11.06.2020

Nowy Napis Co Tydzień #053 / Stosunkowo ludzki kat

Na literackiej mapie obozów koncentracyjnych wciąż są takie, które nie przebiły się do szerokiego grona czytelników. Z pewnością najczęściej opisywanym i „przeczytanym” jest Auschwitz-BirkenauWynika to z bardzo wielu zmiennych: ilości osób przetrzymywanych, czy był to obóz zagłady, czy obóz koncentracyjny, zmierzenia się z przeszłością tych, którzy przeżyli, a także ich mobilnością, czyli możliwością przemieszczania się i mówienia w zimnowojennym świecie.[1]. Na jego antypodach zdaje się być obóz w Ravensbrück. Od początku był on inny: obóz koncentracyjny wyłącznie dla kobiet. Jego historia to wciąż niedowierzanie i niepamięć. Pierwotnie przeznaczony był dla kobiet asocjalnych: prostytutek, ale także tych z chorobami wenerycznymi i psychicznymi, złapanych na włóczęgostwie, wreszcie zwolenniczek komunizmu. Pierwsza grupa kobiet nie chciała po wojnie mówić o swoich losach. Jak opowiedzieć swoim dzieciom i wnukom, że trafiło się do Ravensbrück, bo było się prostytutką? Czy młode pokolenie zrozumiałoby uwarunkowania kryzysu gospodarczego po I wojnie światowej? Wątpliwe. Jeśli ktoś mówi o Ravensbrück, to więźniarki późniejsze, te z czasów II wojny światowej. Ale i ich głos nie jest w pełni słyszany. Ravensbrück jest wciąż historią nieznaną, przedzieloną na pół. Zimna wojna i żelazna kurtyna dosłownie przecięły historię obozu koncentracyjnego, sprawiając, że zdania ocalałych i winnych nie były słyszalne w takim samym stopniu po obu stronach.

Uważa się, że w obozie było więzionych osiem tysięcy Francuzek, tysiąc Holenderek, osiemnaście tysięcy Rosjanek i czterdzieści tysięcy Polek. Ale były również Niemki. W każdym z krajów inaczej ułożono opowieść. Na Zachodzie temat Ravensbrück zniknął z pola zainteresowania. Dziennikarze i historycy nie mieli dostępu do źródeł oraz wszystkich świadków. Ocalałe w krajach Zachodu spotkały się z niedowierzaniem, gdy opowiadały swoje historie. Francja próbowała dojść do ładu z własną kolaboracją z okupantem, Anglia była rozczarowana samą sobą. Nikt nie chciał słuchać zbyt okrutnych opowieści o „kolejnym Auschwitz”. Rosjanki miały jeszcze więcej do stracenia: zgodnie z poglądem Stalina każdy rosyjski jeniec to zdrajca. Wyzwolone przez własną Armię Czerwoną zostały zgwałcone, a po powrocie do ojczyzny oskarżone o szpiegostwo na rzecz wroga. Z kolei Niemcy wyparli ze swej pamięci Ravensbrück: tu stacjonował po wojnie pułk Rosjan, którzy brutalnie sobie poczynali z ludnością miejscową. Nikt nie chciał przyznać się do tego miejsca. Najwięcej o obozie mówiły Polki: Wanda Półtawska, Karolina Lanckorońska, ale i też najwięcej przeszły. Zaklasyfikowano je jako obiekty doświadczeń medycznych, aż zaczęto nazywać je „króliczkami z Ravensbrück”.

Historia tego obozu koncentracyjnego dla kobiet to zapis niezwykłej siły tych, których nigdy nie podejrzewano o jakąkolwiek siłę. Ich sposób walki był też inny – to listy pisane atramentem sympatycznym (w tym przypadku moczem), bunty na apelach, to solidarność (bo „króliczki” muszą przeżyć, aby dać świadectwo) i wreszcie matczyne więzi. Ale też nierówna walka z głodem, strachem, poniżaniem. Bilans funkcjonowania obozu koncentracyjnego w Ravensbrück: żadne eksperymenty medyczne nie przyczyniły się do rozwoju nauki, zginęło około 90 tysięcy kobiet. Koncern Siemensa, wykorzystujący więźniarki do niewolniczej pracy, nie poniósł żadnej kary, bowiem udowodnił, że działał pod przymusem… I tu pewnie można by zamknąć historię Ravensbrück, która po zburzeniu berlińskiego muru staje się coraz bardziej znana, wczytywać się w kolejne wspomnienia ocalałych. Można by, gdyby Marta Grzywacz nie dostała do opisania nieco szeptanej historii, w którą nikt nie chciał wierzyć: Johanna Langefeld, nadzorczyni obozu, została uwolniona z więzienia przez byłe więźniarki. Nasza pani z Ravensbrück nieoczekiwanie popycha historię – pozornie znaną, pozornie zamkniętą w stronę, której nikt się nie spodziewa.

