27.08.2020

Nowy Napis Co Tydzień #064 / Zapowiedziana klęska liberalnej elity

Ponowna lektura Klęski „Solidarności” Davida Osta wywołuje po latach bardzo ciekawe odczucia. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ta część polskich elit politycznych i ideowych, do której autorowi bliżej i do której się zwracał, nie wyciągnęła żadnych wniosków z jego rozważań. Natomiast część druga, znacznie bardziej odległa od sympatii i poglądów amerykańskiego socjologa, odrobiła tę lekcję niemal perfekcyjnie.

Pierwotnie książka została ukończona wiosną 2004 roku, a ukazała się w Stanach Zjednoczonych w 2005. Powstała zatem przed wyborami, które przyniosły triumf Prawa i Sprawiedliwości oraz Lecha Kaczyńskiego i pierwszy raz w poważniejszej skali naruszyły polityczną hegemonię środowisk liberalnych. W efekcie rozprawa Osta – amerykańskiego socjologa o nieskrywanych poglądach lewicowych, dobrze znającego polskie realia, które bada od lat 70., swobodnie posługującego się naszym językiem, często odwiedzającego nasz kraj – okazała się niemal prorocza.

Po polsku książkę wydano w roku 2007. Podtytuł mówi niewiele: Gniew i polityka w postkomunistycznej Europie. Jej główna teza brzmi natomiast mniej więcej tak: po roku 1989 elity „Solidarności”, ze szczególnym uwzględnieniem środowisk liberalnych, dawnej „lewicy laickiej”, zawiodły nadzieje na lepszą, sprawiedliwą społecznie Polskę, porzuciły interesy pracownicze i „ludowe”, zbudowały system neoliberalny, który rodzi liczne sprzeczności i problemy, a na ich podłożu wyrastają ruchy prawicowo-populistyczne. Uzasadniony gniew, zrodzony w łonie niesprawiedliwego systemu ekonomicznego stworzonego przez liberałów, zostaje przez wrogą im prawicę nakierowany na niewłaściwy cel. Zamiast znajdować ujście w konfliktach o podłożu klasowym, ekonomicznym, przeradza się w kulturową wojnę domową. Ugruntowuje to nierówności społeczne, a masowe wykluczenie ekonomiczne wzmacnia o pogorszenie sytuacji wybranych „obiektów nienawiści”.

Jakkolwiek jest to książka wymierzona przede wszystkim w „populistyczną prawicę”, to głównymi oskarżonymi w książce Osta są liberalni intelektualiści. Ci sami, wobec których autor przejawia sporo sympatii, tyleż na gruncie częściowej bliskości światopoglądowej, ile z powodu więzów środowiskowo-personalnych. Kręgom opozycyjnej „lewicy laickiej”, a później „Gazety Wyborczej” i Unii Wolności, zarzuca, że niejako zdradzili, a w każdym razie porzucili pracowników najemnych i popchnęli ich w ręce „złych sił”. W jego wizji, mówiąc metaforycznie, politycznymi ojcami potęgi braci Kaczyńskich są Michnik, Geremek i Balcerowicz. Jaki pisze, „[…] przyczyny dojścia prawicy do władzy upatruję w błędach liberałów”.

Robotnicy budzili trwogę

Kiedyś spora część polskiej inteligencji była lewicowa i antyautorytarna. Zaowocowało to buntem przeciwko systemowi komunistycznemu i jej sojuszem z robotnikami. Ten alians znalazł dobitny wyraz, po „niszowym” epizodzie KOR-owskim, w „Solidarności”. Później jednak opozycyjna elita przestała w robotnikach widzieć partnera. Zaczęła się wręcz obawiać – już około roku 1985, jak twierdzi Ost – ich zorganizowanej siły. Elita „Solidarności” z upływem lat coraz mniej poczuwała się do związków z robotnikami, nie chciała też powrotu emocji z czasów „karnawału”. Zdawano sobie sprawę, że zbliżająca się transformacja postawi w ostrym świetle problem gospodarki odziedziczonej po komunizmie – opartej na modelu przemysłowym i z silną klasą robotniczą. Nawet zanim świadomie i jawnie przyjęto model neoliberalny, spodziewano się, iż nastąpi pewna dezindustrializacja, a część robotników stanie się „zbędna”. Im bardziej będą oni politycznie rozbudzeni i lepiej zorganizowani, tym silniejszy stawią opór.Pracownicy wielkiego przemysłu budzili już nie podziw, lecz trwogę w inteligenckich kręgach opozycji. Znacznie bardziej „cywilizowanym” partnerem zaczęły się im jawić reformatorskie kręgi PZPR, zaś egalitarną, samorządną, odważną wizję ustroju po spodziewanym upadku komunizmu zastąpiły elitaryzm i „sprawdzone rozwiązania” rynkowe.

