26.11.2020

Nowy Napis Co Tydzień #077 / Na tropie tekstu źródłowego

16 stycznia 2020 roku zmarł Christopher Tolkien, syn ukochanego przez miliony J.R.R. „Profesora” Tolkiena. W godnym wieku dziewięćdziesięciu pięciu lat odszedł człowiek spełniony. Udało mu się wykreować samego siebie na jednoosobową „grupę trzymającą Tolkiena”. Udało mu się stworzyć korporację Tolkien Estate – byt prawny administrujący prawami autorskimi ojca – podobno majętniejszą nawet od „korporacji Harry’ego Pottera”. Udało mu się do skromnych dwóch tytułów niewątpliwie ojcowskiego autorstwa dodać dwadzieścia pięć nowych, wydanych po ojcowskiej śmierci, autorstwa, mówiąc najłagodniej, mieszanego (ich „redakcje” bez ujawnienia stosowanej metodologii są nieodróżnialne od ingerencji w tekst), tym bardziej synowskiego, im późniejsze wydanie. Chapeau bas, zwłaszcza że produkcje te fani przyjęli z entuzjazmem jako jak najbardziej oryginalne i „profesorskie”. Christopherowi Tolkienowi wierzy się żarliwie, jakby jego słowa miały siłę sprawczą powoływania z niebytu dzieł, powiedzmy, literackich w dowolnej ilości i jakby były ewangelią, w którą zwątpienie oznacza herezję.

Jak do tego doszło?

Kamyk i lawina

Kiedy w okopach I wojny światowej dwudziestoparoletni aspirujący filolog zaczął budować swój fikcyjny świat, nic nie wskazywało, by jego dzieło stało się bestsellerowym fenomenem popliteratury. Nic na to nie wskazywało dwie dekady później, kiedy jako czterdziestopięcioletni szanowany profesor Oxfordu wydawał umieszczoną w owym fikcyjnym świecie powieść dla dzieci pod tytułem Hobbit, czyli tam i z powrotem (1937). Nic nie wskazywało na to nawet wówczas, gdy po kolejnych niemal dwu dekadach, w latach 1954–1955, ukazały się trzy tomy Władcy Pierścieni, „nowego Hobbita” niespełniającego warunku bycia „nowym Hobbitem”, bo skierowanego do czytelnika dorosłego o dużej wiedzy i kompetencjach czytelniczych.

J.R.R. Tolkien – co trzeba sobie jasno powiedzieć – nigdy nie był po prostu pisarzem, lecz filologiem konstruującym z naukową pasją wyobrażony świat tak kompletny, jak to tylko możliwe. Świat filologa wywodzi się z języka: najpierw powstały więc języki (elfickie quenya i sindarin), a potem istoty nimi mówiące, ich kultury, sąsiedzi, przyjaciele i wrogowie. Lingwistyczne tolkienowskie uniwersum, zaludnione przez ludzi i fantastyczne istoty nieludzkie, ma też swą historię wyznaczoną cyklicznymi starciami sił Dobra z siłami Zła. Z konstrukcją tego świata, „worldbuildingiem”, czyli światotwórstwem, jego twórca eksperymentował do śmierci. Nie opracował wersji kanonicznej, nie pozostawił po sobie „tekstu źródłowego”, a wyłącznie nieprzebrane mnóstwo notatek, fragmentów i strzępów sprzecznych informacji oraz dwie wydane drukiem fabularyzacje tejże historii, będące – formalnie – nie fikcją literacką, lecz dziennikiem podróży oraz swobodnymi tłumaczeniami kronik. Hobbit, czyli tam i z powrotem Władca Pierścieni dzieją się w tym samym momencie historii Ardy – bo tak autor nazwał swój świat. Opowiadają o przygotowaniach do ostatecznego starcia sił Dobra i Zła, i o samej wojnie kończącej tak zwaną Trzecią Erę Świata. Nazwy geograficzne, rasy i imiona bohaterów są w obu powieściach te same, lecz ich desygnaty różnią się między sobą tak bardzo, jak to tylko możliwe.

