15.10.2020

Nowy Napis Co Tydzień #071 / Moja Białoruś osobista (III)

Pierwszą część można przeczytać tutaj, a drugą w tym miejscu.

III. KLIMATY POLESKIE

Jeżdżenie po Mińsku samochodem jest dla przybysza wyjątkowo kłopotliwe: rozległość miasta i jednostajność socrealistycznej zabudowy utrudnia orientację w przestrzeni, a rozpowszechnienie zakazów skrętu w lewo zmusza do zataczania wielokilometrowych kółek, by na wybrane miejsce dotrzeć od jedynie właściwej strony. Po zakończeniu konferencji co prędzej uciekam z Mińska i jego strefy podmiejskiej, gdzie wszystkie drogi wjazdu do stolicy są płatne i tak nowocześnie niewygodne, że odbierają kierowcy jakąkolwiek swobodę wyboru prywatnych zaciekawień. Mam przed sobą jedenaście dni włóczęgi, jak zawsze u mnie preferującej tanią i niewygodną, niezaplanowaną z góry obserwację zjawisk przypadkowych, może wcale nie najważniejszych czy najbardziej typowych. To będzie „Białoruś moja”, własna i programowo subiektywna.

Ze stołecznego kołowrotka wypchnęło mnie drogą na Bobrujsk. To dobrze, tę południowo- wschodnią część Białorusi znam najmniej. Z bobrujskiej autostrady skręcam wprost na południe i właściwie nie wiem, gdzie jechać. Nagle przychodzi olśnienie: to kierunek na nieznany mi dotąd Turów. Dziś to miejscowość nieledwie anonimowa, wioska uwzględniana tylko przez najdokładniejsze mapy. O jej istnieniu wiem tylko dzięki szperaniu w historii początków ruskiego prawosławia. Kijów, Nowogród, a między nimi nieco mniejsze: Połock i Turów… W Turowie żył i pisał swe traktaty pierwszy (a może drugi?) wschodnio-słowiański teolog, święty Cyryl Turowski (1113–po 1190), wybitny kaznodzieja i pisarz religijny, znawca bizantyjskiej literatury starochrześcijańskiej. Turów był wtedy zresztą siedzibą biskupią i stolicą książęcą. Waga polityczna i kulturalna tego starego ośrodka wygasła już pod koniec średniowiecza. Prawosławną eparchię w XV wieku przeniesiono stąd na zachód – do Pińska.

Bywają takie miejsca w różnych krajach – w Polsce mamy na przykład Wiślicę czy Strzelno. Ich historyczna tożsamość znaczy cokolwiek tylko dla historyków wiary i religijnej kultury, dla innych są tylko anonimowymi punktami przy szosie. Cóż, przemija postać tego świata, jak uczy Pismo Święte. Ale trochę żal zagubionych wspomnień – o ludziach, ich dokonaniach i o dawnym pięknie poszarzałych dziś już miejsc.

Po przedwieczornym filozofującym spacerze przez Turów, który dziś chciałby przyciągnąć ciekawskich hałaśliwą muzyką i tańcami „na dechach” za sklepem, wracam przez most na Prypeci na główną szosę Polesia i jadę do Pińska. Bór ciągnie się dziesiątkami kilometrów, osiedli nie widać, ruch kołowy minimalny. Częste znaki ostrzegawcze z sylwetką łosia i uroczo dla polskich oczu prezentującym się napisem: „Astarożno – dikaja żywioła”. Sławetnych poleskich moczarów z szosy widać niewiele, ale ta „żywioła” przypomina, przez jaką krainę mam okazję przejeżdżać. Pole-ee-sia czar…

Do Pińska docieram około dziesiątej wieczorem, wesoła młodzież na rogatkach kieruje mnie do hotelu „Sport”. Duży, raczej rzeczywiście sportowy, ale czysty i wygodny. Dwa razy droższy od tego w Iwiach, ale „stojanka” dla samochodu strzeżona, a sam pokój większy. Rano okazuje się minus – jesteśmy na obrzeżach miasta, do centrum dobre trzy kilometry. Pójdę pieszo, zobaczę więcej. A mój chwilowy adres piński budzi we mnie złośliwe rozczulenie: mieszkam na ulicy „marszała” Konstantina Rokossowskiego… Przypominają się warszawskie lata szkolne. I potem, w grudniu 56., już studenckie, skandowane w drodze na pierwsze starszoharcerskie zimowisko, na peronie dworca w Kłodzku, okrzyki: „niech-się-cie-szą-mias-ta-wios-ki-że-wy-je-chał-Ro-kos-sow-ski”. Ludzie bili nam brawo…

Moi polscy koledzy z mińskiej konferencji bardzo zwracali uwagę na po-komunistyczne nazwy tamtejszych ulic i oczywiście na stojące tu i ówdzie „Leniny”. Mnie to interesowało mało – i nie wiem, dlaczego. Czy mój antykomunizm już na starość tak więdnie, czy przejmuję typowo białoruską obojętność na oficjalne, więc oczywiście cudze symboliczne gesty? Raczej już to drugie. U mnie rodzi się to ze specyficznego – pokojowego, ale upartego – anarchizmu. Nazywanie i zdobienie miejskich ulic, to chyba zawsze gestia nie ich mieszkańców, ale aktualnej ekipy władzy. A zatem to duchowo dla mnie nieważne.

