12.11.2020

Nowy Napis Co Tydzień #075 / Kto chce przeczytać, musi umieć być cierpliwy

Miasto – kwadraty, koła, wszelkiego rodzaju wielokąty, nazwy ulic, placów i parków – opowiada niestrudzenie swoje historie. Historie zdobywców i władców. Nadać miejscu czyjeś imię, to uczynić tę osobę nieśmiertelną. Piotrogród tworzący mit cara Piotra od 1924 roku do początku lat 90., znany światu jako Leningrad, a od 1991 roku ponownie przemieniony w Petersburg, stanowi symbol zwycięstwa nad siłami natury. Historie zamknięte w mieście przypominają jego ulice – są kręte, a niektóre zupełne ślepe. Miasto czyta się poprzez pisarzy i ich bohaterów. Petersburg zawsze będzie miastem Fiodora Dostojewskiego, Praga należy do Franza Kafki, Dublin trzeba zwiedzać poprzez Jamesa Joyce’a. Londyn kojarzony jest przede wszystkim z Charlesem Dickensem, Paryż z Honoré de Balzakiem, Moskwa z Michaiłem Bułhakowem. Twórcy powieści detektywistycznych oraz powieści graficznych przekonują: miasto bez swojego bohatera sobie poradzi, ale on bez miasta już nie. Kim byłby Batman bez Gotham City albo Eberhard Mock bez Breslau? Raz odczytane miasto staje się tekstem ciągle aktualizowanym, a przez wydawałoby się znane stronice (szyldy, tabliczki, pomniki) zaczyna przebijać jeszcze inny obraz. Inny tekst, inne życiorysy. Historie mniej znane, skwapliwie przykryte kolejnymi warstwami zgliszczy, betonu, bilbordów reklamowych. Wspominam o tym dlatego, ponieważ każdy, kto próbuje przedstawić swoją wizję miasta, zwłaszcza miasta już nieistniejącego, ale wciąż przebijającego przez ulice i budynki, porywa się na rzecz śmiałą. I już za to należą się słowa uznania. Powieść Łukasza Stachniaka Kto chce jeść mięso, musi umieć zabić budzi natomiast zupełnie sprzeczne uczucia.

Jesień, chłodna i zmokła, prawdziwie warszawska

Listopad 1905 roku. Parę tygodni wcześniej car Mikołaj II wydał manifest konstytucyjny, w którym zapowiadał wolność wyznaniową, prawa wyborcze dla wszystkich warstw społecznych oraz powołanie Dumy. Świat przecierał oczy ze zdumienia: oto państwo carów, ów strażnik Europy, nagle zaczyna głosić te same hasła, co rewolucyjna Francja sto lat temu. Ale też i przez sto lat nazbyt wiele się zmieniło: pojawiły się nowe państwa rozpychające się na arenie międzynarodowej, trwał wyścig kolonialny, zaś rewolucja przemysłowa zrodziła nie tylko maszynę parową, ale również nowe idee władzy i pracy. Przecierali też oczy Rosjanie, widząc w manifeście pogwałcenie trzech zasad rosyjskości: samodzierżawia (niepodzielnej władzy cara), prawosławia oraz ludowości. Co wie o tym Warszawa kreowana przez Łukasza Stachniaka? Niewiele. Niby gdzieś tam toczy się wielka historia, ale ulica ma swoje problemy. Jeśli coś z obietnic cara przebija się do powszechnej świadomości, to nie kwestie wolności języka, edukacji, wszystkie te salonowe spory narodowościowe, ale konkrety: kto i kiedy wyjdzie z więzienia na mocy amnestii. Bo każdy wypuszczony z więzienia to czyjś brat, ojciec lub syn, a to chcąc nie chcąc są ręce do pracy. Taka jest też Warszawa z kart powieści Kto chce jeść mięso… – miasto zaprzątnięte własnymi problemami, a nie nagłówkami gazet. Warszawa nie jest stolicą, bo nie ma już kraju. Przypadł jej w udziale los innych miast, które próbowały jakoś utrzymać się na powierzchni i nie utonąć w chaosie. Los tykającej bomby czekającej eksplozji, do której niechybnie musi dojść, ponieważ miasto jest dzielone do spółki przez bogaczy i biedotę. Na taką powieść z pewnością czekaliśmy. Warszawa pod piórem Stachniaka śmierdzi, głoduje i kopuluje. To jakieś niepojęte perpetuum mobile, napędzające się od dnia do dnia kolejnego. Przeżyć – zdaje się ryczeć każda ulica. Brud, błoto, zgnilizna. Zepsute zęby i zepsute dusze. Z każdym krokiem ulica mlaszcze błotem, jątrzą się rany, na które nie ma lekarstw, chuć nie ustaje – taki jest świat Łukasza Stachniaka. Co więcej, autor umiejętnie go opisuje, jak w tym pełnym właściwego sobie wdzięku cytacie:

Nastała jesień, chłodna i zmokła, prawdziwie warszawska. Coraz częściej nad miastem obrywały się chmury, spłukując zlewnym deszczem uliczne nieczystości wprost do wąskich gardeł kanalizacji, które nierzadko je zwracały. Tunele wyczerpanych rynien roniły rdzawe potoki żalu. Przydrożny muł podchodził pleśnią. Dzień poddawał się nocy, która wczesnym zmierzchem ścieliła gęstą mgłą bladoczerwone dachy. Pranie, rozwieszane na grubych sznurach, zamiast wysychać, przechodziło zgnilizną wilgotnych poddaszy.

Wiślany szlam i choroby duszy

Brud, wszechobecne błoto, smród są głównymi bohaterami Kto chce jeść mięso… Ich opisom Stachniak poświęca znaczną część powieści. Są one drobiazgowe – zwłaszcza rejestrowanie wszelkich mlaśnięć związanych z jedzeniem surowych ryb i ślimaków, czy precyzyjnie odmalowane poszczególne opisy zdejmowania skóry ze zwierzęcia. Nadto opisy te występują w takiej ilości, że konkurują o palmę pierwszeństwa z fabułą. Spośród kilku bohaterów na czoło wysuwa się Odolan Lajzer. Przedstawiciel półświatka odznaczony przez naturę nie tylko wysokim wzrostem, siłą, magnetyczną osobowością, ale również zniekształconą źrenicą. „Masz złe oko”, „źle patrzysz”, „rzucasz urok” – będzie przewijało się przez usta niemal każdej z postaci powołanej do życia przez Stachniaka. Odolan ma żonę (znachorkę) oraz syna Neftaliego, który jest niepełnosprawny. Pewnego dnia los uśmiecha się do Lajzera: w wyniku zamieszek w mieście udaje mu się wejść w posiadanie sporej ilości wódki. Jeśli tylko umiejętnie ją sprzeda, będzie ustawiony do końca życia. Być może będzie nawet mógł wynieść się z bliskiego sąsiedztwa Wisły, która przynosi tylko szlam i choroby.

Warszawa początku XX wieku to arena starć przeróżnych grup przestępczych. Swoją grupę mają chwalcy, czyli Żydzi, ale są również dopiero co przybyli czarnosecińcy na usługach Ochrany. Wśród mieszkańców budzą trwogę zwłaszcza Azjaci z głębi Imperium Rosyjskiego. Wokół pasa mają przywiązane głowy psów, co ma podkreślać ich okrucieństwo, co Stachniak opisuje aż nadto wyraziście. W świecie miejskich gangów nic nie pojawia się ot tak i nic nie zmienia nagle swojego właściciela. Alkohol, który miał przynieść Odolanowi możliwość awansu, szybko staje się dla niego wyrokiem śmierci. Jakby tego było mało, w jego domu zjawia się tajemniczy mężczyzna potężnych rozmiarów, który szantażuje bohatera: albo znajdzie dzieci uprowadzone z Wilczej Wyspy, albo zginie jego syn Neftali. Akcji pikanterii dodaje fakt, że od todreśników, żydowskich przemytników bimbru, zamieszkujących Wilczą Wyspę na Wiśle, sam Odolan uciekł kilka lat wcześniej. Przeszłość i rodzinne sekrety raz jeszcze wyciągają po niego swoje szpony i szepczą, aby wrócił na Wilczą Wyspę.

Kto chce jeść mięso… nie jest pierwszą książką, która do swej fabuły wprowadza wiślaną wyspę. Kilka lat temu uczynił to w swojej powieści detektywistycznej Tomasz Konatkowski. Wilcza Wyspa, której głównym bohaterem był komisarz Adam Nowak z komendy stołecznej. Nawet jeśli nie była to książka porywająca (do moich faworytów należą Przystanek śmierć oraz Bazyliszek), to pokazała, że każde miasto ma swoje upiorne miejsce, które pozostaje skwapliwie zasłonięte kurtyną niepamięci. Łódź ma obóz dla dzieci polskich przy ulicy Przemysłowej z czasów drugiej wojny światowej, mój rodzinny Olsztyn ma Kortau z przełomu wieków. Warszawa jest pod względem historycznym w świetnej sytuacji fabularnej – tu tematy leżą niemal na wyciągnięcie ręki i każdy spacerujący po stolicy zdaje sobie sprawę, że to miasto jest zbudowane na poprzednim (i jeszcze poprzednim, i jeszcze…). Tematy getta warszawskiego czy powstań – zarówno z 1943, jak i 1944 roku – są częstym motywem powieści. Czy tak stanie się też z wiślaną wyspą? Trudno wyrokować, ale Łukasz Stachniak pokazuje, że w Wilczej Wyspie tkwi potencjał. Sama wyspa nie zwróci na siebie uwagi czytelnika, musi dojść do tego dobra fabuła. I tu już warto przyjrzeć się dokładniej Kto chce jeść mięso…

