13.08.2020

Nowy Napis Co Tydzień #062 / Panorama warszawska

Andrzej Chwalba jest dla mnie przykładem historyka kompletnego – wybitny specjalista w swojej dziedzinie (wiek XIX) nie stroni od zabierania głosu w sprawach dotyczących innych ram czasowych, a do tego trzeba pogratulować mu warsztatu pisarskiego. Naukowiec, który czuje się swobodnie nie tylko w akademickich murach, ale również na kartach swoich książek. Od kilku lat, zachęcony kolejnymi rocznicami, sukcesywnie opisuje Wielką Wojnę oraz pierwsze lata II Rzeczpospolitej. Na przestrzeni sześciu lat wydał kilka książek (między innymi Samobójstwo Europy. Wielka Wojna 1914–1918 (2014), Wielka Wojna Polaków 1914–1918 (2018), Legiony Polskie 1914–1918 (2018), 1919. Pierwszy rok wolności (2019)), które są zarówno sukcesem komercyjnym, jak i pisarskim. Wspominam o tym, sygnalizując zarazem ważną rzecz: Chwalba się nie powtarza, nie plagiatuje siebie. Ta wielka sztuka idzie jednocześnie w parze z podsycaniem ciekawości czytelnika. Dzieje się tak również dlatego, że historyk stawia swoje własne tezy. Nie inaczej jest w najnowszej książce, znowu rocznicowej – Przegrane zwycięstwo. Tytuł mówi wszystko, ale trzeba to czytać tak: będzie napisane, jak Chwalba tego chce – trochę dziegciu, trochę miodu, ale przede wszystkim ciekawie.

Między maciejówką a rogatywką

Zwolennicy militariów i historii wojskowości mogą poczuć się zawiedzeni, gdyż książka o wojnie jest jakby nieco obok wojny. I powiedzmy szczerze – w to mi graj. Lista publikacji na tematy stricte batalistyczne jest olbrzymia i łatwo dostępna. Chwalba w swojej książce daje szeroką panoramę Bitwy Warszawskiej, zajmując się raczej żołnierzem, od jego butów aż do obozów jenieckich. Sam opis formowania wojska polskiego w odrodzonym państwie daje przegląd problemów, których najczęściej nie jesteśmy świadomi.

Choć Piłsudski po powrocie z Magdeburga oświadczył, że „najważniejszą rzeczą jest wojsko”, stan polskiej armii był opłakany. Istniało wiele różnych oddziałów, organizacji wojskowych, część wojska znajdowała się poza granicami kraju. Kto miał tą zbiorowością dowodzić, kto był w zależności od kogo, jak honorować stopnie i jakie nosić mundury? Problem pojawiał się już przy rekrutacji. Do Wojska Polskiego niemal nie zgłaszali się Polacy służący dotąd w armiach zaborczych. Z jednej strony chcieli jak najszybciej wrócić do swych domów, ale może i rozterki, że zmuszono ich do walk bratobójczych w służbie obcych armii, miały tu coś do rzeczy. Zgłaszali się za to oficerowie, którzy poszukiwali stałego zatrudnienia. Wyżsi dowódcy wchodzili do tworzącej się armii polskiej z całym bagażem dotychczasowych doświadczeń, ale i przyzwyczajeń. Z dumą obnosili swoje ordery, krzyże, medale otrzymane za wierną służbę w obcych armiach. Niejednokrotnie raziło to poszczególne oddziały, które nie tak dawno stały jeszcze naprzeciw siebie. Utrudniało to również scalenie armii w jeden organizm, który musiał dopiero wypracować własne odznaczenia. Choć z dzisiejszej perspektywy może śmieszyć to pawie puszenie się wojskowych, jednak można na to spojrzeć jako na podkreślanie swojej wartości rynkowej. Mówiąc prosto: ordery to wszak curriculum vitae okazywane przed nowym pracodawcą. Linie podziału przebiegały pomiędzy żołnierzami bardzo głęboko. Armia Hallera, która przybyła z Francji, miała lepszy żołd, lepsze jedzenie, a stosunki między szeregowym żołnierzem a dowódcą były bardziej demokratyczne (nie stosowano kar cielesnych). Żołnierze z Wielkopolski, niesieni jeszcze dumą za jedyne udane Powstanie Wielkopolskie, zadzierali nosa i gardzili tymi, którzy pochodzili z dawnego zaboru rosyjskiego. Wyśmiewano wschodnich rodaków niskie wykształcenie i nie uznawano wyższych oficerów. Z kolei dowódcy z dawnych zaborów austriackiego i pruskiego swoich podwładnych traktowali jak chłopów pańszczyźnianych, nie żałując rózg. Problem stanowiły nawet wydawane komendy. Żołnierz z dawnej armii austro-węgierskiej nie reagował na komendę „wstrzymać ogień”, a przestawał strzelać dopiero, gdy usłyszał „Feuer einstellen”. „Prawie nigdy nie mogliśmy się zrozumieć” – pisał generał Lucjan Żeligowski. Żołnierzy różnił też poziom przygotowania bojowego – powszechnie uznawano za lepiej wyszkolonych tych z zaborów pruskiego i austriackiego. Potęgowało to, jak można się domyślać, negatywne zachowania, od szykan do poniżania włącznie. Jakby tego było mało, Wojsko Polskie było pstrokate zarówno w ubiorze, jak i uzbrojeniu. Jeden z żołnierzy 1 Pułku Ułanów Krechowieckich notował:

Szable mieliśmy francuskie, siodła austriackie […]. Bluzy i spodnie z angielskiego i amerykańskiego demobilu, krótkie austriackie buty i angielskie, wełniane, półelastyczne bandaże [pasy]. Co było niezwykle kłopotliwe i niewygodne. Zamiast skarpet, których nie było, owijało się stopy tzw. onucami, tj. kawałkami płóciennego materiału, pochodzącego przeważnie ze zużytej bielizny.

Najlepiej, jak zwykle, prezentowali się hallerczycy (co strasznie irytowało Piłsudskiego, który rywalizował z Hallerem), którzy dysponowali karabinami francuskimi oraz Wielkopolanie używający karabinów niemieckich. Oddziały „krajowe” miały karabiny spod niemal każdej szerokości geograficznej. Ujednolicenie uzbrojenia, produkcja właściwej amunicji, to kolejne wielkie zadanie dla rodzącego się państwa.

Chwalba ciekawie puentuje, że trudno oczekiwać, by tworzące się Wojsko Polskie było darzone uwielbieniem obywateli. Na najwyższych szczeblach nie uniknięto faworyzacji „swoich ludzi” (wskazywano tu „legionistów” Piłsudskiego), zaś na niższych – problemy z żywnością i aprowizacją doprowadzały do rabunkowych zachowań żołnierzy wobec ludności chłopskiej. Brakowało wszystkiego łącznie z wzajemnym zaufaniem. Niejeden rekrut musiał zadawać sobie pytanie, czy warto inwestować swoje życie w państwo, o którym mówiło się, że jest sezonowe i niebawem zniknie z map Europy. Dobrze widać to w zachowanej relacji chłopa Michała Słowikowskiego: „Jak mi się żreć chce, to co mi honor da? W dupie mam honor. Jeżeli jeść nie ma co, jeżeli wszy gryzą. Jeżeli gaci żołnierze nie mają”.

Na skutek tych wszystkich starć Wojsko Polskie otrzymało charakter bardziej narodowy niż państwowy. Żydzi na ogół nie byli zainteresowani służbą wojskową, zaś Ukraińcy traktowali Polskę wrogo. Ten narodowy – a nie państwowy – charakter wojska znajdzie swój wyraz w późniejszych narracjach o Bitwie Warszawskiej. Za ukończenie procesu scalania różnych oddziałów, tradycji i doświadczeń uznano 19 października 1919 roku. Dzień ten powszechnie nazwano „świętem trzech Józefów”, bowiem przed Naczelnym Wodzem, Józefem Piłsudskim stanęli także Józef Haller i Józef Dowbor-Muśnicki. Nie rozstrzygnięto wszystkich sporów, ale przynajmniej w dylemacie „co nałożyć na głowę – maciejówkę czy rogatywkę” wskazano tę drugą.

Rozległość panoramy warszawskiej

Chwalba umiejętnie rozbija stereotypy i skróty myślowe. Bitwa Warszawska nie odbyła się w stolicy, ale na jej rozległym przedpolu. To obszar rozciągnięty na przestrzeni stu kilometrów i obejmujący takie punkty jak Płock i Włocławek, Wyszogród i Modlin, Ciechanów i Nasielsk, Radzymin i Mińsk Mazowiecki. Jedyną stałą osią są rzeki Wisła i Wieprz. Jasne, że Bitwa Warszawska brzmi znacznie lepiej niż bitwa na przedpolu Warszawy albo bitwa wokół Warszawy. Historiografia i narodowe legendy napiszą swoją wersją, obowiązującą w powszechnym myśleniu do dzisiaj. Warto jednak wskazać różnice między historią a mitem.

