23.12.2020

Nowy Napis Co Tydzień #081 / Społeczeństwo zgruzowstałe

Życie codzienne w Warszawie połowy lat pięćdziesiątych wymagało bowiem nieustającego sprytu i stanowiło wyzwanie dla wciąż jeszcze zgruzowanego społeczeństwaS. Chutnik, „Miasto zgruzowstałe. Codzienność Warszawy w latach 1954–1955”, Wrocław 2020, s. 272.[1].

 

Nowa książka Sylwii Chutnik, będąca jednocześnie częścią jej dysertacji doktorskiej, Miasto zgruzowstałe. Codzienność Warszawy w latach 1954–1955 została wydana przez Ossolineum w ramach serii Na jeden temat, która w przystępny sposób ma przedstawiać konkretne zagadnienia naukowe. Tym razem tematem jest odradzająca się Warszawa – ciężko o lepszy moment na wydanie takiej publikacji niż Rok Tyrmanda, który właśnie dobiega końca. Jak zapowiada we wstępie sama autorka:

W niniejszej książce nie chodzi bowiem tylko o sentymentalny zachwyt czy wzruszenie „starymi dobrymi czasami”, ale o próbę oglądu pierwszej połowy lat pięćdziesiątych XX wieku pod kątem zwyczajnych, codziennych czynności. […] Próbuję w tej książce uchwycić i opisać specyfikę pierwszej połowy lat pięćdziesiątych: moment oddawania do użytku osiedli i socrealistycznych budynków już po apogeum obowiązywania tej doktryny i u progu politycznych przemianTamże, s. 5–9.[2].

Tytułowy neologizm „zgruzowstała” został przez Chutnik zaczerpnięty z wiersza Władysława Broniewskiego. Intrygujący tytuł publikacji można rozumieć dosłownie, jako miasto powstałe z gruzów. Z drugiej strony można powołać się na pracę historyka Marcina Zaremby, który „używa sformułowania «społeczeństwo zgruzowane», aby wyjaśnić, na czym polegała powojenna pamięć zbiorowa”Tamże, s. 34.[3]. Oba te ujęcia pojawiają się w omawianej pozycji. 

Stosunkowo niska cena publikacji umożliwia każdej zainteresowanej osobie jej zakup. Niestety idzie to również w parze z niską jakością wydania – już po pierwszym przeczytaniu książka sprawia wrażenie dość mocno wyeksploatowanej. Na pochwałę zasługują natomiast bogate i interesujące przypisy umieszczone na dole każdej strony oraz spora liczba fotografii z epoki, które pozwalają odbiorcy lepiej wczuć się w atmosferę minionych lat.

Książka posiada wadę charakterystyczną dla większości pozycji naukowych. Zaprezentowana na początku metodologia, założenia oraz teorie badawcze sprawiają, że strasznie długo oczekujemy na pojawienie się obrazu głównej bohaterki (Warszawy). Sięgając po tę pozycję, spodziewałam się więcej sprawnego stylu Chutnik. a mniej dyskursu naukowego, co zmienia się w rozdziale dotyczącym kobiet. Widać, że jest to temat autorce bliski, a to przekłada się zdecydowanie pozytywnie na odbiór książki przez czytelnika. 

Dlaczego 1954–1955?

