29.10.2020

Nowy Napis Co Tydzień #073 / Utrapienia zwierzęcia społecznego. Sylwetka Bogdana Ruthy

„Nie jest też wykluczone, że kochałem tylko ludzkość, a każdego poszczególnego spryciarza wolałem mieć od siebie w przyzwoitej odległości. Żywiący miłość do całej ludzkości nie może liczyć na wzajemność. (Ludzkość, cóż to jest?… Jeszcze jeden mit.) Może też kochałem ludzi w podobny sposób, jak kochałem psy, mimo że tarzają się w błocie i obwąchują sobie tyłki?” Bogdan Rutha

Moda na pisarzy przemija. Dziesiątki, setki wielce poczytnych autorów odchodzi w niepamięć. Można by rzec – pochopnie – że nie zdali najsroższego egzaminu i że jest to ostateczne podsumowanie ich znaczenia dla potomności. O zmarłym w roku 1983 roku Bogdanie Rucie dowiedziałam się zupełnie przypadkiem z ust pewnej aktorki, która przywoływała w mojej obecności spotkanie sprzed pół wieku, w hotelu Europejskim, z tym wielce popularnym wówczas literatem. Jako że ów przystojny mężczyzna w eleganckim, nienagannie czystym prochowcu nawiązał z nią rozmowę o charakterze przyjemnie ambiwalentnym, zadała mu wówczas stosowne pytanie, a mianowicie, czy jest żonaty. On jej na to odrzekł: „Droga Pani, czy ja wyglądam na mężczyznę, który mógłby się ożenić?”

Sprawy nieuniknione i ostateczne

Niewiele trzeba, jak widać, by rozpalić moją ciekawość, bowiem wkrótce potem sięgnęłam po powieść o powabnym tytule Szczurzy Pałac, uznaną przez samego autora (jak zwierzył się mojej rozmówczyni) oraz ówczesną krytykę, za jego najlepsze dzieło. Jej to niewątpliwie Rutha zawdzięczał zyskanie szerokiego grona czytelników. Książka o imponującej objętości pochłonęła mnie na dobrych kilka dni, podczas których równolegle starałam się dowiedzieć czegoś więcej o jej twórcy.

Pierwszy rekonesans wywołał u mnie niemały dysonans poznawczy. Otóż, jak się okazało, działalność całkiem wywrotowa za młodu przyniosła Rucie członkostwo w Międzynarodowym Komitecie Pomocy dla Republikańskiej Hiszpanii. Ze stron powieści natomiast wyłaniał się obraz niepostępowego inteligenta o wyraźnie elitarystycznych inklinacjach, do imentu obojętnego względem sporów ideowych, przynajmniej natury politycznej:

Postanowiłem żyć jak stare rody, które umieją przymykać oczy albo patrzeć na wydarzenia epoki jak na deszcz ze śniegiem, jak na lud szemrający, lecz w końcu zawsze komuś powolny. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie mu wygrażał. Obalać rzeczy nieuniknione jest cechą plebsuB. Rutha, Szczurzy Pałac, Poznań 1977, s. 172.[1].

Dalsze poszukiwania biograficzne nie przyniosły zachwycających rezultatów. Wobec prawdziwej czarnej dziury, w którą wpadł jego autor, być może z własnego wyboru, Szczurzy Pałac posłużył mi za linię przewodnią w odkrywaniu pozostałej twórczości Bogdana Ruthy. Powieść opublikowaną w 1973 roku formalnie można by zaliczyć do literatury o tematyce okupacyjnej. Odcina się jednak na tym tle tak wyraźnie, że przez długi czas zbity z tropu czytelnik zastanawia się, w jakich właściwie znajduje się rewirach.