Chwalba opisuje je bez felietonowego zacięcia, zdając sobie sprawę, że wchodzenie w spory z historykami zajmującymi się tym wydarzeniem jest w zasadzie bez szans na rozwiązanie. Spór o to, kto był autorem koncepcji przejścia z defensywy do ofensywy – Piłsudski czy Rozwadowski – ciągnie się od stu lat i dalej pozostaje nierozstrzygnięty. A jest się o co kłócić, pomysł bowiem był zaskakujący i szedł na przekór dotychczasowej sztuce wojennej. Dość wspomnieć, że wysłany sztabowcom na pomoc w konsultacjach Francuz Maxime Weygand sugerował to, co się sprawdziło w czasie Wielkiej Wojny. Okopać się, wbić się w ziemię na długie miesiące i wzajemnie się wykrwawiać. Warszawa miała być powtórką Sommy, Verdun, Ypres. I całe szczęście, że rekapitulacja dziejów się nie wydarzyła. Pomysł przejścia z obrony do ataku idealnie wpasował się w przebieg Bitwy Warszawskiej. Armia Czerwona była rozciągnięta, pomiędzy poszczególnymi oddziałami brakowało dobrej komunikacji (Polakom udało się złamać rosyjskie szyfry), a przede wszystkim istniała rywalizacja pomiędzy dowódcami, który z nich zaniesie płonącą pochodnię rewolucji na Zachód. Tuchaczewski najbardziej chciał być Prometeuszem Proletariatu i to on parł do dalszej walki, nie czekając na nadejście posiłków. Polityczne kierownictwo bolszewików jeszcze przed rozpoczęciem Bitwy Warszawskiej widziało „Polskę czerwoną” i rozprowadzało ulotki z odezwami do Warszawiaków, aby występowali przeciwko własnej armii. Marchlewski pisał: „Do Proletariatu Warszawy! Młoty w dłoń! Sztandar czerwony nad pałacem Zygmuntowskim i Belwederem przez was powinien być zatknięty, zanim wkroczy do Warszawy armia czerwona”, wtórował mu Karol Radek: „Wywołujcie bunty i usuwajcie oficerów! Spieszcie w jednym szeregu z Armią Czerwoną do Warszawy”.

Swoje robiła też prasa moskiewska, która przekazywała informacje pochodzące od dowódców z pola bitewnego. Nagłówki biły po oczach wykrzyknikami: Warszawa wzięta, Warszawa nasza, Koniec białej Polski, Czerwone flagi nad Warszawą, Proletariat polski i masy pracujące Polski włączają się do marszu na Europę. Warta odnotowania jest data tych tytułów: to 15 sierpnia, a więc kiedy Bitwa Warszawska wciąż trwa. Dziś powiedzielibyśmy o nierzetelności dziennikarskiej, chciejstwie faktów, ale można też spojrzeć na to jak na zaklinanie rzeczywistości. Wielka wiara była pokładana w Armii Czerwonej, w jej zdolność niesienia ognia rewolucji aż po sam kres horyzontu. I bynajmniej nie ironizuję tutaj, trzeba jedynie wczytać się w emocje czerwonoarmiejców.