W efekcie dawni obrońcy robotników „[…] odeszli od lewicowości w praktyce […] – dowodem jest entuzjastyczne poparcie przez nich planu Balcerowicza”. „Lewica laicka” przestała być lewicą ekonomiczną, a zachowała wierność jedynie postępowości obyczajowo-kulturowej: poszanowaniu praw mniejszości, tolerancji religijnej i tym podobnych. To jeszcze bardziej pogłębiło rozbrat z „ludem”, postrzeganym jako podatny na ciemne podszepty, niebezpieczny i skłonny do hołdowania emocjom. Właśnie tych emocji liberalna elita bała się wedle Osta najbardziej – roznamiętnione, oddolnie zorganizowane społeczeństwo ustąpiło w jej wizji miejsca groźnemu motłochowi. Jest to, jak przypomina amerykański autor, całkowicie sprzeczne z dziejowymi doświadczeniami oraz z przekonaniem stanowiącym jeden z fundamentów klasycznej myśli lewicowej, mówiącym, że świat lepszy i bardziej racjonalny tworzy się za pomocą emancypacji mas i włączania ich do procesu demokratycznej polityki, i że nowoczesne społeczeństwo bazowało na akcesie środowisk pracowniczych do procesów demokracji przedstawicielskiej. „Lewica laicka” obrała kurs podobny do dawnych elitarnych konserwatystów obawiających się „buntu mas”.

W opinii nowych elit budowa nowej rzeczywistości miała być projektem racjonalistycznym, przygotowanym przez rzekomo obiektywnych, a de facto neoliberalnych specjalistów, natomiast silna klasa robotnicza mogła zaszkodzić reformom. Niedawni główni aktorzy życia zbiorowego zostali z niego wykluczeni – realnie i symbolicznie – stając się znów jedynie przedmiotem manipulacji władz, portretowanym przez „wolne media” jako krzykacze i roszczeniowy tłum. Jak pisze autor Klęski „Solidarności”, „stopniowo doszło więc do tego, że ludzie pracy stali się ulubionym wrogiem liberałów”. Dotyczyło to nie tylko decydentów, ale także mediów, w tym takich, które dzisiaj lubią udawać wrażliwość i prospołeczność – Ost, przywołując badania prof. Wiesławy Kozek, pisze, że nie tylko na łamach „Gazety Wyborczej”, ale także „Polityki” i „Wprost”, czyli największych ówczesnych czasopism politycznych, „większość tytułów z lat dziewięćdziesiątych na temat świata pracy podkreśla dysfunkcjonalny charakter związków zawodowych, jakby nie robiły nic innego poza wysuwaniem nierozsądnych roszczeń, sabotowaniem negocjacji, okupowaniem budynków i przyczynianiem się do upadku nawet prawidłowo funkcjonujących przedsiębiorstw”.

Zdaniem Osta, sprzeczności o charakterze ekonomicznym (klasowym) są naturalne dla społeczeństwa kapitalistycznego. Gdy jest ono rzeczywiście demokratyczne, konflikty włącza się w krwioobieg systemu politycznego, a postulaty społeczne służą jego „uelastycznieniu”. Innymi słowy: zorganizowani i zbuntowani pracownicy najemni są zbawieniem demokratycznego systemu rynkowego, nie zaś jego przekleństwem.

