27.08.2020

Nowy Napis Co Tydzień #064 / „Szli przez noc”. „Solidarność” w prozie

O pierwszej „Solidarności”, jej historii, znaczeniu, specyfice napisano w XXI wieku wiele; powstają nowe interpretacje polityczne i socjologiczne, publicystyczne i naukowe. A jednak wydaje się, że ów wielki fenomen, jakim był solidarnościowy ruch, „karnawał »Solidarności«” trwający od sierpnia 1980 do grudnia 1981 roku, w bardzo niewielkim stopniu znalazł swoje miejsce w literaturze: można chyba ocenić, że nie został przez nią przepracowany i opracowany w stopniu odpowiadającym jego historycznemu znaczeniu. Jeśli „Solidarność” stawała się tematem, to często przez pryzmat późniejszej historii, szczególnie stanu wojennego; była więc „Solidarność” traktowana jako wydarzenie niekoniecznie posiadające samodzielną wartość i sens, którym warto poświęcić literackie dociekania – raczej jako pewien nieautonomiczny element historii lat 80. Na „Solidarność” patrzy się niemal wyłącznie z perspektywy 13 grudnia 1981 roku i lat następnych. Niewielu autorów sięgało do źródłowego doświadczenia „Solidarności”, a więc do miejsca, w którym niejako pozwala się mówić jej samej o sobie czy próbuje się znaleźć jej możliwe sensy, wykraczające poza ówczesną politykę i moment historyczny. Jednym z powodów jest z pewnością to, że kilkanaście miesięcy poprzedzające stan wojenny to okres krótki i niewiele było czasu na powstanie czegokolwiek osadzonego w ówczesnych realiach; z kolei po tej dacie najświeższe, dramatyczne wydarzenia przykryły poprzedni czas i domagały się opisania go z nowej perspektywy. Minął jednak stan wojenny, mijały kolejne dekady, a doświadczenie pierwszej „Solidarności” nadal nie znalazło w literaturze wiele miejsca, jakby w momencie jej narodzin nie starczyło czasu na powstanie poświęconej jej prozy, a później nie było już dobrego momentu na powrót do tego tematu.

Za emblematyczny przykład, jak „Solidarność” niejako zniknęła z pola widzenia, nawet będąc jednocześnie tematem opowieści, może służyć reportażowa książka Skucha Jacka Hugo-BaderaJ. Hugo-Bader, Skucha, Agora/Czarne, Warszawa 2016.[1]. Autor zajmuje się w niej bolesną wiwisekcją przetrąconych życiorysów działaczy „Solidarności”, osób mu bliskich: problem w tym, że najtrudniejsze rozliczenia, najboleśniejsze postscripta pokazujące upadki, niespełnienia, jakby pomijają w ogóle przedmiot ich rozliczeń: czytelnik dostaje odbrązowienie, ale nie do końca wie, odbrązowienie czego, bo przedmiot tej operacji nie zostaje mu przybliżony. „Solidarnościowa” działalność jest wspominana gdzieś przy okazji, na marginesach, w kilku porozrzucanych w książce akapitach. Mamy więc późniejsze losy bohaterów, gorycz porażki, mamy reportaż dokumentujący tak naprawdę przez losy jednostek niedomagania Trzeciej Rzeczypospolitej. Bohaterowie Hugo-Badera raczej komentują swoją przeszłość, niż o niej opowiadają, jedni – mimo późniejszych zawirowań – uznają swoje ówczesne zaangażowanie za słuszne, inni są bardziej sarkastyczni, cyniczni, dla niektórych wręcz „Polska oznacza odrzucenie, zgorzknienie, przegrane życie po prostu”. Jednak komuś, kto szuka tu zrozumienia, co się wydarzyło – czy raczej: co się działo – w roku 1980, książka Hugo-Badera niekoniecznie będzie miała wiele do powiedzenia.

Okładka książki "Skucha"

Skupiam się właśnie na tych prozatorskich dziełach polskiej literatury, które mówią coś o pierwszej „Solidarności” z różnych perspektyw. Temat był bowiem podejmowany rzeczywiście w sposób różnoraki, zależny nie tylko od światopoglądu i politycznej pozycji danego twórcy, ale również czasu, kiedy dany utwór powstawał – czy w niedalekim następstwie wydarzeń, o których traktował, czy też wiele lat później. Szkic ten nie rości sobie jednak pretensji do całościowego przeglądu prozy poświęconej „Solidarności”, jest raczej pewnym przyczynkiem, zwróceniem uwagi na sposoby, jak wybrane teksty mierzyły się z doświadczeniem zrywu lat 1980–1981.

