07.01.2021

Nowy Napis Co Tydzień #082 / W poszukiwaniu Nowofundlandczyka

Czy pana nowa książka Bez winy została zainspirowana prawdziwym wydarzeniem, czy jest całkowicie fikcyjna?

Jest bardzo luźno osadzona na prawdziwej historii, którą odkryłem przypadkiem w Archiwum Prowincji. Była tam notatka o księdzu, który na północnym wybrzeżu Nowej Fundlandii natrafił na osierocone rodzeństwo. To było w czasach, kiedy osady były zbyt małe, by każda miała własny kościół i duchowni przemieszczali się między nimi z posługami dla ludności. Siostra była w wyraźniej ciąży i ksiądz stwierdził, jak sądzę słusznie, że ojcem dziecka był jej brat. W tym krótkim zapisie dostrzegłem potencjał na powieść. Ale na początku wcale nie chciałem jej napisać. Wydawało mi się, że to zbyt skomplikowana i porażająca sytuacja, więc przez lata starałem się o tym zapomnieć. Jak widać, nie udało mi się.

Jak pan postrzega relację pomiędzy naturalną niewinnością Ady i Evereda a normami społecznymi, które dzieci nabywają dzięki spotkaniom z ludźmi z zewnątrz? Zwłaszcza z marynarzami z floty brytyjskiej, którzy czasem dobijają do wybrzeża.

Jedną z głównych inspiracji w powieści jest historia Adama i Ewy z Księgi Rodzaju. Ada i Evered są tak samo niewinni z natury jak pierwsi rodzice. W Biblii ta niewinność jest przedstawiona za pomocą ślepoty. Dopiero kiedy pierwsi ludzie zjedli owoc z drzewa dobrego i złego, dostrzegli, że są nadzy. Dla Ady i Evereda wiedza o świecie zewnętrznym oraz sposób, w jaki ta wiedza zmienia ich doświadczenie i naturę przychodzi po kawałku. „Węży” jest co najmniej kilka: od Mary Oram, akuszerki, która pojawia się, kiedy rodzice jeszcze żyją (jej nazwisko w staronordyjskim dosłownie znaczy „wąż”), po kapitana Trussa i panią Brace, którzy przybywają na Hydrze i żeglarzy z Meduzy. Doświadczenie, które dzieci zdobywają dzięki tym spotkaniom sprawia, że tracą łaskę niewinności, którą cieszyły się do tej pory.

Porusza pan temat tabu, miłości między bratem a siostrą. Czy inspirował się pan podobnymi książkami, na przykład Middlesex Jeffrey'a Eugenidesa, znanej także w Polsce?

Jeśli mam być szczery, to myślałem, że piszę książkę całkowicie oryginalną i śmiałą obyczajowo. Kiedy skończyłem pracę, zacząłem się dowiadywać, że jest kilka powieści, które poruszają ten temat. Nie czytałem jeszcze Middlesex, ale nie żałuję, że jej wcześniej nie znałem. Na pewno wtedy czułbym się mniej swobodnie w podejściu do mojej historii, gdybym wiedział, w jaki sposób inni pisarze zmierzyli się z tym tematem.

Jaką rolę w powieści odgrywa obecność, a może raczej nieobecność, Czerwonych Indian?

Jeden z recenzentów napisał nawet, że wymordowanie Beothuków przez kolonistów to prawdziwy, ukryty „grzech pierworodny” w mojej powieści. Wydaje mi się to nadinterpretacją. Chociaż mogę się mylić. Indianie są obecni w powieści, bo byli obecni w historii tamtych czasów, ale gdzieś na jej peryferiach. I rzeczywiście jest coś natarczywego w ich nieobecności, co współbrzmi z historią dwojga sierot, bo tak jak one, Czerwoni Indianie także starali się przetrwać. A różnica, z jaką Ada i Evered reagują na odkrycie indiańskiego pochówku w jaskini mówi o różnicach w ich charakterach. Kiedy teraz o tym myślę, czuję, że jest w tym jednak jakaś tajemnica. Znacznie Beothuków w mojej powieści rzeczywiście domaga się przemyślenia.

Dlaczego zaczął pan pisać o Nowej Fundlandii i ludziach tam żyjących?

Zacząłem pisać w wieku siedemnastu lat, byłem bardzo młody. To nie był żaden pomysł, pierwsze teksty poświęciłem mojemu ojcu, jego życiu, łowieniu ryb w latach 30. i 40. ubiegłego wieku. To były moje naturalne tematy, po które sięgnąłem. I może też dlatego, że Nowa Fundlandia w przeciągu ostatnich dwóch pokoleń przeszła wielkie zmiany. Świat, w którym urodzili się moi rodzice, sposób i warunki, w jaki żyli kiedyś były inne. Dziś przypominają świat, który widzimy, oglądając filmy o Kanadzie. Ale przed rokiem 1949, czyli przed przyłączeniem się Nowej Fundlandii do Kanady, istniał inny świat, który po prostu zniknął – bardzo surowy, pełny biedy, niebezpieczny. Moi rodzice byli dla mnie ostatnim połączeniem ze starym światem, którego nie mogłem już pamiętać. Interesowało mnie wszystko, co dotyczy mojej rodziny, jej historii, ale także mentalność tamtych ludzi, poznając ją, budowałem postaci obecne w moich książkach. I nigdy nie miałem poczucia, że decyduję o tym, że będę zgłębiał właśnie tę właśnie tematykę, nie, to było całkowicie naturalne.

