30.07.2020

Nowy Napis Co Tydzień #060 / Marianna ze Stoczni

Gdyby powstał film na podstawie Walentynowicz. Anna szuka raju, widziałbym go rozpoczynającym się taką sceną: Dorota Karaś i Marek Sterlingow zdejmują ze ściany portret bohaterki Sierpnia’80, oglądają go przy dobrym świetle, a gdy odwracają na drugą stronę, nagle odnajdują mała kartkę. Czytają jej zawartość, a później patrzą na siebie. Długo. I wreszcie jedno z nich mówi: nie żyje już nikt, kto mógłby potwierdzić te słowa.

Czy Walentynowicz jest książką sensacyjną? I tak, i nie. Na pewno dostajemy pokaźny fragment życiorysu, który do tej pory znany był niewielu. W zestawieniu z całością życia Walentynowicz, z przyjętą przez nią postawą mierzenia się ze światem, zatajenie tych informacji budzi zrozumiałe i bardzo żywe zainteresowanie. Jednocześnie książka Doroty Karaś i Marka Sterlingowa to biografia, w której autorzy starają się zrozumieć Annę Walentynowicz. Jest szacunek, jest przebijające do bohaterki ciepło, ale nie ma strachu przed podjęciem trudnych tematów i czołobitności. I zapewne dlatego otrzymaliśmy tak ciekawą i kompletną książkę.

Curriculum vitae – wydanie drugie, poprawione

Życiorys oficjalny Anny Walentynowicz skrojony był na miarę socrealistycznych czasów: sierota, która uciekła z wołyńskiej rzezi; ocaliła życie, ale straciła rodziców. Do Polski przyjechała z rodziną Teleśnickich, która wykorzystywała ją ponad siły jako pomoc domową i służbę przy gospodarstwie. Ostatecznie Anna mówi „dość” kapitalistom i rzuca pracę. Ma wtedy dwadzieścia lat i nic nie umie. Ale państwo wyciąga do takich jak ona ręce. Walentynowicz powiela w tym momencie losy znacznej części społeczeństwa. Bez żadnego „ukąszenia komunizmem”, za to z wiarą w hasła socrealistyczne. Kobiety mogą pracować i zarabiać tyle, ile mężczyźni i wspólnie można odbudować zniszczoną Polskę. To w sumie wystarczy, aby uwierzyć. Wybiera pracę w Stoczni Gdańskiej, która przypomina realizację tego, co głosi się na plakatach i w Polskiej Kronice Filmowej.

W 1953 roku dyrekcja stoczni otwiera szpital i rozbudowuje przychodnię. O zdrowie robotników dba czternastu lekarzy i trzydzieści osiem pielęgniarek. Na terenie zakładu są stołówki, biblioteka, dom kultury. Stocznia posiada rozgłośnię, orkiestrę dętą, robotniczy teatr i klub sportowy. To miasto w mieście. Robotniczy raj.

Tak autorzy charakteryzują miejsce pracy Walentynowicz. O to warto walczyć. I Walentynowicz będzie walczyć – swoją pracą, zapałem, ale także zdrowiem. Przez kilka lat będzie na ustach dyrekcji i w gazetach jako przykład modelowego pracownika. Są pochwały, są drobne nagrody, których wartość jest bardziej emocjonalna niż finansowa. W cieniu spawaczki Walentynowicz żyje jeszcze inna Walentynowicz. Ta, która uciekła z Wołynia zarówno w obawie przed rzezią, jak również od swojej rodziny. Od sióstr, od ojca, od braci. Od Teleśnickich, którzy będą utrzymywać, że nie tyle ją wykorzystywali, ile była traktowana jak członek rodziny. Teraz, gdy próbuję stworzyć raz jeszcze, dla samego siebie, jeden obraz Anny Walentynowicz z tak wielu odkrytych przez Karaś i Sterlingowa puzzli, dostrzegam, że zawsze ciągnęła za sobą cień niedopowiedzenia. I jest to o tyle kontrowersyjne, że zawsze chciała mówić prawdę i tylko prawdę i nie znać kłamstwa. Jej syn nigdy nie pozna swojego ojca. Nie pozna też ukraińskiej rodziny Anny. Ona sama nawiąże z nimi kontakt na kilka lat przed śmiercią. Gdy będą ją pytać o setki wywiadów i Cień przyszłości, książkę wywiad-rzekę, w której ich wszystkich uśmierciła, będzie odpowiadać, że wszystko zostanie wyjaśnione w kolejnym wydaniu. Książka będzie miała kolejne wydanie, Walentynowicz dalej będzie udzielać wywiadów, a raz opowiedziana historia będzie powtarzana jak gdyby nigdy nic. Tomasz Jastrun opowiada o niej po latach:

