13.08.2020

Nowy Napis Co Tydzień #062 / Potencjał komiksu jest wciąż do odkrycia

Komiks mógłby stanowić wspaniałe, uniwersalne narzędzie do szerzenia pamięci oraz popularyzowania polskiej historii wraz z powiązanymi z nią wartościami i bagażem doświadczeń. Dotyczy to zwłaszcza nastolatków i młodych dorosłych, którzy coraz rzadziej czytają tradycyjne książki i prasę drukowaną, otwierając się na Internet i media interaktywne. Niestety po lekturze takich pozycji jak Wojna polsko-bolszewicka 1920 w komiksie Pawła Kołodziejskiego można jedynie zwątpić w to, że ludzie kultury, wydawcy i autorzy zajmujący się komiksem historycznym w ogóle rozumieją to medium i jego możliwości.

Niepokojącym znakiem czasów jest fakt, że ludzie coraz mniej czytają. Nie chodzi tutaj o lenistwo czy zmęczenie papierem. Nasz styl życia, organizacja pracy i postępujący wpływ cudów technologicznych na codzienne życie sprawia, że gdy zalewa nas masa przekazów ze skrzynki pocztowej, Messengera i serwisów informacyjnych, trudniej jest się nam skupić na jednej informacji. Młodsze pokolenia odczytują świat za pomocą obrazów, ponieważ są one atrakcyjniejsze, przejrzystsze i wyrażają więcej niż kilka erudycyjnych zdań. A mimo to nadal z powodu braku kompetencji gubimy się w kulturze obrazu. Uświadomi to sobie każdy, kto chociaż raz potknął się na udostępnieniu fake newsa albo uznał perfidny fotomontaż za realne zdjęcie. Te same prawa dotyczą również opowiadania o historii.

W walce z manipulacją i dezinformacją wizualną z pewnością pomogłaby edukacja oparta na języku komiksu, praktykowana w krajach zachodnich, na przykład we Francji czy USA. Tamtejsi twórcy i wykładowcy podkreślają, że historie obrazkowe pozwalają odczytywać kontekst zawarty w obrazie i zauważać pewne niuanse, które na pierwszy rzut oka nie są wcale widoczne. Rozumiał to choćby Scott McCloud, autor słynnego dzieła Zrozumieć komiksS. McCloud, Understanding Comics. The Invisible Art, Northampton 1993, wydanie polskie: S. McCloud, Zrozumieć komiks, przeł. M. Błażejczyk, Warszawa 2015.[1], stanowiącego po dziś dzień inspirację nie tyle dla twórców komiksu, ile projektantów graficznych, a nawet architektów growych światów.

Opierając się na swoim doświadczeniu krytyka, mogę stwierdzić, że potencjał komiksu w Polsce pozostaje nadal do odkrycia – przede wszystkim przez decydentów zarządzających kulturą, wydawnictwami oraz komentatorów kształtujących opinię publiczną. Negatywnemu wizerunkowi, jaki komiks ma nad Wisłą, nie pomagają głosy między innymi osób łączących go z propozycjami rozrywkowymi lub dziecięcymi. Takie skojarzenia stanowią spadek po myśli radzieckiej, rozpatrującej historie obrazkowe jako narzędzie podłego zachodniego kapitalizmu, bękarta tamtejszej kultury. Jeszcze gorzej jest jednak, gdy osoby mogące coś zrobić w kwestii popularyzacji historii wykorzystują język komiksowy bez wcześniejszego zastanowienia się nad możliwościami, jakie daje niestandardowe podejście do sztuki wizualnej (na przykład poprzez reportaż komiksowy).

Konsekwencją takiego podejścia do sztuki wydawania i myślenia o komiksie w ogóle w Polsce jest album Pawła Kołodziejskiego – artysty, który w przeszłości potrafił tworzyć dobre komiksy i sądzę, że przy dobrych chęciach nadal będzie w stanie takie wypracować. Okolicznościowa historia obrazkowa z okazji setnej rocznicy Cudu nad Wisłą jednak dobrym albumem nie jest. A szkoda, bo ciężar rocznicy (chwalebnej, bo zwycięskiej, a nie martyrologicznej) zobowiązuje.

Jedna z najważniejszych bitew świata zasługuje nie na album, ale powieść graficzną tworzoną na zasadzie komiksowego reportażu, w którym losy bitwy ważyłyby się do ostatniej chwili, a wynik do samego końca nie byłby przesądzony. Tej niepewności, która stawałaby w kontrze do powszechnego rozumienia odrodzenia Polski jako czegoś oczywistego (a przecież tak nie było – była to kwestia szczęścia i zgrania się kilku niezależnych od siebie czynników) w albumie Kołodziejskiego nie ma. Dojmujący jest w nim natomiast brak zdecydowania autora dotyczący stylistyki albumu zarówno w warstwie wizualnej, jak i czysto literackiej. Pozycja cierpi zatem na to samo, co większość komiksów autorskich w USA, w których jedna osoba odpowiada za scenariusz, jak i rysunek. Tą osobą jest zazwyczaj rysownik i w tym przypadku jest podobnie, przez co cierpi jakość narracji.

Braki literackie są odczuwalne w dość fundamentalnych kwestiach – na przykład brakuje w Wojnie… punktu odniesienia dla panoramy bitwy warszawskiej w postaci choćby opowieści o indywidualnym losie jakiegoś biorącego w niej udział żołnierza. Autor próbuje ogarnąć zjawisko holistycznie, skupiając się na aspekcie historycznym i edukacyjnym, jednocześnie jednak zabija to, co dla komiksu jest kluczowe – zarysowanie postaci głównego protagonisty, narracji, napięcia, atmosfery tej szczególnej pożogi. Wyczuwalny jest za to pośpiech, niedbałość, byleby zapewne zdążyć na rocznicę i móc zrealizować dotację z MKiDN.