Gniew ludu rzadko bywa „bezpański”. To nie tyle władza, jak się czasem mawia, lecz właśnie gniew leży na ulicy. Tyle że liberałowie po roku 1989, jak przekonuje Ost,

[…] odchodząc od lewicy, porzucili również robotników. Byli przekonani, że robotników bronią tylko lewicowcy, jeśli więc sami nie mają zamiaru zaliczać się do lewicy, powinni bronić kształtującej się klasy średniej, mieszczaństwa. Dlatego prawica mogła odnieść sukcesy. […] przyjęła na siebie rolę, jaką odgrywa klasyczna lewica, rolę organizatorki gniewnych, porzuconych, zwalnianych robotników. […] Liberałowie sprawowali w 1989 roku prawie całkowitą kontrolę polityczną nad ruchem pracowniczym, ale utracili ją, ignorując rodzący się gniew klasowy, a nawet go dyskredytując, tymczasem nacjonaliści i prawicowi populiści […] starali się ten gniew zawłaszczyć. Innymi słowy, w wielkim obozie „Solidarności” wyłącznie prawica, jak na ironię, pozwoliła polskim robotnikom myśleć o sobie jako o robotnikach. Podczas gdy liberałowie nalegali, żeby robotnicy myśleli o sobie jako o rozsądnych obywatelach, którzy nie mają większego wyboru – muszą zaakceptować „niezbędne” reformy gospodarcze, nacjonaliści wraz z religijną prawicą nakłaniali ich do zastanowienia się nad pogarszającymi się warunkami życia […]. Ostatecznie ludzie pracy zwrócili się ku prawicy, ponieważ tylko ona odwoływała się do nich właśnie jako do robotników, poza tym nikt inny nie przedstawiał tak jednoznacznej narracji potwierdzającej ich doświadczenia klasowe.

Ost stawia tezę – którą w kolejnych latach sfalsyfikuje bieg wydarzeń, ale o tym będzie mowa później – że prawica tylko „bałamuci” środowiska pracownicze. Jest ona wedle niego tak samo wolnorynkowa i neoliberalna, jak środowiska liberałów i postkomunistów, więc gniew i rozczarowanie robotników, wywołane przebiegiem transformacji ustrojowej, niszczeniem przemysłu i zapaścią socjalną, musi kierować na inne tory. Ponieważ nie chce walki klas, musi wywołać wojnę kulturową z wrogami zdefiniowanymi w kategoriach nieekonomicznych: (post)komunistami, nieujawnionymi agentami bezpieki, „bezbożnikami”, „nieprawdziwymi” Polakami, mniejszościami seksualnymi, „nomenklaturowym” i „nieprawdziwym” wolnym rynkiem i tak dalej.

Zdaniem Osta, gdyby gniew został skierowany wedle kryteriów klasowych, przeciwko niesprawiedliwościom ekonomicznym i problemom socjalnym, przyczyniłby się do poprawy sytuacji szerokich warstw społecznych, a zarazem umocnił system demokratyczny i samą gospodarkę rynkową.

„Zastępcze obiekty nienawiści”

Zdaniem autora Klęski…, problem polega na tym, że w Polsce niesprawiedliwości ekonomiczne pozostały nietknięte, a gniew ludu wykorzystano przeciwko „zastępczym obiektom nienawiści”. W efekcie prawica, a szczególnie związek zawodowy „Solidarność”, celowo obroniła system neoliberalny przed gniewem społecznym. I dwojako sprzeniewierzyła się swoim ideałom. Raz jako dziedziczka fascynującego cały świat, głęboko humanistycznego ruchu z początku lat 80. opartego na przezwyciężeniu podziałów religijnych, kulturowych czy etnicznych. Drugi raz jako największy w Polsce związek zawodowy, którego zadaniem – zgodnie z tradycjami trade-unionizmu – powinna być walka o poprawę płac, warunków pracy i sytuacji ekonomicznej robotników. „Solidarność” w wizji Osta jest związkiem, który po 1989 roku za główne zadanie przyjął obronę niesprawiedliwego systemu ekonomicznego, a rozczarowania, frustracje i złość pracowników skierował w wentyl bezpieczeństwa „wojny kulturowej”. Jak środowisko dawnej lewicy laickiej, a późniejszej Unii Wolności i „Gazety Wyborczej” wspierało budowę liberalizmu gospodarczego, bazując na liberalizmie kulturowym, tak „Solidarność” postawiła na liberalizm gospodarczy wsparty antyliberalizmem kulturowym. Czy był to Lech Wałęsa, czy rząd Jana Olszewskiego, czy Akcja Wyborcza Solidarność – wedle Osta za każdym razem, wspierani przez NSZZ „Solidarność”, tak gospodarowali oni gniewem ludu, by skierować go nie na wady systemu gospodarczego, lecz na postkomunistów, agentów SB, „libertynów”, „zdrajców narodu” i tak dalej.