Rok 1980. Zły robol i dobry robotnik

Na krótko przed (sic!) powstaniem „Solidarności” powstało dzieło, o którym sam autor twierdził, że należy je czytać przez pryzmat wydarzeń późniejszych. Mowa o prozie pod tytułem W Polsce Tadeusza KorzeniewskiegoT. Korzeniewski, W Polsce, Bellona/Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 2009.[2]. Mimo że utwór został opublikowany po raz pierwszy w „Zapisie” w roku 1978, sam autor dodał do niego w późniejszych wydaniach długi, narracyjny komentarz, stanowiący odtąd integralną część dzieła – wyjaśnienie, w którym sugeruje odczytywanie opowiadania właśnie w kontekście działalności „Solidarności”: „[W] marcu 1976 w Sopocie doznałem epifanii literackiej nadciągającej rewolucji solidarnościowej, włącznie z jej ciężkim spartoleniem”. W Polsce to pisane groteskowym językiem, po części knajackim, po części gombrowiczowskim, opowiadanie o nieudanym strajku i rewolucji. Opowieść o Abku, Bebku i Cebku, pracownikach firmy przeprowadzkowej, którzy postanawiają zastrajkować, przeplata się tu z „przypowieścią o wielkim Integratorze”, w której opisane zostają fantazyjne dziwy, włącznie z duchem Karola Marksa oblewającego egzamin z ekonomii. Opisywana w opowiadaniu rewolucja kończy się bardzo specyficzną „dyktaturą proletariatu”: pracownicy włamują się do domu szefa i jedyne, co przychodzi im do głowy, to danie mu w łeb, przebranie się w jego garnitury i wypicie jego alkoholi. Bohaterowie jedynie odgrywają solidarność czy raczej klasową lojalność, pod tymi pozorami kryje się jednak walka:

Bebusa warto by odsunąć od rewolucji, podejrzany element, wchodzi Cebus w układ z Abusem. Cebus powiedział, że ciebie załatwi, napuszcza Abus Bebusa na Cebusa. Ale kiedy zejdą się razem, puszczają znakomity gramofon telefunken, nawołują się, weselą, strasznie solidarnościowi. Chata, muzyczka, gorzałka, micha…

Po takim „triumfie” chuć wygania bohaterów na miasto w poszukiwaniu erotycznych spełnień – porzucają więc swoje zdobycze i rozpuszczają się w nocnym mieście, zapomniawszy w ogóle, z jakich motywacji i dla jakich celów rozpoczęli swój strajk… Korzeniewski posługuje się językiem z niezwykłą inwencją, pisze stylem pełnym neologizmów i wulgaryzmów, łączącym najróżniejsze, skrajne żywioły, na przykład styl przypowieściowy i obscenę. W Polsce jest z pewnością świetnym kawałkiem prozy z tamtych czasów, często przeoczanym ze względu na niewielki dorobek autora, jego nieobecność w tak zwanym życiu literackim i zapewne polityczną kontrowersyjność.

Samo opowiadanie to jedno, a próba jego odniesienia do dziejów „Solidarności” – to drugie. Stosunek Korzeniewskiego do niej wydaje się dwuznaczny. Z jednej strony pisze tak:

Wiek XX egalitarny. Oba diaboliczne totalitaryzmy wieku XX, nazistowski i bolszewicki, czerpały swoją pierwotną energię z egalitaryzującej się – volkswagen i kołochoz – świadomości mas. To była noc wieku XX egalitarnego. Z światła dnia wieku XX egalitarnego wypłynęła Solidarność.

Z drugiej strony:

intensywna celebracja przez Polaków „bezprecedensowego fenomenu Solidarności” wyrządza szkody w głębszych pokładach duszy polskiej, jak wyrządza szkody adorowanie nieudałego symbolu religijnego.

Mamy więc „Solidarność” zarówno jako niemal metafizyczną równowagę dla totalitaryzmów, ale też jako obiekt fałszywego kultu. Sam Korzeniewski o wiele bardziej jednoznacznie wyłożył z kolei, na czym według niego polega analogia „spartolenia” rewolucji zarówno w jego opowiadaniu, jak i rewolucji solidarnościowej: „główny mesydż ich zachowania w tej historii jest taki, że kiedy sami dorwą się do stołu, willi, władzuchy, hamulce obyczajowe i nity kulturowe osobowości puszczają im jak tania farba”. Byłaby więc to opowieść o demoralizującym wpływie władzy; należy jednak poczynić zastrzeżenie, że bohaterowie opowiadania Korzeniewskiego, inaczej niż w rzeczywistości, przejęli władzę siłą – tej rozbieżności autor, zdaje się, nie interpretuje.

