03.12.2020

Nowy Napis Co Tydzień #078 / Edukacja w świecie cyfrowych plemion

Mówi się, że pandemia COVID-19 oznacza wielki test dla edukacji na całym świecie. Oto nagle proces nauczania musiał w szybkim tempie przejść w świat online. Pedagodzy musieli przestawić się na zupełnie inny tryb pracy niż dotąd. Ponad połowaD. Więcławek, Edukacja zdalna podczas epidemii koronawirusa. Jak radzą sobie polscy uczniowie i nauczyciele, „Polska Times” 15.05.2020, [online] https://polskatimes.pl/edukacja-zdalna-podczas-epidemii-koronawirusa-jak-radza-sobie-polscy-uczniowie-i-nauczyciele/ar/c5-14971756 [dostęp: 20.06.2020].[1] badanych nauczycieli ze szkół podstawowych miała trudności z obsługą narzędzi cyfrowych, a w wielu szkołach – zwłaszcza w nauczaniu początkowym – można było w ogóle mówić o nauce na nibyA. Radwan, Koniec ze zdalną nauką na niby. MEN szykuje zmiany po skargach rodziców, „dziennik.pl” 17.06.2020, [online] https://edukacja.dziennik.pl/aktualnosci/artykuly/7745314,rodzice-zdalna-edukacja-szkola-online-men-program-koronawirus-covid-19.html [dostęp: 20.06.2020].[2]; prowadzący zajęcia często ograniczali się do przesyłania uczniom prezentacji.

Niemniej wielki test dla edukacji nie rozpoczął się wraz z pandemią nowego koronawirusa. Już od dłuższego czasu na całym świecie pojawiają się alarmujące głosy, że edukacja przespała początki społecznej rewolucji, czyli narodziny człowieka cyfrowego. Jeśli postępu technicznego nie zatrzyma katastrofa naturalna lub światowa wojna – rewolucja ta będzie postępować coraz szybciej. A szkoła, nie tylko polska, pozostanie daleko w tyle. Trzeba więc przyjrzeć się człowiekowi cyfrowemu, zastanawiając się, skąd pochodzi i dokąd zmierza.

Od człowieka plemiennego do wizualnego…

Cofnijmy się do lat 60. XX wieku, kiedy rozproszona sieć komputerowa, do której jesteśmy dziś podłączeni, była jeszcze w powijakach i dopiero pod koniec 1969 roku na kilku amerykańskich uniwersytetach uruchomiono pierwsze węzły sieci ARPANET. Jednak najistotniejsze cechy człowieka cyfrowego już wcześniej przewidział jeden z najważniejszych proroków dwudziestowiecznego naukowego świata – filozof Marshall McLuhan. W historii świata – argumentował McLuhan – nastąpiły dwie rewolucje, całkowicie zmieniające relację między człowiekiem a światem zewnętrznym. Pierwsza z nich to wynalezienie pisma fonetycznego (odzwierciedlającego znakami poszczególne dźwięki mowy, a nie – jak w przypadku wcześniejszego pisma obrazkowego czy ideograficznego – przedmioty lub idee), a przemianę tę znacząco przyśpieszył wynalazek druku. Drugą rewolucję – elektroniczną – rozpoczęło wynalezienie telegrafu, a następnie telefonu, radia, telewizji i komputera. McLuhan zmarł w 1980 roku, więc nie dożył internetowego boomu końcówki XX wieku, ale być może i jego samego zaskoczyłoby, jak gwałtownie przyśpieszają przemiany, które przepowiedział.

