24.09.2020

Nowy Napis Co Tydzień #068 / Planeta Podlasie

Nikt w mojej rodzinie koniem pługa nie prowadził, zaznacza na pierwszych stronach swojego Wędrownego Zakładu Fotograficznego Agnieszka Pajączkowska. Skąd zatem pomysł, aby wyruszyć na wschodnią ścianę Polski tak blisko granicy, że niemal zacierają się języki i powstaje nowa, wspólna mowa? Nie jest to przecież jeden z tych pomysłów z cyklu „jak spędzić lato”, choć rzeczywiście wszystkie wyprawy Pajączkowskiej odbyły się w ciepłych miesiącach. Mała, przenośna drukarka, która potrzebuje tylko prądu. Cyfrówka do pstrykania zdjęć. Samochód, najlepiej taki, w którym można też spać, ale nie kamper, bo nie wzbudzi zaufania. Zatem wysłużony Volkswagen Transporter po przeróbkach od mechanika złotej rączki. Ten wyjedna raczej zaciekawienie, czasem uśmiech politowania, ale nie zniechęci. I gdy cały ekwipunek będzie już gotowy, a wszystkie wyjaśnienia udzielone czytelnikowi już na pierwszych stronach, to raz po raz powracać będzie to pytanie: „Po co tam jedzie, aż pod samą granicę? Tam żywych nie spotka, tam nawet wrony zawracają”.

Agnieszka Pajączkowska wyruszyła na Podlasie, aby fotografować ludzi. Plan był dosyć prosty: oferować mieszkańcom wiosek zdjęcie w zamian za opowieść. O życiu, o wiosce, o dzieciach, które wyjechały. Czasem ktoś poczęstuje obiadem, da skromny prowiant na drogę. W tej wymianie nie ma równorzędnych partnerów i Agnieszka Pajączkowska o tym wie. To ona jest stroną, która zyskuje więcej. Jej młodość, ale także jej bezbronność (o czym szybko boleśnie się przekona), wreszcie intrygująca oferta, zjednują mieszkańców wiosek. Białe prześcieradło, które wywiesza, aby na jego tle robić zdjęcia, staje się symboliczną flagą emisariusza ciekawości: niczego więcej nie oczekuje – tylko słuchać. Pajączkowska zdaje się podejmować zawód wędrownego fotografa, który jeszcze kilkanaście lat temu rzeczywiście przemierzał drogi od wioski do wioski. Zajęcie stało się jednak zbyt mało opłacalne, zaś dostępność aparatów fotograficznych znacznie się powiększyła i profesja zaniknęła. Pozostali jednak ludzie, których propozycja zdjęcia zaskakuje. Zdaje się: zapomnieli o sobie, tak jak zapomniał o nich świat. Po chwilach niepewności zgadzają się na zdjęcie. Jedno. Rzadko dla siebie. Dla dzieci. Dla wnuków. Na grób. Agnieszka Pajączkowska zdaje sobie sprawę, że zdjęcie to obszar, który może być zbyt łatwo zagarnięty przez potrzebę władzy i pokusę egzotyzacji. Swoim rozmówcom pozwala ustawić się tak, jak chcą. Pajączkowska jest cierpliwa; samo układanie się do zdjęcia staje się nie mniej ciekawe niż rozmowa. Z rękami na podołku lub złożonymi na kolanach, z warkoczem wystającym zza chusty, ze świętym obrazem. W nowej sukience, która wisi w szafie i czeka na pogrzeb właściciela. Lub ot tak, prosto z pola, przy obiedzie, w trakcie domowych i gospodarskich obowiązków. Na tle domu, kwiatów, pod drzewem. Siedzą lub stoją – ciała układają się zgodnie z wolą ich właścicieli. Fotograf milczy, jest jedynie rejestratorem woli swoich zleceniodawców. Zdjęcia nie będą podlegać retuszowi. Widać będzie zmarszczki i siwe włosy, a twardej skóry rąk nie uda się niczym złagodzić. Ale to też nie są zdjęcia dla zbyt wielu oczu, to niemal zdjęcia prywatne. Wydrukowane, zostają zaraz wręczone ich autorowi. Autorka Wędrownego Zakładu Fotograficznego podkreśla to raz za razem: zdjęcia ludzi, którzy mi zaufali nie należą do mnie. Jeśli przedrukowuje je w książce, to subtelnie kadruje, aby nie było widać twarzy postaci. Można by rzec: słowo zostało dotrzymane, bowiem w większości czytelnik otrzymuje zdjęcia podróżne: piaszczysta droga, rozlana kałuża asfaltu, przydrożna kapliczka, samochód zaparkowany pośrodku niczego. Sam środek niczego.