Można jej było w ogóle nie przerywać, nie zadawać pytań. Mówiła o swoim życiu, jakby snuła biblijną opowieść. Miałem wrażenie, że zna tę historię na pamięć, nie musi się nad niczym zastanawiać, jakby często do tego wracała. Mitologizowała pewne rzeczy, ale szczerze wierzyła w to, co mówiła. Zafascynowała mnie ta baśniowość jej życia. Uderzające było to, że jest to takie poukładane, gładkie, jak kamyk oszlifowany przez wodę.

Portret pamięciowy

Kluczowe wydarzenia z jej życia każdy zapamięta inaczej. W Sierpniu w Stoczni Gdańskiej będzie się wstydzić fotoreporterów, zatem będą fotografować innych. Swoje słynne zdjęcie z megafonem zobaczy po latach w magazynie „Stern”, z wymownym podpisem: „anonimowa robotnica”. Gdy Lech Wałęsa będzie niesiony na rękach, ona skromnie wyjdzie na własnych nogach. Gdy Wałęsa przemawia, ona jest wszędzie: robi kanapki, udziela wywiadów, pomaga odebrać żywność i lekarstwa. Protokół rozbieżności z czasem rośnie: wspólną audiencję u Jana Pawła II inaczej już pamiętają Wałęsa i Walentynowicz. A przecież oboje są do siebie w cechach osobowości bardzo podobni: zapalczywość, jakaś niepojęta zaciętość charakteru, błyskawiczne riposty słowne, które balansują na granicy dobrego smaku i sowizdrzalstwa. I górujące nad tym wszystkim wielkie ego. Dla SB będą zbyt łatwym celem. Aresztowania, internowania, więzienia, podsłuchy, obelżywe listy wrzucane do skrzynek, pobicia, zastraszanie – to wszystko daje funkcjonariuszom – jawnym i tajnym – pełne pole popisu do rozpowszechniania fałszywych dokumentów, plotek, kłamstw. I w dużej mierze to się uda. Karaś i Sterlingow docierają do wielu funkcjonariuszy, w tym do głośnego Krzysztofa 2 (bardzo polecam ten fragment książki!), którzy mówią o swojej pracy. Poruszające są te strony, gdy widać jak na dłoni, że prości ludzie są rzuceni niczym owce między wilki, między zaprawionych w zastraszaniu i manipulowaniu przedstawicieli Służby Bezpieczeństwa. Lata podsłuchów, tracenia zaufania do najbliższych, ciągła podejrzliwość wobec wszystkich – to ma znaczenie dla zdrowia psychicznego. Antoni Mężydło, współpracownik Wolnych Związków Zawodowych, widząc jak Walentynowicz i Wałęsa skaczą sobie do gardeł skwituje to prosto: „im trzeba terapię grupową zorganizować”. Nikt nie podchwyci tematu. Zamiast tego czytelnik będzie z coraz większym zażenowaniem świadkiem narastania konfliktu dwóch niedawnych przyjaciół.