Na czym dokładnie polegały dwie McLuhanowskie rewolucje? Pierwsza, którą z grubsza można datować na tysiąc lat przed Chrystusem (rozwój alfabetu fenickiego), spowodowała przemianę człowieka plemiennego w człowieka wizualnego. Człowiek plemienny, którego opisuje McLuhan, był „człowiekiem integralnym”, jeśli chodzi o odbiór świata, funkcjonował bowiem w harmonijnej równowadze między poszczególnymi zmysłami. Świat odbierał równocześnie przez słuch, węch, dotyk, wzrok i smak. Kultura przekazywana była z pokolenia na pokolenie ustnie, dlatego – mimo tej równowagi i integralności – dominującym zmysłem był jednak słuch, a więc podstawową przestrzenią życia była przestrzeń akustyczna. Nie miała ona charakteru linearnego, lecz synchroniczny (w danym momencie z różnych miejsc można usłyszeć kilka dźwięków naraz), nie miała jednoznacznego centrum i granic. W tej przestrzeni wszystkie elementy były ze sobą połączone. Większość członków danego plemienia wiedziała o świecie mniej więcej tyle samo, dlatego brakowało indywidualizmu i specjalizacji. McLuhanowski człowiek plemienny żył w „wiecznym teraz” – działanie i reakcja były niemal jednoczesne, niezapośredniczone przez abstrakcyjną refleksję. Usłyszenie zagrożenia w postaci ryku lwa powoduje, że członek plemienia kryje się, a to co innego niż studiowanie anatomii i morfologii lwa w książce, którą można odłożyć na później lub czytać fragment po fragmencie; to co innego niż wyróżnianie i klasyfikowanie poszczególnych gatunków dzikich kotów.

Z tego integralnego sposobu życia wybił człowieka plemiennego wynalazek i rozwój fonetycznego alfabetu. Tak rewolucję wizualną w 1969 roku opisałMarshall McLuhan Intervew from Playboy, 1969, https://web.cs.ucdavis.edu/~rogaway/classes/188/spring07/mcluhan.pdf [dostęp: 20.06.2020].[3] sam McLuhan w słynnym, wielokrotnie cytowanym wywiadzie dla „Playboya” (tak, były takie czasy, kiedy „Playboy” publikował wywiady z filozofami na ponad 100 000 znaków):

Przestrzeń akustyczna jest organiczna i integralna, postrzegana przez symultaniczną grę wszystkich zmysłów; podczas gdy przestrzeń „racjonalna”, obrazkowa jest jednolita, sekwencyjna i ciągła […]. Dzięki zależności od słowa mówionego ludzie byli połączeni w plemienną sieć; a ponieważ słowo mówione jest silniej nacechowane emocjonalnie niż słowo pisane, gdyż przekazuje intonacją tak bogate uczucia jak gniew, radość, smutek i strach – plemienny człowiek był bardziej spontaniczny i emocjonalnie zmienny […], żył w magicznym, integralnym świecie, określanym przez wzorce mitów i rytuałów, którego wartości mają pochodzenie boskie i nie są kwestionowane, podczas gdy człowiek piśmienny lub wizualny tworzy środowisko podzielone na części, indywidualistyczne, logiczne i wyspecjalizowane.

Wizualny przełom pozwolił więc na oddzielenie jednostki od otaczającej ją rzeczywistości i na fragmentaryczną refleksję nad jej poszczególnymi elementami. Odtąd najważniejszym zmysłem miał być wzrok. Przestrzeń wizualna, w przeciwieństwie do akustycznej, umożliwia skupienie na jednym wybranym obiekcie, wyabstrahowanie go spośród wszystkich innych. Nie możemy bowiem skutecznie jednocześnie oglądać kilku zupełnie różnych obiektów. A to skupienie pozwala z kolei na myślenie abstrakcyjne i linearne (przestrzeń wizualna ma charakter liniowy i sukcesywny, już nie mówiąc o przestrzeni obrazowanej przez pismo), na chłodną, rozumową refleksję, posługiwanie się językiem formalnym, na kategoryzowanie i klasyfikowanie danych. To te cechy myślenia i postrzegania świata, niezwykle silnie wzmocnione przez wynalazek druku, określiły współczesnego człowieka na niemal trzy tysiące lat (przede wszystkim współczesnego człowieka Zachodu). Przyczyniły się do zbudowania globalnej cywilizacji włącznie z rozwojem współczesnych narodów, gdyż druk pozwolił na zapis i uniformizację narodowego języka, wyodrębnionego spośród wielu lokalnych dialektów. Umożliwiło to homogeniczność przekazu kulturowego, ale także wymiany gospodarczej.

Gdzie w tym wszystkim człowiek cyfrowy? Jest etapem na drodze drugiej rewolucji, która na powrót zmienia człowieka wizualnego w (neo)plemiennego.