Ten konkretny czas został wybrany z kilku powodów, jak autorka podkreślała wielokrotnie w publikacji oraz podczas różnych spotkań promocyjnych, w Mieście zgruzowstałym zajmuje się badaniem codzienności. Do zaobserwowania jakichś tendencji w tej niesamowicie ulotnej dziedzinie niezbędne jest wyznaczenie ram czasowych. Zbyt krótkie nie wystarczyłyby na wyciągnięcie wiarygodnych wniosków, zbyt długie z kolei mogłyby zaciemnić obraz. Następny czynnik stanowią źródła – te lata zostały fenomenalnie sportretowane przez Leopolda Tyrmanda w Dzienniku 1954 oraz powieści Zły, dzięki czemu Chutnik zyskała obszerny materiał badawczy. I w końcu był to moment w historii Polski, w którym powoli czuć wind of change, związany z nadchodzącą odwilżą po śmierci Józefa Stalina. Ponadto w powojennej Warszawie ukończone zostały pierwsze kluczowe założenia urbanizacyjne, które autorka dość szczegółowo omawia w początkowej części książki, czyli Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa (MDM), Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina oraz dzielnica Muranów. Zadaniem każdej z nich było pełnienie ważnej roli w społeczeństwie oraz podkreślanie potęgi Polski Ludowej. MDM z Placem Konstytucji miał przede wszystkim charakter reprezentacyjny, ogromne socrealistyczne rzeźby podkreślały monumentalność budowli. Wszystko było tam jasne, wręcz białe, a przez głośniki puszczano muzykę – celem całości była mobilizacja mieszkańców do wypoczynku i relaksu. Zdawała się krzyczeć: „Odpocznijcie i się zabawcie. W końcu wojna się skończyła!”. PKiN, dar narodu radzieckiego dla narodu polskiego, górujący nad całym miastem miał przypominać o sile ZSRR, jednocześnie podkreślając, do kogo należy władza. Skontrastowany z gruzem leżącym na wielu ulicach, wyglądał absurdalnie. Stał się obiektem licznych żartów Warszawiaków: „Jakie mieszkanie jest w Warszawie najdroższe? To, które nie ma widoku na Pałac Kultury”Tamże, s. 81.[4]. Wreszcie Muranów, wybudowany w miejscu, gdzie dawniej znajdowało się getto, miał symbolizować zakończenie tego tragicznego rozdziału w historii miasta. Tym, którzy mają możliwość polecam wybranie się na spacer z książką po wspomnianych zakątkach – mijane codziennie budynki można zobaczyć w innym, nowym świetle, nie tak jasnym, jak wtedy, ale z pewnością intrygującym i skłaniającym do refleksji. 

Jaka była Warszawa połowy XX wieku?

Niezbyt przyjemna dla mieszkańców, niesamowicie głośna, pełna pyłu i gruzu. Pochodził on zarówno z wyrastających jak grzyby po deszczu nowych budynków, jak i z usuwanego gruzu, w którym roiło się od chuliganów opisywanych w Złym przez Tyrmanda. Odtwarzając realia miasta, Chutnik sięga po prasę oraz filmy z tamtych czasów, listy do redakcji Polskiego Radia, a także literaturę: Piątkę z ulicy Barskiej Kazimierza Koźniewskiego, opowiadania Hłaski i Nowakowskiego oraz dzienniki Marii Dąbrowskiej, Zofii Nałkowskiej, Anny Kowalskiej czy Andrzeja Kijowskiego. Rozprawia się w książce z licznymi mitami dotyczącymi ówczesnych czasów, jak słynna plotka dotycząca wyboru między Pałacem Kultury a metrem dla Warszawy, którego w rzeczywistości nigdy nie było. Przywołuje też nieznane szerzej osiągnięcia połowy lat pięćdziesiątych, jak chociażby wagon żłobkowy, który kursował w latach 1949–1958 na trasie Dworzec Wschodni–Gocławek. Był to pojazd przystosowany do przewożenia dzieci do ośrodków opieki dziennej, wyposażony w specjalne łóżeczka dla niemowląt, kojce, bieżącą wodę czy ogrzewanie. Wspomina widoki charakterystyczne dla ówczesnej ulicy warszawskiej jak tramwajowe winogrona. Nie ogranicza się jedynie do referowania opisów przeczytanych w innym źródle, sięga zdecydowanie głębiej. Próbuje przenieść nas na Bazar Różyckiego za pomocą opisów smaków, zapachów i dźwięków. Warszawa jawi się jako miasto niesamowicie głośne – nieustannym odgłosom robót budowlanych towarzyszą klekoczące tramwaje oraz trzeszczące komunikaty nadawane z licznych głośników. W przytoczonym do redakcji czasopisma „Po Prostu” liście możemy przeczytać: 

Głośniki ryczą, charczą bez przestanku. Hałas okropny, tak że trudno nawet porozumieć się z kasjerem przy kupnie biletu. Polki „hopaj siup” na przemian z ognistymi oberkami lub tkliwymi tangami. Człowiekowi wprost chce się wyć! Zainterpelowana przeze mnie służba kolejowa przyznała, że tej wrzawy ma wyżej uszu, że w tym hałasie nie może pracować, że im wszystkim działa to na nerwy i że marzą, by zniesiono głośnikiZa: tamże, s. 137.[5].