Wracając do dwuznaczności, to taka jest też u Korzeniewskiego obsceniczność: z jednej strony mamy bohaterów wulgarnych (wulgarni i groteskowi są zresztą wszyscy, bez względu na przynależność klasową), w tej wulgarności raczej odstręczających – z pewnością nie należy ona do ich pozytywnych cech. Z drugiej strony puentą opowiadania jest dygresyjna narracja o kliencie baru mlecznego, który protestuje z powodu pływającego w zupie mysiego gówna – właśnie tak, bowiem „to, o co chodzi, to wcale nie fekalia czy kał, czy nieczystość – tylko gówno! Gówno! Gówno!…”. Czyli sama prawda jest obsceniczna i wulgarna, w przeciwieństwie do eufemistycznego języka oficjalnego – i ta obsceniczność prawdy jest czymś rewolucyjnym oraz potrzebnym.

Okładka książki "W Polsce"

Książką opisującą już konkretnie solidarnościową rewolucję, i to z samego wnętrza, z pierwszej, by tak rzec, ręki, jest Moc truchleje Janusza GłowackiegoJ. Głowacki, Moc truchleje, Bellona/Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 2009.[3] – z punktu widzenia tematyki niniejszego szkicu to tekst wyjątkowy: napisany jesienią 1980 roku przez bezpośredniego świadka i uczestnika wydarzeń w gdańskiej stoczni. Narratorem uczynił Głowacki Ufnala, robotnika stoczni, którego opowieść jest językowo nieporadna, a świadomość spraw, które wokół niego się dzieją, mocno ograniczona, jednak w przeciwieństwie do groteskowych i strasznych bohaterów Korzeniewskiego jest kimś, do kogo czytelnik odruchowo czuje empatię. Ufnalowi ciężka, fizyczna praca, trudna sytuacja rodzinna i życiowa oraz propaganda systemu ograniczyły możliwość rozumienia rzeczywistości: z dobrej woli zostaje donosicielem, nie do końca rozumiejąc nawet, że nim został. Z czasem dopiero, podczas rozwijającego się w stoczni strajku, który obserwujemy jego oczami, Ufnal rehabilituje się, staje po stronie swoich kolegów oraz protagonistów całego zamieszania, Wąsatego i Okularnicy. U Głowackiego wygadany partyjny inteligent jest przeciwstawiony robotnikowi, który może nie potrafić wypowiedzieć, uzasadnić swoich racji: „Oni tu wszyscy krzyczą o wolności, o demokracji. Ale czy wy osobiście poważnie myślicie, że to społeczeństwo chce wolności? Zauważyłem, że chyba jednak na pewno tak”.

Najważniejszy dla odczytania utworu jest jednak właśnie język Ufnala, można powiedzieć wręcz, że jest on głównym bohaterem tej książki. Język momentami pokraczny, bezwiednie komiczny, ograniczony, ale też wyrażający sprawy tragiczne i smutne tonem fatalisty przyzwyczajonego do najcięższych ciosów i opowiadający o nich jak o naturalnych składnikach codzienności. Ten wymyślony przez Głowackiego język to nie tylko chwyt uatrakcyjniający narrację, a rzecz fundamentalna, stanowiąca o literackiej wartości tej książki: kaleki język Ufnala odbija bowiem jego okaleczoną różnymi okolicznościami świadomość, którą uzdrawia i której naturalnie dobre odruchy pozwala realizować dopiero organizująca się w stoczni wspólnota robotników. Moc truchleje staje się w ten sposób rodzajem smutnej, ale i komicznej bajki o dobrym zakończeniu – można rzec, że Moc truchleje jest utworem symetrycznym do Dołu Andrieja Płatonowa (zachowując proporcję, bo Dół to jednak jeden z największych utworów literackich XX wieku): u Płatonowa zdegenerowany przez totalitaryzm język nie pozwala wypowiedzieć ani tragedii, która się dokonuje, ani rozpaczy narratora. Ufnal natomiast dzięki solidarności, jaka wytworzyła się między robotnikami, pozbywa się wyobcowania – wprawdzie nadal nie umie wyrazić swoich racji, ale dowodem przemiany jest odnalezienie się we wspólnocie i zyskanie nadziei, poczucia, że „teraz to już chyba jakoś pójdzie”, jak brzmią ostatnie słowa książki.

