15.10.2020

Nowy Napis Co Tydzień #071 / Kobierzec pytań

Korespondencja Bartosza Jastrzębskiego i Krzysztofa Dorosza jedynie z pozoru dotyczy wolności. W rzeczywistości obaj piszący dotykają tak wielu spraw, że jedynym mianownikiem ich wszystkich byłyby właśnie zagadnienia zniewolenia oraz posłuszeństwa. Nazbyt to szerokie tematy, przyznajmy od razu. Czytelnik ma wrażenie, że wrzucono do rzeki kamień z napisem „wolność”, a powstałe kręgi na wodzie w jakiś sposób dotykają najważniejszego zagadnienia. Główną myśl, która jest osią całej korespondencji, Krzysztof Dorosz wyjaśnia w sposób następujący: gdzieś pomiędzy XVI a XVII wiekiem w Europie powstała kultura faustyczna, która zerwała więź człowieka z Bogiem. Rosnąca racjonalizacja świata, doskonałość techniki, coraz śmielsze odkrycia zamiast wywyższyć człowieka do rangi przyjaciela Boga w rzeczywistości doprowadziły do powtórzenia przez niego zawołania non serviam. Amor Dei została zamieniona na amor sui. Konsekwencją „umiłowania siebie” pozostaje życie nie dialogujące z Tajemnicą. Zanikły również Piękno i Prawda, których gwarantem pozostaje Transcendencja. Zamiast Bożej Opatrzności żyjemy pod łaskawym okiem Wielkiego Widzimisię. Jastrzębski zgadza się z diagnozą Dorosza, ale dodaje ciekawe zróżnicowanie poglądów obydwu piszących. Jastrzębski uważa, że do przyczyn współczesnego zerwania człowieka z Bogiem należy zaliczyć też reformację Marcina Lutra. Protestantyzm szybko podporządkował się Państwu, stając się jeszcze jedną instytucją zależną od władcy. Uwaga ta lekko zaostrza kulturalne listy obydwu autorów, ponieważ Dorosz jest protestantem, zaś Jastrzębski katolikiem. Krzysztof Dorosz kapitalnie ripostuje, że wystąpienie Lutra w rzeczywistości jest kontynuacją średniowiecza. Augustiański mnich w swoich postulatach teologicznych raczej cofa się, nawet chowa w głąb Pisma, łaski i Chrystusa. To raczej mistycy Karmelu ze św. Teresą z Ávila i św. Janem od Krzyża oraz św. Ignacym Loyolą swoimi pismami wytaczają nowe drogi. I rzeczywiście daje do myślenia zestawienie Twierdzy wewnętrznej czy Ćwiczeń duchowych z pismami Lutra; ten ostatni zdaje się raczej bronić swoich pozycji, niż porzucać je, aby odkrywać nowe przestrzenie Ducha.

Gdybyśmy, Bartku, żyli w świecie idealnym, katolicyzm powinien był po Soborze Trydenckim wchłonąć ewangelickie przesłanie, nie zaprzeczając w niczym sobie, protestantyzm natomiast powinien był na nowo odkryć istotę katolicyzmu. Tak się jednak nie stało. Nic w tym pewnie dziwnego; trudno oczekiwać od wielkich instytucji, które odsądzały się nawzajem od czci i wiary, by w swoim przeciwniku szukały dobrych stron. Lecz cóż dzisiaj broni katolikom i protestantom rozmawiać o łasce, grzechu, śmierci i zmartwychwstaniu, jeśli tylko mają dobrą wolę, otwartą głowę i niezatwardziałe serce? […] Bo przecież każda wiara jest w gruncie rzeczy trudna, a my, ludzie, upraszczamy ją i wypaczamy, ułatwiając sobie życie. Niestety, ta odwieczna skłonność do upraszczania nieraz prowadzi nas ku bałwochwalstwu. 

– kończy pojednawczo spór Dorosz. Jeśli byłoby gdzieś poważniejsze iskrzenie między korespondentami, to właśnie w tej kwestii. Jastrzębski i Dorosz są w zasadzie zgodni, z listów przebija wzajemna sympatia i urzekająca przyjaźń. I teraz współczesny, niecierpliwy czytelnik może zapytać: to tak nudno będzie przez cały czas? A gdzie akcja, gdzie ploteczki, gdzie wreszcie przysłowiowe mięcho?