Akcja toczy się w mieście N. – domniemanym Piotrkowie Trybunalskim. Główny bohater – narrator – jest bezimiennym młodym człowiekiem. W wyjątkowych okolicznościach poznaje doktora Glattera, żydowskiego lekarza. Pragnienie zbliżenia się do tej nieprzeciętnej i tajemniczej postaci powoduje, że podejmuje potężne ryzyko regularnych odwiedzin piotrkowskiego getta z pomocą fałszywej przepustki. Rozpoczyna tym samym „perwersyjny romans z zamkniętą dzielnicą”Tamże, s. 143.[2], na krótko przed jej likwidacją. W getcie Glatter kontynuuje eksperymenty rozpoczęte przed wojną w Wiedniu, mające na celu opracowanie cudownego leku, który by uśmierzył strach i wszelkie bolączki istnienia. Z narratorem łączy go prawdziwe braterstwo dusz. Rozmawiają o wszystkim. O badaniach naukowych, o kondycji człowieka, o sprawach obyczaju i sztuce. O wszystkim, tylko nie o tym, co ich otacza, oraz o „sprawach nieuniknionych i ostatecznych”Tamże, s. 197.[3].

Rutha stosuje konstrukcję szkatułkową, ale trzonem narracji jest introspekcja dokonywana przez głównego bohatera w obecności wielce dlań pobłażliwego świadka – żydowskiego naukowca. Nieustannie przerywają ją dygresje historyczne sięgające dawnych dziejów miasta, wątki kryminalne oraz elementy z powieści grozy. Przy bezwzględnym zachowaniu realiów epoki starannie budowana jest przez Ruthę atmosfera niesamowitości, przywołująca na myśl Opowieści Niezwykłe Edgara Allana Poego. Każda dygresja nosi znamię okrucieństwa losu i przypieczętowana jest śmiercią. Eklektyczność gatunkowa nie raz budzi wątpliwości, czy megalomania narratora, która wypływa niemal z każdej strony, jest przyjętą konwencją czy też nie. Jednak siła stylu pociąga za sobą i nie sposób oderwać się od wywodu, który wedle słów samego autora jest „Historią [jego] przygód wewnętrznych, czyż nie równie mrocznych, zawiłych i pełnych zagadek, co labirynty Szczurzego Pałacu?”Tamże, s. 612.[4]

Enigmatyczna biografia

Ze szczątkowych informacji – udzielonych przez Ruthę swoim wydawcom – wynika, co następuje: urodził się 17 czerwca 1920 roku w Poznaniu – mieście „kramarzy detalistów”B. Rutha, Mieszkanie [w:] Nasze ciekawe czasy, Kraków 1972, s. 173.[5]. W wieku siedemnastu lat, aby zapobiec rozwojowi choroby płuc, został wysłany przez rodziców do szwajcarskiego sanatorium, gdzie przebywał w latach 1937–1939. Tam też spotkał przywódców hiszpańskiej partii komunistycznej oraz działaczy Międzynarodowego Komitetu Pomocy Republice Hiszpańskiej. Pochodził z zamożnej rodziny, ojciec jego wspomagał finansowo podziemne organizacje lewicowe oraz był silnie zaangażowany w przedwojenny ruch spółdzielczy. W 1938 roku Rutha wyjechał do Francji, gdzie brał udział w przerzucaniu przez granicę francusko-hiszpańską rannych oraz wolontariuszy republikańskich. Współpracę z wywiadem republikańskim kontynuował po powrocie do Szwajcarii. Po wojnie pisarz studiował na wydziale medycznym Uniwersytetu Poznańskiego; przez kilka pracował w Państwowym Zakładzie Wydawnictw Lekarskich. Obrażenia doznane w hiszpańskiej wojnie domowej spowodowały przyznanie mu statusu inwalidy drugiej grupy. Z tego tytułu do końca życia otrzymywał rentę „dla szczególnie zasłużonych Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”.

Ile w jego twórczości zaczerpnięte zostało z życia, a ile w niej konfabulacji oraz literackiej autokreacji, nie sposób stwierdzić. W rosyjskich dokumentach na temat Brygad Międzynarodowych Hiszpańskiej Armii Republikańskiej, w tym w materiałach o ochotnikach z Polski udostępnionych w sieci, nie ma żadnej wzmianki o Bogdanie Rucie. Ku mojemu zaskoczeniu również kwerenda w Instytucie Pamięci Narodowej nie przyniosła żadnych rezultatów, a przecież Służby Bezpieczeństwa z całą pewnością inwigilowały środowisko Dąbrowszczaków. Cokolwiek znajdowało się w ich dokumentacji, mogło zostać zniszczone po jego śmierci jako nieprzydatne.