Jeszcze innym motywatorem posługiwał się Tuchaczewski, który znał swoich żołnierzy i obiecywał im dwa-trzy dni niczym nieskrępowanego szabru w zdobytej Warszawie. Należało ją tylko zdobyć. Bitwa Warszawska to starcie na polu psychologicznym (gdy chłopiec do bicia przestaje się zasłaniać i zaczyna oddawać, i to skutecznie), propagandowym, ale również na polu metafizycznym. Starcia toczyły się od 11 sierpnia do 16 sierpnia i obfitowały w zmienne koleje. Były sukcesy i porażki, bohaterowie i dezerterzy. Pamięć historyczna, która chce budować jedność narodową, to jednak ciekawy i bardzo wybiórczy mechanizm. Spośród wielu bohaterów do miana najważniejszego urasta postać księdza Ignacego Skorupki, który zginął 14 sierpnia pod Ossowem. Powiedzmy od razu, że jego śmierć była jedną z wielu bohaterskich, ale niestety nie zmieniła radykalnie nastawiania żołnierzy. Zauważmy też, że decydujące starcie, czyli to, które zapewniło zwycięstwo, nadeszło dopiero 16 sierpnia. Dlaczego zatem wybrano 15 sierpnia? Nałożyło się tu kilka czynników. 14 sierpnia Stanisław Stroński publikuje w „Rzeczpospolitej” tekst pod tytułem O cud Wisły. Być może artykuł ten umknąłby uwadze pośród wielu innych, gdyby nie dwa dni później przejęcie inicjatywy w Bitwie Warszawskiej. Tekst ukazał się w przededniu święta liturgicznego Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Tradycja Kościoła wielokrotnie zaś wskazuje, że czciciele Maryi często umierają w wigilie jej świąt. Dla przykładu: Maksymilian Maria Kolbe. Bitwa Warszawska, z cudowną interwencją Maryi, doskonale wpasowywała się w znane dzieje Polski, do których wielokrotnie odwoływano się w celu pokrzepienia serc i ducha. Oto raz jeszcze Czarna Madonna, podobnie jak to było w czasie potopu szwedzkiego, ratuje Polskę. Ksiądz Ignacy Skorupka staje się powtórzeniem nie tylko osoby ojca Augustyna Kordeckiego (który walczy), ale również powtórzeniem biskupa Stanisława ze Szczepanowa (który ginie). Jasna Góra i Ostra Brama zostają dopowiedziane w Bitwie Warszawskiej. W ten sposób raz jeszcze w narracji uwypuklono mistyczny (maryjny) nurt dziejów Polski. Można by się zastanawiać, dlaczego narracja państwowa i historyczna (16 sierpnia) przegrała z narracją hagiograficzną (15 sierpnia). Może było tak dlatego, aby podkreślić tożsamość narodową państwa, które niedawno odzyskało niepodległość? Ponownie zatem odwołano się do wibrujących elementów duszy polskiej: ofiarnej śmierci księdza, kultu maryjnego, Boskiej interwencji w ziemskie dzieje. Raczej nieopacznie – i to też jest nie mniej fascynujące – z biegiem lat wzrósł nacisk na budowanie tożsamości „Polaka-katolika”, co nierzadko prowadziło do tworzenia wspólnoty wykluczającej wszystkich niemieszczących się w tym zakresie pojęciowym. Czy byli tego wszystkiego świadomi wiwatujący w 1920 roku?

Dylematy warszawskie

Jak do każdego sukcesu, tak do zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej zaczęło zgłaszać się wielu ojców. O sporze między Piłsudskim a Rozwadowskim już wspomniałem. Szanse tego ostatniego dramatycznie spadały od przewrotu majowego. Co ciekawe dla polskiego czytelnika, na Zachodzie sukces przypisano… Weygandowi. Uznano, że dowódcy „państwa sezonowego” nie wpadliby na tak strategiczne rozwiązania sami. Należy jednak uczciwie przyznać, że Weygand nigdy nie przypisywał sobie roli autora warszawskiej wiktorii. Nie chciano go jednak słuchać. Podobnie jak lorda D’Abernona, którego „18-stą z najważniejszych bitew” z taką lubością cytujemy. Podręczniki zachodnie na ogół mają inną hierarchię starć.

Chwalba zgodnie z tytułem wskazuje, że choć wiktoria warszawska była „bitwą o wszystko”, to w zapisach traktatowych jawi się wyjątkowo blado. Wedle historyka, traktat ryski to przegrana… obydwu stron. Moskwa musiała odsunąć marzenie o dalszej rewolucji na Zachodzie, a Lenin „nie został prezydentem bolszewickiej Europy – ani też sekretarzem generalnym europejskiej partii komunistycznej”. Przegrała też Polska, bowiem granica ryska pogrzebała ambitne wizje Dmowskiego i Piłsudskiego. Jedni zarzucali, że Polska ryska otrzymała za mało terenów na Wschodzie, inni z kolei wskazywali, że wchłonęła za dużo ludności ukraińskiej. Gdzieś na marginesie powstaje refleksja, czy „przegrane zwycięstwa” to nie jest polska specjalność. W końcu trochę ich mamy na naszym koncie…

Andrzej Chwalba, Przegrane zwycięstwo. Wojna polsko-bolszewicka 1918–1920, Czarne, Wołowiec 2020.

Okładka książki "Przegrane zwycięstwo"

Zachęcamy do odwiedzenia bloga Marcina Cieleckiego: https://marcincielecki.wordpress.com/

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Panorama warszawska, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 62

Przypisy

    Powiązane artykuły