... i z powrotem do neoplemion

Istotnym krokiem w stronę człowieka cyfrowego było powstanie mediów elektronicznych, a przede wszystkim – „zimnych” mediów elektronicznych z telewizją na czele. McLuhanowskie rozróżnienie między mediami gorącymi i zimnymi jest tu kluczowe. Do mediów gorących należy druk lub radio – i są to te środki przekazu, które, jak zostało to opisaneZa: Obserwatorium żywej kultury – sieć badawcza, http://ozkultura.pl/wpis/2174/3 [dostęp: 20.06.2020].[4] w Słowniku terminologii medialnej, angażują wprawdzie jeden zmysł, ale w stopniu wysokim, tak by nie umknęła żadna informacja. Jest to zatem ostra percep­cja przekazu, nasycona szczegółową i wyrazistą informacją, niewymagająca od odbiorcy zaangażowanego uczestnictwa. Media zimne angażują natomiast więcej zmysłów, ale dostarczają informacji nieprecyzyjnych, niekompletnych, powierzchownych. Wymagają więc od odbiorcy zaangażowania, uzupełnienia treści, pobudzają jego wyobraźnię, zapewniają aktywne współuczestnictwo.

Według McLuhana telewizja była medium zimnym, gdyż po pierwsze (pamiętajmy, że były to lata 60., nie czasy HDTV) obraz telewizyjny wymaga intensywnej współpracy umysłu widza, by niewyraźną siatkę pikseli przełożyć na zrozumiały obraz; po drugie – angażuje więcej niż jeden zmysł naraz; po trzecie, w przeciwieństwie do ekranu kinowego umieszczonego w zaciemnionej przestrzeni, tłumiącej wszystkie inne bodźce, telewizor jest tylko jednym z wielu punktów akustyczno-wizualnej przestrzeni mieszkania, a przekaz płynący z niego można na bieżąco zmieniać za pomocą przycisków pilota. Co prawda, w ciągu pięćdziesięciu kilku lat, jakie minęły od czasu Zrozumieć media McLuhana i wspomnianego wywiadu, rosnąca rozdzielczość obrazu telewizyjnego wykluczyła ten pierwszy argument, ale jednocześnie powstało i rozpowszechniło się medium o bodaj największej interaktywności, jakim jest internet.

Interaktywność, zmienność, pole wyboru, działanie na wiele zmysłów i włączenie w globalną sieć powodują, że człowiek ery wizualnej i piśmiennej, żyjący samotnie, w prywatnej relacji do słowa pisanego, kształtowany przez tę relację, przekształca się w człowieka (neo)plemiennego ery mediów elektronicznych. Jest to proces retrybalizacji, powrotu do plemion, do „globalnej wioski” (bodaj najważniejsze pojęcie, które pozostało po kanadyjskim filozofie i weszło do języka potocznego), choć mających zupełnie inny kształt niż te sprzed ery pisma fonetycznego. Tak pisał o tym McLuhan ponad dwadzieścia lat przed uruchomieniem pierwszej strony WWW i dwa lata przed wysłaniem pierwszego e-maila:

Elektroniczne przedłużenie naszych ośrodkowych układów nerwowych zanurza nas w światowym obiegu informacji, pozwalając jednostce wcielić w siebie całą ludzkość. Sposób bycia człowieka piśmiennego, polegający na dystansie i oddzieleniu, ustępuje na rzecz nowej, głębokiej partycypacji możliwej dzięki mediom elektronicznym, przywracającej nam kontakt ze sobą nawzajem. Istotą elektronicznego przepływu informacji nie jest jednak powiększanie ludzkiego rodu, a jego decentralizacja w kierunku wielości bytów plemiennych.

Nie jest przesadą nazwanie McLuhana „wieszczem”. O ile w czasach telewizji można było uznawać jego wizje neoplemion za przesadne (telewizja i radio nie umożliwiały przecież w takiej skali masowego kontaktu i połączenia między ludźmi z różnych stron globu), o tyle powyższy cytat z niesłychaną precyzją opisuje czasy powszechnego internetu. Istnieją oczywiście pewne różnice. Internet jest częściowo medium gorącym (ponieważ w dużej mierze wykorzystuje medium gorące, czyli druk), ale w przeważającej mierze – jest zimny. Po pierwsze – ze względu na oddziaływanie na różne zmysły (na razie głównie wzrok i słuch) oraz niespotykaną dotychczas interaktywność. Uczestnictwo odbiorcy i uzupełnianie przekazu nie polega tu jedynie na nieświadomej pracy mózgu (jaką było konstruowanie obrazu z niewyraźnej, czarno-białej transmisji TV pięćdziesiąt lat temu), ale na dobudowywaniu różnych kontekstów przez poruszanie się w przestrzeni globalnej sieci między jednym linkiem a drugim, nie mówiąc już o możliwości kreowania i publikowania własnej treści, komentowania publikacji i synchronicznego wchodzenia w dyskusje z osobami z całego świata. Jednocześnie w wielu zakładkach i aplikacjach na wyciągnięcie ręki dostępne są różne treści wizualne, piśmienne i dźwiękowe, a z każdą powiązany jest jakiś fragment społeczności (przykładowo możliwość podglądania, czego akurat słuchają znajomi na Spotify) i możliwe jest szybkie reagowanie na wszystko, co się dzieje – a ta reakcja wprowadza kolejne modyfikacje do całego systemu. Do złudzenia przypomina to akustyczną przestrzeń, przestrzeń działania-reakcji, w jakiej żył człowiek plemienny.