Na marginesie warto odnotować, że Głowacki dopisał tu pewne postscriptum, po wielu latach jeszcze raz podchodząc do tego tematu, tym razem jednak w zupełnie innych realiach, w innej epoce i z innego punktu widzenia: został bowiem scenarzystą Człowieka z nadziei, filmu Andrzej Wajdy z 2013 roku, opowiadającego o Lechu Wałęsie. Refleksja nad tym, jak odmiennie są te dwa spojrzenia jednego autora na powstanie „Solidarności” i dlaczego w taki właśnie sposób się różnią, mogłaby być przedmiotem osobnego tekstu. (Jeśli chodzi o sam film Wajdy, odsyłam czytelnika do tekstu Krzysztofa Kłopotowskiego z niniejszego numeru „Nowego Napisu”).

Okładka książki "Moc truchleje"

Lata 80. Pamflet i apoteoza

Oba przywołane utwory – W Polsce i Moc truchleje, powstały przed stanem wojennym; oba, choć odmiennie, opowiadają o strajku robotników i o robotnikach; dwie następne książki także można zestawić w parę: obie powstały w latach 80. i bohaterami obu są inteligenci. Poza tymi podobieństwami są to jednak utwory biegunowo odmienne.

Pierwszą książką z tej pary jest Rok w trumnie Romana BratnegoR. Bratny, Rok w trumnie, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1983.[4]: osławiona powieść wydana w wielkim nakładzie podczas stanu wojennego. Władza wprawdzie nie najlepsza, lecz „Solidarność” to wariaci – tak można streścić polityczne przesłanie tej książki. Bohater mówi z satysfakcją: „Jestem chyba wyjątkowo uodporniony na wszelkie społeczne zauroczenia. Stąd mój dystans wobec Solidarności ze świętym obłędem naszej niedoszłej rewolucji osiemdziesiątego roku. Tym bardziej wobec partii”. Przesłanie polityczne, które zostaje przedstawione jako apolityczne dzięki wykreowanemu bohaterowi Julianowi Petrykowi, aktorowi skazanemu na dwadzieścia pięć lat więzienia za zabójstwo, który z powodów zdrowotnych wychodzi na rok na przepustkę. Petryk wie, że na wolności pobędzie jedynie rok, może więc beznamiętnie przyglądać się wszelkim politycznym zawirowaniom i oceniać je, bowiem wie, że i tak nie będą miały żadnego wpływu na jego życie. Wszystko, co dzieje się wokół, jest dla niego martwe – stąd rok na wolności staje się paradoksalnie tytułowym „rokiem w trumnie”. Nie miejsce tu, by streszczać fabułę (która w sporej mierze składa się z wątków erotycznych, jako że wyposzczonego więźnia taka aktywność interesuje bardziej niźli polityka) – ze spraw tyczących się „Solidarności” na pierwszy plan wybija się wątek chłopca, który wplątuje się w idiotyczną konspirację i przez swoich kolegów zostaje z powodów „honorowych” zmuszony do samobójstwa. Jest to bezsensowna ofiara powstańczych mrzonek wywołanych przez „Solidarność”: „Starzy i młodzi oszaleli dla tej Solidarności. Uwierzyli w nowy mit. Mają nową ewangelię. A najmłodsi chcą teraz wcielić w życie niespełnione zazdrosne sny o bohaterskiej przeszłości ojców – konspiracje, zamachy, ofiary”. Bohater Bratnego mówi, że skutkiem działania „Solidarności” będzie więc zbrojne powstanie czy terroryzm – co, to rzecz jasna, nigdy nie było celem „Solidarności”, jednak taki jej obraz miał pozostać czytelnikowi w głowie po lekturze Roku w trumnie.

Julian Petryk wobec tak nakreślonego tła zostaje przedstawiony – czy też sam się przedstawia – jako doświadczony więzieniem, cyniczny, ale i dzięki temu mądry, bo niewzruszony i pozbawiony złudzeń obserwator.

Dla wszystkich chyba ta „Solidarność” ma w sobie coś ze szlachetnego Janosika. Zabiera możnym, biednych obdziela. A ja, więzień, jak mogłem inaczej niż entuzjazmem powitać spór o to, czy nowy gmach Komendy Wojewódzkiej obrócić na szpital czy na dom starców. Sama wspaniała sprawiedliwość. Przecież byłem dorosły, przecież wiedziałem, że wszystko, co trąci zrealizowaną bajką, jest po prostu bujdą, musi okazać się bujdą.