Między Hobbitem… Władcą Pierścieni istnieją sprzeczności nie szczegółów bynajmniej, lecz charakterystyki głównych bohaterów i konstrukcji fundamentów fabuły. Główny bohater Hobbita… Bilbo Baggins we Władcy Pierścieni jest już innym Bilbo Bagginsem, a i kluczowy dla przebiegu ostatecznego starcia Dobra i Zła magiczny artefakt: wszechmocnie zły Pierścień zwany „Jedynym”, choć w obu powieściach ten sam, jest we Władcy… pierścieniem innym od interesującego, a jednak tylko drobiazgu, uczciwie wygranego w zakładzie.

Tolkien w pełni zdawał sobie sprawę z licznych, rażących niespójności. Szukał wyjścia: istnieją trzy wersje Hobbita…próbujące uzgodnić tę powieść z Władcą… (bezskutecznie) oraz fragmenty wersji czwartej, którą sam autor zarzucił, uznając to zadanie za niewykonalne.

A po śmierci J.R.R. Tolkiena właściciel jego spuścizny literackiej Christopher Tolkien dołożył do tego bałaganu swój własny. Nie interesowało go stworzenie „tekstu źródłowego” z powieści wydanych i tych fragmentów, które ojciec doprowadził przed śmiercią do stanu usprawiedliwiającego publikację. Znacznie opłacalniejsza okazała się publikacja jako równoprawnych z Hobbitem… Władcą… wszystkich ojcowskich pół- i ćwierćproduktów bez żadnych pretensji do literackości. Czytelnik polski ma szczęście, nie musi znać większości z nich, ale przekłady Dzieci Húrina, Beren i Lúthienoraz Upadku Gondolinu dają dobry obraz krzywdy, jaką spadkobiercy wyrządzili pamięci hojnego spadkodawcy.

Cokolwiek mówi się dziś i pisze o J.R.R. Tolkienie jako autorze popfantastyki w odmianie znanej pod nazwą „fantasy”, trzeba też koniecznie pamiętać, że Władca Pierścieni stał się arcydziełem popliteratury przypadkiem. Miała w tym udział i sprzyjająca mu atmosfera kontrkultury, i nawet oszustwo w postaci amerykańskiego paperbackowego wydania bez wiedzy i zgody autora; a przecież J.R.R Tolkien chciał widzieć swą powieść wyłącznie w hardcoverze, jak przystało „poważnej literaturze”! Christopher Tolkien bezbłędnie wykorzystał owo niezamierzone czytelnicze powodzenie ojca. Wydania pośmiertne skierował już bezpośrednio do niewymagającego, niekompetentnego czytelnika masowego. W efekcie dzieło jego ojca „cały świat zdobyło, lecz duszę swoją utraciło”. Wydawało się, że nigdy jej nie odzyska, gdy nadeszła odsiecz, choć z najbardziej nieoczekiwanej strony. Pomocną dłoń podał pisarzowi pogardzany przez niego przemysł filmowy. Tchnął w jego dzieło nową duszę. Już w listopadzie 2012 roku (czyli po powstaniu trylogii Władca Pierścieni Petera Jacksona i pierwszego filmu nowej trylogii „hobbickiej”) recenzent „Wired” Erik Wecks zauważył, że chaotyczne działania Tolkien Estate usiłującego zaszkodzić filmom wynikają z obawy, że to one wypełnią próżnię, staną się tolkienowskim „tekstem źródłowym”. Że niczym opętany żądzą posiadania Gollum w powieści Władca PierścieniTolkien Estate chce mieć na wyłączną własność swojego J.R.R. Tolkiena – „swój Pierścień Władzy”, „swój skarb”.

Dziś wszystko wskazuje na to, że Tolkien Estate tę „wojnę o Pierścień” przegrywa.