Jak sądzisz?

Nic z tych rzeczy, hipotetyczny, niecierpliwy czytelniku. Na okładce Listów o wolności i posłuszeństwie powinna widnieć banderola z ostrzeżeniem „Dla wymagającego czytelnika”. Powiedzmy sobie szczerze, że korespondencja Jastrzębskiego i Dorosza nie jest dla wszystkich. To raczej pozycja dla tych, którzy czytają wciąż te same książki. Jakie to książki? Skromna biblioteka zostaje zaprezentowana w Listach: Wyznania św. Augustyna, kazania i traktaty Mistrza Eckharta, mistyczna poezja angielska, ale również Samuel Beckett i Eric Voegelin. Byłaby zatem korespondencja obydwu intelektualistów książką w książce, przypisem do wspólnej biblioteki? Można czytać Listy o wolności i posłuszeństwiew taki sposób i nie będzie to lektura zbędna. Jastrzębski i Dorosz mają jednak znacznie więcej do zaoferowania cierpliwemu czytelnikowi. Co bowiem znajduje się na kolejnych kręgach rozchodzących się od tematu wolności? Namiętność, proszę Państwa.

Bo jeśli pisać o Bogu, jeśli porywać się na taki temat, to tylko z pasją. Którąkolwiek, dewastacji lub uwielbienia. Jest to jednak namiętność męska, nie użyczymy tu zbyt wielu wzniosłych słów. Niewielu będzie tu odsłaniania swoich przeżyć, dzielenia się intymnością. Gdzie zatem jest ta namiętność, dodajmy, namiętność do Boga? Ponad czterdziestoletni i ponad siedemdziesięcioletni mężczyźni otwierają swoje serce, gdy piszą o modlitwie. I to jest najbardziej autentyczna, przynajmniej dla mnie, część listów.

Problem jednak, który mnie nurtuje – pisze Jastrzębski – a czasem nawet przygnębia – jest taki: czym dziś, praktycznie rzecz biorąc, miałoby być owo wstępowanie w Obłok niewiedzy? Jak to robić, jak praktykować samoogołacanie pomiędzy zakupami, zmianą opon, obowiązkami pracowniczymi i rodzinnymi? Z jednej strony, jak pisałem, nie do końca przekonują mnie systematyczne, zorganizowane praktyki kontemplacyjne czy medytacyjne. Z drugiej zaś – co uczynić, by w tym pełnym szumu, zamętu, cierpienia i kłamstw świecie mieć słuszne poczucie, że się jakoś postępuje naprzód na duchowej ścieżce, że się dojrzewa wewnętrznie, a nie jedynie delektuje pięknymi frazami dawnych mistrzów? Jak sądzisz? 

