25.07.2019

Nowy Napis Co Tydzień #007 / Idea w troszkę spłowiałych dekoracjach

Gdy jesienią 2018 roku dostrzegłem w internecie notkę informującą o kolejnej powieści Harukiego Murakamiego pt. Śmierć Komandora, z miejsca powziąłem postanowienie, że znajdzie się na mojej półce. Jest wszak grono pisarzy, których kolejne powieści czekamy,  nawet jeśli nie uważamy za nieomylnych w swym fachu. Japończyk jest właśnie takim autorem: potrafiącym przyciągnąć pokaźną liczbę czytelników oraz umiejącym utrzymać z nimi nić porozumienia na przestrzeni wielu lat.

Nie może zanadto dziwić fakt, że taka symbiotyczna relacja między pisarzem a odbiorcą prowadzi nierzadko do pójścia drogą pewnych kompromisów, które jednak – wnosząc po ilości pozytywnych komentarzy na temat najnowszej powieści – wcale nie zniechęcają fanów, oczarowanych możliwością zanurzenia się na powrót w „murakamowskim uniwersum”. Jeśli chodzi o mnie, to niewątpliwie doszło do wewnętrznego sporu pomiędzy krytycznie nastawionym wobec tekstu badaczem literatury a oddanym czytelnikiem jego powieści. Jakie są przyczyny tegoż nieporozumienia i czy Japończyk nie mydli nam wszystkim oczu, postaram się niebawem odpowiedzieć, będąc świeżo po lekturze pierwszego tomu powieściDrugą częścią zajmę się w oddzielnej recenzji.[1].

*

Punkt wyjścia Śmierci Komandora nie jest zaskakujący dla kogoś, kto przeczytał chociaż kilka książek Murakamiego. Z reguły bohatera, czyli mężczyznę w średnim wieku, dopada kryzys na płaszczyźnie zawodowej lub/i prywatnej, co jest przyczyną porzucenia przez niego dotychczasowego trybu życia i poddania się serii nieprawdopodobnych wypadków. Tak wykreowany protagonista nie buntuje się przeciwko zrządzeniom losu, stosunkowo szybko natomiast godzi się z nowym stanem rzeczy, choć jednocześnie dogłębnie analizuje sytuację, w jakiej się znalazł. Bohater najnowszej powieści także wpisuje się w ten schemat, bowiem nie wyróżnia się niczym szczególnym – ma ambicje, które do jakiegoś stopnia pokrywają się z zasobami talentu, jednak to mu nie wystarcza. Z zawodu jest malarzem, a ściślej: specjalistą od portretów zamawianych przez prezesów dużych firm i różnej maści nuworyszy. Rzecz jasna, jako zdolny absolwent Akademii Sztuk Pięknych ma większe ambicje; pragnie odmiany artystycznego wizerunku, ponieważ uważa, że malowanie portretów w żaden sposób nie wpływa na jego rozwój. Gdy pewnego dnia jego żona przekazuje mu wiadomość o rozstaniu, nie stawia jej większych zarzutów, cechuje go wręcz stoicki spokój. Postanawia udać się w podróż samochodem. Po powrocie do Tokio dostaje wiadomość od przyjaciela ze studiów, który proponuje mu pobyt w domu należącym do jego ciężko chorego ojca, słynnego malarza Tomohika Amady. Akcja przenosi się do ustronnego miejsca w górach niedaleko Odawary, gdzie główny bohater doświadczy – który to już raz – zatarcia się granic rzeczywistości w przyrodzonym jej kształcie.