Interesująca jest Warszawa, która mówi jakimś językiem wspólnym, będącym połączeniem polskiego, jidysz, rosyjskiego. Podobnie wrażenie robi – i to jest największym dla mnie atutem powieści Stachniaka – absolutny tygiel wierzeń, przesądów, zabobonów. W każdym rozdziale autor przywołuje którąś z mądrości ludowych lub powiedzenie żydowskie. Dodaje to ciekawej egzotyki i niesamowicie urozmaica dialogi bohaterów. Z tygla wierzeń wypływają różne sposoby widzenia świata. Jedni oddają część Archaniołowi Michałowi, inni wołają na pomoc dybuki. Właśnie przecinanie się światów – realnego i metafizycznego – jest urzekające. Klątwy żydowskie sąsiadują z prawosławnymi zaśpiewami – tu wydaje się, że nikt nikogo nie słucha, ale jednocześnie wszyscy się doskonale rozumieją. Stachniak idzie krok dalej, przełamuje granicę między realnym a metafizycznym, ale również sprawia, że nie jesteśmy pewni czyimi oczami oglądamy świat, ludzkimi czy zwierzęcymi? Fragmenty książki sugerują, że poznajemy świat z lotu ptaka, ale nie opuszcza nas przeświadczenie, że może podążamy za wzrokiem postaci, która znalazła się w doskonałym punkcie obserwacyjnym. To zacieranie granic wprowadza dodatkowy walor niepokoju metafizycznego, dzięki czemu czyta się Kto chce jeść mięso… z dużym zainteresowaniem. Jednocześnie to, co stanowi o atrakcyjności tej powieści jest niestety jej słabością. Mamy postać Generała (człowieka) i Generała (psa) i w tym przypadku brak jednoznaczności, czyimi oczami patrzymy na świat – przy tak ważnych dla powieści bohaterach – jest zwyczajnie męczący. Galimatias zaczyna się również wtedy, gdy autor wprowadza retrospekcję (w połowie powieści). Plany teraźniejszy i przeszły mieszają się nazbyt swobodnie ze sobą i czytelnik już nie wie, czy czyta o Odolanie, czy jednak o kimś innym. Do minusów należy zaliczyć też brak zachowania proporcji: opis obdzierania zwierzyny ze skóry zajmuje kilka stron, podczas gdy transformacja kluczowej postaci z chłopca w młodzieńca, która zajęła dziesięć lat, mieści się raptem na półtorej strony.

Ponieważ nie zdradziłem nadmiernie sensacyjno-obyczajowej fabuły, to napisać mogę, że w równym stopniu, co o przemocy, jest to książka o sile uczuć. Odrzuconej miłości, poświęceniu i trudnych wyborach. O klątwach dziedziczonych z ojca na syna, które przerwać może dopiero następne pokolenie. Jest tu też kolejna wariacja na temat odwiecznej rywalizacji między Jakubem a Ezawem. Konfliktu wyniszczającego, z którego nikt nie wychodzi zwycięsko. Rykoszetem obrywa też czytelnik, bowiem od połowy książka zdaje się tracić swój impet, retrospekcje wprowadzają chaos, a nadmiernie eksponowane, naturalistyczne opisy zaczynają nużyć. Książka Kto chce jeść mięso, musi umieć zabić porównywana jest do serialu Tabu oraz filmu Zjawa. I słusznie. Ja dodałbym jeszcze Gangi Nowego Jorku – jest tak samo brudno i nie mniej desperacko. Czytając powieść Łukasza Stachniaka, widziałem oczami wyobraźni serial na jej podstawie. Taki, w którym narratorem każdego odcinka byłaby inna osoba. Myślę, że to byłaby dobra forma dla niewątpliwej wyobraźni Łukasza Stachniaka.

Ł. Stachniak, Kto chce jeść mięso, musi umieć zabić, Kraków 2020.

Okładka książki "Kto chce jeść mięso, musi umieć zabić"

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Kto chce przeczytać, musi umieć być cierpliwy, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 75

Przypisy

    Powiązane artykuły