Skutkiem neoliberalnej polityki wszystkich kolejnych rządów, wspartej pogardą wobec ludu ze strony liberalnej inteligencji, a także nieustannym sięganiem po język „nieklasowych” emocji przez prawicę, jest wedle Osta poważne zagrożenie demokracji związane z triumfem prawicowego populizmu. Sukcesy Samoobrony i LPR w wyborach 2001 roku, a zwłaszcza późniejszy o cztery lata triumf PiS oraz wspomnianych partii, to zdaniem autora Klęski… apogeum „nieklasowego” gospodarowania ludowym gniewem.

Już wtedy Ost uważał, że bombę „prawicowego populizmu” można rozbroić w sposób zupełnie inny, niż próbowały to robić środowiska liberalne. Ci ostatni, tracąc wpływy na rzecz prawicy, „zamiast potraktować to jako wyzwanie i zadać sobie pytanie, jak pozyskać głosy wspomnianej grupy, woleli uznać ją za zagrożenie. Przedstawiali tych ludzi jako część tak zwanej Polski B – «innej» Polski – zamieszkanej przez takich, którzy nie czytają książek, zadatki na faszystów lub nieuleczalny typ «homo sovieticus»”. Amerykański socjolog uważał już w roku 2004, że to strategia (o)błędna:

[…] prawicowego molocha się nie powstrzyma, krytykując i krzycząc na ludzi pozyskiwanych przez prawicę. Należy ich przekonać, że jest inna droga, przedstawić odmienny program. Program taki musiałby się bezpośrednio odnieść do gniewu wywołującego niepokoje – gniewu, którego przyczyną są nierówności ekonomiczne, coraz większy autorytaryzm menedżerów, ograniczanie praw pracowniczych i głębokie poczucie krzywdy, jakie te wszystkie zjawiska powodują. Dopóki liberałowie nie zechcą się tym zająć – a po 1989 roku nie chcieli, obawiając się bezpodstawnie nieuchronnego „wybuchu społecznego” – będą ciągle przegrywać.

Jedynym wyjściem według Osta jest powrót liberalnej inteligencji do sojuszu z ludem, środowiskami pracowniczymi, wyrażanie klasowego gniewu ofiar transformacji oraz wcielenie w życie takich rozwiązań ekonomicznych, które poprawią jego dolę. W efekcie plebejusze dostrzegą w liberalnej elicie sojusznika i przywrócą ją do władzy, gniew obróci się przeciwko systemowi gospodarczemu, „kulturowi Inni” przestaną być obiektem nagonki, a prawicowi populiści stracą wpływy.

Powiedzmy od razu, że wizja ta była w dość oczywisty sposób naiwna, gdyż nie brała pod uwagę interesów ekonomicznych i sprzeczności w tej sferze między liberalnymi elitami a ludem, między beneficjentami neoliberalnej transformacji a jej ofiarami. Ost zakładał, że liberalne elity pomijają takie kwestie z powodu strachu przed jakimś ogólnym „wybuchem społecznym”, a nie dlatego, że korekta systemu gospodarczego byłaby dla nich po prostu niekorzystna, bowiem to oni stali się głównym beneficjentem ekonomicznym (i symbolicznym) nowego porządku. Krytykując prawicę za spychanie walki klas na margines i zastępowanie jej „wojną kulturową”, autor sam rejterował z pozycji klasowych – z rozpoznania tego, jak podział polityczny odzwierciedla stosunki ekonomiczne, a perspektywę materialistyczną zastąpił mglistym idealizmem, wedle którego liberalni beneficjenci transformacji mają się pod wpływem mądrych i troskliwych napomnień „ocknąć”, a wtedy lew przedsiębiorców i klasy średniej spocznie obok baranka środowisk robotniczych. I nastanie wieczny pokój.