Albo, w innym miejscu:

Ja, człowiek zza muru, wiedziałem, że świat nie da się przerobić przez zwyczajne odwrócenie go podszewką na wierzch. Co było wywyższone, będzie poniżone, i tak dalej. Sam się po jakimś czasie wystraszyłem, widząc, jak ten ruch zaczął nabierać cech świętości. Przywódcy to już byli ludzie święci, choćby i nieraz pasowali do mnie pod celę. […] Dla nich nawet strajk nie był narzędziem osiągania celów, tylko aktem moralnego oczyszczenia. Wyglądało na to, że nie obejdzie się bez butelek zapalających. Cieszyłem się i byłem pełen strachu. Wszyscy mówili i pisali jedno tylko słowo „Odnowa”. Koniecznie z dużej litery. Nikt nie pisał słowa „rzeczywistość” nawet petitem. Jakby przestała istnieć. Istniał tylko moralny imperatyw, godność narodowa, święty obowiązek Odnowy wszystkich i wszystkiego.

Są to kluczowe passusy dotyczące „Solidarności” w Roku w trumnie. Pojawia się też wprawdzie wątek ofiar stanu wojennego, a konkretnie górników z kopalni Wujek, ale przetworzony w ten sposób, że jeden z bohaterów książki, dyrektor teatru, wystawia sztukę, w której koniunkturalnie tę śmierć wykorzystuje, próbując przyciągnąć publiczność politycznym zaangażowaniem. Julian Petryk z kolei po nieangażowaniu się w politykę, załatwieniu na wolności kilku spraw z dawnymi znajomymi i kilku romansach, po roku w trumnie wraca do więzienia odbyć resztę kary; spełnił wszakże główne swoje zadanie, przewidziane przez autora, to jest skrytykował „Solidarność” za jej wywrotowość, nieodpowiedzialność, niedojrzałość i przemoc.

Okładka książki "Rok w trumnie"

W opozycji do Roku w trumnie Romana Bratnego mamy Rozmowy polskie latem 1983 roku Jarosława Marka RymkiewiczaJ.M. Rymkiewicz, Rozmowy polskie latem roku 1983, Świat Książki, Warszawa 2003.[5], a więc książkę powstałą niemal dokładnie w tym samym czasie, lecz stanowiącą jedną z najbardziej znanych apoteoz „Solidarności”. Dygresyjna opowiastka o wakacjach na Suwalszczyźnie, rozmowach o historii i łowieniu raków, Jaćwingach i diable, zawiera także kilka passusów równie bezpośrednio co u Bratnego poświęconych „Solidarności”. Rymkiewicz zresztą jako jedyny z przywoływanych w niniejszym szkicu autorów wchodzi na bardzo wysoki poziom abstrakcji: jego hymniczne akapity nie dotyczą już konkretnych faktów, nie dotyczą także ówczesnej rzeczywistości społecznej czy politycznej, przeoranej już przez stan wojenny, ale starają się uchwycić czy nadać jak najbardziej abstrakcyjny, filozoficzny, historiozoficzny sens doświadcze­niu „Solidarności”. Jak pisze bowiem Rymkiewicz:

[…] „Solidarność” i Polska to jest już to samo, i minie sto, minie pięćset lat, i duch polski przemieni się, przybierze kształt całkiem dla nas, tu i teraz żyjących, nieoczekiwany, ale mimo to, mimo wszystkie przemiany ducha, będzie w tym duchu fragment, ułamek przez nas, przez naszą duchową, naszą naprawdę ciężką duchową pracę uformowany, fragment, ułamek, którego nikt nigdy – żaden generał, żaden pismak żadnego generała – nie zdoła zniszczyć, ponieważ duch jest niezniszczalny […].

Taki punkt wyjścia pozwala nie patrzeć na „Solidarność” przez pryzmat stanu wojennego i momentu, w którym Rymkiewicz pisał te słowa, a spojrzeć na nią jako na ukonkretnienie w historii pewnych wartości – i w takim sensie jej znaczenie wykracza poza wąski kontekst społeczno-polityczny. Pan Mareczek, bohater Rozmów polskich i alter ego autora, rozpoczyna jeden ze swoich wywodów od hipotezy o opatrznościowej przyczynie powstania „Solidarności”, która

może się okazać – bo może była? – dziełem Bożym, wielkim darem, który Bóg ofiarował Polakom, aby ich pocieszyć po latach nieszczęść i rozpaczy. Bo że doświadczenia tych szesnastu miesięcy jakoś nas pocieszyły, jakoś nas umocniły duchowo […] to jest chyba całkiem oczywiste.