Internet także nie ma granic i centrum, co więcej – tworzy furtki do wyjścia z sekwencyjności i linearności czasu (na przykład pozwalając uczestnikowi na wysłuchanie utworu z 2020 roku i po chwili nagrania z 1937 roku albo na oglądanie filmu od środka lub od końca). Zachowuje jednocześnie, przynajmniej potencjalnie, zalety mediów epoki cyfrowej, umożliwiając „oderwane”, fragmentaryczne zapoznawanie się z treścią, skupienie na danym elemencie i wielokrotne analizowanie go – jednak w psychologicznej praktyce jest to znacząco utrudnione ze względu na wielość atrakcyjnych bodźców, zachęcających do klikania kolejnych linków (jak często – powiedzmy sobie szczerze – zatrzymujemy się, by dokonać głębokiej analizy danego wpisu na Facebooku czy zdjęcia na Instagramie, zamiast skrolować ścianę, rozdawać lajki i zdawkowe komentarze?). Jednocześnie bańki społeczne, tworzone prędzej czy później w miarę interakcji w social media, stanowią odpowiednik współczesnych plemion – w dłuższym czasie algorytmy najważniejszych portali społecznościowych zwiększają szanse na synchroniczne interakcje z daną grupą ludzi, która zaczyna stanowić wirtualną przestrzeń społeczną, analogiczną do wioski człowieka plemiennego. Ekspansja tej przestrzeni powoduje, że obszar prywatności staje się coraz mniejszy (nie mówię tu już o jej naruszaniu przez instytucje państwowe, ale choćby o dobrowolnym dzieleniu się kolejnymi czynnościami życiowymi w mediach społecznościowych, od awansu w pracy przez zaręczyny czy ślub do przewijania dziecka czy kolejnych posiłków) – a, jak wskazuje McLuhan, prywatność jest „wynalazkiem” człowieka piśmiennego, w społeczeństwach plemiennych w zasadzie nie istniała.

To zagłębienie się w świat po rewolucji cyfrowej pozwala odpowiedzieć na pytanie, kim jest człowiek cyfrowy, czym różni się od człowieka piśmiennego/wizualnego. A udzielenie tej odpowiedzi jest konieczne. Stawiam bowiem tezę, że polski system edukacji (przede wszystkim oświaty, w mniejszym może stopniu – szkolnictwa wyższego) nastawiony jest na człowieka piśmiennego/wizualnego, a nie cyfrowego. A to oznacza kłopoty, o których tak pisał McLuhan:

Dzisiejsze dziecko dojrzewa w sposób absurdalny, zawieszone jak w limbusie pomiędzy dwoma światami i dwoma systemami wartości […]. Wyzwaniem nowej ery jest twórczy proces dojrzewania, a samo nauczanie i powtarzanie faktów jest dla tego procesu kompletnie nieistotne. Oczekiwać, że dziecko epoki elektronicznej zareaguje na stare sposoby kształcenia, to tak, jak mieć nadzieję, że orzeł nauczy się pływać.

Człowiek cyfrowy i edukacja

Podsumujmy zatem w czterech punktach, czym różni się człowiek epoki cyfrowej od człowieka epoki piśmiennej.