Jednym z największych problemów logistycznych Codzienności Warszawy opisywanej przez Chutnik była kwestia prania. Słynna „Frania” weszła do użytku dopiero w 1958 roku, do tego czasu trzeba sobie było radzić ręcznie. Mieszkania były małe, praktycznie niemożliwe do wywietrzenia; brak odpowiedniej wentylacji prowadził do zawilgocenia budynków. O skali problemu niech świadczy fakt, że regulowały go specjalnie rozporządzenia Prezydium Rady Narodowej Warszawy. Rozpisywano grafiki, komu i kiedy wolno zrobić pranie we własnym mieszkaniu. Liga Kobiet wywalczyła przekształcenie pomieszczeń w blokach na suszarnie oraz pralnie, co pomogło zażegnać sąsiedzkie spory i znacznie ułatwiło codzienność Warszawianek.

Festiwal

Najważniejszym wydarzeniem kulturalnym w 1955 roku dla Warszawy był V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów. W sklepach pojawiły się od dawna niedostępne towary, postawiono kioski z napojami chłodzącymi oraz oddano większość kluczowych projektów architektonicznych. I chociaż wydrukowane plany miasta zawierały białe plamy – zostały ocenzurowane „ze względów strategicznych” – to goście z całego świata nie mieli najmniejszego problemu z nawiązywaniem bliskich relacji przyjacielskich z warszawiakami. „Poststalinowski karnawał” trwał w najlepsze, podobno: „W prawobrzeżnej Warszawie można jeszcze spotkać paru rodaków w sile wieku, wyróżniających się ciemnym kolorem skóry i mówiących najczystszą praską mową”Za: tamże, s. 225.[6].

*

Niemożliwym wydaje mi się lektura tej książki bez porównań do dzisiejszej codzienności Warszawy. Momentami można mieć wrażenie, że problemy mieszkańców miasta (pomijając kwestie polityczne) niewiele się zmieniły. Większość mieszkańców Centrum narzeka na hałas. Pozbyliśmy się pyłu budowlanego, ale w zamian za to trujemy się, wdychając smog. Nawet pejoratywne określenie „słoiki” nie jest niczym nowym, w latach 50. narzekano na „wołominizację kultury”, za którą rzekomo odpowiadali ludzie przyjeżdżający do pracy z okolic Wołomina. Mamy za mało żłobków i przedszkoli. Chyba tylko korki samochodowe są autorskim pomysłem naszych czasów.

Książkę Chutnik polecam  szczególnie osobom młodszym, ponieważ może stanowić wspaniały przyczynek do dyskusji z rodzicami i dziadkami, którzy mają szansę pamiętać niektóre z opisywanych wydarzeń. Miasto zgruzowstałe może obudzić również wspomnienia osób starszych. Relacje o Warszawie od kilkunastu lat zbiera chociażby Muzeum Warszawskiej PragiWięcej informacji o Projekcie Archiwum Historii Mówionej: https://muzeumpragi.pl/archiwum-historii-mowionej/ [dostęp: 10.12.2020][7] w postaci nagrań, które pomagają ocalić historię od zapomnienia, tworząc fonograficzną mapę miasta.

 

S. Chutnik, Miasto zgruzowstałe. Codzienność Warszawy w latach 1954–1955, Wrocław 2020.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Aleksandra Siwek, Społeczeństwo zgruzowstałe, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 81

Przypisy

    Powiązane artykuły