03.09.2020

Nowy Napis Co Tydzień #065 / Zagubieni i odnalezieni we Wrześniu

Nie było szarży polskiej kawalerii na niemieckie czołgi. Mityczny obraz, który miał przedstawiać dysproporcję sił we wrześniu 1939 roku, wziął się z pomyłki. Szwadron rotmistrza Jerzego Hollaka z powodu złej widoczności – dym z płonących czołgów i pobliskich domostw zasnuł okoliczne pola – wjechał pomiędzy dwa niemieckie pułki pancerne. Gdy dym nieco opadł, czołgiści zobaczyli ruszającą w ich stronę kawalerię. Zaskoczenie zresztą było obopólne. Hollak klął swoje „zezowate szczęście”, a pancerniacy nie wiedzieli, co zrobić. Ale obraz wynurzającej się z dymu polskiej kawalerii musiał być na tyle sugestywny, że został zapamiętany i opisany przez czołgistę Willego Reibiga i zaczął żyć własnym życiem. To nie znaczy, że kawaleria w trakcie kampanii wrześniowej nie wyjmowała szabel i to nie znaczy również, że niemieckie czołgi nie przejechały się – jednako – po ziemi i po ludziach. I to wszystko to jest Wrzesień: dym, maligna, natłok obrazów, za którymi nie sposób nadążyć. Nagle w ten korowód duchów, w barwne relacje wspomnień i lakoniczność rozkazów, w pamięć oficjalnie rozpisaną na pomniki i niepamięć wkracza Radosław Wiśniewski i woła: „stop kamera”! I dodaje: „sprawdzam”.

Zagubieni we Wrześniu, odnalezieni w teraz       

Apokalipsa 1939. Początek nie jest kolejną książką o polskim Wrześniu. Jednocześnie jest nią tak bardzo, jak to tylko możliwe. I już widzę, że nie da się Wiśniewskiego inaczej opowiedzieć, ale i czytać, jak tylko balansując, łapiąc równowagę między tymi przeciwieństwami: było – nie było, jest – nie ma, przeszłość – teraźniejszość. Autor będzie prowadził czytelnika przez pola bitewne kampanii wrześniowej, odnotowywał zwycięstwa i rozpisywał na części składowe przyczyny porażek. Mignie nawet, nie raz i nie dwa, jakaś wersja alternatywna dziejów. Kapitalne i obrazoburcze jest pytanie, czy we wrześniu 1939 roku nie należało się od razu, na samym początku, po prostu poddać.

Nic gorszego niż Czechy i Słowację Polski by nie spotkało – rola wasala, może nieco bardziej szanowanego. Albo mniej. Stać się satelitą, ale żyć, być może w odpowiednim momencie zmienić sojusze, odwrócić ostrze broni w kierunku dawnego suwerena? Nie, jakoś to nie przychodziło nikomu do głowy i nawet dzisiaj brzmi to paskudnie, mimo wiedzy, którą się ma. Zatem wiadomo było, że Polacy będą się bić. Bo taki ich obyczaj, jak mawiał klasyk.

Jeśli wczytać się dokładnie w powyższy cytat, to mamy tu Wiśniewskiego w całej okazałości. Ten fragment to potężny ładunek emocji, które są ukryte w gładko płynących zdaniach. Autor podsuwa myśl i jednocześnie wysuwa wobec niej argument („stać się satelitą, ale żyć”) i kontrargument („Polacy będą się bić, bo taki ich obyczaj”). Niech nie zmyli czytelnika łatwość czytania i gawędziarskie frazy Wiśniewskiego. Wobec racjonalności tezy, autor sięga do argumentów, które znamy, i które są zakotwiczone zarówno w racjonalności, jak i w sferze emocji. Na potwierdzenie, żeby się poddać, podaje ten jeden argument, który mnie wciąż zajmuje: stać się satelitą, ale żyć. W owym „ale żyć” słyszę nie tylko krzyk i płacz tych, którzy utracili swoich bliskich, ale widzę także wstrząsające zdjęcia wojenne, choćby korespondenta Juliena Bryana, na których Kazimiera Kostewicz opłakuje swoją siostrę Andzię. Zatem argument – żyć, żyć, żyć – rozumie każdy, kto potrafi kochać, każdy, kto podjął odpowiedzialność za drugiego. I to jest dobry, wibrujący argument. Na jego antypodach stawia Wiśniewski inny: wiadomo było, że Polacy będą się bić. I jest to argument, który nie mniej chwyta za serce, a jednocześnie zdaje się przekraczać tylko sferę emocjonalną. Wszak brzmi on tak: a Polakom zapisane jest walczyć i umierać, a im bardziej heroicznie, a im bardziej beznadziejnie, tym lepiej. Argument dziejowy, historiozoficzny, narodowo-kulturowy czy wręcz Boski – jakkolwiek by go szufladkować, dotykamy żywego, biało-czerwonego nerwu. Zatrzymałem się trochę dłużej nad jednym tylko fragmentem, by uzmysłowić, w jaki sposób uprawia literaturę Wiśniewski. W gawędziarskim, nieco felietonowym stylu pisze niby o historii, co dawno już powinna odejść, ale nie odchodzi. Przeciwnie: podchodzi pod okna i zagląda w nasze oczy. Apokalipsa 1939. Początek to w istocie zaproszenie na pole minowe, bo po lekturze czytelnik musi się pozbierać, poukładać siebie na nowo. I jeśli literatura ma przed sobą jakieś zadania, to właśnie tu widziałbym ich spełnienie.