Peryferia i centrum

Wieś widziana z perspektywy miasta, Wschód Polski widziany przez jej stolicę, to amalgamat przecudnych wyobrażeń. Szeptuchy, czysta wiara prawosławia, cebulaste wieżyczki cerkwi, bieda aż piszczy i piękno nieskalanej przyrody, które ma wyrównać braki w domowych budżetach. Tyleż romantyczne, ile nieprawdziwe. Do Polski B może tęsknić jedynie zadławiona własnym przesytem Polska A. Bo Polskę B trzeba czytać również przez pryzmat niechcianych problemów, które układają się w realizm życia: bezrobocie, alkoholizm, niepodzielna władza mężczyzn w domu nad kobietą. I pamięć wojny, która dla wielu z nas jest już kwestią znaną jedynie z książek i filmów, a tam wżera się nieustannie w codzienność. Rozpamiętywana, rozgrzebywana, nigdy nie ugaszona pamięć, pod którą tli się strach, żal, wściekłość i niemoc. Historia Podlasia jest niełatwa; bolesna jak przystało na tygiel kulturowy pogranicza. I każdy ma tu swoją pamięć: Niemcy, Żydzi, Ukraińcy, Białorusini, Polacy… I każdy inaczej pamięta: że lepiej było za cara, za Niemca, za PRL, za Unii. Agnieszka Pajączkowska wiernie zapisuje słowa usłyszane, ale nie ośmiela się ich komentować. Nie jest tu po to, aby kogoś nawracać, zmieniać poglądy; jest po to, aby słuchać. Czyli przyjąć tego, który przychodzi z całym jego dobrodziejstwem. Pajączkowska staje się wzorem taktu, szacunku wobec swoich rozmówców, niewyczerpanym oceanem cierpliwości i czytelnik życzyłby sobie więcej takich autorów i książek. Nie rwanego, wściekłego dziennikarstwa i drapieżnego reportażu, ale autentycznego wsłuchania się w drugiego człowieka. Może jest tak, że fotografia, czyli zapatrzenie w czyjąś twarz, przekłada się także na umiejętność słuchania? Przykład Mikołaja Grynberga (Księga Wyjścia czy Oskarżam Auschwitz) jaśnieje tutaj bardzo wyraźnie i jestem pewien, że Agnieszka Pajączkowska udanie zmierza podobną drogą. Czytając i wsłuchując się w głosy zapisane w Wędrownym Zakładzie Fotograficznym, czytelnik staje bezradny wobec kakofonii pamięci. Komu wierzyć, skoro wszystkim nie można? Pamięć ludzka jest selektywna, kapryśna, nie sposób z nią dyskutować. Trzeba zamilknąć, pozwolić usłyszanym/przeczytanym słowom rezonować w sobie. I wpatrywać się w fotografię.

Wspominam tyle o takcie, delikatności, wyczuciu Agnieszki Pajączkowskiej, bo jestem szalenie ciekaw, w jaki sposób radziła sobie z emocjami. Nie wszędzie przecież była witana z otwartymi ramionami. Czasem słyszała słowa, których by nie chciała. Słowa z pogranicza obleśności i wiszącej w powietrzu groźby, jak te, dlaczego taka młoda kobieta podróżuje sama, czy już miesiączkuje i czy jest z nią coś nie tak, skoro jeszcze nie ma dzieci. Bo na wszystkie problemy natury seksualnej gotów zjawić się zaraz tuzin jurnych i oczywiście podpitych uzdrowicieli… Albo zdania ziejące antysemityzmem, powtarzane jak Polska długa i szeroka, że „Trzeba przyznać, że jedną rzecz Hitler dobrze zrobił, że ich wymordował”. Albo postawa tak niechętna wobec „obcego” w swoim środowisku, że należy się ewakuować. Autorka rzadko pozwala sobie na przekroczenie niebezpiecznego dystansu, za którym jest już tylko komentowanie, poprawianie, traktowanie z góry. Emocjom pozwala ujść w pięknych literackich odpryskach, w których łapie duchową równowagę. Sam w czasie niespiesznej lektury powracałem z lubością do drugiej części tego opisu, odnajdując swój punkt ciężkości:

