i mówi: Przeżyłam”, uśmiechając się przy tym z przekąsem.

Zuzanna Ginczanka, Poezje zebrane (1931–1944), wstęp i opracowanie Izolda Kiec, Marginesy, Warszawa 2019.

Okładka zbioru poezji Zuzanny Ginczanki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Agata Joanna Kornacka, Dziewczyna z krwi i kości. O poezji Zuzanny Ginczanki, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 58

Przypisy

    Powiązane artykuły