Portret kobiety pokolenia KKK

Szeptana historia: ktoś coś słyszał, ktoś coś wie, komuś coś się przypomniało. Ale gdy Marta Grzywacz dociera do ravensbruczanek okazuje się, że nie ma z kim już rozmawiać. Dawne więźniarki już odeszły, a te, które mogłyby coś powiedzieć mówią, że nie pamiętają. Zatem trzeba zrozumieć samą Johannę Langefeld, bo w niej znajdować się muszą wszystkie odpowiedzi. Marta Grzywacz prowadzi swoje własne śledztwo tropem kobiety, która zaskakująco rzadko pojawia się na zdjęciach, ale jest dobrze pamiętana przez byłe więźniarki Ravensbrück. Historia będzie szła tu pod rękę z literaturą, pamięć świadka naocznego będzie stać w opozycji do najnowszych ustaleń rzeczowych historyków. Jedyne zachowane zdjęcie Langefeld będzie blaknąć coraz bardziej i tylko od czytelnika zależeć będzie, czy zdoła w mirażu czasu i wspomnień nakreślić jej wyraźny portret. Autorka daje do tego wszystkie narzędzia, ale oceną ostatnią – niełatwą – musi wystawić już sam czytelnik.

W osobie Johanny Langefeld odbija się całe pokolenie Niemców, którzy znaleźli się w nowej sytuacji po przegranej I wojnie światowej. Wobec kryzysu gospodarczego, zachwiania wartościami narodu, innym ułożeniem relacji damsko-męskich, na wszystko odpowiedzią miał być Adolf Hitler. Kobiety, które przejęły obowiązki mężczyzn wysłanych na front, a później musiały ustąpić im miejsca, gdy z niego wrócili (często jako inwalidzi, z traumami, chorobami psychicznymi), dopasowały się do zasady „Kinder, Küche, Kirche” (dzieci, kuchnia, kościół). Od tej pory mogły być matkami, realizować się na froncie rodzenie dzieci, dbać o zachowanie przyrostu naturalnego. Żeby to zrobić, należało dokonać redukcji pełnionych przez kobiety ról społecznych. Zmniejszono ilość studiujących do 10 procent wszystkich studentów, wyłączone je ze składu sędziowskiego. Jedyne, co im pozostało z chwilowej emancypacji to nieco krótsze włosy. Johanna Langefeld jest młodą owdowiałą matką, a w dodatku jest bezrobotna – to nie jest dobry punkt startu w III Rzeszy. Co zrobić, aby przetrwać w takim państwie? Nie krytykować, być wiernym i ślepo posłusznym. Państwo zresztą wyciąga pomocną rękę do takich jak ona – niewykształconych, przeciętnych, w słabej sytuacji ekonomicznej. Langefeld zostaje zatrudniona w zakładzie poprawczym, gdzie tłumi bunty nastolatek i młodych kobiet. Jak to robi – nikogo nie interesuje. Póki jest skuteczna – nikt nie pyta. Pnie się po szczeblach strażniczej kariery, widać, że jest skuteczna, że ma do tego talent. Z czasem składa podanie i zostaje przyjęta do powstającego obozu koncentracyjnego dla kobiet w Ravensbrück. Obóz będzie się zmieniał, a wraz z nowymi zadaniami będzie dostosowywać się Johanna Langefeld. Choć po wojnie złoży zeznania, w których będzie umniejszać lub „humanitaryzować” swoją rolę, Marta Grzywacz wytrwale punktuje, co rzeczywiście mogła widzieć, co naprawdę wiedziała o obozach koncentracyjnych i jaka była jej rola. W tym celu chętnie oddaje głos współczesnym historykom, a sama autorka usuwa się nieco w cień. Czytelnik musi sam dokonać oceny.

Jak działa pamięć

Najważniejsze zdania w Naszej pani z Ravensbrück padają pod sam koniec książki:

Ktoś, kto nigdy nie był w obozie, nigdy nie zrozumie, że tam kryteria tego, co złe i dobre, były inne. Że nawet odrobina przyzwoitości ratowała ludziom życie i można było być za nią wdzięcznym. Dlatego nie dziwię się, że moje koleżanki uważały, że trzeba pomóc Langefeld. I tylko one mogły ją uratować.