Zagubieni w teraz, odnalezieni we Wrześniu

Nie jest łatwo pisać o Apokalipsie 1939, bowiem w pierwszym odczytaniu jest to książka historyczna i z natury swej zadziorna i polemiczna. Czuć, że pewne fragmenty zostały wypróbowane w ogniu przestrzeni wirtualnej, że wyostrzyły się, doprecyzowały. I można iść za Wiśniewskim przez cały niemal Wrzesień, zaglądać na wielką szachownicę pól bitewnych, podglądać uzbrojenie, prowadzić ulubione przez Polaków spory, a to o samoloty „Łosie” i „Karasie”, a to o pociąg pancerny „Śmiały”, a to o okręt podwodny „Orzeł”. Autor zatrzymuje się zarówno przy punktach w tej kampanii znanych, jak i czasem jakby na uboczu historii. Każdy epizod stara się opowiedzieć przez pryzmat osoby, działa, rzeki… Czyta się to naprawdę dobrze, a jednocześnie nie opuszcza czytelnika przeświadczenie olbrzymiego pośpiechu autora, jakiegoś niesłychanego pędu. Ma tego świadomość sam Wiśniewski, który raz po raz rzuca do czytelnika: „nadążacie jeszcze za mną?”. Nagromadzenie faktów, postaci, wydarzeń zdaje się przekraczać możliwości percepcji przy pierwszej lekturze książki. Jest to z pewnością udane odzwierciedlenie blitzkriegu, wojny błyskawicznej. Autor stara się być wszędzie i z każdym. Zmienia perspektywę, raz patrząc na wydarzenie z gabinetów sztabowych, by za chwilę zajrzeć do kokpitów, wieżyczek, celowników i oddać głos tym z pierwszej linii frontu. Nie szczędzi przy tym Wiśniewski swoich sądów, bo jak już powiedziano, książka wyrasta z ognia polemicznego i każdy czytelnik z pewnością złapie się za bary z autorem. I to jest oczywiste, i to jest dobre, i dlatego chcę zwrócić uwagę na inne odczytania.

Gdzieś przed setną stroną, wpędzony między maszerujące wojska a uciekającą ludnością cywilną, wyhamowałem swoją lekturę. Dlaczego ten autor tuż po czterdziestce, który nigdy nie doświadczył żadnej wojny, który nie jest uczestnikiem grup rekonstrukcyjnych (sprawdziłem), który jest szczęśliwym mężem i ojcem, niemal obsesyjnie powraca na pola bitewne? Dlaczego ludziom doprowadzonym do sytuacji skrajnych zagląda w dusze, ślęczy nad starymi mapami dawno rozegranych starć, nie boi się mówić o moralności, wreszcie: nakłada klisze tamtej Polski na dzisiejszą i stawia bliźniaczo podobne pytania? I łapę się na tym, że też tak mam, ale już młodsi ode mnie (i od Autora) już nie. Narracja Apokalipsy 1939 wiedzie zarówno ścieżkami znanymi, jak i poboczami. Korzystam z przywileju recenzenta i wyruszam właśnie jedną z nich, tą, która wiedzie obok.

Książka pokoleniowa?