Popkariera i franczyza

Filmowe adaptacje Hobbita… Władcy Pierścieni mogły powstać tylko dlatego, że przyciśnięty koniecznością podatkową autor sprzedał prawa filmowe już w 1968 roku, a więc pozostają one poza bezpośrednią kontrolą Tolkien Estate. Pozostawiając na boku nielichy prawny bałagan, powiedzmy tylko, że dysponując dzięki temu prawami do ekranizacji Hobbita… Władcy… Peter Jackson wraz z ekipą mieli bardzo ograniczone pole manewru. Mogli korzystać z informacji dotyczących tolkienowskiego świata od momentu powstania do końca Trzeciej Ery, ale tylko zawartych explicite w obu powieściach, w tym w „Dodatkach” do Władcy… Twórcy filmu ograniczeni więc byli do „oryginalnego Tolkiena”, choć jego syn przez lata zmieniał reguły gry kolejnymi „dziełami pośmiertnymi”. W tych ciasnych ramach dokonali więcej, niż można się było spodziewać.

Władca Pierścieni Jacksona przede wszystkim ociosał Władcę Pierścieni Tolkiena ze szpecących go dziczek. Uczynił to w sposób radykalny: nie ma w filmie Starego Lasu, demonicznej Starej Wierzby, Toma Bombadila, Upiorów Kurhanów, a to tylko niektóre przykłady z pierwszej części. Z trzeciej części znikły między innymi pożegnania i odbicie Shire. Z pnia wyrastają tylko te gałęzie, na których – prędzej czy później – zakwitną kwiaty i dojrzeją smakowite owoce.

Do wycinania dziczek można też zaliczyć wyrzucenie z filmu „bohaterów jednorazowego użytku”, których zadania przejęli bohaterowie pierwszego planu. I tak na przykład rannego hobbita Froda, którego dziełem ma być zniszczenie Pierścienia Zła, ocala przed losem gorszym od śmierci nie elf imieniem Glorfindel, który zginął w Pierwszej Erze i w Trzeciej nie miał prawa się pojawić (gdyby w świecie Tolkiena można było ot tak sobie wracać z martwych, „ofiara Gandalfa”: śmierć od bicza Balroga, dzięki której zyskał wyjątkowe prawo powrotu do życia, do „białego płaszcza” i moc obalenia Sarumana, nie miałaby sensu i cała historia posypałaby się w gruzy), lecz osoba dla fabuły kluczowa: półelfka Arwena, ratująca tym aktem reputację swego ukochanego, przyszłego męża i przyszłego króla wszystkich ludzi.

Władca Pierścieni Jacksona od nowa – choć opierając się na literackim pierwowzorze – przepisał także role bohaterów oraz ustalił ich hierarchię; w filmie, inaczej niż w powieści, każdy ma swoje miejsce w fabule. Dotknęło to nawet hobbitów, od których wszystko się przecież zaczęło. W powieści mają oni różne osobowości i różne talenty, a jeden z nich, Merry Brandybuck, demonstruje nawet nieprzeciętną inteligencję i zdolność przewidywania (zna tajemnicę Pierścienia, organizuje ucieczkę Froda, a w krainie elfów pilnie studiuje mapy). Różnice między hobbitami nie mają jednak żadnego skutku fabularnego, więc Jackson uczynił z niego i jego przyjaciela beztroskich wesołków, dojrzewających pod wpływem wydarzeń i nawet samodzielnie włączających w działania bojowe groźnych Entów, którzy za ich sprawą niszczą Isengard Sarumana, pozbawiając złowrogiego Saurona – Władcę Pierścieni, najcenniejszego sojusznika. Obaj z równie jak oni lekkomyślnym na początku młodym Frodem, naszkicowani prostą kreską, stanowią doskonałe tło dla Sama Gamgee, poważnego, praktycznego, będącego solą ziemi, a Sam ma przecież w fabule swe wyjątkowe miejsca.

