07.01.2021

Nowy Napis Co Tydzień #082 / Tajemnice Czerwonych Indian

Dobrze jest powrócić do lektury prozy Michaela Crummeya. To tak, jakby po raz kolejny usłyszeć opowieść o Nowej Fundlandii, ojczyźnie pisarza, bohaterce jego wszystkich powieści, które do tej pory mogliśmy przeczytać. Dostatek, Rzeka złodziei, Pobojowisko oraz Sweetland mówiły nam o surowym życiu mieszkańców, przywoływały ich dzieje, ale były też pieśnią na cześć surowej przyrody tej atlantyckiej wyspy. Nowa Fundlandia, ziemia nieprzyjazna dla ludzi, na której, po stuleciach bytności, człowiek wciąż przegrywa z naturą, nawet jeśli jest najbardziej upartym z upartych Nowofundlandczyków, jak choćby Sweetland, tytułowy bohater jednej z powieści Crummeya. Wśród ludzi tam żyjących krążą opowieści z dawnych i nowszych czasów, historie o życiu w nędzy, o rozbitych statkach rybackich, o głodzie i chorobach dziesiątkujących ludność. Przeżyć za wszelką cenę – to cel wielu pokoleń Nowofundlandczyków, dziś już może nie tak wyraźny, ale wyraźnie obecny w prozie Michaela Crummeya, jednego z najciekawszych kanadyjskich prozaików.

Bez winy to książka przenosząca nas gdzieś w pierwszą połowę XIX wieku, kiedy doczekanie kolejnej wiosny na niegościnnym i skutym lodem wybrzeżu było celem samym w sobie:

Niewielka przystań odgrodzona skałami i wysepkami była w czasie odpływu głęboka na zaledwie sążeń, więc nie wpływała do niej żadna jednostka większa niż dwuosobowa łódź rybacka. Każdej wiosny natomiast zamarznięta armada zapychała zatokę. Ojciec co roku rozbierał pomost na jesieni, by uchronić go przed tym trącym o brzeg masywem. Kry zbierały się na plaży; prąd tłoczył ku lądowi ciągnącą się wiele mil połać lodowego paku, a przednia krawędź wypiętrzała się pod jej naporem. Rwane salwy wystrzałów niosły się echem, jak gdyby załoga grabieżców próbowała rozbić kamienne fundamenty jakiejś twierdzy.

W ten pejzaż wrzucone są dwa niewinne istnienia: rodzeństwo Ada i Evered. Zostają całkiem sami, bo umierają: najpierw matka, a potem toczony gorączką ojciec. Do najbliższej osady są setki mil, bliżej tam zresztą wodą niż lądem, dwoje dzieci (jedenaście? dwanaście lat?) nie miałoby żadnej szansy na dotarcie tam. A jednak rodzeństwo przeżyło, a przygody Ady i Evereda wypełniają kolejne strony książki Crummeya. Kto w swych młodych latach czytał Jacka Londona, zachwycał się, jak niżej podpisany, Łowcami wilków Jamesa Olivera Curwooda czy wczytywał w wielotomowe opowieści Jamesa Fenimore’a Coopera, nie będzie zawiedziony. Duch dzikiej północy, mroźnej i bezwzględnej, jest siłą panującą w tej prozie, ale i duch przetrwania, uparty i niemniej brutalny, silny jak samo życie.

To nie jest powieść dla młodzieży. Losy Ady i Evereda, opisy ich ciężkiego życia z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień na wybrzeżu zamarzniętej zatoki, mają w sobie raczej coś z brutalności i bezwzględności świata Cormaca McCarthy’ego, do inspiracji którym Michael Crummey zresztą przyznaje się otwarcie. Niewinność jego bohaterów jest całkowita, to dwie istoty wrzucone w tryby brutalnego mechanizmu przetrwania, pozostawione same sobie. Tylko pamięć o pracy, jaką wykonywały ze zmarłymi rodzicami przy połowie i oprawianiu ryb, pozwala im na funkcjonowanie, na przeżycie pierwszej zimy, na dotrwanie do przypłynięcia brygu Nadzieja, który dwa razy do roku podpływa do zatoki i zabiera oprawione ryby, zostawiając zapasy na kolejne ciężkie miesiące.