Autorką tych słów jest Alicja Gawlikowska-Świerczyńska, jedna z ravensbruczanek. Byłe więźniarki obozu koncentracyjnego wystawiają Langefeld zadziwiającą laurkę moralności: nie przedłużała apelu ponad miarę, brzydziła się chłostą, nikt nie wiedział, aby uderzyła więźnia. Zdarza się, że drze karne meldunki i w ten sposób niektóre kobiety unikają ciemnicy, karnego bunkra, czy innych dotkliwych kar. Wspomniana już Alicja Gawlikowska-Świerczyńska stwierdza nawet: „Uważałyśmy, że Langefeld jest po prostu wspaniała!”. Nadzorczyni Ravensbrück stworzyła bowiem na terenie obozu warsztat artystyczny, gdzie niektóre więźniarki mogły wykonywać różne prace – buty, portrety, zabawki – które były sprzedawane SS-manom. Więźniarki miały dach nad głową, ciepłe miejsce, lekką pracę, podczas gdy na zewnątrz czekało przewożenie żwiru, praca pod gołym niebem lub bolesne eksperymenty medyczne. Z tej perspektywy Lagenfeld była „cudowna”. I jest to perspektywa, której czytelnik – siedzący w fotelu z kawą w ręku – nie jest w stanie pojąć. Grzywacz to szanuje, ale jednocześnie oddaje głos historykom. Ich świadectwo moralności nadzorczyni Ravensbrück jest zgoła odmienne. Langefeld nie musi sama bić, bo ma od tego ludzi. Z pracy więźniarek w warsztacie artystycznym zapewne sama czerpie korzyści materialne. Gdy ma przygotować transport ludzi do zagazowania, zrzuca to na innych. Langefeld jest typowym szefem każdej korporacji: moją pracę niech robią za mnie inni. Gdyby Johanna Langefeld była taka cudowna, to zrezygnowałaby z kariery obozowej. Miała świadomość tego wszystkiego, co się wokół niej działo – zabijanie nowonarodzonych dzieci w beczce z wodą, gazowanie ludzi i spalanie ich zwłok w krematorium, obłąkane eksperymenty, zabijanie w szpitalu starych, chorych i pyskatych. Nawet jeśli odwróciła twarz w inną stronę, by nie czuć mdląco słodkiego zapachu spalanych ciał, to niezmiennie dzierżyła mundur, podpisywała stosowne rozkazy, pobierała wysoką pensję. Mogła być nikim, potulną kobietą z pokolenia Kinder, Küche, Kirche, a wolała być kimś. Ważnym, znaczącym, decydujący o życiu i śmierci.

Czy zło ma odcienie?

Nasza pani z Ravensbrück jest książką, która musi budzić niepokój czytelnika. Nie sposób równoważyć głosy ocalonych z obozu koncentracyjnego głosami współczesnych historyków. Rzeczywiście jest tak, że kto nie doświadczył realiów obozu za drutami kolczastymi, nie jest w stanie zrozumieć, jaką wagę miał każdy, choćby najbardziej błahy, akt dobroci. Do jakiej rangi urasta podarowanie komuś kromki chleba, czy zapewnienie dobrej, czyli pod dachem, pracy. I dopiero w tym momencie można próbować zrozumieć całą tę szaleńczą próbę ratowania Langefeld sprzed trybunału sprawiedliwości. Marta Grzywacz zdążyła na ostatnią chwilę, by zapytać, by odnaleźć właściwe osoby, by dosłyszeć w szeptanej historii drugie dno. Tej sensacyjnej historii nie mam zamiaru zdradzać, ale już swoje emocje tak: niedowierzanie, poczucie, że już za chwilę, za moment, wytyczone linie sensu spotkają się w zgodzie, a one jednak mijają się, oddalają…

Marta Grzywacz napisała książkę o pamięci, a ta jest niełatwa, pełno w niej meandrów i znaczeń, które wraz z biegiem lat wyglądają inaczej. Josef Mengele, Anioł Śmierci z Auschwitz-Birkenau, niemal we wszystkich wspomnieniach dawnych więźniów opisywany jest jako niezwykle przystojny mężczyzna. Nie trzeba wiele trudu, by z zachowanych zdjęć wyrobić sobie zupełnie inną ocenę… Skąd zatem we wspomnieniach to wrażenie piękna? Bo był czysty, bo miał mundur, bo nie krzyczał? Dla ludzi, którzy podróżowali wiele godzin w bydlęcych wagonach, był pierwszą osobą, którą widzieli na rampie. Był jak objawienie innego świata. Czy nie tak samo przedstawia się sprawa z Johanną Langefeld? Odpowiedź leży po stronie czytelnika. Marta Grzywacz dała nam książkę, która emocjonalnie musiała ją bardzo dużo kosztować. Takich książek nie pisze się bezkarnie. We wszystkich tych niełatwych sprawach ujmująca jest jej taktowność: niczego nie przesądza, nie stara się narzucić własnego zdania. Woli czasem zamilknąć, aby bardziej wybrzmiał głos prawdziwych bohaterów tej książki. W końcu to jest ich opowieść.

M. Grzywacz, Nasza pani z Ravensbrück, Warszawa 2020.

Okładka książki

 

Zachęcamy do odwiedzenia bloga Marcina Cieleckiego:  https://marcincielecki.wordpress.com/

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Stosunkowo ludzki kat, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 53

Przypisy

    Powiązane artykuły