Być może najważniejsze jest jednak to, że Jackson modyfikuje bohaterów tak, by stworzyli siłę zdolną przeciwstawić się potędze Zła. Po jego stronie rzecz jest jasna: potężny Sauron rządzi i dzieli, jest najwyższym dowódcą. Podporządkowuje sobie sojuszników siłą lub podstępem, by osiągnąć jasno zdefiniowany cel: rządy absolutne nad „całym światem”, na wieki wieków, do czego dysponuje właściwymi środkami. W jaki sposób przegrywa, jest w tolkienowskiej opowieści niepojęte, skoro jego reprezentujący Dobro przeciwnicy wahają się, hamletyzują, rozważają klęskę i niemal się z nią godzą. Potężny czarodziej Gandalf, na którego wszyscy patrzą z nadzieją, nie wydaje rozkazów, lecz przemawia zagadkami; to znika bez zapowiedzi, to pojawia się deus ex machina, a w dodatku aż do walki z Balrogiem zachowuje się jakby – i jest to w lekturze wyraźnie widoczne – zwyczajnie, po ludzku śmiertelnie się czegoś bał. Przywódca elfów Elrond wybiera się ze swym ludem „na wygnanie”, czyli zamierza wrócić do dawno opuszczonej rajskiej ojczyzny, gdzie pod opieką bogów wszyscy będą żyli nieśmiertelnie i szczęśliwie. Elficka królowa Galadriela tak bardzo lęka się przejścia na stronę Zła, że jedynym jej wkładem w wysiłki strony Dobra jest kilka – co prawda przydatnych – gadżetów. Wódz ludzi, potomek królów Aragorn to zaledwie cień potęgi swych przodków, a w dodatku od początku popełnia kompromitujące błędy i gdyby nie pomoc z zewnątrz, za ich sprawą walka ze Złem skończyłaby się klęską, nim się w ogóle zaczęła. Można wręcz odnieść wrażenie, że elementem „fantasy” w literackim Władcy Pierścieni są nie czary, elfy, krasnoludy i w ogóle światotwórstwo, lecz to, że coś niemożliwego staje się możliwe wyłącznie dzięki magicznym zbiegom okoliczności.

W filmowym Władcy Pierścieni Jackson mógł dokonać w „dobrych” bohaterach męskich zmian zaledwie kosmetycznych, inaczej zmieniliby się nie do poznania. Wykorzystując materiały z „Dodatków” oraz typową dla J.R.R. Tolkiena niedookreśloność postaci kobiecych, przekazał „przywództwo” w kobiece dłonie. I tak Galadriela stała się intelektualną przywódczynią i spiritus movens „ruchu oporu” przeciw Sauronowi (od jej groźnych słów z offu rozpoczyna się cześć pierwsza filmowego Władcy…), a półelfka Arwena u samego początku wojny ze Złem nie tylko występuje otwarcie jako jego czynna przeciwniczka, rzucając wyzwanie potężnym sługom Zła i ratując hobbita Froda, ale także wymusza na chwiejnym ojcu przekucie miecza, strzaskanego w walce sprzed wieków symbolu Dobra i królewskiej władzy, wyposażonego w iście magiczną aurę. Ten jej dar dla ukochanego mężczyzny potwierdza jego rolę naturalnego dowódcy, niejako zmusza go do działania.

Rekonstrukcja paradygmatu

Dopiero wraz z premierą trzeciej części filmowego Władcy Pierścieni – niemal pół wieku po wydaniu książki! – fragment przedstawionej w powieści historii stworzonego nią świata nabrał prawdziwej spójności. Stał się zrozumiały, a działania bohaterów – w powieści głównie reagujących na wydarzenia w nadziei, że wszystko załatwi życzliwa opatrzność – logiczne, czyli prowadzące do celu drogą, którą do tego celu dojść można. Tego, czego nie zdołali dokonać spadkobiercy, czyli uprzątnięcia zostawionego przez twórcę w procesie tworzenia koszmarnego bałaganu (w rzeczywistości, o czym była mowa, tylko ten bałagan powiększyli), dokonała ekipa działająca w medium nieliterackim, skrępowana prawem autorskim i zmuszana do dodatkowego wysiłku nieustanie rzucanymi jej pod nogi kłodami. Ale prawdziwe wyzwanie miała ciągle przed sobą. W trzech częściach Hobbita… musiała dokonać tego, czego spróbował dokonać Tolkien i z czego sam zrezygnował.

