06.08.2020

Nowy Napis Co Tydzień #061 / Powieść o sumieniu

Historia tej książki nie należy do najjaśniejszych i najłatwiejszych. Pisarka Flora Bieńkowska (1909–1990), wraz z innymi literatami, którzy na zjeździe szczecińskim z 1949 roku przyjęli socrealizm za jedyną możliwą drogę twórczą, wzięła udział w tak zwanym „budowaniu zrębów”. Przyszedł rok 1956 i tajny referat Chruszczowa, po którym świat pisarki legł w gruzach i pojawiły się gryzące wyrzuty sumienia, po pierwsze względem koleżanek i kolegów prześladowanych podczas stalinowskiej nocy. Szlachetny odruch, sięgnięcie po pióro i oddanie sprawiedliwości aresztowanym, wszystkim tym, na których szczuła partia i posłuszni jej literaci, w tym Bieńkowska. Jednak i w tym wypadku, jak i wielu podobnych, bo długa jest karząca ręka władzy ludowej, partia okazała się nieubłagana i rozliczeniowa powieść ukazała się dopiero w roku 2019, po 50 latach od jej napisania.

W tak zwanej recenzji wewnętrznej, dołączonej na końcu tego wydania, będącej w zasadzie donosem napisanym przez kolegę ze środowiska literackiego, maszynopis określono jako „paszkwil na partię i socjalizm”. Złowieszczo w tym kontekście brzmią słowa Andrzeja Bieńkowskiego, syna pisarki, z posłowia:

Pod koniec pracy nad powieścią pojawił się lęk, czy ją wydadzą? Matka, z jednej strony chciała manuskrypt pokazać znajomym, z drugiej bała się, że ktoś na książkę doniesie. Myślę, że bała się reakcji jednego z bohaterów tej książki: Zenona Kliszki, numeru 2 w PRL. I nie myliła się.

Rzuca to ciekawe światło na stosunki wewnątrzpartyjne w latach 60. ubiegłego wieku, zważywszy, że mąż pisarki, Władysław Bieńkowski (1906–1991) był ideowym komunistą, jednym z ideologów PPR, a w latach 1956–1959 – ministrem oświaty w rządzie Cyrankiewicza. W latach 60. stał się jednak krytykiem partii, za co w roku 1970 wykluczono go z szeregów „przewodniej siły narodu” i skazano na niebyt. Podobnie jak powieść jego żony.

Co takiego znajduje się w powieści Flory Bieńkowskiej, co sprawiło, że komuniści nie dopuścili do publikacji książki aż do samej śmierci autorki?

Główny bohater tej prozy z kluczem, Piotr Jedliński (porte parole autorki), komunistyczny pisarz, obserwuje dawnych towarzyszy z aparatu partyjnego i słucha ich wynurzeń w czasach, kiedy okazało się, że król jest nagi. Bohaterowie prozy Bieńkowskiej mają swoje odpowiedniki w najnowszej polskiej historii, zaś momentem zawiązującym fabułę jest pogrzeb jednego z nich, Łukasza Dębnego, dla którego modelem był Andrzej Stawar (1900–1961). Ów tłumacz i historyk pod koniec życia zamieszkał w siedzibie Instytutu Literackiego w Maisons-Laffitte, ostatecznie odrzucając w ten sposób Polskę Ludową.

Główny bohater stara się opisać fenomen tamtego czasu, czasu popaździernikowego, wytłumaczyć samemu sobie, dlaczego wziął udział w stalinowskiej nocy i co powinno stąd dla niego wyniknąć. Jedliński nie ma dla siebie gotowego wytłumaczenia, co bardzo różni go od szeregu postaci, które pojawiają się na kartach powieści. Stara się zrozumieć swoje zaangażowanie, nie stosując taryfy ulgowej. Widzimy go, jak dręczony wyrzutami sumienia przesiaduje w powierzonym mu przez starego poetę Faustyna (rozpoznajemy w nim Jarosława Iwaszkiewicza) lokum i przymierza się do napisania czegoś, prozy, w której wyjaśniłby sobie i światu niedawno miniony czas. Ta zbożna czynność przerywana jest wizytami dawnych znajomych z partyjnej wierchuszki. Donoszą młodemu pisarzowi dokumenty w teczkach, chcąc ułatwić mu pracę, a w rzeczywistości usprawiedliwić swe podłości. Na przykład taki Michał Rudawski (powieściowy Stefan Staszewski, 1906–1989, wszechwładny stalinista, w latach 1955–1957 pierwszy sekretarz Komitetu Warszawskiego PZPR), skonfliktowany z Gomułką i odsunięty od władzy, nie waha się pouczać niewydarzonego w jego mniemaniu młodzieńca:

Czy zaglądałeś do teczki, którą ci przynieśliśmy? Nie? Więc zajrzyj… Znajdziesz niejedno na naszą korzyść, nie mówię na obronę, ale przecież uratowaliśmy wielu. Nie pospadały u nas głowy jak gdzieindziej… Na dobrą sprawę można by napisać dziełko o niewinności miecza. Wszystko zależy od punktu widzenia, zważywszy, że byliśmy mieczami w ręku historii. I to musimy sobie jasno powiedzieć. Jeżeli porozumiemy się co do pojęcia, to wnioski same przez się będą oczywiste. Jesteśmy już historią, której Horaczyński [Zenon Kliszko, 1908–1989, fanatyczny komunista i stalinowiec, współzałożyciel PPR – przyp. WCh] również nie przeskoczył. Trzeba być mazgajem, żeby rozprawić się z historią – bo przecież nie z nami? – To są nasze przestrogi – zauważył Protop [Adam Schaff, „partyjny filozof” i doktryner – przyp. WCh] – Jeżeli je uwzględnisz, będzie to oznaczało, że jesteś realistą i zdołasz wyważyć pryncypia.

Swoją drogą słowa dwóch partyjnych ideologów z początku lat 60. jak ulał pasują też do tego, co mówili o sobie komuniści po 1989 roku. Wtedy też do znudzenia powtarzali nonsensy o „realizmie” i „niejednym na naszą korzyść”. Wielka szkoda, że powieść Flory Bieńkowskiej nie została wydana właśnie wtedy, we wczesnych latach 90. ubiegłego wieku, bo na pewno w pewien sposób przysłużyłaby się właściwemu oglądowi i osądowi postkomuny, czego w III RP zwyczajnie zabrakło.

Wielka szkoda także dlatego, że Południe wieku jest świetnie napisane. Czujemy klimat popaździernikowy – snuje się nad pastowanymi podłogami i słyszymy go w chrzęście żwirowej alejki szpitala dla nerwowo chorych w Drewnicy, gdzie leczył się przez krótki czas bohater i gdzie poznał młodego muzyka Emila, w którym kocha się pisarz Stefan Ożyński (powieściowy Jerzy Andrzejewski). Bardzo sugestywnie zarysowaną jest także miłość Piotra Jedlińskiego do Aleksandry, niedostępnej piękności, zakochanej jednak w Emilu. To wszystko dzieje się w gorący czas kanikuły, upalnych dni i nocy. Otrzymujemy prozę zniuansowaną i napisaną wspaniałą polszczyzną, książkę, którą po prostu świetnie się czyta, a do tego jest świadectwem trudnej historii.

A decyzja kolejnych partyjnych komisji, by jej nie wydawać? Komuniści po prostu nie mogli dopuścić do zdemaskowania ich formacji, bo jest to po prostu powieść antykomunistyczna. Antykomunizm rodzi się w czytelniku w sposób naturalny, kiedy czytamy o takich kreaturach jak Rudawski, Horaczyński i Protop („Rudawski opiekuje się teczką, przekłada ją z ręki do ręki, opiekuje się nazwiskami katowanych i zrehabilitowanych po śmierci, których wzywa na świadków własnego alibi”), ale jest też wyrażony zupełnie otwarcie, choćby w oskarżycielskim monologu głównego bohatera:

Czy może być sumienie partyjne i pozapartyjne? Czy można mieć dwa sumienia, panie prokuratorze Protop? […] Jan Horaczyński ma sumienie partyjne […] Ja, Piotr, miałem partyjne, Stefan Ożyński… Całe to środowisko sobowtórów… czy miało po dwa sumienia? Oto obsesja wieku […]: ci o dwóch sumieniach, panie prokuratorze Protop. Politycy nie. Oni kwitną! Naznaczeni, wybrani przez historię wyborem naturalnym. Horaczyński, który dopiero co opuścił więzienie, skrzywdzony i poniżony przez swoich towarzyszy o sumieniu partyjnym, mówi „To sprawa między mną a partią”. Więc partia. Co to jest partia? Lub kto to jest? Siła sprzymierzonych w imię idei. Doktryna stworzyła ideologię, wiarę w sprawiedliwość powszechną! W braterstwo między ludźmi! W sprawiedliwy podział dóbr wszelkich! Więc u narodzin idei była świadomość moralna. Że pokrzywdzony i poniżony proletariat jest prawem karzącym stary świat za nieprawość. A potem? Czy można na nienawiści zbudować cokolwiek? Czy można z samych teoretycznych przesłanek uszczęśliwić jakąkolwiek klasę lub człowieka? Czy można cokolwiek zrobić, zakładając, że świat stary jest tylko do zburzenia? Jego kultura, sztuka, etyka (kochaj bliźniego swego jak siebie samego), kościół; czy zastąpi go dom kultury?

Chciałoby się zatrzymać na dłużej przy tym fragmencie, może dopisać jeszcze jedno zdanie do monologu Piotra Jedlińskiego, a najlepiej podyskutować przez chwilę z samym bohaterem. Bo przecież u podstaw komunizmu nie leżała żadna „świadomość moralna”, tylko zwykłe kłamstwo. O czym zresztą w pełni przekonuje proza Flory Bieńkowskiej.

F. Bieńkowska, Południe wieku, Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wojciech Chmielewski, Powieść o sumieniu, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 61

Przypisy

    Powiązane artykuły