Historyk będzie pisał o „Solidarności” jako zrywie, który zaistniał nie ex nihilo, ale w pewnym historycznym kontinuum jako kolejnym etapie budowania opozycyjnych struktur. Skądinąd nie ma to żadnego związku ani nie musi być sprzeczne z wiarą w opatrznościową proweniencję „Solidarności”. Rymkiewicz jednak prowadzi swój wywód właśnie wbrew rozumowi historycznemu, pisze o „Solidarności” jako cudzie – czymś, co pojawiło się niezapowiedziane, bez przyczyny innej niż boska interwencja, co więcej – jako czymś, co pojawiło się w momencie, kiedy Polacy zrezygnowali już de facto z walki o niepodległość, a więc o swoje istnienie. Nic nie poprzedzało „Solidarności” ani nic jej nie zapowiadało, nie ma żadnych procesów historycznych, którymi dałoby się jej powstanie wytłumaczyć, a wręcz od­wrotnie: logiczniejszy z dziejowej perspektywy byłby raczej dalszy upadek polskiego ducha – tak właśnie daje się sparafrazować centralną dla Rozmów polskich wypowiedź pana Mareczka:

[…] Polacy zostali ogarnięci czymś, co dałoby się nazwać manią samobójczą. Doszli do wniosku […] że nie warto już dłużej się męczyć, ponieważ męczą się już bardzo długo, za długo, przynajmniej od roku 1939, i nic nie wskazuje na to, aby ta ich męka miała się kiedykolwiek skończyć. […] Polacy zaczęli w pewnej chwili zachowywać się jak człowiek, który – gdy zbyt już jest męczony – kładzie się i powiada: mam tego dość, teraz niech się dzieje co chce, bo mnie jest już wszystko jedno i nie obchodzi mnie, co się ze mną stanie. […] Dar Boży, jakim była „Solidarność”, przywrócił duchowi polskiemu wolę życia.

Okładka książki "Rozmowy polskie latem 1983 roku"

Lata 90. Historia i biografia

Ostatnia para książek, które chciałbym zestawić w tym tekście, wydana została już w Trzeciej Rzeczypospolitej, są to więc utwory powstałe w zupełnie innym kontekście politycznym, w innej rzeczywistości społecznej; czas walki o zmianę systemu się zakończył, nadszedł moment na pierwsze, wstępne podsumowania pewnego etapu, na rozliczenia; czas dla histo­ryków i biografów. Zaczął się, owszem, etap nowy, jednak tym bardziej i coraz szybciej rok 1980 wydawał się coraz bardziej odległy w czasie i jednocześnie, paradoksalnie, coraz bardziej polaryzujący, coraz trudniejszy do opowiedzenia.

Najistotniejszą w tej perspektywie książką jest wydana w 1990 roku powieść Agitka Anny BojarskiejA. Bojarska, Agitka, Alfa, Warszawa 1990.[6], szeroko zakrojony polityczny thriller idei – chyba tak można zakwalifikować gatunkowo tę książkę, choć nie jest to bynajmniej powieść szpiegowska – oraz konsekwencji, do jakich idee doprowadzają. Głównym bohaterem książki jest Krzysztof Paliwoda, intelektualista, który z jednej strony pragnie politycznego zaangażowania, z drugiej – w żadną ideę nie potrafi uwierzyć w pełni, żadnej nie potrafi przyjąć za swoją w taki sposób, by poświęcić jej życie. Na Zachodzie obraca się jednak w środowiskach zaangażowanych na śmierć i życie lewicowych intelektualistów najróżniejszych odłamów i proweniencji, rewolucjonistów, szpiegów, terrorystów – którym towarzyszy i których obserwuje z fascynacją oraz zazdrością, wplątując się w coraz tragiczniejsze wydarzenia. Część czwarta książki sprowadza bohatera do Polski, a jest właśnie rok 1980 – i tutaj następuje zderzenie z inną rzeczywistością.