Z dwóch różnych pod każdym względem narracji musiała uczynić jedność. A przecież Hobbit, czyli tam i z powrotem nie jest, jak Władca…, wybitnym dziełem literackiej fantasy, lecz powieścią dla dzieci, skrępowaną gorsetem tradycji brytyjskiej literatury dziecięcej z jej irytującymi schematami i galerią postaci, których folklorystyczna fantastyczność jest nużąco banalna. Elfy, istoty nieśmiertelne, magiczne, potężne i absolutnie dobre, w Hobbicie… są małymi kapryśnymi istotkami częściej pijanymi niż trzeźwymi, po pijaku wyśpiewującymi nonsensowne „piosneczki”. Krasnoludy, twórcy podziemnych królestw, zachłanne, egoistyczne, lecz przede wszystkim prawe i nieustraszone, to w Hobbicie…krasnoludki odbite ze sztancy, rozróżnialne wyłącznie po kolorach noszonych kapturów (i bród), zachowujące się tak, jakby tylko czekały na okazję nasikania komuś do mleka. Zaś czarodziejskie działania Gandalfa, tragicznego maga poświęcającego życie dla „sprawy”, w Hobbicie… nie przekraczają mocą zdolności efektownego odpalania fajerwerków, za to jego pretensje i humory są iście jaśniepańskie.

Krótko mówiąc, gdyby nie legenda autora, tolkienowski Hobbit… byłby dziś zakurzonym zabytkiem z muzeum literatury. Film tymczasem, Jacksonowski trzyczęściowy Hobbit…, choć od pierwszych dni wyświetlania wywołujący zażarte dyskusje, obejrzały miliony, nadal jest oglądany, nadal żyje i – w odróżnieniu od książki – nadal budzi emocje.

Hobbit… filmowy jest przede wszystkim konsekwentnie wpisany w „uniwersum Tolkiena” takie, jakie znamy z filmówWładca Pierścieni i doskonale w nie wprowadza. Odwołanie do Władcy… otwierające Niezwykłą podróż (pierwszą część Hobbita…) filmowym prologiem, nareszcie łączy dwie części dylogii w całość stylistyczno-fabularną. Takim łącznikiem jest też królowa Galadriela – silna, zdecydowana, inteligentna, błyskotliwy umysł sterujący strategią Dobra – która w Hobbicie… książkowym nie występowała w ogóle. To w Hobbicie… filmowym formułuje się i ustala strategia ostatecznej rozprawy ze Złem, o czym w książce nie mogło być oczywiście nawet wzmianki – uniwersum, w którym odbywa się ta rozprawa, wówczas jeszcze nie istniało.

Obecne w Hobbicie… filmowym godne, dostojne i tragiczne postaci znane Władcy Pierścieni w żaden sposób nie współgrałyby z „natywnymi”, które trzeba było do nich dostosować. I tego też dokonano, począwszy od krasnoludów z drużyny Thorina. W filmie nie mają one kolorowych kapturów i bród, są po prostu różne i to nie tylko fizycznie, także charakterologicznie. Są postaciami jednoznacznie, rozpoznawalnie tragicznymi, co znakomicie podkreśla śpiewana w „norce” Bilba ich piękna pieśń z muzyką doskonale pasującą do słów, nostalgiczna do granic rozpaczy, sfilmowana ruchomą kamerą ze zbliżeniami na krasnoludzkie twarze, z których każda zdradza silne, wręcz ludzkie emocje; jest to klasyczny przykład tej prawdy, że jeden obraz potrafi powiedzieć więcej niż tysiąc słów.

Podobny zabieg zastosowany został wobec elfów leśnych. W książce jest to banda kapryśnych wielbicieli wina pitego beczkami, w filmie są już one godne i wyposażone w tragiczną historię. Wprowadzenie w fabułę nieistniejącej w powieściach elfki Tauriel, wojowniczki z krwi i kości, gotowej zginąć w obronie swych przekonań, jest powtórzeniem zabiegu zastosowanego wobec Galadrieli i Arweny. Dodatkowo uczucie, jakie żywi do niej elf Legolas, wyjaśnia, skąd w ogóle wziął się on w powieściowym Władcy…, a miłość elfki do krasnoluda zaprzecza tolkienowskiemu elitaryzmowi, w myśl którego w związki łączą się tylko elfy i ludzie.