Po raz kolejny sprawdza się typowy dla Murakamiego schemat powieściowy, dzięki któremu opowieść, bez większych tricków fabularnych, posuwa się do przodu. W tym właśnie punkcie objawia się mój ambiwalentny stosunek do nowej powieści Japończyka, a także do innych jego książek. Z jednej strony cenię powieści stroniące od wydumanych rozwiązań, bazujące na atmosferze i umiejętnym stopniowaniu napięcia. Jednakże nawet czerpiąc sporą przyjemność z lektury, miałem wrażenie, że jak na historię tej objętości autor niespotykanie rzadko wprowadza zmiany, jakby niezwykle mocno wierzył we własny dar snucia niespiesznej narracji. Odkrycie przez głównego bohatera obrazu zatytułowanego Śmierć Komandora,czyli właściwie pierwszy punkt zwrotny, dokonuje się dopiero po stu stronach. Szybko okazuje się, że autorem malowidła jest właściciel domu – wspomniany wyżej Tomohiko Amada. To uruchamia całą machinę domysłów, bowiem nieznane dzieło tak zdolnego artysty siłą rzeczy intryguje protagonistę powieści i skłania do stawiania pytań, dlaczego Amada, absolwent wiedeńskiej akademii, tuż po II wojnie światowej porzucił sztukę w duchu europejskim na rzecz tradycyjnego malarstwa japońskiego. Tak więc przez jakiś czas bohater prowadzi prywatne śledztwo, w międzyczasie próbując zaaklimatyzować się w nowym miejscu zamieszkania, co objawia się poprzez dość prozaiczne czynności, opisywane jak zawsze przez Murakamiego z iście zegarmistrzowską precyzją. Poniekąd zadziwiające jest, jak prosty z pozoru akt japoński pisarz potrafi wynieść na wyżyny rytuału, zakładając, że określenie „zadziwiające” niesie ze sobą sprzeczne w moim odczuciu wrażenia: na pewno usatysfakcjonowani będą piewcy slow life’u, optujący za celebracją najprostszych czynności. Oni w Murakamim odnajdą zapewne swego sprzymierzeńca. Nie trzeba być jednak zwolennikiem tego ruchu, żeby docenić, z jakim oddaniem zostaje to wszystko w powieści odmalowane. Innymi słowy, czuć w Śmierci Komandora autentyczny smak życia, czuć genius loci miejsca odseparowanego od większych skupisk ludzkich, czyli to, co najczęściej zatracamy z uwagi na konieczność sprostania wyznaczonym przez społeczeństwo rolom. Wydaje mi się jednak, że mimo pewnej dozy sympatii wobec zabiegów skrzętnego odwzorowywania rzeczywistości, chociażby opisów przyrządzania sosu pomidorowego (sic!), mam jednak prawo wymagać od powieści nieco mniejszej drobiazgowości i pochylania się nad tymi procesami, które mają dla fabuły zdecydowanie istotniejsze konsekwencje.

*

Na charakterystyczny, nieco opieszały sposób prowadzenia narracji, duży wpływ mają zdarzenia nadnaturalne, które w tej powieści jak najbardziej się sprawdzają. Nie odnosi się bowiem wrażenia, że są aplikowane na wyrost, jak deus ex machina. Jeśli główny bohater zaczyna nocą słyszeć dźwięk dzwonków dochodzący z niesprecyzowanego źródła, a nieco później tajemniczy głos, to takie zabiegi wprowadzane są z wyczuciem i nie myśli się o nich jako o pretensjonalnych rozwiązaniach. Mieszanie porządków jawy i snu nie jest z ducha lynchowskie, raczej nietrudno można odróżnić granice pomiędzy dwoma światami, które są przez pisarza dosyć wyraźnie wytyczone. Oczywiście zwolennicy realistycznej prozy odczują pewien niedosyt, ale czytelnicy lubujący się w światach przedstawionych podszytych delikatnym surrealizmem powinni być usatysfakcjonowani. Pod względem ideowym Murakami nie mówi raczej nic nowego o „podszewce świata”, co nie znaczy, że nie potrafi dobrze oddać atmosfery takich granicznych miejsc, jak choćby szczeliny w skale, do której wpada siostra głównego bohatera, czy wyłożonego kamieniami dołu. W większości jego wcześniejszych powieści pojawiają się motywy surrealistyczne, jednak, co wypada odnotować, opisywane są one niezmiennie językiem klarownym, wręcz przezroczystym. Innymi słowy, oniryzm dotyczy wyłącznie świata przedstawionego, a nie języka, za pomocą którego ten świat jest opisywany, dzięki czemu granice między poszczególnymi światami nie zostają rozmyte na poziomie językowym – wydaje się natomiast, że sfery te przenikają się naturalnie w samym świecie przedstawionym. Główna zaleta Murakamiego, którą doskonale widać także w Śmierci Komandora, to właśnie owa rzadka umiejętność wprowadzania do tkanki powieściowej rzeczy, postaci i zjawisk ukrytych pod powierzchnią codziennej rutyny.

Wspomniałem do tej pory o dwóch istotnych kwestiach dotyczących nowej książki Murakamiego (choć te uwagi można by odnieść także do jego innych powieści): sposobie prowadzenia narracji oraz metodzie umieszczania wątków nadnaturalnych. o ile mam pewne zastrzeżenia co do rozwiązań fabularnych, to jednak muszę przyznać, że z drugiego zadania Japończyk wywiązuje się całkiem nieźle. Trzecim elementem, który nierzadko spotyka się z negatywnym odzewem ze strony krytyków literackich, jest „superpłaski” język. Zadziwiające skądinąd, że w Polsce Murakami doczekał się statusu wręcz kultowego pisarza, skoro nasza tradycja literacka przesiąknięta jest rozbuchanymi stylistycznie projektami w duchu Gombrowicza czy Witkacego. Nie trzeba jednak być badaczem literatury, aby dojść do wniosku, że te dwa porządki – odbioru powszechnego i trybu czytania ściśle powiązanego z krytyką – działają na zupełnie innych zasadach. Inne są przede wszystkim oczekiwania osób, które sięgają po książki Murakamiego. Nie inaczej jest ze Śmiercią Komandora. Porównania bądź gry słowne są rzadko wykorzystywane przez pisarza. Język właściwie nie odciska się piętnem na rzeczywistości, stanowi jej stosunkowo proste dopełnienie. Kwestie wypowiadane przez bohaterów nie są szczególnie wyraźnie różnicowane. Jedyną postacią, która wybija się ponad tę stylistycznie jednorodną matrycę, jest Komandor (w języku polskim zostało to oddane poprzez wykorzystanie ruchomych końcówek). Niemniej jednak język w Śmierci Komandora nie gra pierwszoplanowej roli i wątpię, aby to się w najbliższym czasie zmieniło. Mnie osobiście nie razi taki przejrzysty styl, gdyż nie wyobrażam sobie nagłej wolty w wykonaniu Murakamiego, który postanawia pisać à la Thomas Pynchon.