Gdzie to ja czytałem podobne pytania zadawane z tą samą powagą? Chyba w korespondencji Thomasa Mertona i Czesława Miłosza. W Listach o wolności i posłuszeństwie akcenty są jednak rozłożone zgoła inaczej. Jastrzębski i Dorosz to świeccy, przynależą do odrębnych wyznań, jeden jest akademikiem, drugi cieszy się emeryturą; obydwaj wciąż pozostają twórczy pisarsko. Zaskakujące są w przytoczonym fragmencie listu Jastrzębskiego przynajmniej dwie rzeczy. Pierwszą jest nieufność do „zorganizowanych praktyk kontemplacyjnych”. Wielokrotnie Jastrzębski będzie podkreślał awersję do weekendowych kursów medytacyjnych. Dorosz będzie sekundował, pytając, czy oferty takich kursów nie są współczesną wersją kupczenia odpustami na wzór tych sprzed reformacji. Świetne są te pytania, co do których nie chcę zdradzać odpowiedzi pojawiających się na kartach korespondencji. Autorzy uczciwie pochylają się nad głodem duchowości obecnym we współczesności. I próbują nazwać rzeczy po imieniu. Bartosz Jastrzębski zwraca uwagę na popularność słowa „medytacja” w dzisiejszej humanistyce. Głębszy namysł nad problemem, z pewną dozą odwołania do mglistej Transcendencji, bezpiecznie nazwać medytacją. Jastrzębski twardo zauważa, aby nie mylić medytacji z modlitwą. Ta ostatnia to krzyk, olśnienie albo milczenie. I tylko modlitwa jest w stanie podźwignąć ciężar życia. Nie może być więc oferowana na zasadzie towaru konsumpcyjnego w sklepie z duchowymi dobrami. Te uwagi są cenne i prowokujące… Coś w tym jest, chciałoby się zakrzyknąć, choć jednocześnie rodzi się pytanie, czy wraz z problemem nie wylano dziecka z kąpielą. Niejednokrotnie takie „weekendowe sesje medytacyjne” mogą stać się poznaniem metody (kwestia oddechu, wyprostowanej postawy ciała, zaangażowania wyobraźni – to już całe bogactwo tradycji karmelitańskiej, benedyktyńskiej czy ignacjańskiej), aby dalej samodzielnie stawiać już własne kroki. Jeśli komentuję te słowa, to znak, że trafiają one do wspólnego czytelnika, rezonują w nim i pracują. Trudno bowiem przejść obojętnie obok wersów szczerego pisania o modlitwie, gdzie nie ma literackiej zgrywy, ale też pobożnościowego poddaństwa. Nie mniej wzruszające jest, gdy przeczytamy zacytowany fragment tak, jak został on napisany, w nagim brzmieniu: to prośba mężczyzny pozostającego w orbicie kryzysu wieku średniego (mityczna czterdziestka już przekroczona), który pyta mężczyznę niemal dwukrotnie starszego, jak się modlić. Jastrzębski stawia pytania nie przedstawicielowi (urzędowemu) któregoś z Kościołów, ale człowiekowi świeckiemu. Tu się rozgrywa mnogość odczytań i refleksji. Dlaczego interlokutorem nie jest przedstawiciel stanu duchownego – nie budzi zaufania? Nie sięga do dyskusji dzisiejszych intelektualistów? Nie potrafi przemówić własnym językiem wciąż schowanym za tymi samymi od wieków zwrotami-wytrychami? – to są pytania, które wyraźnie dźwięczą na marginesie lektury. Krzysztof Dorosz odpowiada z głębi swojego doświadczenia zarówno wiekowego, jak i własnej ścieżki duchowej, która choć konfesyjnie przynależy do protestantyzmu, ale w swym bogactwie i otwartości jest po prostu chrześcijańska. Dorosz odpowiada słowami zaskakującymi:

Skłonny więc jestem przypuszczać, że dziś, w tym – jak powiadasz – pełnym szumu, zamętu, cierpienia i kłamstw świecie, w powodzi informacji i niezliczonych obowiązków ustanawianych przez coraz to nowe narzędzia stwarzane przez naszą naukowo-techniczną cywilizację, Bóg wymaga od nas mniej niż dawniej. Nie jesteśmy bowiem już w stanie, z wyjątkiem ludzi szczególnie do tego powołanych, angażować się w pełni w systematyczne praktyki kontemplacyjne.

Powiedz słowo, abba

Wczytuję się raz po raz w te słowa i przeżuwam, że: „dziś Bóg wymaga od nas mniej niż dawniej”. Zostawiam to do własnej wewnętrznej dyskusji czytelnikom, nie zamierzam jednak nie zdradzić wskazówki udzielonej Jastrzębskiemu przez Dorosza. Modlitwa Jezusowa jest odpowiedzią starszego z autorów. I znów rozpościera się cały kobierzec pytań. Od kilku lat można zauważyć rosnącą popularność tej modlitwy. Choć przynależy do pierwotnego chrześcijaństwa, doświadczenia ojców pustyni, rozwinęła się najbardziej w obrębie prawosławia. Dziś jest nauczana w katolickich klasztorach i ośrodkach medytacyjnych. Ale też przenika coraz bardziej do literatury, czego przykładem może być powieść Radka Raka Baśń o wężowym sercu, czyli wtóre słowo o Jakóbie Szeli, gdzie ten sposób modlitwy określony został jako najpotężniejsza broń:

Słowa, w które trzeba się wgryźć, wycisnąć z nich soki i które przemieniają tego, kto je wypowiada, i cały świat naokoło. Powtarzaj je tysiąc razy na dzień, rzekł pustelnik, powtarzaj dziesięć tysięcy, powtarzaj z każdym oddechem, aż przestaniesz odróżniać, gdzie słowo, a gdzie ty. 