Ciekawe czasy

Jako prozaik Bogdan Rutha zadebiutował w wieku czterdziestu jeden lat, zbiorem niewielkich rozmiarów zatytułowanym Opowieści z Davos (1961). Pozycję tę nazwano, nie do końca trafnie, moim zdaniem, pastiszem Czarodziejskiej Góry. Owszem, narracja rozpoczyna się przyjazdem głównego bohatera-narratora do Waldsanatorium i nawet zostaje mu tam przydzielony pokój o numerze 34. Co więcej, Hans Castorp opuszcza sanatorium w momencie wybuchu I wojny światowej, a nasz narrator w przeddzień drugiej. Wysokie aspiracje Manna, pragnącego oddać światopoglądową panoramę Europy w kluczowym momencie jej historii, nie znajdują jednak odbicia w prozie Ruthy. Rzecz zaskakująca, albowiem to w sanatorium pisarz miał spotkać ludzi zaangażowanych politycznie daleko ponad przeciętność, ludzi, którzy w znaczący sposób zaważyli na jego przyszłości. Tymczasem, choć pojawia się w Opowieściach postać „ryżego Niemca”, Hansa Lidkego, „o czerwonym karku i zdecydowanych poglądach ideologicznych, u znakomitej większości mieszkańców uzdrowiska wywołujących obojętność lub odrazę”, nie wynika z powyższego faktu nawet zalążek dysputy ideowej między zainscenizowanymi protagonistami. Nie ma tu nic o imperatywie zwalczania „faszystowskiej zarazy”, ale też nic o konieczności nastania „lepszego, egalitarystycznego świata”. Rutha miast tego opisuje nam z delektacją kosmopolityczny mikrokosmos, w którym najwyraźniej czuje się jak ryba w wodzie, przerysowując do woli wszelkie cechy narodowościowe:

Jeżeli zdarzyło się, że jakiś obywatel Wielkiej Brytanii rozmawiał na przykład z Chińczykiem, nie zauważyłem, by za każdym razem na twarzy Brytyjczyka odbijała się myśl: „Patrzcie, taki żółty, a gada jak człowiek!”B. Rutha, Opowieści z Davos, Łódź 1961, s. 102.[6]

Ton całości jest niezobowiązująco frywolny. Ale nie tylko. Już w tej pierwszej książce Ruthy występuje owe charakterystyczne sprzężenie tragizmu i śmieszności. Ponad galerią barwnych portretów psychologiczno-obyczajowych światowców wszelkiej maści unosi się widmo nieuchronnego kresu. Dojrzały lekturą Czarodziejskiej Góry i obdarzony niezapowiadającym niczego dobrego na przyszłość eleganckim Weltschmerzem, młodziutki narrator z dużą wnikliwością przypatruje się najrozmaitszym postawom życiowym i wszystkim formom eskapizmu. Opuszcza Davos z wyraźnym przeczuciem, iż nieodzownie nadejdzie chwila, „kiedy wszystko, co piękne, będzie bolało”Tamże, s. 207.[7].

Renomę przyniosły Rucie dopiero powieści sensacyjno-przygodowe W Hiszpanii o świcie (1967) oraz Misja o Północy (1970),na podstawie której powstał serial (reż. Paweł Komorowski). Akcja tej drugiej książki toczy się w przeciągu jednej doby w 1938 roku. Bohaterem jest kurier, który usiłuje przedostać się ze Szwajcarii do centrali hiszpańskich republikanów z informacją, że tajny szyfr, którym się posługują, został złamany. Spektakularne zwroty akcji towarzyszące jego wyprawie są przeplatane opisami spotykanych przezeń grup społecznych. W żadnym z tych sprawnie napisanych i lekkich gatunkowo tekstów nie znajdziemy próby umotywowania wcześniejszego politycznego zaangażowania autora.