Ludzie przeszli ten sam proces „uszlachetnienia”. Beorn Zmiennokształtny, tragiczny „ostatni z rodu” z błyskającymi na przegubach dłoni bransoletami kajdan, jest kimś znacznie większym od takiego ot sobie nietypowego maga, umiejącego zmieniać się w misia, a jego przemiana w demonicznego niedźwiedzia zyskuje walor wręcz metaforyczny jako obraz ogromu krzywd, za które mści się tak okrutnie. I to z ust Beorna padają najbardziej niedziecinne, szorstkie słowa, tak bardzo niepasujące do książki, a doskonale pasujące do filmu: „Nie lubię krasnoludów. Są zachłanne i ślepe. Nie zauważają tych, których uważają za słabszych i gorszych od siebie. Ale orków nie lubię bardziej. Czego wam trzeba?”.

Mimo tak znaczących zmian Hobbit zachował pełną autonomię jako osobne dzieło filmowe. Pochodzenie od literatury dziecięcej jest w nim wyraźnie widoczne choćby w specyficznym humorze, który u samego J.R.R Tolkiena aż za często bywał przyciężki, a także w cytatach z tolkienowskiego cyklu i zaczerpniętych z tradycji fantastyki: filmowej Diuny Davida Lyncha, Indiany Jonesa, Gwiezdnych wojen. Ma zdecydowanie mniejszy ciężar właściwy, przez co fragmenty tragiczne stają się lepiej widoczne. W Hobbicie… groza przechodzi w śmieszność i vice versa błyskawicznie, bez ostrzeżenia.

Teraz można już przestawić sobie kolejność filmów na zgodną z książkową: Hobbit… najpierw, Władca Pierścieni po nim. Wówczas widać wyraźnie, jaką obie trylogie tworzą całość: kompletną, bogatą, a przede wszystkim spójną i konsekwentną aż do pomniejszych drobiazgów… w odróżnieniu od tego, jak prezentuje się dziś literacka spuścizna J.R.R. Tolkiena.

Perspektywy

Filmy Jacksona są już stałym elementem pejzażu popkultury, częścią narracji – w świadomości konsumenta popkultury dzieło Tolkiena jako pisarza nie istnieje w oderwaniu od nich. A także, obojętnie, czy chwalone czy krytykowane, sytuują się one w opozycji do Tolkiena literackiego, o co korporacja Tolkien Estate zadbała z typową dla niej skutecznością (Christopher Tolkien nie szczędził filmom Jacksona słów zjadliwej krytyki). Status quo wzajemnej opozycji jest jednak na dłuższą metę nie do utrzymania. Z jednej strony nadchodzi przecież serial, do którego w 2017 roku Amazon nabył prawa za niebagatelną sumę ćwierć miliona dolarów (całkowitą wartość tej franczyzy, wliczając obowiązki realizacyjne, szacuje się na nie mniej niż miliard dolarów), mający w założeniu pokazać, co działo się przed wydarzeniami z Hobbita…Władcy Pierścieni na podstawie materiałów z „Dodatków” do Władcy…, z drugiej śmierć Christophera Tolkiena zapewne uczyni Tolkien Estate skłonniejszym do ustępstw. Z jego śmiercią zamknął się przecież zasób dzieł – trudno uwierzyć, by nawet rynek czytelnika masowego zniósł wnuka publikującego swoje „nowe redakcje” redakcji pism dziadka dokonanych przez ojca. Trudno uwierzyć też, by Tolkien Estate oparło się pokusie wielomilionowych ofert za sprzedaż praw do wybranych tytułów „pośmiertnych”, literacko akceptowalnych i rzeczywiście wzbogacających naszą znajomość tolkienowskiego świata: Silmarillionu, Niedokończonych opowieści czy Księgi zaginionych opowieści.