Gdzieś w tle opowieści o dziecięcym trudzie, o pracy ponad siły w lodowatej wodzie, o walce z żywiołem, o zawalającym chatę śniegu, o wichrze wyłamującym okiennice, sztormach dewastujących pomost, toczy się inna historia – dzieci pozostawione same sobie dojrzewają szybciej, a życie, które przecież domaga się samo od siebie przetrwania, upomni się o to w ich ciałach. Evered staje się mężczyzną, Ada – kobietą. Pustkowie, które ich otacza, wielomiesięczna samotność skazuje ich na siebie. Czy kazirodztwo, zwłaszcza w surowym świecie protestanckim, w którym jesteśmy, z jego symbolem, wszechwładnym Sędzią, przybywającym na pokładzie Nadziei dwa razy do roku i płacącym Everedowi za suszone dorsze, także w tym przypadku zostanie surowo osądzone, a rodzeństwo skazane i potępione?

Nie zdradzając meandrów intrygi i pozostawiając osąd czytelnikom Crummeya, dodajmy jeszcze, że powieść jest także obrazem człowieka żyjącego w świecie dzikiej przyrody, współistniejącego z nią, z jej wspaniałego ogromu czerpiącego siły do dalszego trwania. W dzisiejszej prozie, często skoncentrowanej na biadoleniu o „nieszczęśliwym życiu w korporacyjnym świecie” czy na odreagowaniu traum poprzez ukazywanie skondensowanego plugastwa (mordowanie, gwałty i dewiacje), pisarstwo Crummeya jest zdrową odskocznią od tego duszącego światka skwapliwie suflowanego nam przez wydawców. Prawda tej prozy jest obecna w szczególe, w obrazku:

Przesiedzieli przy ognisku jeszcze jakiś czas. Wobec głębi i obcości tej ciemnej krainy, pośrodku czarnego amfiteatru sklepionego połyskliwym pasmem gwiazd, poczuli się tak, jakby spoglądali na świat po raz pierwszy. Spali, leżąc bok w bok na ziemi ożywionej dudnieniem wodospadu. Chłód budził ich, ilekroć ognisko przygasło, a wówczas któreś z nich rzucało chrust na węgle i rozdmuchiwało płomienie. Natychmiast zasypiali znowu.

Michael Crummey pokazuje jeszcze coś, co kryje się pod warstwą codzienności Ady i Evereda, pokazuje prawdę o odwieczności trwania na ziemi i prawdę o niemożności pojęcia jej dziejów. Gdzieś na drugim, trzecim planie wydarzeń obecni są Czerwoni Indianie, pierwotni mieszkańcy Nowej Fundlandii. Ich tajemnicze trwanie zaznaczone jest przez epizod z odkryciem przez rodzeństwo indiańskiego pochówku, z którego Ada, w tajemnicy przed Everedem, zabiera rzeźbiony naszyjnik. Pojawiają się w gawędach marynarza, który pewnego dnia przybija wraz z kilkoma towarzyszami do przystani w zatoce. Niemi mieszkańcy tych ziem podobno czasami się pokazują, ale w zasadzie już ich nie ma, ich cywilizacja przestała istnieć w zetknięciu z białym człowiekiem, ale jednak trwają przyczajeni, są gdzieś obok, wyczuwamy ich obecność jako coś niepojętego i pierwotnego. A może gest Ady sięgającej po naszyjnik z grobu to metafora związku z pradawnym ludem z Nowej Fundlandii, więzi bardziej pierwotnej nawet niż pochodzenie, cywilizacja czy religia? I wciąż trwającej? Opowieść o odejściu Czerwonych Indian miesza się z inną, o dwóch braciach zakochanych w jednej kobiecie, z których pierwszy zamordował drugiego z zazdrości, a potem żył z kobietą długie lata na wybrzeżu, mieli dzieci. A może ten nowofundlandzki Kain to ojciec Evereda i Ady, a jego bratem jest pochowany przed laty w ogródku marynarz o wyjedzonych przez ryby oczach, którego wyrzuciło morze? Srebrny guzik z jego kurtki jak skarb przechowuje dziewczyna. Konfrontacja z tymi tajemnicami czeka na każdego, kto sięgnie po Bez winy Michaela Crummeya.

M. Crummey, Bez winy, przeł. Michał Alenowicz, Wydawnictwo Wiatr od Morza, Gdańsk 2020.

okładka

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wojciech Chmielewski, Tajemnice Czerwonych Indian, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 82

Przypisy

    Powiązane artykuły