To zaskakujące zdystansowanie do otaczającej rzeczywistości uderza również w opublikowanych dwa lata później wspomnieniach Nasze ciekawe czasy. Tytuł sugerowałby obecność krytycznego komentarza odnośnie kontekstu społeczno-historycznego, przedstawienie wyraźnego stanowiska, deklarację, jakże przewidywalną, znalezienia się po właściwie stronie barykady. Tymczasem nic podobnego – pierwsze opowiadanie stanowi opis toczącej się gdzieś w Szwajcarii dyskusji między szlachetnym, choć nie przesadnie intelektualnym, republikaninem Rafaelem Jimenezem a subtelnym księdzem Hernandem, której milcząco przysłuchuje się autor. Ten ostatni w lakonicznych słowach informuje nas następnie, że podjął decyzję o wyjeździe do Hiszpanii, bynajmniej nie w pełni przekonany argumentacją RafaelaZob.: B. Rutha, Hotel pięknych kobiet [w:] Nasze ciekawe…[8]. To, co mogłoby być spostrzegane jako ciąg irytujących, wygodnych uników, wynika jednak, jak sądzę, z faktu posiadania przez Ruthę tak zwanego „umysłu zawsze w rozkroku”. Nie warto być ideologiem, podsumowuje pisarz w kontrowersyjnej, aczkolwiek nie całkowicie od rzeczy sentencji: „Mądrzy ludzie nie mają przekonań”B. Rutha, Szczurzy…, s. 163.[9].

Dowcip i piękno

Kiedy spojrzę wstecz, widzę, że wszystko, o czym warto mówić, było spotkaniami: z ludźmi, ze zwierzętami, z sobą oraz – z przedmiotamiB. Rutha, Miniatura Księżniczki Kutuzow [w:] Nasze ciekawe…, s. 212.[10] […]; dramatyczna przypadkowość naszych losów, naszych spotkań, to największy powab rozpoczynającego się dniaTamże, s. 214.[11].

Rutha jest wybornym gawędziarzem i, co zazwyczaj idzie w parze, urodzonym kolekcjonerem portretów, dykteryjek, błyskotliwych wymian zdań. Ich ekspozycji najlepiej służy krótka forma opowiadania. Tych wydał kilka zbiorów: Nasze ciekawe czasy (1972), Sala pełna księżyców (1975), Przyjęcie w „Angleterre” (1983), Zimowy spacer (1989). Znamienne jest również odrzucenie przez niego ścisłych wymogów gatunkowych noweli. Pozwala mu to mnożyć aforyzmy, a omijać wyraźne puenty, w oczywisty sposób sprzeczne z jego naturą. Jego estetyka krąży wokół tego, co anegdotyczne. „Idealizowane” przedmioty nabierają znaczenia, a „drugorzędne” wydarzenia determinują rzeczywistość, ponieważ pisarz-gawędziarz rozpoznaje w nich dowcip i piękno.

Z tym samym polotem Rutha opowiada o hiszpańskich i okupacyjnych perypetiach, o absurdalnych wypadkach życia codziennego, o wojnie płci, czy też – na przykład – o kłopotach związanych z zakwaterowaniem w pięciopokojowym mieszkaniu wraz z innymi trzynastoma osobami. W tej ostatniej, przedniej humoresce centralną postać odgrywa jedna z lokatorek, „krajowa rekordzistka pieniactwa”, która w ciągu zaledwie kilku lat zdążyła wytoczyć trzydzieści dwa procesy sądowe pozostałym mieszkańcom. Punktem wyjścia każdej awantury jest nieoświetlony korytarz (żarówki w 1945 roku były oczywiście towarem deficytowym), wypełniony najrozmaitszymi przedmiotami o bardzo różnym stopniu przydatności, a co najistotniejsze, obecność w nim niskiego kosza z węglem, bez wieka…

Bywali spryciarze – rekrutowali się głównie spośród tych, którzy przychodzili po pieniądze – próbujący zapamiętać sobie rozkład tego wszystkiego i potem iść z wyciągniętymi rękami, omackiem, mając w głowie zapamiętany, częściej omacany, obraz korytarza. Niedługo go mieli, bo zazwyczaj już w połowie głowy ich nie nadawały się do niczego innego, jak tylko do położenia na nie okładówB. Rutha, Mieszkanie [w:] Nasze ciekawe…, s. 178.[12].