Ost, apelując do liberałów o rezygnację z ich przywilejów, pisał na Berdyczów. Aczkolwiek należy docenić jego kunszt – gdyby ówczesne elity władzy posłuchały takich wskazań i podzieliły się choć częścią fortun i wpływów ze społeczeństwem, na przykład w postaci jakichś rozwiązań socjalnych, być może udałoby się rozładować pęczniejące grona gniewu i ocalić władzę liberałów.

Stało się jednak inaczej, również ze względów, w których Ost zasadniczo się myli. Klęska „Solidarności” mówiła w swoim czasie rzeczy odważne, takie, które przez wiele lat określano w Polsce mianem „oszołomstwa”. Mocno oskarżała polskich liberałów i nieprawicową część dawnych elit opozycyjnych o swoistą zdradę środowisk i interesów pracowniczych, a także o obojętność na ludzkie krzywdy spowodowane kształtem i przebiegiem transformacji ustrojowej w modelu neoliberalnym. Chciałbym tę wartość i jakość książki Osta mocno podkreślić, zanim przejdę do krytyki kilku tez autora. Do dzisiaj wiele fragmentów budzi uznanie oraz wyprzedza swoje czasy i bardzo korzystnie wypada na tle ówczesnej debaty politycznej, a pamiętać należy, iż takie spostrzeżenia trudniej było sformułować i wyrazić autorowi związanemu personalnymi więziami i ideowopolitycznymi sentymentami z poddawanymi ostrej krytyce liberałami. Do dziś niektóre fragmenty, inne niż już cytowane, brzmią świeżo. Na przykład:

Liberałowie […] wszelki opór wobec kapitalistycznej modernizacji uważali nie tylko za niepożądany, lecz i niemożliwy, więc swoją niechęć do prawicy odrzucającej plan Balcerowicza wyrażali językiem nauki, a nie językiem debaty politycznej. Ale zamiast zmarginalizować prawicę, doprowadzili głównie do tego, że swoich krytyków popchnęli na prawo.

Albo:

Kiedy pod koniec lat dziewięćdziesiątych rozmawiałem z robotnikami (a także rolnikami i bezrobotnymi), którzy od niedawna zaczęli popierać ekstremistycznych polityków i ich programy, rzucało się w oczy ich poczucie odzyskanej godności. Nie odnosili już wrażenia, że są traktowani protekcjonalnie. […] Rozstawszy się z obozem „rozsądku”, poczuli się nareszcie wolni. Mogli swobodnie krytykować, mieć własny pogląd na różne sprawy i nie obawiać się reprymendy.

Albo wreszcie:

Celem tej książki jest między innymi obrona robotników i w ogóle zepchniętych na margines mieszkańców Europy Wschodniej przed zarzutem, jakoby stanowili niebezpieczną, antydemokratyczną siłę o instynktownych antyliberalnych skłonnościach, którą intelektualiści muszą trzymać w karbach. Mamy tu do czynienia z odwiecznym zarozumialstwem intelektualistów uważających się za obrońców „rozumu” przed „populizmem”. Oskarżenie o „populizm” pojawiło się w Europie Wschodniej, kiedy tylko ludzie zaczęli głosować na partie wypowiadające się przeciw bolesnym w skutkach reformom gospodarczym, na kandydatów, którzy dowodzili, że są inne drogi.

Niewiele było wówczas takich uwag autorstwa poważnych badaczy i uczestników mainstreamowej debaty publicznej.

Jednak bezkrytyczna recepcja tez tej książki nie pozwala zrozumieć tego, co stało się później. Dlatego krytykę należy wyartykułować mimo zasadniczego uznania dla autora.