Paliwoda, który wcześniej tłumaczył swoim przyjaciołom, że w strajkach robotników w Polsce chodzi „o golonkę i boczek”, nagle dowiaduje się, że „robotnicy strajkują o podwyżkę płac dla lekarzy”. Zarówno to, jak i księża w strajkującej stoczni udzielający ostatniego namaszczenia, wydają mu się żartem. Później, sam biorąc udział w strajku w Stoczni Gdańskiej, doznaje wprawdzie wzruszeń, przyznaje, że takie zwycięstwo przydarzyć się może raz w życiu, że już niczego więcej nie można się spodziewać – historia jednak nie zatrzymuje się w miejscu. Przyjaciele z Zachodu nie są w stanie zrozumieć, jak mogła go zwieść antysowiecka „Solidarność”, która występuje przeciw lewicowemu ustrojowi tylko z powodu zwykłych trudności początkowego okresu budowy socjalizmu… A jednak nie chodzi tu o prostą apoteozę „Solidarności”, Bojarska próbuje się przedrzeć do fundamentów polityki i polityczności, do zaangażowań na śmierć i życie, tworząc opowieść o tragicznych złudzeniach, męczennikach za sprawę, pisząc o ludziach, którzy w imię polityki są w stanie zarówno zginąć, jak i zabić – jest to potężna i nieoczywista książka o czymś o wiele więcej niż tylko „Solidarność”, ale być może właśnie przez to jest jednocześnie najambitniejszą w literaturze próbą oddania sprawiedliwości temu ruchowi.

Okładka książki "Agitka"

O ile Bojarska rozlicza się z wielką historią, o tyle Jacek Kaczmarski rozlicza się raczej jedynie z własną, choć uwikłaną przecież w historię, biografią. Autoportret z kanaliąJ. Kaczmarski, Autoportret z kanalią, Scutum, Warszawa 2001.[7], powieść Jacka Kaczmarskiego wydana w 1994 roku, była jego debiutem prozatorskim, jedną z ponawianych zresztą prób zerwania z ciążącą mu łatką barda „Solidarności” i legendy opozycji. Jest to rozliczenie obrazoburcze, brutalne i zabawne. Bohaterem tej łotrzykowskiej powieści jest Daniel Błowski, który w toku fabuły co i rusz w środku swoich życiowych perypetii natyka się na samego Jacka Kaczmarskiego, zakochanego w sobie barda, który na przykład nie jest w stanie zagrać kon­certu dla zagranicznej publiczności spragnionej atrakcji w postaci jakiegoś Polaka-dysydenta, bo akurat tkwi w alkoholowym ciągu. Sam Błowski z kolei to tytułowa „kanalia”: śliski, bezduszny typ, któremu najdziwniejszymi zbiegami okoliczności udaje się grać w życiu na wszystkie fronty – zostaje zarówno pupilkiem władzy, jak i legendą opozycji, zięciem partyjnego bonzy i emigrantem-dysydentem, donosicielem i konspiratorem, naukowcem piszącym o religijnych obrazach Rembrandta i hedonistą. Kaczmarski portretuje tu zresztą w krzywym zwierciadle także przedsolidarnościową opozycję (m.in. Jacek Kuroń jako „Chrypiąca Paszcza” oraz Adam Michnik jako „Jąkający się Libertyn”), a akcja powieści ogarnia jeszcze lata 80., które Kaczmarski spędził na emigracji na Zachodzie, i tam też rozgrywają się dalsze wydarzenia tej książki. Sam okres „karnawału »Solidarności«” Błowski podsumowuje : „A potem był sierpień […]. Wszyscy wyszli z więzień i fabryk, wszyscy zaczęli nosić znaczki, wszyscy nie wiedzieć czemu poczuli się lepsi i szczęśliwsi. Niewiele ludziom potrzeba”. W tym czasie Błowski, jak zwykle dwuznaczny, w klapie nosi niedorobiony znaczek, napis brzmiący „Solidność”. Kaczmarski opisując tamten czas, piętrzy groteskowe, choć prawdopodobne – czy wręcz wzięte z życia – sytuacje: na przykład wizytę wojskowego na spektaklu zaangażowanego politycznie kabaretu; partyjni śmieją się z dowcipów na własny temat, a później, podczas bankietu, tłumaczą sympatykom „Solidarności”, że ich bezbronność i łagodność nie uchroni ich przed represjami, które w swoim czasie nadejdą. „Mamy wspaniałą młodzież. Szkoda, że będziemy musieli ją zniszczyć” – mówi jeden z oficjeli po koncercie Kaczmarskiego.

Gdy pod koniec powieści Błowski zostaje poproszony przez znajomą o zaimprowizowanie wykładu dla zagranicznych gości i ma zostać przedstawiony jako „wybitny działacz »Solidarności«, odpowiada: „Nie, tylko nie to. Wybacz. Raz, że to bzdura, dwa, że już mam dosyć”. A jednak chwilę później, wygłaszając mowę, nie może się powstrzymać, żeby nie mówić o Polsce jako Chrystusie narodów i nie wściekać się na żarty o Polaczkach. Bohater Kaczmarskiego – a Kaczmarski przez swojego bohatera, rozlicza się tu symbolicznie z własnym funkcjonowaniem w politycznym kontekście – cały czas jest brany za kogoś, kim nie jest. A kim jest naprawdę, nie wiadomo, bo zależy to właśnie od kontekstu, od innych ludzi.