Najciekawsze spotkania Bogdana Ruthy są oczywiście z ludźmi. Na każdej stronie pisarz miażdży ich słabości i miernotę potężnym walcem ironii, choć emfatyczność formy niekiedy łagodzi cios:

Jest nieodzowną koniecznością i podstawową cechą naszego życia, że nikt nigdy nie otrzymuje tego, na co sobie zasłużył, mimo iż nie da się zaprzeczyć, że w człowieku istnieje organiczne poczucie sprawiedliwości. Jeśli robi drugiemu krzywdę, natychmiast stara się obudzić w sobie nienawiśćB. Rutha, Cassino [w:] Nasze ciekawe…, s. 138.[13].

Odmiany miłości

Optymistycznej nie będzie. Relacje międzyludzkie są dla pisarza niewyczerpalnym źródłem rozczarowań, poczynając od zmagań z płcią przeciwną. Poświęcona jest im całkowicie powieść Cudowne, wspaniałe życie (1978). Główny bohater, będący w wieku średnim, dokonuje tam przeglądu swego dotychczasowego życia erotycznego. Po latach „radosnej obfitości”, opisanych w pierwszej połowie książki, zmuszony jest skonstatować, iż nieprzerwane pasmo podbojów pozostawiło go z uczuciem pustki i niespełnienia, a powab transgresji ulotnił się bezpowrotnie. Po czym zakochuje się „platonicznie” w córce kobiety, z którą romansował siedemnaście lat wcześniej. Dochodzi wówczas do wniosku, że miłość prawdziwie wartościowa to ta, która trwa bezinteresownie, uświęca i naprawia. Te dwa przeciwstawne bieguny miłości zderzają się w całości twórczości Ruthy. Oczywiście czytelnik szybko przeczuwa, że tak w wypadku przytoczonej wizji zadowolonego z siebie rozpustnika, jak i wstrzemięźliwego ascety, Rutha porusza się w świecie kontradyktoryjnych fantazji, którym oddaje się naprzemiennie. W gruncie rzeczy nie hołduje żadnej z nich. Pierwsza niesie znamię żałości, druga jest iluzją.

Zostaje jeszcze tylko intelektualna przyjemność deprawacji, że jest jeszcze tylko ta jedna, godna myśliciela satysfakcja. Każdy esteta musi na tym skończyć, jak dewot na różańcu. Miłość duchowa nie daje bowiem szczęścia również i tym, których prawdziwą rozrywką jest używanie rozumu. Kobiecość i jej uroki są w nich złączone z uczuciem rwącego niedosytu, i ascetycznie czysta samotność, którą tak często mają na ustach, wcale nie dopowiada im. Wiedzą, że ci z drgającymi odwłokami są szczęśliwsi. Próbują więc, zgrzytając zębami, naśladować ich. Dochodzimy więc do tego, od czego wyszliśmy: w sprawach płci człowiek radzi sobie najgorzej. Jest mniej lub więcej bezradnyB. Rutha, Szczurzy…, s. 89.[14]

Nic nie wywołuje jednak tak głębokiej niechęci u niego, jak tak zwana „święta miłość macierzyńska”, sprowadzona przezeń do przykrego, niezbędnego warunku zachowania rodzaju. Jest ona:

[…] obniżeniem czynności umysłowych niemal do zera, wartości etycznych – też, łączy się bowiem nierozerwalnie z samolubstwem, osiągając tu rzadko gdzie indziej spotykane wyżyny. Macierzyństwo to zespół cech, wśród których króluje przebiegłość, chciwość i bezwzględność […] Mało co równie ogłupia, jak miłość macierzyńska. To samo dotyczy zresztą i tej drugiej, miernością gatunku pokrewnej, tak zwanej – zmysłowejTamże, s. 65.[15].

Jedynym pojęciem miłości, które budzi u niego względną formę uznania, jest miłość ewangeliczna, chrześcijańska, przynajmniej w warstwie konceptualnej („Miłuj bliźniego!”), gdyż jej przykładów w świecie przedstawionym boleśnie brak. „Kościół w swej nieufności do człowieka zawsze był mi bliski”Tamże, s. 164.[16], wyznaje Rutha, po czym dodaje łaskawie: „Mimo istotnych kontrowersji, do osób duchownych czułem sympatię, jak do wszystkich hobbistów, do ulegających jakiejś manii. Sam przecież miałem do nich skłonność”Tamże, s. 163.[17].