Polski lud jest konserwatywny

Zacznijmy od kwestii najprostszej. David Ost postrzega „Solidarność” w roli zwykłego związku zawodowego, czyli takiego, który powinien reprezentować pracowników najemnych i ich interesy ekonomiczne. Dlatego jest zdegustowany tym, że równie chętnie jak bezrobociem, wysokością płac czy prawami pracowniczymi zajmowała się ona zakazem aborcji, chrześcijańskim charakterem zapisów Konstytucji czy lustracją. Wszystko to przypisuje prawicowym manipulacjom i błędom, jednak nie widzi, że było to częścią historycznego dziedzictwa oraz – co ważniejsze – odzwierciedlało system wartości wielu członków związku. Dla wielu robotników zrzeszonych w „Solidarności” to wszystko było istotne. Gdyby nie było, bardzo szybko ludowy gniew zagospodarowałby ktoś inny bez odwołań prawicowych. Tymczasem tylko w niewielkim stopniu taką rolę odegrało OPZZ, do pewnego stopnia także SLD w latach 90., w jeszcze mniejszej mierze ówczesna Unia Pracy, ale duża część kontestacji neoliberalnej transformacji operowała językiem i wartościami mniej lub bardziej prawicowo-narodowymi, nie zaś na przykład lewicowymi. Ost, sprowadzając problem do „oszukania” szeregowych członków związku (i społeczeństwa) przez jego liderów, wydaje się nie rozumieć specyfiki kulturowej znacznej części polskiego ludu, bardziej konserwatywnego niż ten, który w krajach Zachodu zasilał szeregi rewindykacyjnych czy lewicowych inicjatyw związkowych i ruchów społecznych.

Mimo wielu wnikliwych i profetycznych uwag zawartych w Klęsce… jej autor zdaje się także nie rozumieć istoty globalnego, wówczas raczkującego, a dzisiaj znacznie bardziej silnego zwrotu konserwatywnego środowisk pracowniczych czy całej klasy ludowej. Stanowi on reakcję na kilka dekad polityki neoliberalnej oraz dokonywanej w tym duchu globalizacji gospodarczej, w której nieustanne reformy, zmiany, „uelastycznienia” gospodarcze poskutkowały szukaniem czegokolwiek trwałego oraz jakiegokolwiek oparcia w sferze pozaekonomicznej. To nie tylko „populistyczna prawica” wybrała wojnę kulturową zamiast walki klas. To także dynamiczny turbokapitalizm tak rozgrywał walkę klas i zwyciężał w niej na korzyść zamożnych, że przegrywającym pozostawało jedynie szukanie schronienia w sferze kulturowej, bo ojczyzna, naród, „odwieczne wartości” i tym podobne były jedynymi namiastkami stabilizacji w świecie coraz bardziej chaotycznym.

W dodatku współczesny kapitalizm jest o wiele bardziej „beznarodowy” czy „nowoczesny” niż ten sprzed dekad. Kiedyś biznes znacznie częściej odwoływał się do solidaryzmu narodowego czy do moralności mieszczańskiej, a dzisiaj ponadnarodowe koncerny nie chcą granic, trwałych tożsamości, przywiązania do jakiegokolwiek miejsca na ziemi i w ogóle do czegokolwiek poza markami konsumenckimi, gdyż przeszkadza to robić interesy. Tak, robotnicy mają ojczyznę, „wartości” i rodzinę, a w dodatku mają je tym bardziej, im bardziej hiperkapitalizm na główny podmiot kreuje kapryśną, nomadyczną, zmienną jednostkę, która jest lepszym konsumentem. Zanim w Polsce „populistyczna prawica” objęła rząd i rząd dusz, mieliśmy na przykład w nowoczesnej, laickiej i mającej silne tradycje lewicowe Francji sytuację, w której partią najpopularniejszą wśród robotników stał się już ponad 20 lat temu w miejsce socjalistów i komunistów – Front Narodowy. Coś nam to chyba mówi o rzeczywistości i trendach szerszych niż tylko nadwiślańskie.

W kwestii innej, mianowicie krytykowania prawicy za to, że nie wypowiedziała liberałom wojny na gruncie klasowym, lecz kulturowym (inna sprawa, że dość ekscentrycznym pomysłem jest oczekiwanie, aby jakakolwiek prawica zajęła stanowisko ostro antykapitalistyczne, czyli de facto lewicowe), Ost zdaje się także lekceważyć to, jak silna, wieloaspektowa i bezpardonowa była w Polsce – ale przecież nie tylko w niej w czasach, gdy nawet silne zachodnie socjaldemokracje przechodziły z pozycji socjalnych na neoliberalną „trzecią drogę” w epoce Blaira i Schroedera – presja prorynkowej propagandy. Serwowana społeczeństwu wiara w neoliberalny kapitalizm jako panaceum na wszelkie problemy była wprost przytłaczająca. Dyskurs publiczny w nieprawdopodobnym stopniu zdominował czołobitny stosunek wobec rynku – tej modzie, czy raczej manii, poddały się liczne tęgie umysły i nietrudno zrozumieć, że ulegli jej także „prości” związkowcy, albo że politycy prawicy nie rozwinęli sztandaru walki klasowej w kraju, w którym nie dość, że takie idee zohydził poprzedni ustrój, to w dodatku nie rozwinęli go o wiele deklaratywnie bliżsi niegdyś lewicy liberałowie spod znaku Unii Wolności.