Po pierwsze, jest przyzwyczajony do wykonywania kilku czynności w sposób synchroniczny, a nie diachroniczny (sekwencyjny). W tym samym czasie korzysta z wielu zakładek/aplikacji – obok materiałów szkolnych uczeń ma otwarty film (albo wręcz kilka filmów) na YouTubie, grę, odtwarzacz muzyczny, portale społecznościowe i wiele stron. Dla rodziców i nauczycieli jest to oznaka braku skupienia na lekcji i choć nie zawsze musi tak być, to trzeba przyznać, że umiejętność skupienia uwagi na jednej czynności jest piętą achillesową człowieka cyfrowego, na co wskazują choćby badania zespołu naukowców z Oxfordu, Uniwersytetu Harvarda, King's College, Uniwersytetu w Manchesterze i Western Sydney University (pod kierownictwem dr. Josepha Firtha). „Nieograniczony strumień podpowiedzi i powiadomień z internetu zachęca nas do ciągłego utrzymywania podzielonej uwagi – co z kolei może zmniejszyć naszą zdolność do utrzymania koncentracji na jednym zadaniu” – pisze Firth. Jednocześnie takiego wpływu na koncentrację nie mają czynności typowe dla człowieka ery pisma, czyli na przykład czytanie gazety. Wielozadaniowość doby internetu krytykuje ostro także niemiecki psychiatra Manfred Spitzer w książce Cyfrowa demencja jako pogarszającą potencjał umysłowy. Można ją jednak traktować zarówno jako zagrożenie, jak i jako zasób. Jak wskazuje Piotr Woźniak w artykulehttps://supermemo.guru/wiki/The_morbid_myth_of_Digital_Dementia [dostęp: 20.06.2020].[5] Chorobliwy mit cyfrowej demencji, Spitzer bowiem (podobnie jak inny krytyk „człowieka cyfrowego” Nicholas Carr, autor książki Płytki umysł) myli przykładowo jednoczesne czytanie dwóch tekstów z tak zwanym czytaniem przyrostowym (incremental reading), które nieświadomie praktykuje wielu użytkowników internetu – czyli z czytaniem (po kolei) wybranych fragmentów z różnych stron internetowych, artykułów lub dokumentów wyszukanych pod kątem interesujących czytelnika tematów czy słów kluczowych. Oczywiście nie da się jednocześnie czytać dwóch tekstów, ale wspomniane czytanie przyrostowe, w epoce cyfrowej łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej, daje w niektórych przypadkach lepsze efekty niż zapoznawanie się z każdym dziełem od początku do końca. Oczywiście zagrożenie powierzchownością istnieje, ale dlaczego uczeń nie miałby posiąść obu tych zdolności: analizy pojedynczych elementów (książek, artykułów itp.) i jednocześnie horyzontalnego wyszukiwania informacji w wielu źródłach? Wydaje się, że system edukacji nastawiony jest przede wszystkim na tę pierwszą zdolność.

Po drugie – człowiek cyfrowy jest właściwie na co dzień wyposażony w niemal nieograniczony zasób informacji. McLuhan nazywał media „przedłużeniem zmysłów” – tymczasem internet jest nieopisanie ogromnym przedłużeniem umysłu rozumianego jako miejsce gromadzenia informacji. Jeszcze kilkanaście lat temu podłączenie się do tego zasobu wymagało większego wysiłku (dostęp do komputera stacjonarnego, później notebooka; dostęp do internetu przez kabel lub modem telefoniczny). Dziś jest to jeden ruch ręki do smartfona (w Stanach Zjednoczonych w 2010 roku smartfonów używało„Statista” 8.04.2020, [online] https://www.statista.com/statistics/201183/forecast-of-smartphone-penetration-in-the-us/ [dostęp: 20.06.2020].[6] 20,2 procent mieszkańców, w 2020 roku jest to 72,2 procent). Nazwijmy to najprościej: większość ludzi ma pod ręką dużą część całej zgromadzonej na Ziemi wiedzy (człowiek epoki piśmiennej miał dostęp do zaledwie ułamka tej wiedzy, nawet jeśli korzystał z najlepiej wyposażonej biblioteki). Ta przemiana z pewnością pozwoliła obalić mit, jakoby likwidacja bariery w dostępie do informacji miała uzdrowić świat i przynieść mu, w sposób automatyczny, mądrość. A jednak nadal nie zdajemy sobie sprawy z wielkości tej rewolucji i jej doniosłości, a z pewnością nie zdaje sobie z tego sprawy system oświaty, nadal w dużej mierze nasta­wiony na przekazanie uczniowi informacji. Dowodzi tego raportRaport „Szkoła dla innowatora: kształtowanie kompetencji proinnowacyjnych”, Ministerstwo Rozwoju, 13.12.2018, https://www.gov.pl/web/rozwoj/raport-szkola-dla-innowatora-ksztaltowanie-kompetencji-proinnowacyjnych [dostęp: 20.06.2020].[7] Szkoła dla innowatora, opracowany w 2018 roku na zlecenie Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii przez zespół ekspertów pod kierownictwem prof. Jana Fazlagicia. Autorzy wskazują, że szkoła, nastawiona na przyswojenie przez ucznia podstawy programowej promuje powierzchowne uczenie się, traktujące mózg jak gąbkę, która powinna wchłaniać wiedzę. Jak pisaliśmyJ. Piekutowski, P. Jesionowski, Nauczycielu, zejdź z podestu, „Nowa Konfederacja” 05.2018, [online] https://nowakonfederacja.pl/spiecie/artykul-powiazany/ [dostęp: 20.06.2020].[8] z Piotrem Jesionowskim w „Nowej Konfederacji”:

W momencie dziejowym, w którym każdy z nas ma przy sobie niewielkie pudełko, z którego może wyciągnąć całą wiedzę świata, zamiast wszechwiedzącego mentora potrzebna jest selekcja informacji, współpraca, podział obowiązków – a tego uczniowie bardzo często nie umieją.

Po trzecie – człowiek cyfrowy przyswaja informacje wszystkimi zmysłami, bez typowej dla człowieka piśmiennego przytłaczającej dominacji wzroku. Owszem, wzrok mimo wszystko pozostaje najważniejszy, a jednak używa się go inaczej niż w epoce pisma, kiedy dominowało sekwencyjne śledzenie ciągu liter w książce. System edukacji nastawiony jest w dużej mierze na tę ostatnią czynność. Nie należy rzecz jasna potępiać tego w czambuł, gdyż utrata umiejętności dogłębnej analizy tekstu będzie zaprzepaszczeniem zdolności, na której zbudowana jest nasza cywilizacja. Należy raczej pomyśleć o wykorzystaniu całej palety cyfrowych środków przekazu do edukacji. Takie działania są już podejmowane, ale ich odzwierciedlenie w podstawie programowej jest bardzo niewielkie. Należy również unikać wypełniania wszystkich luk technikami cyfrowymi, tak aby nie uniemożliwić pracy wyobraźni.

Po czwarte wreszcie, za sprawą komunikatorów i mediów społecznościowych człowiek cyfrowy jest podłączony (także w sposób niemal trwały) do swojej sieci społecznej, swojego plemienia rozproszonego nieraz po całym świecie. Sztywny podział na klasy, z którym mamy do czynienia w szkole, z jednej strony utrudnia łączenie się w sieci w grupy korzystne z punktu widzenia procesu edukacyjnego, a z drugiej strony tworzy możliwości do sieciowej współpracy uczniów z różnych domów, o różnym poziomie kapitału społecznego i intelektualnego. Czy szkoła wykorzystuje te możliwości? Oddajmy znów głos autorom raportu Szkoła dla innowatora:

Nauczyciele kształtują najważniejsze umiejętności wynikające z podstawy programowej, przy czym powszechny charakter ma kształtowanie umiejętności uczenia się, czytania, komunikowania się w języku ojczystym i obcym; w mniejszym zakresie kształtowane są umiejętności pracy zespołowej, myślenia naukowego i matematycznego oraz posługiwania się nowoczesnymi technologiami informacyjno-komunikacyjnymi.

Nie ma tu wielkiego pola do interpretacji: edukacja musi się zmienić. W budowaniu jej nowego modelu nie chodzi jednak o bezmyślne schlebianie zmieniającym się gustom. Nie chodzi o wykreowanie wyluzowanego nauczyciela-youtubera, ale o to, by nie zanikły najlepsze owoce epoki piśmiennej i wizualnej, a jednocześnie – by wykorzystać to, co przyniosła era elektroniczna. Jeśli bodźcem do tego nie będzie pandemia COVID-19, to kolejne bodźce mogą być jeszcze bardziej nieprzyjemne.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Jarema Piekutowski, Edukacja w świecie cyfrowych plemion, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 78

Przypisy

    Powiązane artykuły