Osobność nadwrażliwca

Istnieje żywy kontrast między obrazem zdystansowanego, aczkolwiek ciekawego świata, poszukiwacza przygód, który – choć twierdzi, iż piękno życia jest w zamyśleniu – nieustannie znajduje się w centrum najbardziej ekstrawaganckich wydarzeń, a wyznaniami samotnika odcumowującego od nabrzeża. Nadmiar ironii u Ruthy jest wszak formą nieobecności w świecie, albowiem skutecznie zabija więzi z nim łączące. Wyłania się z tego zderzenia osobowość nadwrażliwca, oscylująca między narcyzmem a kompleksem niższości, cierpiącego na niemal wszystkie możliwe fobie społeczne. Od awersji do rodziców, którzy zrujnowali mu pierwsza połowę życia poczynając, na strachu przed żoną, która potencjalnie może mu zrujnować drugą połowę, kończąc. Narrator Szczurzego Pałacu pragnie nade wszystko:

[…] stłumić w sobie tę chorobliwą czujność wobec innych żywych stworzeń, tę ciągłą męczącą baczność wobec innych ludzi, i tym sposobem uwolnić poczucie swej wartości, a więc to, co dla człowieka najważniejsze, od ich ocen, od potrzeby ich aprobaty. Co zrobić, by wyrwać się z ich niewoli. Bojący się jest niewolnikiemTamże, s.145.[18]

Jego lęki, boleśnie przejaskrawione, prowadzą do postawienia zasadniczego pytania: jak zbliżyć się do drugiego człowieka, który osądzając nas, zamyka nas w osądzie i tym samym pozbawia wolności – wolności bycia sobą? Mało tego, narrator żywi głębokie przekonanie, że jest obiektem powszechnej niechęci: „Gdy pojawiałem się; na przykład w tramwaju, matki na mój widok porywały się z miejsca i zaczynały zwoływać dzieciTamże, s. 168.[19]. Wykuł nawet określenie dla ludzi nielubiących go „biologicznie” [sic!]. Jest to „Federacja”, pojęcie, do którego odwołuje się w różnych, odległych od siebie pod kątem daty powstania utworach:

Federacja czyhała na każdej ulicy, za każdym załomem muru, w każdej bramie, w każdym miejscu, wszędzie, gdzie mieszkałem, uczyłem się lub pracowałem – na moje potknięcieTamże, s. 170.[20].

Mania prześladowcza, o której Rutha opowiada bez osłonek w Szczurzym Pałacu, znajduje swoje odbicie w listach, które pisał do ówczesnego ministra zdrowia i opieki społecznej, jak i do Polskiego Komitetu Solidarności z ludem Hiszpanii. Prosił w nich o interwencję w sprawie próby ściągania z jego renty inwalidzkiej należności za pobyt matki w zakładzie dla nerwowo chorych oraz o spowodowanie zaprzestania prześladowania przez urzędy. Z woli zemsty za teksty napominające o roli Watykanu oraz międzynarodowego kapitału w wojnie hiszpańskiej, środowiska klerykalne miałyby rzekomo wywierać presję na Panie z Wydziału Zdrowia w Poznaniu, aby zorkiestrowały kampanię zaszczuwania go w skali całego miasta. Z ich to również winy wydawnictwa zaprzestały publikacji jego dzieł:

Prześladując mnie dodatkowo jeszcze jako przedstawiciela władzy, pragnęli osłabić psychicznie […] ostatnio wskutek ich działalności doszło do tego, że ludzie plują na mnie i próbują bić.

W tej samej korespondencji, odwołując się do krążącej pogłoski, iż nigdy nie odwiedza matki, szarżuje:

Matka była zawsze megalomanką, intrygantką o szczególnie złym, dwulicowym charakterze […] była już prawdopodobnie od wczesnej młodości psychopatką, który to stan coraz bardziej nasilał się. Zawsze też była moim wrogiemAAN, 2/2180/0, Do Polskiego Komitetu Solidarności z Ludem Hiszpanii, 16.01.1970 r., k.4–12.[21].