Z przykrością muszę stwierdzić, że w omawianej publikacji odzwierciedlone zostały wszelkie grzechy w postrzeganiu sztuki komiksowej przez główny nurt myślenia o kulturze w naszym kraju, z poziomu instytucji państwowych i placówek kreujących świadomość zbiorową, patriotyczną, narodową. Komiks celebrujący okrągłą rocznicę Bitwy Warszawskiej powinien być monumentalnym dziełem tworzonym przez kilka lat. Realizacja dobrego komiksu, mającego walor poznawczy i estetyczny, wymaga zebrania stosownego materiału źródłowego, czasu na wytworzenie u twórcy krytycznej postawy wobec tematu omawianego wydarzenia, a nade wszystko – na odwzorowanie tła bitewnego z wszelkimi przedmiotami i ubiorem charakteryzującymi czas sprzed stu lat. Pod tym względem Wojna polsko-bolszewicka 1920 w komiksie prezentuje się po prostu tragicznie. Postacie narysowane w kadrach nie przypominają tych wspomnianych w dodanym na końcu appendiksie, stanowiącym historyczną ściągawkę.

Tempo i zamysł narracji nieustannie się gubią, ponieważ autor nie wie, na czym skupić uwagę. Być może taka była pierwotna koncepcja Kołodziejskiego, by poprzez podobną strategię opowiadania obrazem ukazać chaos, zamęt wojenny. Sęk w tym, że to dla komiksu jest zabójcze – efektem jest więc brzydki kolaż pełen bohomazów, w których w zasadzie nie wiadomo, kto wypowiada jakie kwestie. Poległ tu nie tylko twórca, ale nade wszystko redaktor i wydawca nierozumiejący kluczowej roli dymka komiksowego, jego miejsca w kadrze oraz jego funkcji w tworzeniu dramaturgii i kompozycji strony. Każdy wydawca, postrzegający komiks nie przez pryzmat Kaczora Donalda albo Tytusa, Romka i A’Tomka, grzmiałby, widząc te plansze. W Wojnie uwidacznia się błędne rozumienie potencjału języka komiksu, który w przestrzeni pomiędzy kadrami powinien zachować piękne niedopowiedzenia, swoisty élan vital, o którym swego czasu pisał Henri Bergson.

Tworząc dzieło sztuki komiksowej (i nie tylko), nie można sobie pozwolić także na „klęczenie” przed tematami historycznymi. Wiedzą to twórcy nagradzani za wielkie narracje audiowizualne, takie jak choćby Czarnobyl HBO, niekiedy uznawany za ruchomy komiks. Wspomniany serial z 2019 roku działał na wyobraźnię i potrafił tworzyć atmosferę paniki radioaktywnej również przez to, że zawartych w nim było wiele wątków fabularnych i akcentów stojących w kontrze do racji stanu dzisiejszej Ukrainy i Rosji. Ukraina nie zrezygnowała pomimo tego ze współpracy z amerykańską stacją. U Kołodziejskiego nawet nie widać próby wyjścia ze sfery komfortu, a swoje zadanie traktuje jako coś do „odhaczenia” – byle jak, ale za to, by było na czas. Od kogoś, kto ukończył malarstwo ścienne na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie wymagałbym jednak większego zapału, lepszych pomysłów, a nade wszystko więcej ambicji.

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że grupa docelowa omawianego i besztanego tutaj dzieła będzie najmniej ukontentowana z lektury. Nie wyobrażam sobie, by po zaznajomieniu się z takim albumem ktokolwiek zainteresował się komiksem jako gatunkiem lub historią Polski, a zwłaszcza jej trudnymi dwudziestowiecznymi losami.

Te wszystkie mankamenty i braki mogą jedynie utwierdzić w przekonaniu, że nad takimi projektami powinni pracować zarówno pasjonaci danego medium, jak i profesjonaliści, to jest ludzie specjalizujący się zarówno w aspekcie scenariopisarskim, dramaturgicznym, jak i artyści z mocnym zapleczem rzemieślniczym w rysunku, zwłaszcza w odtwarzaniu architektury wnętrz, przestrzeni oraz historycznego asortymentu. Bez zaangażowania znawców trudno w ogóle mówić o jakości podobnych przedsięwzięć. Brak nadzoru ze strony osób kompetentnych grozi zaś dalszym spychaniem komiksu do roli czegoś nieużytecznego lub czegoś, co po prostu nie działa. Artur Sandauer, pisarz i krytyk literacki, zwykł mawiać: „Zegarek powinien naprawiać nie ten, kto go zepsuł, a ten, kto go potrafi naprawić”. Oddajmy Bogu, co boskie, cesarzowi, co cesarskie, natomiast komiksy oddajmy komiksiarzom oraz osobom darzącym je respektem, znającym klasykę medium zarówno z cywilizacji Zachodu, jak i kraju kwitnącej wiśni.

P. Kołodziejski (scenariusz i rysunki), Wojna polsko-bolszewicka 1920 w komiksie, Kraków: AA, 2020.

Okładka książki "Wojna polsko-bolszewicka 1920 w komiksie"

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Michał Chudoliński, Potencjał komiksu jest wciąż do odkrycia, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 62

Przypisy

    Powiązane artykuły