Oczywiście jakaś część liderów prawicy mogła być liberałami gospodarczymi i celowo kierować związek na manowce poparcia rynku oraz odwracania uwagi od kapitalizmu za pomocą kierowania gniewu wobec „aborterów” czy „agentów służb”, jednak większość była po prostu zdezorientowana, a w sferze ideowo-symbolicznej zastraszona, bojąc się kwestionować to, „czego nikt rozsądny nie kwestionuje”. Tam, gdzie byli przytłoczeni, pogubieni, niepewni siebie ludzie, wrzuceni w sam środek burzliwych zmian i gigantycznej presji ideologicznej, Ost widzi głównie cynicznych manipulatorów, którzy tak sterują nastrojami, aby złość skierować na zastępcze obiekty i ani trochę nie drasnąć neoliberalizmu. Kilka razy w książce czyni to zresztą niezbyt rzetelnie, próbując naginać fakty do tezy. Na przykład gdy relacjonuje spotkanie Lecha Kaczyńskiego z robotnikami na początku lat 90. i jego słowa, że związek „Solidarność” powinien stać po stronie pracowniczej, a nie po stronie rządu prowadzącego liberalną politykę, albo gdy przyznaje, że rząd Olszewskiego skupiał się na kwestiach gospodarczych, a nie na prawicowej polityce – a mimo to uznaje czy sugeruje, iż było to nieszczere i stanowiło część większej operacji prowadzenia robotników na tożsamościowo-narodowe manowce. Podobnie dzieje się, gdy w książce pisanej kilka lat po upadku AWS nie zadaje sobie trudu, aby poinformować przynajmniej zachodniego czytelnika, iż znaczna, a właściwie przeważająca część znanych postaci tego ugrupowania (z szefem partii oraz szefem rządu na czele) kontynuowała karierę polityczną wcale nie wśród „prawicowych populistów”, lecz w liberalnej Platformie Obywatelskiej, co mocno podważa postawioną w książce tezę o celowym zastępowaniu walki klas wojną kulturową.

Ale chyba największym kuriozum tego typu jest portretowanie w Klęsce… ugrupowania Andrzeja Leppera. Oto Samoobrona zostaje tu kilkakrotnie przedstawiona wprost jako… skrajna prawica. Tymczasem było to ugrupowanie niemal żywcem wyjęte z recepty Osta na to, jak powinna wyglądać kontestacja neoliberalnego porządku w Polsce – rewindykacyjny ruch społeczny, odwołujący się do interesów i krzywd materialnych ofiar transformacji ustrojowej, a zarazem unikający twardych prawicowych tożsamości i haseł na gruncie postulatów pozaekonomicznych. Trudno powiedzieć, skąd wzięła taka optyka. Być może stąd, że Lepper reprezentował właśnie klasowy kierunek i potraktował go na tyle serio, iż nie zostawiał suchej nitki na rodzimych liberałach, więc niejako stanowił konkurencję dla wizji Osta, w której liberałowie mieli ocalić swą władzę i wpływy poprzez pewną korektę w kwestiach socjalnych.

Jednak najpotężniejszą słabość analizy Osta obnażyło samo życie. Trudno oczywiście mieć pretensje do autora, że nie był prorokiem i nie przewidział wszystkiego na dekadę naprzód. Jednak mimowolnie uśmiechamy się podczas lektury tej książki po latach. W momencie jej polskiej edycji wydawało się, iż autor ma niemal całkowitą rację, szczególnie gdy niedługo po kampanii wyborczej operującej w 2005 roku hasłem „Polski solidarnej” okazało się, że nic nie wynika z tego w kwestii jakichkolwiek rozwiązań socjalnych czy propracowniczych, za to za finanse państwa odpowiada gospodarcza liberałka Zyta Gilowska, a rząd likwiduje najwyższy próg podatkowy, czyli na korzyść zamożnych zmniejsza wpływy do budżetu.