Żeby zrozumieć Walentynowicz, Karaś i Sterlingow pokazują wielowymiarowy portret swojej bohaterki. Piszą o jej wieloletniej walce z rakiem, wreszcie o szczęśliwej miłości i depresji po śmierci męża. O rozczarowaniu najpierw PRL, a później III RP, która oferuje jej poniżającą rentę. Ale także o tym, że serce miała na wierzchu, zawsze gotowa pomóc. Najczęstszy – ale i najbardziej drażliwy temat – przeważnie był spychany na nią. Pieniądze. Walentynowicz zbiera pieniądze, ale zawsze dla innych. Na pomnik dla księdza Jerzego Popiełuszki, na tablicę dla zabitych górników z kopalni „Wujek”. Staje się Jałmużnikiem Pamięci. Pomawiana o przywłaszczanie pieniędzy, zawsze jest gotowa: wyjmuje notatki, rachunki. Jest czysta jak łza. A jednocześnie stara i biedna, ma nieustannie serce na wierzchu. Wiele mówiący obrazek: otrzymuje z zagranicy nagrodę finansowa, a po kilku dniach list od samotnej matki z drugiego końca Polski z prośbą o pomoc. Nie zastanawia się – połowę wkłada do koperty i wysyła.

Muzeum Figur Narodowych

Walentynowicz Karaś i Sterlingowa dołącza do książek, które stoją u mnie na jednej półce: Artur Domosławski Kapuściński non-fiction, Mirosław Wlekły Tu byłem. Tony Halik, Dariusz Rosiak, Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha. To książki, które dotyczą naszych narodowych władców wyobraźni. Pisali swoim życiem, a myśmy czytali ich barwne życiorysy i żyli trochę nimi zamiast swoimi. Nasze były bezbarwne, a ich bajeczne. Myśmy upadali, a oni dzielnie parli naprzód. Bohaterowie sprzed czasów Internetu, sprzed globalizacji. I kiedy młodsze pokolenie pisarzy rzuciło im (a jeszcze bardziej nam) harde „sprawdzam”, okazało się, że życiorysy naszych bohaterów są nie tyle barwne, co podkoloryzowane. Ryszard Kapuściński wniósł reportaże na zupełnie innym poziom, tworząc z nich literaturę. Tworzywem tej literatury jest on sam – Kapuściński: autor i bohater. To się świetnie czyta, ale granica między fikcją a rzeczywistością w literaturze jaką jest reportaż jest granicą niezwykle płynną. Artur Domosławski, który ruszył jego śladem, napisze, że koloryzował, że posługiwał się niedopowiedzeniem, które u czytelnika rozpala umysł, ale u chłodnego badacza stawia kłopotliwe znaki zapytania. O masakrze na placu Tlatelolco w Meksyku w 1968 roku Kapuściński mówił: „byłem tam wtedy”. W rzeczywistości był tam, ale miesiąc po strasznych wydarzeniach. Mówił, że przeszedł szlak Che Guevary w Boliwii. Niedopowiedzenie jest bardzo subtelne: przeszedł tę samą trasę, co Che, ale nie przeszedł jej razem z nim. Kapuściński nie precyzował, pozwalał rosnąć swojej legendzie. Dopowiadali inni, w pewnym sensie my sami stworzyliśmy legendę Kapuścińskiego. On jednak nie oponował, nie korygował. Podobną postacią jest Sat-Okh, czyli Stanisław Supłatowicz. Gdy Dariusz Rosiak mówi „sprawdzam” w „Biało-czerwonym”, to okazuje się, że Sat-Okh nie mógł przyjechać do Polski w tych latach, o których twierdził, że przyjechał. Że rozrzucał swobodnie indiańskie plemiona po całych Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, za nic mając geografię krajów oraz zwyczaje Indian. Że w rzeczywistości powoływał do istnienia zupełnie nowe plemiona indiańskie. Że niemal wszystko jest dziełem wyobraźni człowieka, który z tego świata naznaczonego wojną, traumą, kosztami nieludzkiego czasu, uciekał w świat zupełnie inny. Że legenda rosła i rosła, przybierała kolejne warianty (miał być wnukiem samego Tecumseha, miał mieć daleką rodzinę rozdzieloną na zesłaniu na Syberii, którą cudownie odnalazł w Rosji i wspólnie pisali książki…), ale on nie oponował, nie prostował, nie wyjaśniał. Legenda i życie splotły się ze sobą, aż niemożliwym stało się odróżnienie prawdy od fałszu. I wreszcie Polak, który był wszędzie – Tony Halik. Mirosław Wlekły w Tu byłem pisze wprost: Tony Halik nosił jeszcze imię Antonio, Mieczysław i Max – i wszyscy byli Halikiem. I każdy z nich starał się odciął od tego jednego, prawdziwego Mieczysława Sędzimira Halika, który urodził się w Toruniu. Podpisał Volkslistę – świadomie, czy zrobił to za niego urzędnik? Mówił, że był w partyzantce, ale przemilczał, że był także w wojsku niemieckim. Gdy został już pilotem RAF, jego samolot został zestrzelony, ale świadkowie pokazują inne miejsce zestrzelenia, inną datę i mówią, że go nie było na pokładzie. Na marginesie wszystkich tych książek przewija się dyskretnie postawione pytanie: za jaką cenę mogli podróżować w PRL? I czy rzeczywiście nie widzieliśmy wymiernych kosztów? Bo może bardziej nie chcieliśmy tego widzieć, a bardziej chcieliśmy wierzyć, że świat nie jest taki zły, a każdy z nas jest po trochę reporterem-Indianinem-podróżnikiem?