Samotność, zapewnia narrator Szczurzego Pałacu, nie jest jego wyborem. Jakże mogłaby być, skoro „źródłem rozrywki są ludzie”. Jednakże tęsknota za bliskością drugiej istoty to również balast i przekleństwo:

Mąż przywiązuje się do wroga-żony, więzień do szczura, który co wieczór przychodzi do jego celi sprawdzić, czy jest już dość słaby, by można mu przygryźć gardło. Polubi go jak swój zły losB. Rutha, Szczurzy…, s. 191.[22].

Dozorcy żyją w nas samych

Wiele wskazuje na to, że przemyślenia bohatera (czy raczej antybohatera) Szczurzego Pałacu, są niezwykle intymnym pamiętnikiem Bogdana Ruthy. Ich bezwzględna szczerość wzbudziła we mnie podobną mieszankę fascynacji i odrazy, którą niegdyś odczułam przy lekturze Wyznań Jeana-Jacques’a Rousseau. To, a nie inne moje skojarzenie musiało oczywiście ulec wzmocnieniu poprzez manieryzmy językowe właściwe pisarzowi salonowemu, a szaty takowego Rutha przyodziewa nader ochoczo. Lubość, z jaką udobitnia swoje odchylenia – wstręt do „niezdrowego i mało estetycznego” obyczaju wspólnych posiłków, tortura spania z drugą osobą w tym samym pomieszczeniu, uciążliwa woń wydzielana przez kwiaty, „agresywność i hałaśliwość” lata – w pierwszym odbiorze zdaje się dowodem jego kabotynizmu. Niesłychanie razi też bezwstydność narratora, który w obecności doznającego prawdziwego zaszczucia mieszkańca getta – Glattera – bezustannie użala się nad swoim poczuciem wyobcowania w społeczeństwie. Co więcej, naukowiec raz po raz przytakuje jego wywodom i wzmacnia te megalomańskie zapędy. Poczucie alienacji – zapewnia narratora Glatter – wynika z inności, ale i lepszości. Z dużym opóźnieniem – i tu jest duża przewrotność autora – dociera do czytającego stosunek wybitnie prześmiewczy oraz autentycznie autokrytyczny wobec samego siebie. Owe „przywłaszczenie” rzeczywistej krzywdy doznawanej przez żydowskiego powiernika z biegiem czasu staje się akceptowalne.

Wiele miejsca poświęca Rutha refleksji na temat tego, czym jest getto nazistowskie. Z pewnością nie wyjątkowym zjawiskiem, niespotykanym dotychczas w historii ludzkości – tłumaczy – lecz raczej kolejną odsłoną modelu społecznego nieodłącznego ludzkiej naturze i jej odruchom stadnym. Getto fizyczne, getto realne wabi narratora, ponieważ odciąga go od własnego doświadczenia ostracyzmu:

Doktor Glatter, wyspa przerażenia i pogardy, na której żyli jej mieszkańcy, bogatsi od wszystkich innych o doświadczenie śmierci, z którą ja sam w duszy nie rozstawałem się nigdy – byli dla mnie w jakiś przewrotny sposób chwilą wytchnienia, lekarstwem-odtrutką na mój własny lęk, azylem przed wrogością części świataTamże, s.191.[23].

Zamknięta dzielnica jest dla Ruthy fascynującym laboratorium ludzkich zachowań. Przyznaje on, że wciąga go spektakl przemocy, władzy nad życiem i śmiercią. I jeżeli niekiedy nachodzi go odraza do siebie samego, na przykład za to, że nie namawia Glattera do ucieczki, swoje wyprawy do getta usprawiedliwia celem badawczym, pragnieniem dotarcia do sedna ludzkich dążeń, motywacji ich czynów, „dna dusz”. Poza tym – przekonuje – getto „jest wszędzie, wszędzie wśród nas są jego dozorcy, są i w nas samychTamże, s. 607.[24]. W moim odczuciu tymi słowami Rutha wykracza poza dość banalne spostrzeżenie, że w istocie niewiele dzieli kata od ofiary. Odwołuje się tak naprawdę do klatki, w której człowiek z własnej i nieprzymusowej woli sam się zaryglowuje. I to o tym getcie właśnie traktuje jego Szczurzy pałac.