Nazajutrz niedziela, Zesłanie Ducha Świętego. Droga do kościoła przez nowe przedmieście, a potem długo przez stary, niemal tysiącletni Pińsk. Dziś liczy 130 tysięcy mieszkańców. Małe jednorodzinne domy, a nawet mikroskopijne ogródki, sięgają głęboko starego centrum miasta. To nadaje mu szczególną atmosferę tradycyjnej prywatności mieszczańskiej, sympatycznie staro-europejską, a bardzo rzadką na całym terytorium posowieckim. W centrum kilka kwartałów wąskich uliczek, odległości na miarę wędrówek pieszych. Tu i ówdzie coś naprawdę starego, a wepchnięte w dawny pejzaż duże, nowe budynki jakoś nie dominują nad otoczeniem, nie przypominają zbyt natrętnie o potędze czy to władzy politycznej, czy korporacji handlowych. Płynąca wzdłuż starego miasta rzeka i widok rozległej zieleni po drugiej stronie jej koryta dodają mu uroku. Ze znanych mi miast białoruskich Pińsk wydaje mi się najpiękniejszy, ustępuje mu nawet bliski sercu Nowogródek.

Duże grupy mieszkańców suną do katolickiej katedry z różnych stron. Miasto jest oczywiście dwuwyznaniowe, proporcji katolików i prawosławnych nie znam, ale dziś widać przede wszystkim tych pierwszych. Stara świątynia nabita ludźmi. Dawno nie modliłem się nigdzie w takim ścisku. Liturgia i kazanie po białorusku, pieśni najczęściej po polsku, czasem z polskiego przetłumaczone. Po mszy świętej procesja przez miasto do czterech ołtarzy, na kształt naszego Bożego Ciała, tyle, że trasa kilkakrotnie dłuższa – dobre parę kilometrów marszu. Atmosfera święta całego miasta. Trudno uwierzyć, że tak niedawno przeszło ono pięćdziesięcioletnią ofensywę brutalnej ateizacji i policyjnej walki z praktyką religijną. Wydaje się, że spłynęło to, jak przysłowiowa woda po kaczce. Dziś kaznodzieja o niej nie wspomina. Kiedy jednak dobrze mówi o aktualnej władzy, że już nie prześladuje ona ludzi wierzących w Boga, przypomina mi się finał starej anegdoty o dobrotliwym Leninie, który spotkanemu biedakowi nie zrobił nic złego – „a mog zariezat’…” – kończyła się opowieść. Ten obrazek z kościelnych uroczystości w Pińsku wydaje mi się mówić w ten sposób sporo o dzisiejszej białoruskiej opinii publicznej, często zdającej się sądzić, że „dziś czasy nie są takie złe…”. 

Nazajutrz Polesia ciąg dalszy. Na chwilę wpadam do Janowa Poleskiego, zerknąć na miejsce, gdzie w 1654 roku prawosławni Kozacy torturami zabili słynnego jezuitę – Andrzeja Bobolę, kanonizowanego w 1938 roku. Jego szczątki doczesne, wystawione w szklanej trumnie pod ołtarzem naszego mokotowskiego kościoła jezuitów, pamiętam od dzieciństwa – stanowiły potem dla mnie widzialny kontekst trudnego ekumenicznego przekraczania pamięci o krzywdach dokonanych przez innowierców, a doznanych przez naszych – tych, z którymi czujemy się głęboko solidarni.

Jadę dalej, boczne drogi szczęśliwie doprowadzają mnie do niewielkiego, otoczonego lasami Łohiszyna. Tu bywałem już przed laty, tym razem jednak oglądam nowy przedmiot słusznej satysfakcji, budynek, zaskakujący urządzeniem sal zbiorowego użytku i indywidualnych pokoi. Wręcz luksus, bardzo odległy od zwykłych warunków i duma tutejszego proboszcza-społecznika – nowobudowany piękny dom starców. Duży ogród, a w nim nowoczesne życie na wsi białoruskiej czy polskiej. Myślę, że przybywający tu mieszkańcy tego domu długo muszą przyzwyczajać się do tak wysokiego standardu. Sam odbierałbym go chyba jako przesadnie elegancki i mało swojski. Proboszcz zwraca uwagę na coś innego: budząc we wspólnocie ambicję zbudowania czegoś własnymi siłami, można uruchomić energię zaskakująco dużą – i wtedy efekty materialne też przekraczają początkowe wyobrażenia i plany. I tak – ludzie wokoło są biedni, sami mieszkają w marnych chałupach, ale we wspólnie budowanym domu starców chcą zrealizować odwieczne marzenie o pałacu. Nie wiem, może to i tak… 

Ciąg dalszy w następnym numerze tygodnika „Nowy Napis Co Tydzień”

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Bohdan Cywiński, Moja Białoruś osobista (III), „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 71

Przypisy

    Powiązane artykuły