Stawiam sobie te pytania w trakcie lektury Walentynowicz, bo zupełnie nie rozumiem brnięcia upartego, wyuczonego, nigdy nie wyjaśnionego – przez Annę Solidarność w swój wyimaginowany życiorys. Życiorys, który chwyta za serce, który był ucieleśnieniem pewnego pokolenia, i który jeszcze bardziej podkreślał „ich” jako oprawców, a nas jako „ofiary”. Ale dziś, gdy zostaliśmy z dziurawym życiorysem Anny Walentynowicz, stajemy przed niezrozumieniem. Może w swoich opowieściach zaszła już zbyt daleko i nie można się było cofnąć? Może tak bardzo uwierzyła w swój stworzony życiorys – lepszy, barwniejszy, ciekawszy – że wolała go niż swój pierwotny? A może – i to już ostatnie pytanie – nie ma o co kruszyć kopii, szukać sensacji, w końcu tylu ludzi po wojnie gubiło dokumenty, zmieniało nazwiska, odmładzało się na papierze? Pewnie tak… W przypadku Anny Walentynowicz, która walczyła z podwójnymi agentami, ze zdrajcami, która demaskowała ich swoim przenikliwym wzrokiem, życie w takiej podwójnej (realnej i stworzonej) rzeczywistości musi budzić przynajmniej zdziwienie.

Dorota Karaś i Marek Sterlingow w nowoczesnej, dynamicznej i skrupulatnej biografii Walentynowicz pokazali coś jeszcze. Pytają o konsekwencje wieloletniego życia w permanentnym stresie, szykanach i zastraszaniu oraz braku troski niepodległego już państwa o swoich bohaterów. Zauważają też – arcyciekawie – zachłyśnięcie się intelektualistów sprzed kilkudziesięciu laty „geniuszem” Elektryka i Suwalnicy, a później rosnące rozczarowanie, że oni się jednak nie zmienili, że pozostali sobą. Przez pryzmat pracownicy ze Stoczni Gdańskiej można ujrzeć swoisty bilans walki – wciąż bratobójczej – o bohaterów. Walki, której oczywiście nie można wygrać. Jeśli Lech Wałęsa jest Ojcem Solidarności, to Anna Walentynowicz jest Matką Solidarności. Jeszcze bardziej widać to w nadawanych Walentynowicz tytułach. Sławomir Centkiewicz proponował „Annę Solidarność”, Sławomir Grünberg „Annę Proletariuszkę”. Żaden się nie przyjmie. Po lekturze biografii wiem, że gdyby Anna Walentynowicz mogła, to pod swoim życiorysem postawiłaby literę „V”.

D. Karaś, M. Sterlingow, Walentynowicz. Anna szuka raju, Kraków 2020.

 Okładka książki

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Marianna ze Stoczni, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 60

Przypisy

    Powiązane artykuły