Na razie twórców przyszłego serialu Amazona obowiązują te same ograniczenia co Petera Jacksona: mają prawa do Władcy Pierścieni zawierającego w „Dodatkach” zarys całej tolkienowskiej historii Trzech Er Świata. Na podstawie „Dodatków” scenarzyści mogą fantazjować do woli i zamierzają fantazjować na temat Drugiej Ery, a nie mając dostępu do żadnego z „dzieł pośmiertnych”, chcąc nie chcąc będą pisać własny „tekst źródłowy”. Jaki – pozostaje tajemnicą, ale trudno przypuścić, by jawnie sprzeciwiał się kanonowi filmowemu. Nie przypadkiem New Line Cinema, właściciel praw do filmów Jacksona, jest stroną umowy z Amazonem; to mocny dowód, że materiały z filmów będą wykorzystywane.

Konserwatywna niechęć Tolkien Estate do uznania roli mediów nieliterackich w popkulturze wprowadziła chaos także w świat gier komputerowych, mogących tak dobrze przysłużyć się fantastycznej popliteraturze. W latach 1982–1989 ukazywały się gry produkcji Melbourne House, dziś pamiętane wyłącznie przez kronikarzy. W 1990 roku Tolkienem zainteresowało się potężne Electronic Arts, ale dopiero pojawienie się filmowego Władcy Pierścieni Hobbita…wywołało prawdziwe zainteresowanie. I tu doszło do sytuacji zaiste dziwnej, bo tych twórców, którzy otrzymali prawa do filmowego „tekstu źródłowego”, Tolkien Estate odcięło od książek, a ci twórcy, którym w drodze wyjątku sprzedało część praw książkowych, nie mogli korzystać z zasobów filmowych. W rezultacie o to samo uniwersum w jego dwóch wersjach konkurowało Vivedi Games i Electronic Arts. Już w 2003 roku z rynku wycofali się ci pierwsi, a w 2007 także ci drudzy. Wielka gra MMORPG z 2007 roku oparta na książkowym Hobbicie… Władcy Pierścieni, dzieło Turbine, Inc., przejętej przez Warner Bros., istnieje już chyba włącznie siłą rozpędu, ale wolno przypuszczać, że i to się zmieni w nowej sytuacji.

Twórczość J.R.R. Tolkiena funkcjonuje dziś w multimedialnej popkulturze według zasad płynnych i przejściowych. Po pierwsze, jej zasób literacki zamknął się ze śmiercią Christophera Tolkiena, pozostaje jednak nadal w stanie chaosu, gdyż brak mu „tekstu źródłowego”, według którego można byłoby porządkować poszczególne tytuły i oceniać ich wagę. Niemniej, dysponując zamkniętym zbiorem tekstów, chaos ten można już powoli porządkować. Po drugie, istnieje nieliteracki „tekst źródłowy” w postaci podwójnej trylogii filmowej zespołu Petera Jacksona, mogący służyć za swoisty punkt podparcia w rekonstrukcji tolkienowskiego uniwersum. Po trzecie, jeśli polityka licencyjna Tolkien Estate ulegnie złagodzeniu, inne media zapewne włączą się w proces konstrukcji tego uniwersum o wielkim potencjale finansowym, sprawiając, że przeszło osiemdziesiąt lat po zaistnieniu w Hobbicie, czyli tam i z powrotem pozostanie ono żywe, czyli zdolne do rozwoju organicznego, a niesterowanego odgórnie i de facto jednoosobowo... z widocznym tego smutnym skutkiem.

Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, najlepsze, co może spotkać uniwersum Władcy Pierścieni to los uniwersum Wiedźmina. Fani tego ostatniego czekają teraz niecierpliwie na drugi sezon serialu i nową grę komputerową, dzięki którym teksty literackie z lat 1986–1999 przeżywają właśnie moment największego tryumfu. J.R.R. „Profesorowi” Tolkienowi nie wypada życzyć niczego mniej niż Andrzejowi Sapkowskiemu, a trudno życzyć więcej.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Krzysztof Sokołowski, Na tropie tekstu źródłowego, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 77

Przypisy

    Powiązane artykuły