 

Grill przed domem. Dzieci przyjechały z Białegostoku, otwarte piwka, wódeczka, kiełbaski i kaszaneczka. Patrzyli na mnie tak, że poczułam się, jakbym im przyszła tę kaszankę zeżreć. Z rozmowy nie pamiętam nic. Zrobiłam zdjęcia, ale czułam, że mają mnie za kuriozum, frajerkę i dziwaczkę.

Pojechałam do lasu nad jezioro. Nie było nikogo. Pływałam długo, potem patrzyłam, jak się ściemnia, zrobiłam kolację. Pół godziny drogą od tamtej wsi znalazłam się w środku wakacji. Dotarło do mnie, że przez miesiąc będę rozdawała raczej byle jakie zdjęcia, dostając w zamian sytuacje, które obtłuką mnie jak emaliowaną miskę, odrapią skutecznie z przyjemności sentymentalnego myślenia o wsi.

Wszyscy piękni starzy ludzie

Sentymentalne myślenie o wsi? Wędrowny Zakład Fotograficzny rozbija je w pył. Za każdym zdjęciem jest konkretna historia – to oczywiste. Niemniej jednak ilość wykonanych portretów, jak również wysłuchanych opowieści, staje się zdjęciem zbiorowym polskiej wsi. Wieś widziana z perspektywy wielkomiejskiego centrum nabiera charakteru rezerwatu osobliwości. To wciąż naiwne wyobrażenia o domu nad rozlewiskiem, o spokojnym życiu wyznaczonym przez sielsko zmieniające się pory roku. Rzeczywistość jest zupełnie inna. Już na pierwszych stronach autorka notuje dwa charakterystyczne zwroty, które słyszała od swoich rozmówców. Pierwszy to „Wejdzie, jeśli się nie boi” – i już czytelnik ma dziwnie gęsią skórkę. W zależności od intencji zdanie to może być zachętą lub groźbą. Zachętą, bo choć drewniany dom wygląda jakby się miał zaraz zawalić, to przecież żyją w nim ludzie i serdecznie zapraszają do siebie. Groźbą, bo jeśli przybysz ma złe zamiary, to nie może liczyć na wyrozumiałość. Jest w tym zdaniu coś z pogranicza horroru, jak i bajki, ale pewnie tylko mieszczuch taki jak ja odczytuje je w ten sposób. Ludzie wsi cenią ziemię i dom w niej wkorzeniony, ale wiedzą nazbyt łatwo, że zawsze może przyjść jakiś wysłannik jakiegoś państwa, zacznie mierzyć i kreślić na mapie i nagle powie: dokładnie przez twój dom przebiega linia demarkacyjna, masz dwa dni na określenie się kim jesteś i po której stronie z połową majątku zaczniesz żyć. Tylko że domu nie sposób przenieść.

Tu, o, widzi pani, druga od lewej to ja. Ukrainka. Tutaj moja koleżanka z ławki, Polka. Ten wysoki chłopak i ten z przodu to byli bracia, Niemcy. Kochana, tu po wojnie wszyscy razem żyli, każdy chciał normalności zaznać. Nikt nikomu nie dokuczał. Niektórzy Niemcy jeszcze zdążyli się pożenić i dopiero wyjechali. My zostaliśmy tu, oni pojechali na zachód, a Polacy zajęli na wschodzie to, co było nasze. Choć różne narody, to jednak dom stracił każdy.