Kim są pańscy bohaterowie?

Głównym bohaterem obecnym we wszystkich moich książkach jest Nowa Fundlandia, miejsce. Jej krajobraz, przestrzeń. I to właśnie miejsce, moim zdaniem, ukształtowało szczególną społeczność czy społeczności zamieszkujące wyspę. Kiedy piszę o poszczególnych ludziach, oczywiście opisuję ich jednostkowe losy, ale interesuje mnie, w jaki sposób miejsce sprawiło, że stali się oni właśnie tacy, a nie inni.

Dobrze się składa, bo chciałem zapytać o jednego z nich. Sweetland – bohater pana powieści z 2014 roku o tym samym tytule – to człowiek niezłomny, uparcie trwający w miejscu, które pokochał. Nie ustępuje, choć rząd postanowił o likwidacji osady i wypłaceniu wielkich odszkodowań mieszkańcom. Czy to typowy Nowofundlandczyk, czy raczej nietypowy?

Typowy przedstawiciel starej generacji. Kiedy planowałem napisanie tej książki, wiedziałem, że jeśli bohaterem ma być ktoś, kto wystąpi przeciw całej społeczności, przeciw wszystkim mieszkańcom, to musi to być ktoś taki jak mój ojciec, jak jego przyjaciele. Sweetland to typ człowieka, który jest twardy i polega tylko na sobie. Na nikim innym. Prosty i uczciwy, choć na zewnątrz – obcesowy i nawet odpychający. Pod tą powłoką delikatny, wrażliwy. Nigdy by ci nie powiedział, co o tobie myśli, nie pokazuje uczuć, możesz ocenić go tylko po tym, jak się zachowuje. Jeszcze jedna ważna cecha – własne zdanie, nieliczące się z nikim i niczym, przy całkowitej nieświadomości, dlaczego właśnie ono takie jest. To tajemnica dla niego samego. Myślę, że taki jest przedstawiciel starej generacji Nowofundlandczyków, i kiedy zaczynałem pisać Sweetland, doskonale znałem jej bohatera, bo obserwowałem takich jak on, kiedy dorastałem.

W jaki sposób przyroda Nowej Fundlandii formuje pana bohaterów, jaki jest związek między nią a postaciami, o których pan pisze?

Doświadczenie życia na Nowej Fundlandii jest odmienne niż na innych kanadyjskich wyspach, nawet tych położonych całkiem niedaleko, gdzie jest piękna pogoda i są nawet nazywane „wiktoriańskim rajem”. Są trzy strefy pogodowe, które spotykają się nad tą wyspą. Pogoda jest czymś całkowicie nieprzewidywalnym i często ekstremalnym, a powierzchnia wyspy to skała, w zasadzie nic się tam nie uprawia, ludzie mieli i mają tylko ogrody warzywne przy domach. Jedynym dochodowym zajęciem było rybołówstwo, ludzie byli na nie skazani, a ten zawód jest, jak wiadomo, bardzo niebezpieczny. Zwłaszcza na Atlantyku. Dlatego niemal w każdej nowofundlandzkiej rodzinie zdarzało się, że ktoś ginął na morzu, wypłynął i już nigdy nie wrócił do domu. Z powodu słabych połowów bywały okresy głodu, czasem też z powodu zarazy, która dotykała przydomowe uprawy warzyw. Doświadczenie życia w miejscu, gdzie natura była wroga człowiekowi, z jednej strony uformował charaktery bardzo silne, ale z drugiej – słabe, dotknięte fatalizmem, kiedy już nic nie możesz zrobić, bo nic ci nie zostało. Nowofundlandczyk uformował się gdzieś między tymi dwiema skrajnościami, a jedną z jego cech jest czarny humor. Dużo się śmiejemy, lubimy się bawić, ale często po prostu dlatego, żeby nie płakać.