Jednak w roku 2020 krajobraz jest już zupełnie inny. Prawo i Sprawiedliwość, czyli „prawicowi populiści”, po kolejnych wyborach dokonało niespotykanej w dziejach III RP korekty socjalnej i propracowniczej. Obejmuje ona program 500+ (ponad 40 miliardów złotych transferów socjalnych rocznie), trzynastą emeryturę (kolejne kilkanaście miliardów), obniżenie wieku emerytalnego, znaczące podwyżki płacy minimalnej, ustalenie ustawowej przyzwoitej stawki godzinowej na umowach śmieciowych (co oznacza duży wzrost dochodów w gronie osób najsłabszych na rynku pracy), ograniczenie możliwości działania agencji pracy tymczasowej, kilka korzystnych zmian w praktyce działania Państwowej Inspekcji Pracy, zakaz handlu w niedziele (sieci handlowe były jednym z najbardziej „eksploatatorskich” sektorów rynku pracy), znaczny rozwój żłobków (wskaźnik „użłobkowienia” dzieci podwojony w ciągu pierwszej kadencji) czy przedszkoli (podwojenie nakładów budżetowych), duże zwiększenie budżetu NFZ (kwotowy wzrost nakładów o ponad 30% w ciągu kadencji) i tym podobne. W efekcie znacznie zmalały wskaźniki ubóstwa i wykluczenia, a znacząco wzrosła siła nabywcza „dolnych” warstw społecznych. Wszystko to zostało oczywiście dokonane jednocześnie z eskalacją przesłania tożsamościowego – ale tym razem nie kosztem kwestii socjalnych, lecz jednocześnie z ich wprowadzaniem i silnym artykułowaniem.

Pozwoliło to wygrywać kolejne wybory, a także bardzo wyraziście zarysować podział społeczny w kategoriach klasowych i ustawić PiS na pozycjach reprezentanta środowisk pracowniczych i innych sektorów ludu. Znajduje to wyraz także w wynikach ostatnich wyborów prezydenckich. Rozkład głosów w środowiskach plebejskich na korzyść Andrzeja Dudy w II turze (late poll) był następujący: robotnicy 66:34%, bezrobotni 65:35%, mieszkańcy wsi 64:36%, osoby z wykształceniem zawodowym 75:25%, rolnicy 81:19%Zob. https://tvn24.pl/wybory-prezydenckie-2020/ii-tura/wyniki-sondazowe-druga-tura/?fbclid=IwAR0mM_JWx4eIEIEhr_e2w4RFiDgvFKii9r_MK-wM6_bpswJcp4jM1k5WDSY [dostęp: 17.08.2020].[1]. Niemal dokładnie odwrotne były one w przypadku przedstawicieli biznesu, wyższych kadr kierowniczych i tym podobnych. Tyle że tym razem takie środowiska głosowały już nie „na wyrost”, jak to było na przykład w przypominanych przez Osta czasach AWS, lecz przeciwnie – na podstawie konkretnych zdobyczy socjalnych, których bronią swoim głosem wyborczym.

Okazało się, że walkę klas toczy się we współczesnej Polsce pod sztandarem prawicowym. Okazało się również, że liberałowie są wobec tego politycznie bezradni – i że ani nie chcą, ani nie potrafią skorzystać z recepty sformułowanej dla nich przez amerykańskiego socjologa półtora dekady temu. W efekcie ponoszą w ostatnich latach porażkę za porażką. I stoją na progu klęski. W świetle wymowy książki Osta – w pełni zasłużonej.

David Ost, Klęska „Solidarności”. Gniew i polityka w postkomunistycznej Europie, tłum. H. Jankowska, Warszawa: Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, 2007.

okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Remigiusz Okraska, Zapowiedziana klęska liberalnej elity, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 64

Przypisy

    Powiązane artykuły