Czy rosnąca popularność Modlitwy Jezusowej staje się swoistym znakiem czasów? Zaraz za tym pytaniem już wyłania się następne: czy nie jest dziwnym, że dwaj intelektualiści jako wzorzec modlitwy podają sobie metodę skupioną na połączeniu słowa i oddechu, nie zaś zaangażowaniu pełni bogactwa intelektu? I jeśli jest to dziwne, to trzeba tu dostrzec niejako powtórzenie św. Tomasza z Akwinu, który po napisaniu Sumy teologicznej mówił o niej „słoma” i wsadzał głowę do tabernakulum. 

Za dużo tych pytań, zdaję sobie z tego sprawę. Zatem pozwolę sobie napisać wprost wniosek, który nasuwa mi się po przeczytaniu stron o modlitwie dwóch nietuzinkowych osobowości intelektualnych i pisarskich. W prośbie Bartosza Jastrzębskiego skierowanej do Krzysztofa Dorosza widzę powtórzenie tego archetypicznego gestu – oto uczeń zwraca się do mistrza i mówi: powiedz słowo, abba. I być może wchodzimy już w etap, gdzie nauczycielami życia duchowego nie będą już urzędowi przedstawiciele Kościołów, ale świeccy. Szokujące? Odpowiedź zależy od tego, czego oczekujemy od swoich Kościołów. Czy są tylko punktem usługowym sakramentów, zaspokajaczami potrzeb poczucia wspólnoty, czy rzeczywistymi centrami życia duchowego? Nie zdziwiłbym się, gdyby Listy o wolności i posłuszeństwie wyprzedziły w swym opisie to, co wynika z pandemii koronawirusa w życiu Kościoła – tęsknimy do sakramentów, ale nie tęsknimy do mszy świętej (tak, wiem, że to sprzeczne), urzędowy przedstawiciel Kościoła (ksiądz) nie jest nam potrzebny do osobistego doświadczenia Boga. I nagle mam poczucie lekkiego déjà vu, bo oto stoimy przed sytuacją, jak żywo przypominającą tę sprzed reformacji…

Ilość problemów poruszonych w Listach o wolności i posłuszeństwie jest rozległa. Nie sposób omówić tu wszystkich. W przedmowie do poprzedniego tomu korespondencji Krzysztofa Dorosza (ze Stanisławem Obirkiem pod tytułem Między wiarą a Kościołem) Jerzy Sosnowski pisał, że ta książka parzy. I wyjaśniał: gorące pytania, intensywność myśli oraz odmienność stanowiska obu autorów prowokowały czytelnika do opowiedzenia się po którejś ze stron lub sformułowania własnej. W przedmowie zaś do korespondencji Krzysztofa Dorosza z Bartoszem Jastrzębskim ks. Jan Sochoń wskazuje na dwie ambony ustawione naprzeciw siebie: każdy z kaznodziejów mówi wspaniale i jedyne, co się zgadza, to sakralna przestrzeń. Im więcej myślę o Listach o wolności i posłuszeństwie, tym bardziej jawi mi się ten zbiór korespondencji jako katedra, do której można się schować. Nie dlatego, że jest prawomyślna, tylko dlatego, że ma wszystko, czego potrzebuję: gargulce i maszkary, słowo i chleb, rozmowę i milczenie. 

B. Jastrzębski, K. Dorosz, Listy o wolności i posłuszeństwie, Państwowy Instytut Wydawniczy, Teologia Polityczna, Warszawa 2020.

 

Zachęcamy do odwiedzenia bloga Marcina Cieleckiego:  https://marcincielecki.wordpress.com/

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Kobierzec pytań, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 71

Przypisy

    Powiązane artykuły