Czy to właśnie to specyficzne nowofundlandzkie poczucie humoru kazało panu napisać historię, która rozpoczyna powieść Dostatek? Z brzucha humbaka rybacy wydobywają żywego faceta…

(śmiech) Rzeczywiście, często przeradza się ono w coś absurdalnego, tak jak często śmieszne i absurdalne potrafi być życie. Akurat w tej książce starałem się zamieścić wiele wątków z tradycyjnej nowofundlandzkiej kultury, z folkloru, guseł, przesądów. Także Biblia odgrywała w kulturze Nowej Fundlandii ogromną rolę, stąd wątki biblijne silnie w niej obecne. Długo nie miałem pomysłu na początek książki, aż pewnego dnia zacząłem podśpiewywać naszą tradycyjną dziecięcą piosenkę opowiadającą o bohaterze, którego połknął wieloryb, a potem go wypluł. Na Nowej Fundlandii zna ją każde dziecko. To oczywiście w dalszym planie nawiązanie do historii biblijnego Jonasza. Wtedy doszło do mnie, że tu właśnie zacznę, od tego momentu – rybacy wyjmują z brzucha humbaka żywego faceta, który śmierdzi i nie wie, kim jest. Ja też nie miałem pojęcia, kto to jest i skąd się wziął. Tak to się zaczęło.

Na początku książki zamieścił pan motto autorstwa Márqueza: „tą niewidzialną siłą, która wprawia świat w ruch, nie są miłości szczęśliwe, ale nieszczęśliwe właśnie”. Czy to ważny dla pana pisarz?

Moja książka nie powstałaby, gdybym nie Sto lat samotności. Książki, której przeczytania przez długi czas unikałem, bo wydawało mi się, że nie lubię realizmu magicznego, wydawał mi się rodzajem oszustwa. Ale kiedy wreszcie sięgnąłem po tę powieść i przeczytałem ją, poczułem, że chciałbym napisać książkę, która w podobny sposób ujmowałaby rzeczywistość nowofundlandzką z jej historią i folklorem. „Wyspa nie kocha nas, tylko my ją kochamy” – to może zbyt oczywisty motyw, wokół którego toczy się narracja, ale jest on bardzo prawdziwy.

I chyba też tragiczny. Miałem wrażenie, że historia, która toczy się w XIX wieku opisywana w Dostatku, historia nieustępliwej walki z przyrodą, ma jakieś swoje zwieńczenie w Sweetlandzie, kiedy okazuje się, że ludzie mają jednak odejść z osady. A więc przegrywają z wyspą… Wyjątkiem jest główny bohater.

Ciekawe pytanie. Nie miałem takiej intencji, Dostatek zaczyna się opisem starego świata, który przestaje istnieć z początkiem ery industrialnej, gdzieś na przełomie XIX i XX wieku. A Sweetland zaczyna się współcześnie, a jednocześnie główny bohater zanurzony jest w przeszłości, nie potrafi się zmienić. Nie potrafi stawić czoła zmianie, która jest nieuchronna. W tym znaczeniu myślę, że to jest prawda, klęska jest wpisana w jego postać.

Pan jest przedstawicielem pokolenia Nowofundlandczyków, które mimo wszystko nadal żyje na wyspie i dobrze sobie radzi. Proszę opisać swój typowy dzień.

(śmiech) Zaczynam dzień przebieżką po okolicznych wzgórzach, a potem, kiedy akurat pracuję nad powieścią, staram się coś napisać, minimum pięćset słów dziennie, czasem wychodzi mi więcej, kiedy mam lepszy dzień. To zwykle dwie, trzy godziny, potem mózg przestaje pracować. Reszta dnia upływa mi na różnych sprawach, czytam książki, artykuły w gazetach, wychodzę na spacer z psem, a potem, w okolicach kolacji, wszyscy schodzą się w domu, żona wraca z pracy, dzieci ze szkoły, więc przez resztę wieczora zachowuję się jak normalny człowiek (śmiech).

Mieszka pan w St. John’s, stolicy Nowej Fundlandii. Proszę opisać swoje miasto. Jak się tam żyje?

To bardzo interesujące miejsce, pełne życia. Stare portowe miasto wybudowane wokół zatoki to dziś starówka, gdzie koncentruje się życie kulturalne, bo wszyscy ludzie, którzy chcą mieć coś wspólnego z muzyką, ze sztukami plastycznymi czy teatrem zjeżdżają z całej wyspy właśnie tutaj. To małe miasto, ale z bardzo żywą sceną muzyczną, dobrymi galeriami sztuki, mamy świetny teatr. Nocne życie kwitnie, jest trochę dobrych restauracji, klubów. Poza centrum miasto wygląda podobnie jak każde inne w Północnej Ameryce, przedmieścia wyglądają tak jak każde inne przedmieścia, ciągną się hurtownie, supermarkety. St. John’s to połączenie nostalgicznego, starego stylu, żywo wibrującego w centrum, z apokaliptycznym pejzażem znanym z całego świata. Ale myślę, że moje miasto, to dobre miejsce dla mnie do życia i do pisania.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał i spolszczył Wojciech Chmielewski

 

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Michael Crummey, Wojciech Chmielewski, W poszukiwaniu Nowofundlandczyka, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 82

Przypisy

    Powiązane artykuły