W korytarzach Pałacu panuje fundamentalny i bezkompromisowy pesymizm, tym bardziej przytłaczający, że niepokój egzystencjalny, lęk przed śmiercią i lęk przed lękiem nie skłaniają bynajmniej jego stwórcy do szukania transcendencji:

Czyż raz po raz nie stajemy przed wyborem: sami zniszczymy lub zostaniemy zniszczeni? Czyż ten ład i jego prostota, ten sam na ziemi, co w całym kosmosie, ten sam w straszliwie pustych przestrzeniach atomu, co i w pustce nieba, nie mówi nam więcej o naszym powstaniu i sensie niż wszystkie systemy filozoficzne razem wzięte?Tamże, s. 47.[25]

Rutha ma w sobie coś z greckich cyników. Z pewnym natręctwem porównuje ludzkie prowadzenie się do zwierzęcego, nigdy jednak z korzyścią dla nas. Pisze peany na cześć wierności suki, sumienności muła, szlachetności konia, wrażliwości małpy. Umęczony Weltschmerzem ludzi ucywilizowanych – a sam jest człowiekiem niezwykle wyrafinowanym – tęskni za powrotem do stanu naturalnego. Jedynie rezygnując z wszelkich dążeń, aspiracji, działań w imieniu tak zwanych wyższych celów, człowiek może pozbyć się bólu istnienia. Skoro idee wyższe są pozbawione sensu – twierdzi z przekorą Rutha – człowiek powinien skupić się na zmysłowym odczuwaniu świata. Z pewnością nie na tworzeniu, które siłą rzeczy, z definicji niemalże, jest zawsze przerostem formy nad treścią:

Świat, który urządziliśmy, przypomina wspaniałe na zewnątrz świątynie egipskie, w których wnętrzach, mrocznych i chłodnych, kapłan śpiewa hymn do kota lub krokodylaTamże, s. 94.[26].

Nie oznacza to bynajmniej, że Rutha – jak Rousseau – ten stan naturalny idealizuje. Wszak obok innych instynktów podstawowych – głodu, płci, agresji – łączy się on także ze strachem, który jest „treścią naszego istnienia”. Pisarz konstatuje jednak, że owe instynkty samozachowawcze są cechami „zwycięskiego życia”Tamże, s. 67.[27]. Myślenie abstrakcyjne i wszystko, co się z nim wiąże, jak chociażby poszukiwanie złożonego piękna czy oryginalności, jest chorobą umysłu – utrzymuje doktor Glatter, alter ego narratora – albowiem przeciwstawiają się tym instynktom. Nazizm zawsze istniał i będzie istniał, ponieważ jest wyrazem najgłębszych i najprawdziwszych instynktów człowieka.

Nazi wiedzą, co powiedzieć młodym: mówią po męsku, mówią to, co zawsze mówili podobni im, mówią to samo, co groźni niegdyś izmailici – „nic nie jest prawdą, jedyną prawdą jest śmierć, nic nie jest prawdą, więc wszystko jest dozwoloneTamże, s. 432.[28].

Jakże przytłaczająca jest świadomość człowieka, który widzi związek między nihilistyczną wizją świata, której ulega, a horrorem, któremu poddana jest cała Europa. Boi się przemocy, jednocześnie będąc nią zafascynowany. Nienawidzi strachu, a jednak go pożąda.

W obliczu pytań, które pozostają bez odpowiedzi, nie pozostaje „zwierzęciu społecznemu” nic więcej niż „iść cicho i rozważnie, jak w górach, by nie zbudzić lawin przyczajonych na stokach”B. Rutha, Opowieści z…, s. 210.[29]. Ostatnie strony Szczurzego Pałacu wieńczy zaś wątpliwość, czy automatyczne podważanie celowości wszelkich mechanizmów rządzących światem nie jest w rzeczywistości wynikiem tych samych schematów i nawyków myślowych, które autor tak gorliwie zwalcza.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Katarzyna Losson, Utrapienia zwierzęcia społecznego. Sylwetka Bogdana Ruthy, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 73

Przypisy

    Powiązane artykuły

    Loading...