Okładka książki "Autoportret z kanalią"

Wiek XXI. Epilog

XXI wiek to w polskiej polityce dominacja, konflikty i nieuchronnie nadcho­dzący zmierzch formacji postsolidarnościowych. „Solidarność” i rok 1980 jest, można powiedzieć, oficjalnie już usankcjonowanym mitem polskiej wyobraźni politycznej i historycznej, a jednocześnie nie wydaje się – pozostawiając na boku deklaracje – faktycznie wspólnototwórczym punktem odniesienia nawet dla tych, którzy ją wtedy tworzyli. W każdym razie sięganie w literaturze do roku 1980 współcześnie – bez względu na to, co jeszcze i na jakie sposoby można o nim opowiedzieć – nieuchronnie coraz mocniej ma i będzie miało posmak prozy historycznej. Opowiadanie Pawła Huelle Poczta rowerowa z tomu Opowieści chłodnego morzaP. Huelle, Poczta rowerowa, [w:] Opowieści chłodnego morza, Znak, Kraków 2008.[8] wydaje się potwierdzać te intuicje. Celowo jest skonstruowane w taki sposób, że wydaje się czarno-białą fotografią z dawnych lat, pojedynczą stop-klatką z przeszłości. Akcja rozgrywa się właśnie w 1980 roku w Gdańsku; narrator, ówczesny student, rozwozi rowerem strajkowe biuletyny, bierze udział w historii, która rozwija się na jego oczach, ale też odwiedza Lucjana, umierającego, ociemniałego świadka dwudziestowiecznej historii, więźnia obozu koncentracyjnego i łagru, znawcę klasyki, który do końca swych dni czyta jeszcze Eneidę w oryginale alfabetem Braille’a. Lucjan mniej jest zainteresowany strajkami, bardziej planami na życie swojego podopiecznego. Świadek i ofiara historii jest paradoksalnie mniej czuły na historię – bardziej na wieczność klasyków i pojedynczość życia. Dla studenta wożącego biuletyny strajk w stoczni jest jednocześnie świadomym zaproszeniem historii do swojego życia. „Szli przez noc pustą mroczni, po omacku” – takim cytatem z Eneidy kończy się opowiadanie Poczta rowerowa, co odnosi się zarówno do ociemniałości Lucjana, jak i metaforycznie do biografii bohatera opowiadania, a przez to do życia jako takiego, do uczestnictwa w historii. We wspomnieniach wszystko układa się w jakąś opowieść, natomiast w danym momencie życia nie znamy przyszłości – zawsze idzie się przez noc.

Jeden tylko akapit z całego opowiadania świadczy o tym, że rzecz opowiedziana jest o wiele później, z perspektywy o dziesięciolecia późniejszej, a więc ze świadomością wszystkich następstw:

Rewolucja zataczała coraz szersze kręgi i z braku innych dóbr stała się pierwszorzędnym towarem eksportowym, o czym za jakiś czas przekonali się Czesi, Niemcy, Węgrzy, Słowacy, a w końcu sami Rosjanie. Cokolwiek sądziłem o niej później, często krytycznie, nie zmieniało to oczywiście cudownego faktu: przyniosła wolność, a naszym przeciwnikom nie spadł choćby włos z głowy. Także i tym, którzy niejeden raz strzelali lub rozkazali strzelać do ludzi tylko za to, że domagali się chleba i swobody.

Wspomniałem o narzucającym się patrzeniu na „Solidarność” przez pryzmat stanu wojennego i późniejszych lat – Huelle celowo takiej właśnie perspektywy unika i opisuje doświadczenia tamtego czasu jako wyłowioną z pamięci stopklatkę, z której wymazano świadomość rzeczy późniejszych, aby na nowo zobaczyć tamtejsze wydarzenia w całej dotkliwości, jako początek nieznanej przyszłości. Oto paradoks: z bliska łatwiej widzieć i doświadczać, ale jednocześnie trudno interpretować, bo nie mamy dystansu, wielości perspektyw i wniosków, które przynosi czas.

Wygląda na to, że sama polska rewolucja 1980 roku nie doczekała się takich opowieści, które w literaturze miałyby analogiczną doniosłość, jaką „Solidarność” odegrała w historii.

Okładka książki "Opowieści chłodnego morza"

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Adam Leszkiewicz, „Szli przez noc”. „Solidarność” w prozie, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 64

Przypisy

    Powiązane artykuły