Drugie zdanie, które powtarza się jak natrętna mantra, to słowo „pobrykać” odmieniane przez wszystkie możliwe przypadki. Najczęściej jednak przez przypadek finansowy („co ja mogę pobrykać za taką rentę”) albo przypadek zdrowotny („gdzie ja pobrykam z takimi nogami”). Niech czytelnicy tej recenzji będę wyrozumiali dla mnie, jeśli widzę w tym słowie witalność na wzór młodego cielaka. „Pobrykać” jest słowem witalnym, skocznym i zadziornym, a przy tym niepozbawionym humoru. I trzeba mieć wszystkie te cechy, aby dostrzec radość życia, która ukryła się za klejącą się od brudu ceratą na stole, pękających żylakach, spracowanych dłoniach powykręcanych reumatyzmem. Zdaje się, że na wsi praca trwa nieustannie: a to słoiki przygotować na zimę, a to zwierzęta nakarmić, a to pole zasiać, a to owoce pozbierać z sadu i do lasu po dobro wszelakie iść. Bo samo nie przyjdzie, bo jak się zagapisz, to w zimie będzie z tobą źle. I nie jest to mądrość wyniesiona z bajki o beztroskim koniku polnym i zaradnych mrówkach, ale bolesna rzeczywistość, którą wyraża jedna z fotografowanych kobiet:

Dziecko drogie, chcieć sobie można w mieście, na wsi człowiek musi. Gdyby tu ludzie sami nie robili, to co by jedli? Jak tu ani sklepów, ani autobusów, ani pieniędzy nie ma?

Podlasie jako niepodległość

Wędrowny Zakład Fotograficzny to zapis głosów (i obrazów!), gdzie przemawiają ci gorsi od reszty Polski, gorsi od Warszawy. Obezwładniające poczucie fatalizmu, że nic się nie zmieni, że trzeba stąd wyjechać. Młodzi wyjeżdżają, a w ich miejsce przyjeżdżają ci, których stać na „arkadyjskie fantazje mieszczuchów” z centralnej Polski. Dzieci bohaterów rozmów Pajączkowskiej wyjechali daleko, daleko stąd, bo już nie do pobliskiego ani nawet najdalszego miasta. Miasto przestało być upragnioną granicą. Ci, którzy nie chcieli wieść żywota na wzór ojców swoich, wyjechali do Hiszpanii, Anglii, Włoch, Stanów Zjednoczonych. I to jest ciekawa myśl, że miasto przestało być opozycją dla wsi. Że jeśli jest coś kontrapunktem dla wsi, to jest to nie Polska, ale Europa i świat cały. Bo może tak też trzeba spojrzeć na dzisiejszą wieś – tę drewnianą jeszcze, tę z piaszczystą drogą, tam gdzie handluje się spirytusem z Rosjanami – jako na osobny świat właśnie? Bo jeśli istnieje Planeta Kaukaz, to może istnieje również Planeta Podlasie? Podlasie jest swoje, niepodległe i rozmarzone o najdalszej ucieczce na Wschód, ucieczce na Zachód. Byle dalej, co paradoksalnie oznaczać może: jeszcze bardziej w głąb siebie. Jedni mówią, że Podlasie się kończy, zwija jak stara fotografia, inni z kolei twierdzą, że właśnie łapie drugi oddech, że się odradza. Że tu jeszcze jest prawdziwa wiara. Inni, że wszystko jest już na sprzedaż. Wszelkie porównania zdają się jedynie trącać temat, ale nie dotykać go. Pozostaje polifonia głosów, pewnie o różnej wartości, ale oddzielić ich od siebie nie sposób. Zamknąć Podlasie w jednoznacznym opisie nie sposób.

Książka Agnieszki Pajączkowskiej wydaje się niepozorna, a jednak zawiera w sobie potężny ładunek emocjonalny i poznawczy. Nie sposób przeczytać Wędrownego Zakładu Fotograficznego za jednym razem. Ta książka z jednej strony kąsa i nie daje spokoju, a jednocześnie daje drugi oddech skołatanym myślom. I pewnie takie jest właśnie janusowe oblicze dzisiejszej wsi.

 

A. Pajączkowska, Wędrowny Zakład Fotograficzny, Czarne, Wołowiec 2019.

Okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Planeta Podlasie, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 68

Przypisy

    Powiązane artykuły