Oddaję innym zagłębianie się w statystyki uzbrojenia, spotykające się na sztabowych mapach strzałki. Zastanawiam się, czy Apokalipsa 1939 nie jest książką opisującą doświadczenie pokolenia ludzi, których dzieciństwo sięgnęło jeszcze schyłku PRL. To dzieciństwo przesycone było westernami, książkami z serii „Żółty Tygrys”, przygodową literaturą marynistyczną. Mieliśmy dużo wolnego czasu; ucieczki w świat wyobraźni doskonaliliśmy, stojąc w długich kolejkach. Mogliśmy strzelać z patyków, udając, że mamy broń maszynową, albo naginając jeszcze bardziej patyki i rzeczywistość, robiliśmy łuki. To był świat wyobraźni. Filmy były może i kolorowe, ale czarno-białe w swej wymowie. Niewiele wiedzieliśmy o wojnie, za to dużo o bohaterach, którzy kulom się nie kłaniali i wszystko się im udawało. Janosik nie odnosił ran, Stanisław Kolicki (Moczulski) zawsze unikał wpadki, a godzina W zawsze wybijała punktualnie. A potem coś się stało – wraz z nadejściem wolności okazało się, że bohaterowie zamiast czarno-białych okazywali się mieć coraz więcej odcieni szarości, „Żółty Tygrys” ubarwiał rzeczywistość tak, jak mu poprzedni wydawca (czyli władza) pozwalał. Nowe czasy, nowe możliwości – tak, ale dylematy zostały te same. I teraz to pokolenie, wychowane na tym, że „Czwórkami do nieba szli żołnierze Westerplatte”, że „Warszawy nie oddamy”, miało swoje własne Westerplatte i swoje własne Warszawy – tak geograficznie, jak i życiowo. I niewielu chce za nie umierać. Mogliśmy przemieszczać się, wybierając sobie nowe stolice, nowe punkty życia i punkty oporu. Zresztą coraz częściej, gdy nasze prywatne stolice były zagrożone, przemieszczaliśmy się dalej. Z pracy do pracy, z miasta do miasta, ale też dokonując wyborów zupełnie życiowych, bo związanych z ludźmi. Opuszczaliśmy lub opuszczano nas; łataliśmy się, bo coraz bardziej składaliśmy się z dziur, przetarć, kompromisów.

Myślałem o Gdyni, której w 1920 roku nie było, żeby w 1939 stała się najbardziej nowoczesnym portem Bałtyku. Myślałem o mapie wyniesionej z którychś koszar w Grodnie, czarnej ze starości, która stoi u mnie na poddaszu, gdzie piszę wszystkie ważne teksty, że ta mapa nie przypadkiem trafiła w moje ręce. Bo może rzeczywiście tak jak wiele razy przeczuwałem, należę do jakiejś innej Polski niż istniejąca. Chociaż gdybym jakimś cudem odrodził się w tamtej – także mógłbym mieć takie przeczucie, że ona nie jest moja, obca.

Okulary literatury

To jest dobry moment, by na chwilę zatrzymać się przy tytule. Jasne, Apokalipsa 1939. Początek brzmi świetnie. To zresztą kolejna książka, która do opisu Września stosuje terminologię zaczerpniętą z Biblii. Rok temu ukazała się książka Kacpra Śledzińskiego Potop’39. Szlak bojowy wrześniowych obrońców. Autor dysponuje niesamowicie ciekawym tytułem, do którego niestety nie dorasta książka. Bo jeśli jest to nawiązanie do biblijnego potopu, to powstają pytania: za co ta kara? Gdzie jest Noe i jego arka? Gdzie tęcza, znak przymierza? Tego wszystkiego nie ma. Jeśli zaś Śledziński chciał nawiązać, choćby minimalnie, do innego potopu, który nas nawiedził, tego z XVII wieku, to aż się prosi o analogie (na przykład wygnanie arian i antysemityzm II RP). Potop’39 Śledzińskiego to mocno teledyskowa historia: mnóstwo obrazów, emocje gonią emocje; rozedrgany obraz, który nie scala się w jedność. Wiśniewski poszedł inną drogą, chwytając się apokalipsy. Apokalypsisswoim znaczeniu najbardziej podstawowym, to odsłonięcie czegoś, co jest tutaj, ale pozostaje w ukryciu (apokalypto). Objawienie jak nagłe otwarcie oczu. Dostrzeżenie tego, co było do tej pory ukryte w polu widzenia, w świecie, który rozgrywa się przed oczyma. Wiśniewski świadomie i konsekwentnie odkrywa coś, co dotąd było zasłonięte, zakryte, nie dość dostrzegane. Pal licho ciekawostki (jak na przykład ta, że dowodzący bombardowaniem Wielunia Walter Sigel mógł zginąć w swoim samolocie 17 dni wcześniej), bo tych autor ma bez liku i sypie nimi jak z rękawa. Bardziej zajmuje moją uwagę, w jaki sposób Wiśniewski wpatruje się we wrześniowe dzieje. Można by napisać, że przenicowuje Wrzesień, aby za datami, wydarzeniami dostrzec coś więcej, coś dalej. Na mnie największe wrażenie wywiera rozdział, w którym autor spaceruje po uliczkach dzisiejszego Wielunia i próbuje z opisów i ze zdjęć odnaleźć tamto miasteczko. Spacer z góry skazany na niepowodzenie, bo inaczej ułożyły się linie ulic, powstały nowe budynki. Szukając widmowego Wielunia, odnajduje za to inną perspektywę:

Tak się zaczęła pożoga, która miała być inna niż wszystkie. Kiedy dzisiaj jedzie się przez Wieluń, nie widać miasta, które było. Bo ono tego dnia niemal całkowicie spłonęło. Zanim spopieliły się Hamburg, Brema, Berlin, Drezno, Caen, Hiroszima, Tokio, Nagasaki – kurz, dym wznosił się ponad małym polskim miasteczkiem jak bardzo zły znak. Znak, który nie był jeszcze dość widoczny. Nikt wówczas nie potrafił go odczytać.

Tak, chodzi o widzenie. Wiśniewski wpatruje się, wyostrza wzrok. Na co to ćwiczenie z patrzenia? Jest u tego autora coś, co mnie jednocześnie zachwyca, jak i przeraża. W pisarstwie Wiśniewskiego nakładają się na siebie dwie klisze, teraźniejszość pisze się na przeszłości, historia przebija się na rzeczywistości. W jednym z rozdziałów opisującym bitwę pod Mokrą narracja historyczna miesza się z narracją boleśnie realną. Z rodzinnego samochodu państwa Wiśniewskich wypada chusteczka – cenna, bo ostatnia, a trzeba małego Tymoteusza podetrzeć.

A ja biegłem za nią i wydawało mi się, że widzę nie chusteczkę, ale łuskę, nabój, który wysypał się z jaszcza obok prawosławnej armaty dywizjonu artylerii konnej, że pył niesie się z rżyska na lewo i dym gryzie w oczy i ktoś krzyczy, że łap, łap, to nasz ostatni. A potem ją złapałem i niosłem, trzymając za jeden róg, tak naprawdę chusteczek były trzy, zlepiły się w jedno i powiewały na wietrze jak biała flaga, której tutaj nikt nie wywiesił, nawet w największym strachu, lęku, osłupieniu, które jest poza moją wyobraźnią. Wszystko strzelało, powietrze pachniało prochem i sadzą.

Jak to nazwać: śmieszne, groteskowe, surrealistyczne, mistyczne? Pisarstwo Wiśniewskiego jest takim konglomeratem, gdzie wysokie łączy się z tym, co trywialne, konkret odsyła do wizyjności. I trzeba powiedzieć, że w tym mieszaniu elementów w jedną całość jest autor wyjątkowo dobry, zupełnie jakby tak właśnie widział teraźniejszość również poza literaturą. Nie wiem, czy czytelnik dostrzeże napis na okładce książki, który nie jest tytułem. Pojawia się, jak pieczątka towaru, może zapowiedź serii wydawniczej: korespondencja historyczna. To jeszcze jedna próba określenia pisarstwa Wiśniewskiego. W książce o powstaniu warszawskim użyto określenia palimpsest (Palimpsest Powstanie z 2019 roku), w Transmigracji (z 2019 roku) aż prosiło się o słowo „widzenie”.

Być może mamy do czynienia, z czymś bardzo ciekawym, co właśnie się krystalizuje. A patrząc na ostatnie publikacje tego autora, śmiem twierdzić, że Wiśniewski się nie kończy, on się dopiero zaczyna.

Radosław Wiśniewski, Apokalipsa 1939. Początek, WarBook, Ustroń 2020.

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Zagubieni i odnalezieni we Wrześniu, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 65

Przypisy

    Powiązane artykuły