*

Nieco bardziej drażniącym aspektem poruszanego wyżej problemu pozostają natomiast opisy scen erotycznych. Nie można stylu tego z pewnością nazwać „pruderyjnym” czy „wiktoriańskim”, jako że Murakami często w najnowszej powieści stosuje jednoznaczne określenia dotyczące sfery seksualnej, przy czym nie przekracza granicy, za którą zaczyna się czysta pornografia. Może zresztą pewna nieporadność przy opisie wyjątkowo licznych w Śmierci Komandora zbliżeń między bohaterami nie wynika z niedoskonałości tworzywa językowego, a bardziej z przyjęcia pozycji chłodnego obserwatora, niezbyt angażującego się w tak intymne sprawy jak seks. Trudno to jednoznacznie stwierdzić, choć faktem jest, że nominacja do nagrody Bad Sex in Fiction Award nie wzięła się znikąd i że Murakami już od dawna ma poważny kłopot ze scenami tego typu. Jeszcze większy problem dostrzegają czytelniczki, które uważają, iż autor 1Q84 wprowadza na powieściową scenę kobiety tylko po to, aby dostarczały zaspokojenie męskim aktorom. Do tej pory nie postrzegałem tego w ten sposób, ale najnowsza powieść skłoniła mnie do zrewidowania poglądu. Rzeczywiście jest tak, że ilekroć nasz bezimienny bohater spotyka kobietę na swojej drodze, nieodmiennie ta relacja skupia się niemal wyłącznie na seksie. Byłoby to adekwatne w przypadku np. satyry o mężczyźnie z nader wybujałym libido, Śmierć Komandora jest jednak zgoła o czymś – i o kimś – innym. Cóż jednak począć, skoro towarzyszka głównego bohatera, nawet jeśli wypowiada bystre uwagi, czyni to z reguły zaraz po odbyciu stosunku seksualnego. Być może nie chodzi o umniejszanie kobiecego potencjału intelektualnego i zabiegi te mają świadczyć o niemożności zbudowania głębszej relacji między dwojgiem ludzi, bądź też o emocjonalnej pustce protagonisty powieści, jednak taka interpretacja wydaje się nieco naciągana. Możliwe też, że Murakami nie troszczy się o sprawiedliwe czy psychologicznie bardziej wiarygodne wizerunki kobiecych postaci, gdyż nie rości sobie praw do napisania powieści polifonicznej, która oddawałaby głos wszystkim aktorom powieściowej sceny. Innymi słowy, tworzy kolejną kameralną historię, gdzie „słyszalny” jest przede wszystkim męski punkt widzenia, a żeński, choć może to dziwnie zabrzmieć, stanowi tylko konstrukcyjne spoiwo, tło do zmagań mężczyzny z własnymi ambicjami.

Nowa powieść Murakamiego pt. Śmierć Komandora – a konkretnie jej pierwsza część – wywołuje we mnie sprzeczne emocje. Jest tutaj obecnych kilka ciekawych wątków, które z pewnością znajdą swoje rozwiązanie w drugim tomie i choćby z tej podstawowej przyczyny sięgnę po kontynuację. Mam jednocześnie w pamięci kilka zastrzeżeń, dotyczących przede wszystkim powtarzalności schematu fabularnego, wyjątkowo nieśpiesznej narracji, opisów scen erotycznych oraz roli kobiet w opowiadanej przez Japończyka historii młodego malarza. Czy jednak mógłbym stwierdzić, że Murakami całkiem niezasłużenie wspina się po raz kolejny na szczyty list bestsellerów, oferując produkt o ustalonej na rynku marce? Niekoniecznie, bo choć książkę trudno określić mianem porywającej, to jednak zawiera w sobie wiele elementów dobrze napisanej prozy, z równo rozłożonymi akcentami fantastycznymi, poprawnie rozpisanymi dialogami, nieepatującą tanią kontrowersją i – co chyba najważniejsze – świadczącą o wysokiej samoświadomości pisarskiej Murakamiego.

Haruki Murakami, Śmierć Komandora, t. 1, Pojawia się idea, tłum. Anna Zielińska-Elliott, Warszawa: Wydawnictwo Muza, 2018.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Piotr Jemioło, Idea w troszkę spłowiałych dekoracjach, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 7

Przypisy